Dodano 22.04.2005
„Jednostka jest jak fala dźwigająca sięz powierzchni wody. Nie może się od niej zupełnie oddzielić. Toteż szybko zapada się w solidarną masę, która ją połyka. Ale zawsze zapada się też w niepowstrzymany ruch przypływu, który ją unosi. Czemu nie dźwigać się zatem jeszcze i jeszcze, i jeszcze?”Pascal Quignard, „Błędne cienie”
„Jak od wielu lat, po raz kolejnyprzyglądam się rysunkom, które piana i bruzda malują na powierzchni wody, owej koronce snutej i prutej, temu żywemu marmurowi... i po raz kolejny poszukuję właściwego porównania, które pozwoliłoby mi uchwycić to cudowne rozkwitanie morza – wody i światła, które od tak dawna mi się wymyka. Znowu na próżno. To dla mnie symbol tego, co trwa.”Albert Camus, „Dzienniki z podróży”
W opublikowanym w 1929 roku eseju „Własny pokój” Virgina Woolf zajmowała się, najogólniej mówiąc, problemem pisarstwa kobiet. Poszukiwała źródeł, badała cechy charakterystyczne „literatury kobiecej”, ale przede wszystkim pytała o sensowność samego pojęcia. Wychodząc od analizy uwarunkowań historycznych i społecznych, podkreślała nieuchronną różnicę perspektyw, która leży u podstaw „płciowego dualizmu” dostrzegalnego w literaturze końca XIX i początku XX wieku. Woolf, podobnie jak wielu współczesnych nam teoretyków i krytyków literatury, zwracała uwagę na dominację „męskich” struktur językowych, a co za tym idzie struktur powieściowych, czy szerzej – literackich, które przez kobiety zajmujące się czynnie bądź biernie literaturą mogły być postrzegane jako struktury obce i nieoswojone. Przyczyn owego wyobcowania w języku Woolf doszukiwała się przede wszystkim na poziomie wychowania i edukacji, które w czasach wiktoriańskich stawiały mężczyzn w uprzywilejowanej sytuacji.
Choć analiza konkretnych przykładów literatury kobiecej potwierdza tezę o niemożności „sfeminizowania” języka i literatury, dowodząc zarazem, jak nieuchronną porażką kończą się próby stworzenia przez kobietę dzieła literackiego w ramach „męskich” struktur, to jednak jest szansa na przekroczenie tych ograniczeń. Wyjątkowo elastyczna i podatna na modyfikacje wydawała się Woolf przede wszystkim forma powieściowa, którą jej zdaniem kobiety „zaczną niewątpliwie przekuwać na własny użytek, kiedy uzyskają swobodę ruchu. I spróbują wytworzyć nową formę, niekoniecznie wierszowaną, dla wyrażenia własnego poetyckiego ducha. Który wciąż nie znajduje dla siebie ujścia”. Metaforą owej zbawiennej swobody ruchu staje się właśnie tytułowy „własny pokój”, czyli przestrzeń zarówno skonkretyzowana, jak i uogólniona w ramach relacji społeczno-politycznych, w której kobiety mogłyby podjąć działalność twórczą.
Jednym z postulatów eseju Virginii Woolf jest zatem wezwanie kobiet do wypracowania sobie, wywalczenia „własnego pokoju”. Kolejnym jednak, z całą pewnością ważniejszym nawet wnioskiem płynącym z jej rozważań jest przekonanie o niezbędności pozostawienia owego „pokoju” otwartym. Alienowanie się pod hasłem „literatury kobiecej”, tworzenie nowej jakości jedynie w opozycji do już zastanej, pisanie rozumiane wyłącznie jako afirmacja tego, co kobiece i zerwanie z tym, co męskie byłoby w szerszej perspektywie literackiej porażką dla samych zainteresowanych. Obszarem, po którym winna się swobodnie poruszać literatura, jest bowiem doświadczenie jako całość. „...pisanie z myślą o płci jest rzeczą zgubną. Bycie tylko i wyłącznie kobietą albo tylko i wyłącznie mężczyzną jest rzeczą zgubną; trzeba być osobą kobieco-męską albo męsko-kobiecą. Pisarka, która w swej twórczości napomyka o doznanych przez kobiety krzywdach, występuje w obronie nawet najsłuszniejszej sprawy i w ogóle przemawia świadomie jako kobieta – przynosi sobie zgubę. Winy za fiasko nie ponosi ta czy inna figura mowy; wszystko, co się napisze z takim nastawieniem, skazane jest na uwiąd. Jest odcięte od życiodajnych soków. [...] Na to, by akt twórczy mógł się dokonać, w umyśle twórcy musi między mężczyzną a kobietą dojść do porozumienia. Między przeciwnymi elementami musi dojść do swego rodzaju zaślubin. Umysł musi się szeroko otworzyć, jeśli mamy mieć poczucie, że pisarz wyraża pełnię swych doświadczeń”. Sytuacja wyjściowa kobiet i mężczyzn na gruncie literatury jest niewątpliwie całkiem odmienna; środki językowego wyrazu, jakimi dysponują, również nie są wolne od płciowego zdeterminowania, jednak cel pozostaje wspólny. Rozwijając metaforę Woolf, można powiedzieć, że choć każdy w równym stopniu powinien mieć możliwość swobodnego dysponowania „własnym pokojem”, to jego okna patrzeć muszą na wspólną rzeczywistość.
