Jeszcze był czas, więc wstąpili się napić do „Brazylijki”. Trzeba było załapać kozactwo przed akcją. Zwłaszcza, że szum się kroił mocnawy. Toteż wzięli po stówie na łeb. Potem jeszcze po stówie. Nie było pośpiechu.
Z radia za barem płynęła piosenka do słów Jacka Cygana, a oni, słuchając nie słuchając, toczyli po lokalu wzrokiem. Świeżą, ciemną krwią napełniły się ich policzki, a pod czaszkami załoskotało im. "Afryka dzika, Afryka dzika dawno odkryta!" - dobiegały słowa z radioodbiornika, wódka żytnia pulsowała w ich mózgach, przez moment mieli mgłę przed oczyma; przez moment kształty osób i rzeczy stały się ciekłe –
Ale pili równo rozglądając się, bez słowa. Bo teraz wszystko wokół znów było ostre, jaskrawe, nieznośne. Farbowana na czarno pięćdziesiątka za barem, w zielonym fartuchu i z przepaską we włosach, o szorstkiej i różowej jak u warchlaka skórze na dekolcie, przyjęła od nich napiwek z obojętnością. Dużo paliła, paliła zachłannie papierosy "bezrobotne" i kaszlała krzątając się ze ścierką.
Przy stoliku za to kiwał się delirycznie nad lufą w drżących dłoniach siny jak pawianie gówno chlor: nie miał gęby pijaczyna, tylko zamiast jakby podartą szkarłatną szmatę. Tuż obok niego – dwie spite i rozczochrane babcie klozetowe w beretach z wełny w kolorze wiśniowym, jedna w pantoflach nie do pary, czarnym i białym. Na ścianie za nimi wisiał kalendarz Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych z roku 83. Hasło po piętnastu latach bardzo już się zestarzało. "Wstrzemięźliwość fundamentem socjalistycznej pracy" – głosiło to hasło (osobiście ułożone niegdyś przez profesora Melibrudę). Nieco dalej od nich, przy żółtej ścianie zakapior w wiatrówce z krokodyla, o gębie aż krzywej od złodziejstwa, dopijał nad tłustymi kartami pasjansa kufel piwa Brok.
Piosenka do słów Jacka Cygana wybrzmiała, a radioodbiornik zaczął poważnym kobiecym głosem informować o wydarzeniach; donosił o władzy, pieniądzu i terrorze, o opinii publicznej i ofiarach śmiertelnych... Poza tym, sonda lądowała na Marsie... Na zewnątrz padał deszcz, a szyby Cafe "Brazylijka" pokryte były grubą warstwą brudnej pary. Można było zdechnąć w tym szambie.
Kowalczyk opierał się plecami o bar i mocno wpierał nogami w ziemię, intuicyjnie koncentrując w sobie impet masy. Kobylik, nieco zgarbiony, wiercił się i chybotał. Radioodbiornik wciąż informował, przynosząc wieści o zdrowiu Ojca Świętego, a potem znowu zabrzmiała piosenka – to śpiewał Snap. Oooh, baby-baby! Oooh, baby-baby! – jęczały czarne murzyńskie gardła. Push it, push it! Push it, push it!
Z kuchni niósł się dym ze smażonych pokarmów, zapach spalonej cebuli, zapach przypiekanego boczku: aż w pewnej chwili z jam ustnych dwóch młodzieńców pijących wódkę żytnią przy barze pociekła ślina.
Ale zaraz potem wyszli. Przemierzali szybkim krokiem aleję Niepodłegłości. Minęli skrzyżowanie z Narbutta. Deszcz coraz bardziej zajadle pluł na ich twarze. Skórzana kurtka Kowalczyka zaczęła przemiękać; bawełniany dres Kobylika był zupełnie mokry. Doszli do Madalińskiego. Nagle Kobylik trąca Kowalczyka, kurwa, patrz! mówi. Na czerwonym stoi focus, a w nim, na przednim siedzeniu, leży torebka; za kołem jakaś szprycha gada przez komórkę. Obaj aż przystanęli przy tej okazji. Ale Kowalczyk warknął, kurwa, facet, lecisz na włam, a bryki się ciebie imają? Za mocny jesteś na takie sranie w odbyt!
Szli przecież na duży szum, szykowało się po dwie dychy od czerepa. Zresztą, orki nie miało być. Robotę podsunął jakiś gość, którego poznali na Stadionie Dziesięciolecia. Mówił, że ma na imię Wojtek, ale to nieważne. Wyglądał na lekko pizdniętego w mózgol, ale do rzeczy nawijał; poszli na piwo. Szybko się dogadali, że nie ma hajsu i że to dołuje, w chuja jebanego. Tamten wtedy gada, że zna jednego dupka, co robi w gazecie, i hajs mu z kieszeni wypada; bez przepizdu można go łyknąć. Pochylili się i nadstawili trąbity. Redaktorek mieszka z babą na Mokotowie i co noc wychodzi do kochanki, a wraca o świcie. Baba jest łatwowierna jak dziecko, wpuści do środka pod byle pretekstem. W domu kino domowe za dwajścia paczek, stereo, kamera, trochę świecidełek, w salonie dwa bohomazy o pewnym walorze (- to słowo, walor, jakoś dziwnie pozytywnie ich uderzyło). Trochę dolarów powinno być w biurku redaktorka. Babę trzeba normalnie związać i zamknąć do szafy; wątła jest, więc żadna sprawa. Tylko wcześniej trzeba znaleźć jej karty kredytowe, ma tego od chuja. Jak się ją nastraszy, to wygada kody bez gadania. Podjedzie się dostawczym pod boczne wejście na klatkę schodową. Klucz do drzwi jest do załatwienia. Od frontu stoi ochroniarz – jakiś emeryt łajza, ale lepiej nie zwracać jego uwagi. Wojtek zaczeka przy wozie, oni wejdą na górę i wybiorą fanty. Rabicho się upłynni i podzieli po równo na trzech.
