Wiktor Rusin

Urodzony w Warszawie, w 1977 roku. Nazwałby się raczej ro­­do­witym czytelnikiem i pisarzem, niż rodowitym war­sza­wia­kiem, Polakiem czy Europejczykiem, bo od młodości lubił wie­le zmyślać, a sztukę czytania i pisania opanował sto­sun­ko­wo wcześnie, a w każdym razie zanim sobie przyswoił do­kła­d­niej­szą wiedzę na temat własnej narodowej bądź lokalnej toż­sa­mo­ści, z której to wiedzy przyswojeniem do dzisiaj zre­sz­tą miewa za­sad­nicze problemy.

Chwilami krytyczny wobec tego, co robi, ale nigdy nie po­pa­da­jący z tego względu w pesymizm czy nadmierną powagę, w gra­nicach rozsądku po­zo­stał wierny swemu w szerokim sen­sie lite­rackiemu powołaniu, zaś w wolnych chwi­lach na­dal spo­ro pisze – być może po prostu dla zabawy, w każ­dym ra­zie myśl D.H. Lawrence’a, że wszelkie re­wo­lu­cje na­le­ży ro­bić dla za­ba­wy, jest jedną z jego ulubionych sen­ten­cji. Z dzieł, któ­­­rych au­tor­stwa nie wypiera się, ma na koncie dwie u­koń­czo­­­ne po­wie­ści i dwie kolejne po­ważnie za­awan­sowa­ne o­raz spo­­ro po­wie­ści i dzieł innych gatun­ków lite­rac­kich jesz­cze nie­­ na­­pi­sa­nych, ale planowanych w płyt­szych bądź w głęb­­szych wa­r­stwach świa­domości, projekty scenariuszy fil­mo­wych, sztu­­kę te­­at­ral­ną, nie­li­czne z nazbyt wielu wierszy, napisanych na ogół we wcześ­niej­szych latach, oraz niektóre z ponad 1000 pism na­pi­sanych w ramach pracy zawodowej w pewnym przed­­siębior­stwie. Je­go spuś­­ciz­na obej­mu­je po­nad­to tru­d­ną do us­ta­lenia li­cz­bę tekstów pi­sanych po­cząwszy od lat e­du­­ka­cji przed­­szkol­nej, których pe­łen wykaz byłby trudny do po­da­nia z uwagi na brak ich skata­lo­go­wania i częściową nie­pa­mięć au­to­ra. Być mo­że jednak te te­ksty, zwła­sz­cza za­pom­nia­ne, sta­­ną się kiedyś po­żywką dla jego naj­­większych osiągnięć, bo cho­ć autor ma pro­blemy z bliż­szym określeniem swojej spo­­łe­cz­nej czy kul­tu­ro­wej toż­samości, to jed­nak swoiście ro­zu­mia­­na idea wiecz­ne­go powrotu jest mu in­styn­­ktownie bar­dzo bli­­ska. Brak ściśle zde­finiowanej toż­sa­mo­ści – przy jed­no­­­cze­s­­nym po­czu­ciu, że ist­nieje w życiu coś, co od dawna po­­wra­ca – usta­wi­cznie, choć pod­stępnie i zawsze w in­nej po­sta­­ci – by zde­ter­mi­no­wać dal­sze losy jednostki, to wła­ś­nie je­­­­den z głó­­w­nych wą­tków prze­wo­dnich jego dzieł, w szcze­­gól­­­no­­ści naj­­dłuż­szej jak do­tąd po­wie­ści pod tytułem „Wa­ka­cje” – u­two­ru, któ­ry można określić ja­ko najbardziej niepo­wa­­ż­­ną ksią­ż­kę w dzie­jach filo­zo­fi­cz­nej pro­zy, a zarazem jako jed­­ną z bar­dziej złożonych in­te­lek­tualnie po­wieści w dziejach pro­­­zy ty­po­wo rozrywkowej.

Po­za książkami – tymi pisanymi i tymi czytanymi, in­tere­suje go nie­­wiele rzeczy, spo­śród których miejsce stosunkowo zna­­czą­ce zaj­mują: miłość, muzyka, malarstwo, film, biernie sport.

Choć upodobania mie­wa dość konserwatywne, u­wiel­bia się prze­­­mieszczać – podróżuje często po War­sza­wie i po wie­lu in­­nych stronach tego świata, do kwestii innych świa­tów od­­no­­sząc się z wyraźnym sceptycyzmem, gdyż – mimo, że lu­bi eks­pe­rymentować ze wszystkim, co pozornie oczy­wiste – po­­­­zo­sta­­je umiarkowanie niekonsekwentnym em­pi­­rykiem, zaś mi­s­ty­cyzm i magia są dla niego synonimem sła­bo­ści, któ­rej jest w sta­nie się oddawać tylko na za­sa­dzie rzad­kiego wy­ją­­t­ku od re­gu­ły. Uwielbia wielkie miasta, nad które tyl­­ko cza­­sem przed­­kła­da monotonne, bezludne krajob­razy. W War­sza­wie – mie­­ście, w którym mieszka na stałe – z małymi przer­wa­­­mi na bliż­­sze al­bo dalsze podróże – czasem udaje mu się od­­­­na­­leźć jed­­no albo dru­gie. Jego literaturę można właśnie ok­re­­ś­lić ja­ko kro­nikę najbardziej różnorodnych możliwości prze­­­mie­sz­­cza­nia się w świe­cie – z zasady w świecie zew­nę­trz­nym, lecz ró­w­nież cza­sem wewnętrznym.