W swoich wyborach literackich Virginia Woolf nigdy nie kierowała się kryterium płci. Wydaje się zatem, że zdecydowana większość jej rozważań dotyczących struktur powieściowych odnosi się zarówno do „literatury kobiecej” jak i „literatury męskiej”. Istotą problemu pozostaje bowiem poszukiwanie nowych form, modyfikowanie konstrukcji, eksperyment literacki w czystej postaci. Pojęcia struktury, konstrukcji i formy są kluczowe dla teoretycznoliterackich rozważań Woolf. Tym, co odróżnia powieść od literatury publicystycznej nie jest wbrew pozorom język, który, rozumiany jako pewien ograniczony zbiór słów, pozostaje zawsze niezmienny, ale właśnie struktura. Tekst publicystyczny to w odczuciu Woolf ciąg myśli wyrażonych przy pomocy konkretnego zasobu słów, którym dysponuje autor. Ma on zawsze charakter ściśle linearny, gdyż właśnie linearny jest jego kształt w umyśle piszącego. Tymczasem powieść, zanim jeszcze zostanie napisana, musi jawić się autorowi jako pełna, gotowa, niezwykle skomplikowana całość konstrukcyjna. We wrześniu 1928 roku Woolf tak opisywała swoje twórcze zmagania z materią powieści w liście do przyjaciółki i kochanki Vity Sackville-West: „Wydaje mi się, że najważniejszą rzeczą kiedy się zaczyna pisać powieść jest uczucie, nie że można ją napisać, ale że istnieje ona po drugiej stronie przepaści, której słowa nie mogą przekroczyć: że można ją tylko przeciągnąć do siebie w pocie czoła. [...] powieść, jak powiadam, żeby była dobra powinna się wydawać, zanim się ją napisze, niemożliwa do napisania: tylko widzialna; tak że przez dziewięć miesięcy żyje się na dnie rozpaczy i dopiero wtedy kiedy już się zapomniało, co się chciało powiedzieć, książka wydaje się znośna. Zapewniam Cię, że wszystkie moje powieści były pierwszorzędne zanim je napisałam”[1].
Struktura powieści wyprzedza zatem jej werbalną realizację, która zresztą niezwykle często nie jest w pełni satysfakcjonująca. To właśnie na poziomie struktury powinny koncentrować się eksperymenty literackie, których tak wielką zwolenniczką byłą Virgina Woolf. Każda z jej powieści jest próbą takiego właśnie eksperymentu, choć tylko nieliczne z nich autorka uznała za pełną realizację wcześniejszych wizji i zamierzeń. Równie surowo oceniała także eksperymenty literackie pisarzy jej współczesnych. Charakterystyczny jest jej niejednoznaczny stosunek do „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, którego opublikowanie w wydawnictwie Hogarth Press zaproponowano jej pod koniec 1917 roku. Z jednej strony doceniła siłę i nowatorstwo tej powieści, jej unikalne piękno, dostrzegła, że Joyce posługuje się bliskimi i jej środkami wyrazu, jednocześnie jednak drażniło ją „prostactwo” literackie, miała wrażenie, że skorzystano z jej narzędzi, że wydarto jej z ręki pióro, „by ktoś mógł nabazgrać nim słowo pierdolić na desce klozetowej”. Eksperymenty literackie Joyce’a mają się w pewnym sensie tak do poszukiwań Woolf, jak, w malarstwie, odkrycia Caravaggia do jedynie z pozoru podobnych de la Toura. Joyce i Caravaggio chętniej umieszczają źródło światła poza przedstawianą rzeczywistością, wydobywają z mroku surowe kontury, deformacje, ostre kontrasty emocjonalne i intelektualne. U Woolf i de la Toura światło wypływa z opisu, z obrazu, rozlewa się płynnie, ukazując w rzeczywistości to, co alabastrowe, zmysłowe, migotliwe i nieuchwytne. Jednak Woolf mimo osobistych obiekcji gotowa była wydać powieść, która urzekła ją w sposób na poły masochistyczny. Ostatecznie do publikacji jednak nie doszło z przyczyn czysto technicznych; Hogarth Press nie było przystosowane do zrealizowania tak ogromnego projektu wydawniczego. Można jeszcze dodać, że często z podobną ambiwalencją traktowała Woolf pisarstwo Ezry Pounda, którego wraz z Joycem klasyfikowała jako „Gmin”, choć „Gmin” niewątpliwie wybitny.