Była godzina dziewiąta. Skręcili w Dąbrowskiego. Wojtek stał tam żukiem. Mrugnął światłami. Weszli do budy: siema, siema. Kurwa, spóźniliście się, mówi Wojtek. Oooh, baby-baby! Push it, push it! Znowu usłyszeli z radia Snap. Kurwa, popatrz, jak leje w chuju! - rzekł Kowalczyk, a Kobylik pociągał siarczyście nosem, żeby nie wyciekł glut. Push it, push it! Dobra, powiedział na to Wojtek, jest luz, redaktorek właśnie wyszedł. Tu macie klucz do bocznego wejścia. Ja tam podjadę za pół godziny... W kurwę, na takim deszczu mógłbyś nas podrzucić pod wejście, powiedział z gnuśnym zaciągiem Waldek. Kurwa, spierdalajcie, wódą od was capi, śmieje się Wojtek i wypycha ich z budy; push it real good, push it real good, auuu! - dobiega z radia. Weźcie torby spod plandeki, mówi, i jazda, trzecie piętro, mieszkania osiem.
Obeszli budynek. Boczna furtka w parkanie była odemknięta. Przeszli przez skwer. No, w takim barłaju żyć to jest wypacha! Ściany były świeże, schludne, z beżowej cegły. Trawniczek kurwa wiecznie zielony, latarnie romantik. Jodły syberyjskie, ustawione w równym rzędzie wzdłuż alejki – fosforek kurwa jak w bajce. Mieszkańcy obdrapanego blokhauzu w dzielnicy Bródno zaśmiali się szyderczo na widok tych gadżetów. Otworzyli drzwi na klatkę. Zapachniało lawendą. Poszli w górę. W jarzeniowym świetle zaskowytały ich szybkie kroki na kafelkowanych schodach. Szli szybcy, nabuzowani sobą jakby ich był tabun, rozgrzani i parujący. Nie byli osiłkami, ale teraz podjarał ich ten szum maksymalnie i siły im przybywało. Z ich mokrych twarzy - zazwyczaj szerokich, nalanych, ale i miękkich, jakby pozbawionych konkretnych rysów, żółtawo-kefirowych, o spadzistym czole, kiszonych nosach kapuścianych ni to wąskich, ni szerokich, o oczodołach niewielkich i ześrodkowanych, a też jakby rozmytych; twarzy teraz nabrzmiałych, dyszących, obwisłolicych, bo naznaczonych ponurym zamiarem – z ich twarzy spozierały wybałuszone oczy, mętne, przekrwione, rozpękłe jakby; oczy galaretowate jak ślimacze zwoje kory mózgowej, te zwoje, które stamtąd, spod ich czaszek, napompowane krwią, hormonami, alkoholem, dymem nikotynowym, roziskrzone, oscylujące w rytm pulsu, tłoczyły na ekran gałki ocznej śliską bezmyślność machinalnej przemocy –
Tak, były w tych dwóch owalnych głowach o spłaszczonych nieco u szczytu czaszkach dwa mózgi, dwa dotleniane i nikotynizowane przez miliardy cienkich tętnic mózgi, z których oba miały swoje miejsca sinawe, swoje miejsca sinawe z ich neuronami noradrenergicznymi, projektującymi teraz do jądra przykomorowego w podwzgórzu to pobudzenie, o jakim mówi się zwykle: napięcie psychiczne. Były więc dwa podwzgórza, dwa podwzgórza tam, na dnie mózgu, a każde z nich niosło sakiewkę przysadki, i z dwóch podwzgórz wyciekł do sakiewek hormon kortykoliberyny, hormon wyzwoliciel, hormon koliber, bo wyciekł on do przysadek, aby uwolnić hormon adrenokortykotropowy, ów hormon, który jak posłaniec popłynie w rzekach krwi do kory nadnercza, aby uruchomić w niej sekrecję glukokortykoidów, powodujących, że w ciele w sytuacji walki i niepewności wzmoże się proces glukogenezy, aby dostarczyło sobie porcji łatwopalnej energii i - tak! - aby eksplodowało w wysiłku gwałtownego czynu.
Do Warszawy zjechali rok wcześniej z Pomylina, ze ściany wschodniej; w domu nie było co robić. Kowalczyk pokłócił się z dupą, bo chciała za dużo kasy; namówił więc Kobylika, swojego koleżkę od dzieciaka, żeby pokurwić do stolicy. Tam robota leży na ziemi.
Kobylik długo się wahał. Nie było mu całkiem źle. Odkąd stracił dwa paluchy w polu, dostawał cztery stówy inwalidzkiej: starczało, by codziennie się napić piany czy bełta pod sklepem. Ale w końcu się złamał. Kowalczyk ciągle nawijał, jak to się nachapają, jak się ustawią.
Mieli po dwadzieścia cztery lata. Kobylik był synem robotnika w pegieerze, w dawnym znaczy się pegieerze, bo stał od sześciu lat zajebany ten pegieer, z niszczejącym sprzętem. Macocha trzęsła starym i domem, że nie szło wyrobić. Bo stary tylko bimbrowił i „chloł”. Czesiek, jak skończył osiemnaście, też zaczął „chloć”, i tak samo po nim jego młodszy brat. Miał szczęście, że niedługo potem ujebało mu te palce u nóg; miał stałą kasę, mógł nawet stawiać piwo staremu, jak tamtemu skończyło się bezrobotne. Żarli same kartofle, bo wszystko szło na chlanie.