Aby zrozumieć nowatorstwo Virginii Woolf, trzeba przede wszystkim wyjaśnić, czym dokładnie była dla niej owa struktura powieści współczesnej, którą chciała na własny użytek zmodyfikować. W pamiętnikach, listach do przyjaciół i tekstach teoretyczno- i krytycznoliterackich często posługiwała się metaforyką geometryczno-architektoniczną, by oddać całą złożoność konstrukcji powieściowej. Forma powieściowa jawiła się jej jako skomplikowana budowla, która, o ile tylko osadzona jest na mocnych fundamentach, staje się dla czytelnika widzialna i zrozumiała niezależnie nawet od wszelkich zawiłości fabularnych czy też niuansów językowych. W eseju „Własny pokój” napisała, że powieść jest przede wszystkim „pewną strukturą, narzucającą wyobraźni swój własny kształt – strukturą, która może być zbudowana z kwadratów, przypominać pagodę, posiadać liczne przybudówki i arkady bądź też tworzyć zwięzłą bryłę z kopułą – jak świątynia Hagia Sophia w Konstantynopolu. Ten kształt ogólny [...] wywołuje u czytelnika właściwy dla niej rodzaj emocji. Nie są to jednak nigdy emocje jednorodne, ponieważ o „kształcie” powieściowej struktury nie decydują układy kamiennych brył, tylko relacje między ludźmi”. Ten sposób wznoszenia powieściowych struktur i wzbudzania emocji w odbiorcy wydawał się Woolf niewątpliwie porywający z perspektywy czytelniczej, jednak nie satysfakcjonował jej jako pisarki, nie był w pełni zgodny z jej twórczym temperamentem. Odczuwała tę formę jako niewystarczającą do wyrażenia pełni myśli i odczuć, jako nazbyt krępującą, być może również jako ze swej istoty nazbyt „męską”. Poszukiwała takiej konstrukcji, która pozwoliłaby wprawić w ruch ową monolityczną strukturę, pozwoliłaby jej drżeć i falować. Próbowała uzyskać efekt większej płynności, zerwać z praktyką zapisywania uogólnionych sądów i idei, która w jej przekonaniu nie była w stanie oddać całej złożoności świata, ludzkich emocji i myśli.
Przekroczeniem, jakiego dokonała Woolf, jej osobistym odkryciem, może nie dla literatury jako takiej, ale właśnie dla powieściopisarstwa, stało się podniesienie rytmu dzieła do rangi dominanty konstrukcyjnej. „Styl to bardzo prosta sprawa; rzecz polega na rytmie. Kiedy wejdziesz we właściwy rytm, nie możesz użyć niewłaściwego słowa. Z drugiej strony proszę bardzo siedzę tu niemal od samego rana, w głowie roi mi się od słów, scen, wizji itd.., a nie mogę ich przelać na papier, bo nie znalazłam właściwego rytmu. Tak to bardzo głębokie ta sprawa rytmu, o wiele istotniejsza od samych słów. Widok, emocja, kreuje tę falę w umyśle, dużo wcześniej niż słowa, które pasują; a w trakcie pisania trzeba tę falę odtworzyć i wprawić w ruch (co raczej niewiele ma wspólnego z samymi słowami), aby z chwilą kiedy się rozbije i opadnie w umyśle, utworzyła właściwie słowa” – pisała Woolf w liście z marca 1926 roku do Vity Sackville-West. Nie chodzi zatem o zrytmizowanie prozy, o nadanie jej bardziej poetyckiego charakteru; wszystko to może być jedynie efektem końcowym, skutkiem procesu, który rozpoczyna się w umyśle twórcy na długo zanim zdecyduje się on pracować słowem. Język w teorii i praktyce pisarskiej Woolf jest narzędziem, którym można się posługiwać w sposób mniej bądź bardziej sprawny, którym można próbować wyrazić zamierzone sensy. Styl natomiast opiera się na wyczuciu i odnalezieniu właściwego rytmu własnych myśli i jako taki zależny jest raczej od wrażliwości niż talentu twórcy.
Rytmem, który najbliższy był wrażliwości intelektualnej Virginii Woolf, jest, nazwijmy go najogólniej, „rytm natury” w całym jego bogactwie i złożoności. Rytm przepełniony do głębi zmysłowością sił przyrody, jej pięknem i grozą, łagodnością i impetem, dosłownością i symbolicznością. Ciało i umysł ludzki poddają się owej rytmizacji, jedynie z rzadka ją sobie uświadamiając. Bohaterowie powieści Woolf, często tak mało uchwytni, zawsze zanurzeni są w świecie rytmu, ich myśli, emocje, a nawet ich ciała, złożone są z niezliczonych, niejednorodnych fraz rytmicznych, które współbrzmią ze sobą dopiero na tle rytmu ogólnego, rytmu otaczającej ich rzeczywistości. Gdy mówię o „rytmie natury”, mam na myśli również rytmy miasta, rytmy nowoczesnego społeczeństwa, które tym pierwszym są przeniknięte, są jego skomplikowaną kontynuacją. Podążanie za rytmem, często dla autorki mordercze i okupione kolejnymi atakami nerwowymi, daje o sobie wyraźnie znać już w „Pani Dalloway” i w „Do latarni morskiej”, jednak najpełniej realizuje się w powieści „Fale”, przez krytyków dość zgodnie uznanej za najwybitniejsze osiągnięcie Woolf, za prawdziwą literacką rewolucję.