Za to Kowalczyk, odkąd skończył szkołę, bardziej kombinował. Przez dwa lata był kuchcikiem w Ratuszowej w Ostrołęce. Po roku kupił na giełdzie poloneza po wypadku i w szopie u starego zaczął go remontować. W przeciwieństwie do starego Kobylika, stary Kowalczyk nie chlał, tylko harował na siedmiu hektarach gleby czwartej klasy, sadził ziemniaki, rzepę, owies, hodował pięć kur, krowę i wieprzka. Ale zżerały go dawne złodziejskie kredyty, więc z żoną i trójką dzieci żyli jak bezpańskie psy. Yyyy, zresztą w całej wsi bryndza była. I nawet jak drogę na Ostrołękę zablokowali w pięćdziesięciu chłopa i wylali gnojówkę, to nic się nie poprawiło; rząd miał Pomylin gdzieś. A potem Ratuszowa padła. Przez rok bezrobocia Waldek albo pomagał w polu, albo grzebał w szopie przy polonezie; brakowało mu na części, ale w końcu grat ruszył, na prowizorce. Przejechał na drugi koniec Pomylina, z powrotem zwiozło się go koniem. A potem na miejscu Ratuszowej otworzyli Burgerkinga, więc znowu przez trzy lata harował jak niewolnik: wrzucał frytki do wrzącego oleju i sprzątał w kuchni, na przemian. Ale potem wyjebali go, bo, powiedzieli, lenił się i brakowało mu motywacji. Wtedy zaczęły się przekręty z Iwoną. Szmata nie była zresztą warta nawet tych marnych groszy, które jej przedtem dawał, a teraz się stawiała. Tłumaczył jej cierpliwie, że jak chce mieć Las Vegas, to musi poczekać. Kurwa, aż „bende” stara? – powiedziała. To w takim razie „cziau!” - powiedziała. Potem dowiedział się, że kręciła od jakiegoś czasu z Kobyrą. Kobyra dwa razy był na budowie w Rajchu i od tego czasu do ziomków gadał per "ty, kurwa szwajne!". Waldkowi w pale aż zakipiało, jak usłyszał, że to Kobyra mu dupę obciął! Wtedy postanowił: Warszawa. Tam się można dochrapać; jeszcze jak robił w Ratuszowej, to poznał legendę o Niedzielaku: chłop, w dziewięćdziesiątym czwartym, jak rozdawali bony na prywatyzację, pokupował je od kilkunastu pijaczków z rynku za flaszkę i z tym pojechał do stolicy; tam go tknęło i wszedł w większy biznes, najpierw skupował po kilka, potem po kilkadziesiąt, w końcu na tysiące i sprzedawał wszystko jakimś Cyganom z Austrii, a że cena bonów u hurtowników wciąż rosła - po roku miał chawirę z basenem i dwie lochy.
Pojechali-ci więc. Waldka Matka dała im na drogę schabu z ostatniego prosiaka, którego stary ubił na tę okazję. Na progu chaty się to działo. Rodzice, młodszy brat i siostrzyczka ocierali łzy, jego też wzięło na wzruszenie. Wrócę niedługo, powiedział - dobry syn przecież, narzekać na niego, że się lenił, że ciężarem im był, nie mogli - wrócę tu, na swoją ojcowiznę, powiedział przypominając sobie nagle to podniosłe i dumne chłopskie słowo, wrócę i jeszcze będą z nas państwo! - powiedział tonem solennym. Do kościoła pójdę modlić się za ciebie, powiedziała matka łkając. Jedź i dorabiaj się, młody jesteś, świat stoi tobie otworem, powiedział ojciec. Wrócę tu do was, powiedział pierworodny ich Waldemar.
Czesława nikt za to nie żegnał; stary i brat byli schlani, macocha miała go gdzieś, u księdza pewnie siedziała i czochrała się. Toteż z tego smutku w pociągu obalił sześć browarów, częstując też i koleżkę. Do Warszawy wjeżdżali w dobrych humorach. A kiedy skład wjechał w tunel średnicowy, wychylili się przez okno i w huczącą, zgrzytającą żelaznymi szczękami ciemność rzucili zarozumiale parę przekleństw, a za nimi pustych butelek, wygrażając pięścią nieznanemu miastu, które, z całym swym czarnym ogromem, zgrzytającym, chybotliwym, rzucającym nimi po przedziale jak pakami mięsa, wydawało im się przecież tak łatwe do zdobycia, jak ostatnia zdzira.
Ale łatwizny jakoś nie było. Co gdzie się zgłosili po robotę, to ich spławiano. Za forsę, którą wzięli ze sobą, wynajęli na miesiąc kawalerkę na Bródnie. Z początku sądzili, że skurwiel wynajemca chce ich narżnąć jako wsioków, tyle kasy zaśpiewał za jeden miesiąc. Ale nie dało rady taniej, z bólem opłacili złodziejski czynsz i zostało im tyle, żeby przez miesiąc było na chleb. Rano, w południe i wieczorem żarli więc chleb ze schabem. Po tygodniu Czesiek nie wyrobił tego życia o suchym pysku i poszedł, żeby zbierać od ludzi po parę groszy, aż uzbiera na wino. Waldek przysięgał, że nie zniży się do tego. Ale jak Czesiek wrócił z dwiema butelkami bełtaka, to nie odmówił poczęstunku. Następnego dnia było tak samo. W dzień szukało się, albo i nie szukało, jak nie było już siły, roboty; wieczorem Czesiek wychodził i po paru godzinach wracał z jedną, a czasem dwiema flaszkami. Zdawało mu się nie przeszkadzać, że kolega, chociaż się częstuje, nie żebrze razem z nim. Żebrał teraz codziennie i był zadowolony z życia.
Po jakimś czasie Waldek załapał robotę przy pilnowaniu w nocy szrotu na Białołęce. Nie dostałby tej roboty, ale okazało się, że znajomy właściciela złomowiska, Zdzisława Ciuły, co akurat tam przypadkiem był, to zięciem jest jednej sąsiadki z Pomylina i kojarzył Waldka z wesela. Ciuła namyślił się wtedy i powiedział, dobra, będziesz na stróża, bo mi w nocy części z wraków giną, dam ci osiem stów. A na to znajomek Roman, daj mu, Zdzisiek, kurwa, paczkę, przecież wiesz, jakie tera życie. Paczkę to ja sam ledwo wyciągam, powiedział obłudnie Ciuła. I tak robił łaskę. Był to ciężki, nieco cygański, włochaty wieprz; w śniadej, fałdzistej gębie o porowatej cerze dwie bystre, czarne gały leżały jak wielkie baby na poduszkach sinych podkrążeń; przysłonięte wąsiskiem usta, grube i zaciśnięte, wyrażały upór. Tak czy siak, trzeba było łapać tę okazję.
Odtąd było przynajmniej z czego żyć. Waldek zaczął przynosić ze sklepu margarynę, jajka, kaszankę "Królewską", salceson albo pasztetową i chleb; czasem nawet i śledzia pod półlitrówkę albo boczek czy słoninę. Ale Czesiek, lojalnie, nie przestał żebrać, żeby nie być koledze ciężarem. Wychodził teraz już wczesnym wieczorem i jechał do Śródmieścia. Wynalazł parę dobrych sposobów na żebr. Na "proszę łaskawego pana", czyli uniżenie, przepraszam, dziękuję, pokora i pochlebstwo, to na kierowników i biurokratów. Na hifiarza, to skutkowało u młodzieży: jestem od siedmiu lat nosicielem wirusa HIV i nie mam pracy, rodzina wyrzuciła mnie z domu, jestem głodny, proszę o dziesięć groszy na bułkę, smutnym, monotonnym głosem. Na bezczelnego pijaczka, na co łapały się zabawowe chłopaki, że niby nie będę panom kłamał, że zbieram na chleb, nie, po prostu chcę się napić wina owocowego. Na dworcu na okradzionego, co nie ma jak wrócić do Koszalina - i tak dalej. Nie było mu wstyd żebrać, bo przecież nabierał po prostu frajerów. A roboty dużo z tym nie było.
Waldek tymczasem pilnował nocami złomu. Dyżurował w budzie z desek i blachy, znajdującej się tuż za bramą wjazdową na szrot. W niewielkim pomieszczeniu znajdowało się biurko i żelazna szafka, zawsze zamknięte na klucz i kłódki; ponadto krzesło i trzynastocalowy telewizor odbierający trzy programy telewizyjne: program pierwszy, drugi i polsat. Na lichej ścianie z perforowanej sklejki wisiał kalendarz BMW. Z sufitu zwisała na kablu oprawka z żarówką. Na podłodze walały się w nieładzie narzędzia: łom, zwoje łańcucha, wielki klucz francuski, dwa młoty, palnik spawarki; dwie butle z gazem, niebieska i czerwona, stały w kącie.
Złomowisko zajmowało działkę wielkości pięciu tysięcy metrów, o kształcie długiego prostokąta; otoczone było siatką zwieńczoną drutem kolczastym. Wraki układano w wielopiętrowe pryzmy, w porządku od najmniej do najbardziej uszkodzonych; na samym końcu w kupie leżały już tylko poszarpane fragmenty drzwiczek, wałów korbowych, masek, zawieszeń, układów kierowniczych i rur wydechowych, parę zmiażdżonych jak po wybuchu motorów, pogięte felgi, umarłe akumulatory i kable, mnóstwo kabli. Stał tam także niewielki kafar na podnośniku kołowym. Widok przy bramie nie był wcale lepszy: zniszczone, sprasowane wraki ukazywały wszelkie, najbardziej fantastyczne postaci amorfii - był to ponury magazyn katastrof i deformacji, po którym za dnia buszował Ciuła z dwoma pomocnikami, poszukując nieuszkodzonych lub rokujących nadzieję części, niczym bakteria rozkładając, segregując i konsumując to, co zostało z trupów maszyn; w nocy zaś wałęsał się skundlony wilczur Gnat, a wraz z nim czasem, gdy przyszła ochota zajarać albo tylko poszwendać się dla rozprostowania kości, nocny stróż, którego powolne i beznadziejne kroki na żwirze rozlegały się w ciemności, naruszanej jedynie przez żółte światełko z budy.
Robotę zaczynał o dziewiątej wieczorem, kiedy Ciuła zamykał zakład. Niewiele wiedział o tym, co na złomowisku działo się za dnia; dla niego było ono zawsze nieruchome i posępne jak cmentarz. Obserwował jedynie przybywanie wraków oraz ich powolny rozkład. Czasem ogarniał go na widok tej ogromnej rupieciarni, pogrążonej w mroku, który przydawał jej jeszcze groźnej masywności, dziwny żal: wspominał czasy w domu rodzinnym, kiedy kombinował nad polonezem, radosną chwilę, gdy chałupniczo wyremontowany wóz wreszcie ruszył, godziny ciężkiej harówki, w czasie której nie raz musiał zrobić coś z niczego, a przy tym zżył się z tą maszyną jak z przyjacielem - i wydawało mu się, że były to dobre czasy w porównaniu z obecnymi. Miało się przynajmniej poczucie, że się jest coś wartym, że się coś robi, a tu gniło się pośród wraków. Najgorsze myśli przychodziły przed świtem. Masyw złomu zaczynał wtedy wyłaniać się z mroku; pojawiały się spiętrzone i zwichrzone w milionie szczegółów kształty zniszczenia. I w tych rozszarpanych, poharatanych i pogiętych resztkach po raz ostatni ukazywała się opływowość, krągłość i pękata, familijna rubaszność fordów, fiatów, opli, volkswagenów, daewoo i hyundajów, albo rekinia drapieżność wozów sportowych, albo ciężka, dostojna, luksusowa kształtność meroli, beemek i volvo. Waldkowi serce krajało się na widok tylu wspaniałych aut, często zupełnie nowych, unieruchomionych, wyrzuconych na śmietnik... Tyle dobra szło na marne... Chłopski syn, przyzwyczajony do oszczędności i poszanowania dla dobytku, nie mógł się na to nie oburzać; ludzie, którzy niszczyli te wspaniałe, solidne i silne maszyny, byli, jego zdaniem, zbrodniarzami.