„Skończyłam książkę – owszem, ale to porażka. Zbyt trudna; zbyt nierówna; zbyt niedoskonała” – informowała na początku 1931 roku Clive’a Bella, kilka dni po tym jak napisała monolog Bernarda wieńczący „Fale”. Ten pełen desperacji i rozczarowania własną twórczością ton Woolf przyjmowała niemal zawsze, gdy książka, nad którą pracowała z ogromnym wysiłkiem przez wiele miesięcy, była ostatecznie skończona. Świadomość nieuchronnego końca, poczucie, że przyszedł ten moment, gdy nic już zmienić i poprawić nie można, a jednocześnie niemożność wyrwania się z rytmu, którym żyła przez tak długi czas, doprowadzały ją najczęściej na skraj załamania nerwowego. Ostatecznie przychodziło ono z reguły wtedy, gdy książka miała pojawić się w księgarniach, a Woolf w napięciu oczekiwała na pierwsze recenzje. Słowa krytyki i uznania z jednaj strony były jej niezbędne, z drugiej zaś – nienawistne. Często miała wątpliwości, czy czuje się bardziej dotknięta celną i trafną krytyką, przypadkowymi opiniami zbyt mało wrażliwych recenzentów, czy może przesadnymi, fałszywymi zachwytami. Najczęściej jednak jej prywatne sądy i wyroki nad wartością własnego dzieła stały w głębokiej sprzeczności z opiniami ogółu czytelników. Woolf miała, zapewne zresztą dość trafne wrażenie, że istota jej literackich poszukiwań i odkryć pozostaje poza możliwościami poznawczymi znakomitej większości odbiorców. I nie była to jedynie twórcza kokieteria, ale świadomość, że ów rytm, który tak intensywnie w sobie odczuwała i pojmowała, nie rozwinął się ostatecznie w doskonałą falę słów, że być może wymknął się jej niemal w ostatniej chwili.
Źródłem rytmu, który dominuje w konstrukcji „Fal”, są co najmniej trzy doświadczenia o całkiem odmiennym charakterze, na których ślad natrafić można podczas lektury pamiętników i listów Virginii Woolf. Najmniej konkretnym, choć zapewne nie najmniej istotnym z nich są wspomnienia z wakacji, które Woolf spędzała w młodości nad morzem w Kornwalii. Najpełniej i najbardziej dosłownie wykorzystane one zostały w powieści „Do latarni morskiej”, jednak miały też z pewnością spory wpływ na poetykę „Fal”, w szczególności na opisowe fragmenty otwierające kolejne rozdziały powieści. Bezpośrednim bodźcem, który skłonił Woolf do napisania książki, która w dwa lata później nosiła już tytuł „Fale”, stała się wakacyjna korespondencja z siostrą, Vanessą, z roku 1928, tuż po opublikowaniu „Do latarni morskiej”. W jednym z listów Vanessa opisała swoje zmagania z ćmami, które tej wiosny wyjątkowo dokuczały odpoczywającym w Cassis: „[...] siedzę wśród ciem latających jak szalone wokół mnie & lampy. Nie możesz sobie tego wyobrazić... [...] Ale choć niewiarygodnie piękne, podejrzewam, że są dość pospolite – może to mieniaki. Wiem jednak, jak ja bym miała za złe starszym, gdyby nie złapali ich za wszelką cenę, więc pewnie muszę znowu przez to przejść[2]. Potem sobie przypomniałam – czy Fabre nie próbował eksperymentów właśnie z nimi & nie przyciągał samców zamykając samicę w pokoju? – właśnie to teraz zrobiliśmy. Więc pewnie za chwilę dom będzie ich pełny”. Na Virginii ten krótki, wyjątkowo mało literacki fragment listu zrobił ogromne wrażenie. Odpowiedziała błyskawicznie: „Twoja historia o Ćmie tak mnie zafascynowała, że mam zamiar napisać o niej opowiadanie. Nie mogłam myśleć o niczym innym, tylko o Tobie & ćmach przez wiele godzin po przeczytaniu Twojego listu. Czy to nie dziwne? Może pobudzasz we mnie zmysł literacki, tak jak mówisz, że ja pobudzam Twój zmysł malarski”.