Poza tym najbardziej doskwierała mu nuda. Telewizja nadawała najwyżej do drugiej w nocy; tylko w weekendy dłużej. I praktycznie tylko na polsacie dawali jakąś erotykę. W piątek patrzało się na Różową Landrynkę. W sobotę na Playboya. Czasem też dało się pogapić na te trzy, czy ile ich tam było, lalunie z „Przytul mnie”, ale one były za mało rozebrane i pierdoliły czasem tak, że głowa bolała. Niezła była blondyna Samujłowicz z Różowej Landrynki, chociaż trochę drętwa. Schaby miała ciężkie i okrągłe i obfite wymię. A teraz zapraszam was - mówiła zmysłowym, swojsko brzmiącym, trochę piskliwym i usztywnionym głosem o przesadnej dykcji - na podróż do krainy ekstrawaganckich erotycznych gadżetów i wyrafinowanych fantazji. Nasza ekipa odwiedziła targi erotyczne w Ołomuńcu. Albo: W Szczecinie odbył się ostatnio dziesiąty ogólnopolski konkurs na miss mokrego podkoszulka. Albo: Zapasy w kiślu mogą być ekscytującym widowiskiem. Usta miała czerwone, krwistoczerwone! Ech! Ale potem na jej miejsce dali te dwie szprychy z „Przytul mnie”. Te też były niezłe, tylko jeszcze bardziej drętwe. Blondyna i czarnula. Blondyna lalowata, zaokrąglona, z baniami. Czarnula chuda, przymilna i chytruska. Gadały na zmianę. Fatałaszki miały skąpe i przezroczyste. Teraz już się z wami żegnamy, ale mamy nadzieję, że te piękne, zmysłowe kusicielki, które ujrzeliście w naszym programie, zainspirują was do tego, by oddać się najskrytszym fantazjom i igraszkom. I Waldek czuł, jak ta sugestia wnika bezpośrednio do jego lędźwi i ciał jamistych. Z początku miał skrupuły, by zrobić sobie nieczystą przyjemność w stróżówce. Ale te dwie zdziry, zdawało się, uwodziły chyba właśnie jego. Teraz nadszedł już czas rozstania, ale wiemy, że także po programie będziecie myśleć namiętnie o tych wspaniałych, spragnionych erotycznego dotyku dziewczynach; życzymy wam zatem miłego fantazjowania! - wyrecytowały któregoś dnia, jedna przez drugą, przesuwając krwistymi pazurami po krągłościach. Wtedy dłonie Waldka same zaczynały zbliżać się do krocza; do głowy wlewały się strumieniami obnażone wymiona tych pierdolonych krów, ich wargi, ich uda, ich uszy, ich dupska i łydki, i kuśki, i te ich chytre oczka - to było nie do wytrzymania!
Potem jednak ogarniał go jeszcze większy smutek i jeszcze większa nuda. Przez moment nienawidził tych dwóch pind, gwałcących go przez telewizor. Zapalał szluga. Gnat! – krzyczał na psa, chotu, Gnat! Pies przybiegał; robiło się raźniej. Lecz wciąż przejmowało go niejasne, jakby fizjologiczne poczucie poniżenia. Aby się zapomnieć, odurzyć, Waldek przeglądał wtedy godzinami kalendarz BMW. Robiło mu się błogo. Teraz pędziły przez jego głowę luksusowe limuzyny, mocarne jak ogiery, solidne i ciężkie kombi z serii pięćset, pękate, nosorożne; a potem zadziorne i rasowe trzysetki, smukłe jak klacze. Szczególnie jeden model przyprawiał o zawrót głowy - czerwona sportowa zetka kabrio, połączenie sarniej sprężystości i lwiej siły, ach, nawet więcej, bo w jej kształcie było coś zmysłowego, coś, co emanowało obłą, soczystą, popędliwą namiętnością; coś z rozwiązłej suczki. Zdawała się zrywać z miejsca i skakać w rozkosz, a on wpatrywał się w nią z nieśmiałością i uwielbieniem. I oto znowu przebiegał go dreszcz podniecenia i lękliwego pociągu organu do organu. I znowu niepokój rozpękał się i rzucał go jakby na pożarcie samemu sobie. Oczyma duszy widział, jak zapierdala zetką po drodze, jak dociska gazu i przyspiesza, czuł jej drgający lekko motor, wirowanie jej kół, a strzałka na liczniku szła w górę: 180, 200, 220, 250, 265! Coś ryczało w nim, kiedy tak się rozpędzał; czasem wyrywał się zdławiony jęk.
Gdy zaczęły się mrozy, całą noc siedział i się trząsł. Ciuła wstawił co prawda do budy elektryczny grzejnik, ale przy wietrze mróz właził przez ścianki jak nóż w skórę. Jeszcze gorzej miał Czesiek na żebrach. Zimno dawało w kość; Czesiek łaził po ulicy na zesztywniałych jak szczudła nogach, co i rusz próbował dostać się do maka czy innego fastfoodu, żeby się ogrzać, ale szybko ochroniarze wyjebywali go na pysk. Ludziska, zakutani i poobwijani, niechętnie sięgali po portfele. I czasem przez całe popołudnie nie dawało się uzbierać na zasraną flaszkę wina czy miodu i trzeba było zadowolić się puszką piwa. Pewnego dnia, już po zmroku, na opustoszałej prawie Starówce, przy Barbakanie, podchodzą dwa menele. Widywało się już ich w okolicy, też żebrali. Ryje mieli ześcierwione, fioletowawe i mętne; cuchli łajnem, szczyną i kwasem octowym. Podchodzą i od razu buch z graby; na oblodzonym bruku Czesiek padł na glebę. Wtedy drugi z kopa mu w brzuch. Kurwa, wymiot stąd, kurwa, ciole, mówią. I łup go w kolano z kopa. Kurwa, my tu mamy księstwo, mówią. Kurwa, my tu rządzimy, mówią. I drugi za włosy, i mordę Cześkowi wykręcił, żeby na nich patrzył. Kurwa, jop się na mnie, psi zwisie, mówi ten, co go trzymał. Łapę miał grubopalczastą, śmierdzącą; z bezzębnej gęby, gdy ją pochylił, ziało jak z szamba. Jop się, kurwa, jeszcze raz szarpnął Cześka jak psa. My tu panujemy, ja tu, kurwa, jestem premier, a ten tu, jop się, kurwa, bo ci karkówę ukręcę, ten tu to prezydent, mówi. I rechoczą obaj, a prezydent kop Cześka w plery. Kapujesz, kurwa? Kapuję, bełkocze Czesiek z wykręconą głową. To powtórz, kurwa, ten pan to tutaj prezydent, a ten to premier, i jeszcze mocniej szarpie za włochy, jebany żul. Ten pan to tutaj prezydent, powtórzył Czesiek, ślina mu ciekła na brodę, oczy wytrzeszczały się z lękiem, a ten to premier. Menele rzygnęły rechotem. No, a teraz buta mi wyliż, mówi premier i przystawia pysk Cześka do stopy, obutej w rozpadający się, łazęgowski, pokryty błotem trep. Liż, kurwa, ten cesarski trzewik, mówi lump. Mdlejąc z obrzydzenia, Czesiek przesunął językiem po wstrętnym buciorze. A teraz prezydentowi, mówi tamten. Potem podnieśli go za fraki, cisnęli w zaspę i spierdalaj stąd szybko, bo następnym razem będziesz nam gówno z dupy zlizywał, powiedzieli na odchodnym, charcząc śmiechem. Czesiek długo leżał w śniegu; bał się podnieść. Wreszcie wstał i przemykając się chyłkiem ruszył do domu; bolał go krzyż po kopniaku prezydenta, nie mógł się wyprostować, płakał.