Pomysł na nową powieść rodził się dość powoli, jednak od samego niemal początku Woolf uświadamiała sobie jego całkowitą wyjątkowość. Warto zastanowić się, jaki rytm przewidziała i odnalazła w ruchu ciem zwabionych do światła, i co z owego rytmu przetrwało w konstrukcji „Fal”. Wydaje się, że wyjściowo postrzegała ten rytm bardziej jeszcze jako emocjonalno-malarski niż kontemplacyjno-muzyczny. Bez wątpienia jest coś oszałamiającego i hipnotyzującego w obłędnej kotłowaninie ciem wokół lampy, w ich nieuświadomionym dążeniu do samozagłady, w impecie, z jakim uderzają o szyby, w bezwładzie ich ciał i szale lotu. Poskromiony ukierunkowanym rytmem fal odnajdujemy ów rytm chaosu w najgłębszych warstwach złożonej struktury powieści. Bohaterowie, gnani nieodpartą i często nieuświadomioną potrzebą zmierzania „do brzegu”, do wyznaczonego im końca, nieustannie i nieprzewidywalnie zmieniają trajektorie swojego ruchu, błądzą, wpadają na siebie, oddalają się i na powrót przybliżają. Lękają się „skoku tygrysa” jak Rhoda, tną rzeczywistość ostrzem noża jak Neville, wirują i odbijają się oszołomieni blaskiem jak Jinny... Drgają tym rytmem, który w naturze najbardziej mroczny, najmniej zapoznany, najgroźniejszy.
Można zakładać, że tak właśnie nieokiełznany, ale i fascynująco plastyczny był pierwotny rytm powieści Woolf. W 1929 roku, gdy po kolejnej zapaści nerwowej powracała do pracy i do swojego nowego projektu, nosił on jeszcze tytuł „Ćmy”. W liście do swojego siostrzeńca, Quentina Bella, Woolf stwierdziła: „Piszę książkę zupełnie nowego rodzaju. Ale nigdy nie będzie taka dobra, jak teraz w moim umyśle – nienapisana”. Mimo tych obiekcji oczywiste było i dla niej, że napisanie tej powieści jest nieuniknione. Próbowała utwierdzić samą siebie w przekonaniu, że przy wytężonej pracy, która zdaniem lekarzy była główną przyczyną wyniszczających ją ataków nerwowych i migrenowych, uda jej się zapanować nad swoim rozchwianym wnętrzem. Zdecydowana była walczyć o własny spokój. W tym samym czasie w pamiętniku zapisała: „Może powinno się zawsze znajdować coś nowego do powiedzenia, ponieważ życie idzie naprzód. Powinno się wynaleźć piękny styl narracji. Z pewnością w mojej głowie kształtuje się wiele nowych pomysłów. Na przykład, że w ciągu kilku najbliższych miesięcy wstąpię do klasztoru i zapuszczę się w głąb własnych myśli; Bloomsbury się skończyło. Z pewnymi sprawami stanę twarzą w twarz. Będzie to czas przygody i ataku, myślę, że dość samotny i bolesny. Ale samotność dobrze zrobi mojej książce. [...] Przez cały czas będę atakować ten kanciasty kształt w swoim umyśle. Myślę, że Ćmy (jeśli tak to nazwę) będą miały bardzo ostre końce. Jednak nie jestem zadowolona z ramy. Czuję tę nagłą płodność, która może być jedynie łatwością wysławiania się. W dawnych czasach książki to było tyle i tyle zdań wyrąbanych siekierą w krysztale: a teraz mój umysł jest taki niecierpliwy, taki szybki, pod pewnymi względami taki zdesperowany”. Widać wyraźnie, że Ćma, która rok wcześniej tak zafascynowała Woolf, przypominając jej jednocześnie wakacje spędzane nad morzem i dziecięce zabawy na wsi, zrytmizowała w szczególny sposób jej myślenie o nowej powieści. Jednak ten chaotyczny atak słów i wrażeń, ta rozbudzona potrzeba pisania równocześnie nieco ją przerażały. Obawiała się, że jest to rytm, nad którym nie zapanuje; przeczuwała, że konieczne jest ograniczenie go nową ramą. Zgodnie jednak z przekonaniem Woolf o niezbędności ruchomej formy, która winna się w niej zrodzić zanim jeszcze przystąpi do pisania, wiedziała, że ową ramą stać się może jedynie inny, bardziej dominujący, ale spokojniejszy, pewniejszy rytm.
Przez kolejny rok Woolf poszukiwała ramy i rytmu; latem 1930 roku przystąpiła do pisania „Fal” z silnym postanowieniem, by tym razem skończyć je sprawnie, uniknąwszy kolejnego załamania. „Mówię, że piszę Fale według rytmu, nie według fabuły” – podkreślała. Rytm niósł ją swobodnie aż do późnej jesieni, gdy kolejny silny atak sprawił, że straciła przytomność. „Zetknięcie ze śmiercią”, które sama określiła jako „pouczające i dziwne” naprowadziło ją na pomysł zakończenia powieści – finalny monolog Bernarda. Przez kolejne zimowe miesiące ten ostatni rozdział całkowicie ją pochłaniał, ale i dręczył. „Może mogłabym napisać monolog B[ernarda] w taki sposób, żeby przełamać, kopać głęboko, sprawić, że proza poruszy – tak, przysięgam – jak proza nie poruszyła nigdy dotąd; od chichotu, paplaniny do rapsodii...” – rozważała. Ostatecznie, 7 lutego poczuła się wreszcie wolna i zapisała w pamiętniku: „[...] muszę odnotować, niech dzięki będą niebiosom, zakończenie Fal. Napisałam słowa O Śmierci przed piętnastoma minutami, przebiegłszy przez ostatnie dziesięć stron z chwilami takiej intensywności i upojenia, że wydawało mi się tylko, że idę chwiejnie za własnym głosem, czy niemal za kimś, kto mówi (tak jak kiedy byłam obłąkana). [...] Dobra czy zła, jest skończona i, jak zdecydowanie czułam na końcu, nie tylko skończona, ale i wykończona, cała, wszystko zostało powiedziane – wiem, jak pośpiesznie, jak wyrywkowo; ale chodzi mi o to, że złapałam tę płetwę na bezmiarze wody, która pojawiła mi się nad mokradłami za oknem w Rodmell, kiedy kończyłam Do latarni morskiej”.
Ostatnim, trzecim doświadczeniem, które sprawiło, że Ćmy przeistoczyły się w Fale, a właściwie zostały przez nie wchłonięte stała się dla Woolf niewątpliwie jej powracająca coraz gwałtowniejszymi atakami choroba. Zbliżanie się kolejnej obezwładniającej słabości odczuwała zawsze właśnie jako fale wzbierające w jej świadomości. Czuła się zalewana z wielką siłą niepowstrzymanym naporem własnych myśli, nad którymi traciła kontrolę. Tonęła w tym, co w samej sobie uważała za najbardziej nieokiełznane i ciemne. Miała wrażenie, że dusi się pod naporem wielości, którą w takich momentach się stawała. Jednocześnie jednak morze, fale oceanu działały na nią kojąco. Gdy obserwowała je z zewnątrz, wydawały jej się pełne spokoju i siły, choć z drugiej strony tak nieprzeniknione. Wszystkie wrażenia, wszystkie emocje i skojarzenia związane z Falami oraz fascynacja Ćmą złożyły się na rytm, który ostatecznie przyjął postać najbardziej eksperymentalnej i złożonej powieści Virginii Woolf. Udało jej się osiągnąć efekt pełnej tożsamości rytmu powieści z rytmem fal. Każdy kolejny fragment, kolejne monologi rodzą się i spiętrzają, pienią i swobodnie rozlewają na kształt fal morskich. Jednocześnie gdzieś podskórnie cały czas odbywa się ruch innego rodzaju, poddany rytmowi ciem dążących do światła. Ład i chaos natury, porządek i obłęd myśli oddane w ruchu, dynamicznie.
Pierwszy rozdział rozpoczyna się krótkimi, jednozdaniowymi wypowiedziami, które stopniowo wydłużają się, rozwijają i komplikują. Nie jest to próba naśladowania, uchwycenia i unieruchomienia języka dziecka, ale moment rodzenia się ruchu, fali, myśli. Chwila, w której powstaje czas – „teraz” i miejsce – „tutaj”. W której dokonuje się pierwszy zmysłowy kontakt z rzeczywistością – „słyszę”, „widzę”, „płonę”, drżę”; i pierwsze jej definiowanie – „oto”. Kolejne fragmenty przynoszą rytm spiętrzających się fal, które jednak pozostają jeszcze ukryte w głębinach. Nie wystarczają już wrażenia, niezbędne stają się wydarzenia, indywidualne doświadczenia, rozbudowane doznania, których nie można zamknąć w jednym zdaniu, w jednym odczuciu. Rodzi się świadomość, choć jeszcze niepewna, chwiejna, przeszłości i przyszłości. Najważniejszy jednak pozostaje ukierunkowany ruch, który odbierany jest jako rozpędzona