Co za pech, kurwa! Bo niedługo potem Waldek stracił robotę u Ciuły. Znowu coś zniknęło ze złomowiska i Ciuła nie miał litości; po prostu wyjebał go za drzwi. Tak źle jeszcze nie było. Czesiek chciał wracać do Pomylina, Waldek trwał w beznadziejnym uporze, bo, mówił, dochrapią się, jeszcze się dochrapią. Tymczasem żarli już suchy chleb i szwendali się po zamarzniętym mieście w poszukiwaniu jakiejkolwiek roboty, powłócząc nogami, pośród ścian i murów, pośród czarnego śniegu, pod soplami, wśród słonych błot ulicy. Nie było nadziei; wszystko, każde drzwi, każdy beton, każdy mur, wszystko to było szyderstwem pluniętym im w gębę, wszystko to przeklinali, każde drzwi, każdy beton, rzucali temu wszystkiemu szeptaną, niesytą, rozpaczliwą obelgę, łażąc tak po tym mieście wielkich brudnych rzek i rozlewisk, rzek betonu, rozlewisk muru. Nie byli niczym więcej jak ten szlam, przez który brnęli; byli bezużyteczni jak padlina. Czesiek miał załamkę, nie był już zdolny do jakichkolwiek akcji, i snuł się już tylko jak cień cienia przy Waldku, wciąż lekko zgarbiony po ciosie w plecy; czasem gadał coś do siebie: żeby nie mać w dupu chuj, żeby nie ta mać, gadał, nie szło go zrozumieć, a on gadał, żeby nie ta mać w kurwę, ech, kurna jego, kuźwa..., jego żeby zadziać, w kurwę, zadziać, zaćkać..., bełkotał postrzępione, pomięte, oślizgłe słowa, słowa uciekające jakby w bezdeń amorficznej materii, i szedł za Waldkiem jak ślepy pies na smyczy. Tamten zaś szedł już tylko z uporu, z zaciętości, każdym krokiem rzucając nowy bluzg temu znienawidzonemu potworowi o przepastnych trzewiach pełnych obłego żelastwa, zgrzytającemu ociężałym pędem, toczącemu swą metaliczną krew w światłach reflektorów, pompującemu surówkę trudu i mordęgi, a przecież w swej niemiłosiernej ruchomości wyrzucającemu ich poza wszystkie swe obiegi, ciskającemu ich żywe zwłoki na śmietnik bezruchu i unicestwienia. Co mu zawinili, że był tak niełaskawy wobec ich wysiłku? Czy za mało się starali? Czy nie zdarli butów poszukując pracy? To była jawna niesprawiedliwość! Nie zasługiwali na taki los.
Pewnego dnia, przechodząc przez ulicę, zobaczyli, jak jakiś gówniarz podchodzi z cegłą do wozu, rozwala szybę i po chwili spierdala z torebką w ręku. Dziesięć sekund i koleżka znikł w ciemnościach. Z wozu wylazła baba w futrze i wrzeszczy, gonić złodzieja, gonić złodzieja! I widzą, że do nich tak wrzeszczy. Panowie, wrzeszczy baba, gońcie tego łobuza, zapłacę wam! Ale ani im w głowie było gonić. Odeszli w swoją stronę z włóczęgowską godnością, patrząc na babę spode łba, szyderczo; czego od nich chciała? Od tego jest policja! Zresztą, już się chłopaka nie dogoni, trzeba było uważać. Cześkowi to nawet śmiać się pusto chciało z tej baby. Waldek zaś bił się z myślami. Dziesięć sekund i po krzyku. Wystarczy cegła i dobry wzrok. A co innego im pozostało, jak nie kraść?! Nie oni byli winni bezrobociu! A jeść trzeba! Nie można dostać po dobroci, to trzeba siłą!
I szli dalej wolnym krokiem, nie rozmawiali. Czesiek znów bełkotał niezrozumiale, leząc z tyłu jak zdziczały maruder, z głową pochyloną ku ziemi. Tak, zwariują tutaj, pomyślał Waldek, w tej jebanej Warszawce, jak tak dalej pójdzie; zwariują! W tym wielkim, paskudnym i nadętym mieście, mieście drożyzny i wyzysku, bezwzględnym i nachapanym! Jak nienawidził tego miasta! Jak nienawidził tych mord spasionych, tych kurew z podniesioną głową, tych łajdacko wymijających, cwaniackich spojrzeń, tych garniturów nabzdyczonych, tych neseserów i teczek pełnych władzy i prestiżu. O, te warszawskie cwaniaczki, chytrusy! Tylko rządzą i chapią, chapią, i pasą się biedą całej Polski! Żadnych wartości! Żadnego koleżeństwa! Nie nadajesz się, to wypierdalaj! I nie ma zmiłuj! Harujesz albo zdychasz! Pazerne skurwysyny! A jakie ceny, w kurwę pierdoloną, sobie każdy jeden liczy! Nadziane łajzy, tylko patrzą, jak cię wycyganić, jak cię wyżyłować! O nie, nie będzie tak dalej! To miasto nie będzie już rozdrapywać im żył, teraz oni pokażą pazury! Pękła w Kowalczyku długo gromadzona wściekłość. Decyzja została podjęta.