teraźniejszość. W tym zmierzaniu do nieznanego celu każda fala odnajduje i z narastającą intensywnością odczuwa obok siebie obecność wielu innych, pchanych tym samym rytmem. Z tej współobecności rodzi się miłość, wrogość, niechęć, przyciąganie i ból. Scena, poprzedzona opisem słońca zbliżającego się do zenitu, rozgrywa się w restauracji. To moment świadomego już spotkania odpowiadający temu, w którym z głębi morza wyłania się daleka jeszcze fala. Widzimy równy, zwarty grzbiet; zdaje się być on jednością wszystkich wewnętrznych ruchów, które do niego doprowadziły. W tym jednoczesnym, wzbierającym ruchu jest niemal pozór statyczności. „Tylko przez chwilę, zanim łańcuch się zerwie, zanim powróci zamęt, spójrzcie na nas nieruchomych, spójrzcie na nas odsłoniętych, spójrzcie na nas zaciśniętych w kleszcze” – mówi Louis. Gdy załamuje się ta jedność, gdy fala, wznosząc się coraz wyżej rozpada się i pomnaża, w rytm powieści wkracza śmierć. W jej obliczu, podobnie jak w obliczu rozpadu, rozpadu myśli czy otaczającej rzeczywistości, powrót do wspólnego rytmu nie jest już możliwy. Następne dwa rozdziały powieści wypowiadają odrębność i indywidualność każdej z postaci, podkreśloną charakteryzującymi je „atrybutami”: dla Nevilla jest to nóż, dla Rhody tygrys i jaskółka, dla Louisa ziemia i korzenie, dla Susan pole, dla Jinny migotanie i odbicie, dla Bernarda fraza. Ich monologi wydłużają się, nie wiążą się bezpośrednio ze sobą, choć komentują wydarzenie rozpadu, które było udziałem wszystkich. Gdy fale zbliżają się do brzegu, rozpoczyna się walka, nakładanie się na siebie, chwilowe wchłanianie jednych przez drugie, błyskawiczne ucieczki w bok i zmiany kierunków. To właśnie wtedy, gdy fale są już najbliżej, wydają się jednocześnie najsilniejsze, najbardziej zdeterminowane. I znów ten sam rytm odnajdujemy w trzecim od końca, „popołudniowym” fragmencie powieści. Postaci, w monologach o różnej długości i różnej intensywności, ścierają się ze sobą, atakują siebie nawzajem, podkreślają łączące je więzi i dzielące przepaści. O zachodzie słońca spotykają się po raz ostatni, podobnie jak fale, gdy już runęły na brzeg zamierają spokojnie we wspólnym ruchu, którego cel właśnie osiągają. „Zatrzymajmy się na chwilę, zanim odejdziemy” – mówi Bernard. To czas rodzących się podsumowań, spojrzenia w przeszłość, jednocześnie pragnienia, by móc cofnąć czas, by móc raz jeszcze rozpocząć ten ruch. „A jednak jesteśmy tak zmęczeni, że ledwie dyszymy. Czujemy się tak bezwolni i wyczerpani, że jedynym naszym pragnieniem jest połączyć się na nowo z ciałem matki, od którego nas oddzielono” – mówi Neville. Do tego połączenia dochodzi.
Fale w ostatniej fazie swojego ruchu rozlewają się płasko na piasku, stają się przejrzystą jednością, w której zawiera się jednocześnie historia każdej z nich. To moment, w którym fala wyhamowując, osiąga swoje łagodne ekstremum, najdalszy moment w czasie i punkt w przestrzeni. Powoli cofa się i powraca do miejsca, w którym się zrodziła. Odpowiednikiem tego finalnego rytmu fali jest końcowy monolog Bernarda. Zawiera się w nim historia wszystkich jego towarzyszy, ale przede wszystkim słowa O Śmierci, które Woolf pisała w takim upojeniu. „Czyżby to był koniec opowieści? Coś w rodzaju westchnienia? Ostatnie zmarszczenie fali?” – padają pytania. A już po chwili odpowiedź, jedna z odpowiedzi,: „Już po wszystkim, to nasz koniec. Ale poczekajcie – siedziałem całą noc wyczekując – znów przebiega nas jakiś impuls, podnosimy się, odrzucamy do tyłu grzywę białej piany, ciężko suniemy po brzegu, nie sposób nas powstrzymać”. Jest to jednocześnie moment powrotu i początku, moment uświadomienia sobie nieskończoności ruchu, zrozumienia, że „odmienność, do której przywiązujemy tak wielką wagę, tożsamość, którą tak żarliwie pielęgnujemy, została przezwyciężona”. Fala wzbiera bez końca, a jedynym wrogiem jest śmierć.
Wydaje się, że idea rytmu, o której nadrzędności Woolf była tak mocno przekonana, w „Falach” znajduje swoją pełną realizację. Jednak najważniejszym pytaniem pozostaje, co właściwie z tak wysoce zrytmizowanej konstrukcji wynika, poza jej niewątpliwym walorem estetycznym. Prawdziwe wybitnym osiągnięciem Woolf, wyrażonym dobitniej w praktyce nawet niż w teorii, jest sformułowanie poetyki ruchu w literaturze. Przekonanie o nieustannej ruchliwości rzeczywistości, o mnogości ruchów umysłu, które to kwestie również często Woolf zajmowały, nie jest naturalnie jej odkryciem. Jednak przeniesienie tych rozważań na grunt praktyki literackiej, konkretnie – powieściowej, z całą pewnością takim właśnie odkryciem się stało. Przyjęło się twierdzić, że pisarstwo Woolf przyswoiło literaturze pojęcie „strumienia świadomości”, tymczasem jej faktycznym dokonaniem jest owego pojęcia przekroczenie. Strumień świadomości zakłada bowiem po pierwsze istnienie bohatera literackiego w ścisłym rozumieniu, po drugie zaś próbę zapisania stale zmieniającego się, ruchliwego i chaotycznego stanu jego umysłu. Strumień świadomości jest zabiegiem ściśle mimetycznym, podczas gdy ruch myśli, jaki został nam dany w „Falach” mimetyczny nie jest. Woolf stworzyła powieść, która wydaje się niemal nieosiągalna literacko; zrezygnowała zarówno z bohatera jak i z narratora, nie przenosząc się jednocześnie na poziom podmiotu lirycznego. Pozostał sam tekst, tekst w ruchu. Rytm, a właściwie rytmy które wybrała, pozwoliły jej na oddanie ruchu rzeczywistości i ruchu myśli bez unieruchomiania ich w opisie. Wszelkie próby opisania, ujęcia w słowa najbardziej nawet dynamicznej rzeczywistości nieuchronnie kończą się budowaniem „fraz” i „obrazów”, których kolekcjonerem jest Bernard. Jednak ruch raz zamknięty we frazie lub w obrazie, w odbiciu i w określonym wspomnieniu nigdy już swojej dynamiki nie odzyskuje. Właśnie dlatego Bernard jest tym, który mówi ostatni, tym, który potrzebuje słuchacza i tym, którego finalny monolog zmierzać musi nieubłaganie w stronę strumienia świadomości.
Virginia Woolf nie odkryła prawdy o dynamice rzeczywistości, ale pozwoliła jej dynamiczną pozostać. Jednocześnie wydobyła z jej ruchliwości całą zmysłowość. To nie człowiek poznaje świat zmysłami, w każdym razie nie wyłącznie, ale sam świat staje się zmysłowy. Wibrująca zmysłowość rzeczywistości dostarcza nieskończonych bodźców, niewyczerpanej pożywki dla penetrującego ją umysłu. Najciekawszym, a jednocześnie najzabawniejszym rozwinięciem takiego właśnie zmysłowego oglądu zmysłowej rzeczywistości jest krótka powieść „Flush” z 1933 roku. Jedna z przyjaciółek Woolf, kompozytorka Ethel Smyth w liście do Vanessy Bell nie kryła swojej zgrozy: „Flush jest tym rodzajem książki, który doprowadza mnie do krzyku na samą myśl, doprawdy, przeczytałam tylko jeden rozdział i nie byłam w stanie przeczytać więcej”. Taki ładunek niechęci zaskakuje wziąwszy pod uwagę, że „Flush” to skomplikowana i pełna nieoczekiwanych zwrotów biografia uroczego, rudego spaniela... Pomysł może się wydawać nieco naiwny czy infantylny, sama Woolf nie traktowała tej powieści z największą powagą, tym niemniej jest w niej coś, co daleko wykracza poza salonową rozrywkę literacką. Rzeczywistość otaczająca tytułowego bohatera rozpoznawana jest przez niego głównie przy pomocy węchu. Flush przemierza coraz to nowe przestrzenie, które pozostają dla czytelnika niemal niewidoczne, ich charakter musimy zrekonstruować, dysponując jedynie całą gamą bodźców zapachowych.
W przypadku „Fal” Woolf nie zmusza nas do tak karkołomnych praktyk; „Flush” był projektem monosensualnym, „Fale” zaś angażują nas polisensualnie. Hipnotyzują rytmem morza i oszałamiają ruchem ciem. Pozwalają spojrzeć na każdą rzecz w całej jej złożoności; czerwony goździk w wazonie, który „był pojedynczym kwiatem [...], teraz ma siedem stron, gąszcz płatków, jest czerwony, fioletowy, cienistoszkarłatny, sztywny ze srebrzystymi listkami – jest pełnym kwiatem, w który każda para oczu wnosi swój wkład”. W ruchu „Fal” zatapia się bohater, który pozbawiony jednolitej tożsamości, odnajduje siebie w każdej napotkanej osobie, w przelotnym zjawisku, w zapomnianym geście, w mnogości myśli. „Fale” wreszcie zdają się być głęboko zakamuflowaną biografią; Virginia Woolf z całą pewnością mniej chętnie powiedziałaby o sobie: „Pani Dalloway to ja” niż „Rhoda, Susan, Jinny, Louis, Neville i Bernard to ja”.
[1] Cytując wypowiedzi Virginii Woolf z jej niezredagowanych listów i pamiętników zachowuję specyficzną interpunkcję i strukturę zdań.
[2] Virginia i Vanessa wraz z resztą rodzeństwa i kuzynów były w młodości zapalonymi kolekcjonerkami owadów. Większą część lata spędzały na wyszukiwaniu i „niedeformującemu” uśmiercaniu różnych okazów, które później gromadziły w albumach.