Cegłę wziął ze śmietnika. Wieczorem zaczaił się za drzewem, tuż przy skrzyżowaniu. Było tam ciemno. Samochody nadjeżdżały, oślepiające, bezkształtne i bezbarwne, zatrzymywały się, potem ruszały, sznury wozów wszystkich marek, ruchomych plam, zastygały i ruszały w chmurach ryku; trwało to z godzinę, cegła ciążyła w dłoni, a on tkwił na swym miejscu, jakby przyrośnięty do tego strumienia stalowych majaków. W końcu, gdy po raz pięćdziesiąty, odkąd tam stał, zapaliło się czerwone światło, zatrzymał się tuż przy nim czarny wóz; przez boczne okno dojrzał torebkę leżącą na siedzeniu pasażera. Podbiegł i cisnął z całej pary cegłą; rozpirzona szyba zmieniła się w taflę szronu z wielką dziurą w środku. Przez dziurę wyzierała jakaś zastygła w panice twarz. Wyrwał ze środka łup, a potem biegł, zostawiając za sobą milknące w dali krzyki...
W jakiejś bramie przebadał zdobycz. W portfelu znalazł sześć stów, kartę kredytową, telefon i srebrne etui z wizytówkami. Resztę rzucił do śmietnika, razem z wizytówkami; nawet na nie nie spojrzał. Wyszedł z bramy i poszedł wolnym krokiem. Przez chwilę było mu mdło. Ale nic się nie działo; szedł wśród ludzi i nie budził żadnych podejrzeń. Poczuł wtedy zadowolenie. Nareszcie coś mu się udało! Kurwa, wreszcie! Złorzeczył, znowu teraz złorzeczył światu i temu szczurzemu miastu, i tym jego łajdackim porządkom, które nie pozwalały człowiekowi uczciwie żyć - ale złorzeczył z dumną radością, że pokazał tym porządkom wała, że je obsrał, na swoją korzyść. Koniec, nie będą już go robić w chuja. Nadeszła dlań jutrzenka swobody.
Gdy wrócił na Bródno i pokazał hajs i fanty Cześkowi, ten najpierw ucieszył się, a potem zaczął drżeć z przerażenia jak dziecko; chciał uciekać, pewien, że za chwilę do drzwi zapuka policja; wił się i kulił, porażony strachem. Człowieku, kurwa, opanuj się, mówił Waldek, na mózg ci padło, kto nas tu znajdzie! W końcu pobiegł do sklepu nocnego, kupił dwa bolsy, kiełbasę, chleb, masło, ser topiony i malborasy; wychlali wódę i Czesiek, napierdolony i nażarty jak jeszcze nigdy dotąd w Warszawce, uspokoił się, a nawet zaczął uśmiechać marzycielsko - bo Waldek tłumaczył mu jak głupiemu, że robota jest czysta i łatwa, że nie ma boja, że, kurwa, jeśli tylko dalej tak pójdzie, za miesiąc będą z nich paniska! Nie było zresztą innej pracy w tym mieście skurwieli! Wszędzie tylko całowali klamkę, teraz se odbiją! Kurwa, mówił, za miesiąc, dwa, będziemy rządzić, słyszysz Czesiek, po rękach nas będą całować, a dziwki to będziesz szuflą spod chuja wygarniał, tak się będą do nas pchały! Bryki sobie kupimy, trochę świecidełek, żeby było widać, cośmy za jedni, skóry, szmal nam będzie wyłaził z kieszeni!... Chłopie, mówi na to Czesiek rozanielony, pełen podziwu, ty to jednak masz łeb! Kurwa! - zachwycił się. Nagle dostał ataku śmiechu, zaczął rzucać się po kanapie, hahaha, hahaha! I co, i co?! - wyjąknął spomiędzy spazmów duszącej wesołości – cegłą, tak? Cegłą? Hahaha! Cegłą!! Kurwa, ty niezły jesteś, Waldek! Niezły ceglarz z ciebie!! I tak odtąd mówił na niego: Ceglarz.
Rozkręcili ten biznes, szło łatwo, los się uśmiechał za każdym razem: chapało się po parę stów, czasem nawet więcej, telefony, elektroniczne kalendarzyki, cacka i bajery, wkrótce się tego uzbierało. Akurat szły Święta. Było z czego żyć, a nawet prezenty dla rodziców i rodzeństwa kupiło się pod choinkę; Ceglarz matce komplet noży kuchennych, staremu nowe video, bratu buty sportowe, a siostrze lalkę; Czesiek wędkę dla ojca i scyzoryk dla brata, a dla macochy figę z makiem, bo srał na nią rzadkim kałem. A myśleli nawet jechać do domu, ale lepiej było zostać, bo im bliżej Świąt, tym więcej się chapało. Toteż Wigilię urządzili na dwóch, na Bródnie: pięć absolutów, śledź, karp, frytki, kapusta, grzyby marynowane, kartofle, chrzan, musztarda i makowiec z lukrem na deser, rozłożone w obfitości na stole, przedstawiały dla ich wzruszonych oczu obraz niezaznanego dostatku, gdy dzieląc się opłatkiem życzyli sobie dalej takiego powodzenia. Dwa absoluty wychlali jeszcze przed pasterką, na którą wybrali się do najbliższego kościoła, jak kazała tradycja i wychowanie. A gdy powiedziano czuwającym wiernym, iż cud się ziścił i Bóg-Człowiek się narodził, i zapanowało wśród ludzi wzruszenie, Czesiek i Ceglarz, ze łzami na spieczonych od mrozu i wódki policzkach, padli sobie w objęcia jak dwaj bracia.
W połowie lutego mieli już tyle telefonów i innych cacek, że trzeba było pomyśleć, jak ten szmelc upłynnić. Wybrali się na stadion i kręcąc się w tłumie proponowali dyskretnie towar, za pół ceny. Pełno tam było skośnych, kaukazów, mongołów, wietnamów i innych uzbeków; kakofonia języków, piskliwych, melodyjnych, pierdzących rozpościerała się dokoła drżącym oparem niepokojącego brzmienia; wymięte, śmierdzące tłusto banknoty przechodziły z rąk do rąk, z ukosa pilnowane przez podejrzliwe oczy, a z cokołów skakały prosto w chmury grupy kamiennych atletów. Handlowano tu wszelkim szmelcem, kontrabandą, szmatławą chińską garderobą, podejrzanymi lekami, sowiecką elektroniką i zatęchłymi ciałami kurew zza Uralu, kurew z Omska i Ałma-Aty, kurew z Jinzhou i Ussuryjska; w ścisku wpadało się na pękate brzuchy i twarde plecy, ocierało o gnijące oddechy i wilgotne swetry, trącało wychudzonych żółtków... To wtedy właśnie natknęli się na Wojtka. Nie chciał nic kupować, ale i tak pogadali na stronie. Od słowa do słowa, aż wyczuł, skąd mieli ten towar. I tak nadarzyła się okazja do społecznego awansu. Podjęli ją bez wahania. To im się zwyczajnie należało.
Pukają więc do drzwi z numerem osiem. W reklamówce sznur do bielizny i trochę plastra, żeby unieszkodliwić redaktorową; cegłę też wzięli, na wszelki wypadek i z przyzwyczajenia, a na ramiona zarzucili wielkie puste torby. Zza grubych drzwi nie dobiegał nawet szelest. Czekali dysząc z wysiłku i podniecenia. Gice drżały Ceglarzowi, Czesiek, trochę w tyle, miał mgłę przed oczami. Ale szum! Kurwa, kręci się, kręci! Tylko drzwi się nie otwierają; zniecierpliwili się, Ceglarz załomotał wkurwiony, Czesiek dołożył od siebie kopa! Nie otwierają się! Wkurwili się tym bardziej, że nawet nie pomyśleli wcześniej o takim wariancie sprawy. Czyżby jebanej kurwy redaktorowej nie było doma?! Ceglarz przyrąbał w drzwi z byka, taki jest wchujony, i jeszcze raz, i jeszcze; zrobił się niezły łomot! Kurwa mać, kurwa mać... szepcze żałośnie Czesiek i prawie się nie rozpłacze do tych dwudziestu paczek, co mieli chapnąć! Ale Ceglarza coś tknęło: nacisnął klamkę. Drzwi, kurwa, jak w kreskówce, były otwarte!
No to hajda! Wchodzą, rozglądają się, ciemno jak w murzyna dupie, cisza, nic... Słyszą tylko własne dyszenie i ciężkie, niepewne kroki. W głębi korytarza coś świeciło, poszli tam; zawył nagle przeciąg, zawył, że aż im się zimno zrobiło. Nagły wrzask, który dobiegł nie wiadomo skąd, na moment ich sparaliżował: To ty?! - krzyknął ktoś, chyba kobieta, ale głos był tak zachrypły, że, kurwa, nie wiadomo już kto - Skurwielu, wynoś się stąd! Precz, łajdaku! Won, kanalio! Nie chcę cię więcej widzieć! Skąd szły te wrzaski? Poszli dalej w stronę światła, aż zobaczyli: baba w szlafroku stała na przejściu i rzucała czymś prosto w nich! Coś zabrzęczało! I znowu! Kurwa, rzucała szklankami! Schowali się za winklem korytarza. Ale baba nagle przeraziła się i piszczy jak zarzynany wieprzek: dobra, to bierz ją! - krzyknął wtedy Ceglarz i dalej na babsztyla!
Nie czuło się, co się robi... Rzucili się z całej masy, obalili babę na ziemię, ratunku, piszczała i biła nogami, i wiła się, i tarmosiła, i gryzła! A oni na nią i duś, duś ją, trzymaj, łap, kurwa, łap, duś! Baba wiła się jak gąsienica, nie dało się jej przydusić, wyrywała się, kurwa, pot, męka, łzy, mordęga, skurwysyńska mordęga! Ludzie, pomocy! Zamknij kurwo pysk! Wiła się, tarzała, gryzła! A oni na niej, całą masą i duś ją, duś! Wrzask! Zamknij mordę! Nogi wierzgały i wyły, ręce łapały, wyły, ratunku; konia byś łatwiej zdusił! Sznur dawaj, sznur dawaj, krzyczy Ceglarz spocony, umorusany babsztylem; Czesiek daje sznur, Ceglarz, siedząc jej okrakiem na karku tak, że ma jej łeb pod dupą i mógłby, rozśmieszyło to jakoś Cześka, wysrać się jej na włosy - próbuje związać jej wykręcone ręce. Ale baba wierzga, wierzga, ryczy, charczy, co za męka, co za udręka! Zaraz się wyrwie, nie da się jej obezwładnić! Kurwa mać! Cegłę dawaj, cegłę szybko, krzyczy wtedy Ceglarz; Czesiek daje cegłę, Ceglarz przymierza się, waży cegłę w łapach, baba ryczy, ratunku, ludzie, ratunku; Ceglarz podnosi cegłę do brody, ratunku, i prask ją w łeb!... Pierdnęło w niej coś i zwiotczała. Z babą koniec. Ulżyło im, mogli chwilę odsapnąć.
Dla relaksu zajarali szluga, strząsając popiół na nieruchome ścierwo baby. Nie wiedzieli, czy żyła, zresztą mało ich to obchodziło, ważne że nie wierzgała już, suka. Pogłos furii, jaką wzniecił w nich jej opór, spływał po nich jeszcze falami dreszczu; nogi wtedy same kopały zaciekle w zezwłok. Zwłaszcza Czesiek był na nią wkurwiony. Kop ją, kopaj! – cedził i kopał zaciekle w ścierwo; tak kopał, że Ceglarzowi śmiać się nagle z niego zachciało. Wyluzuj, Czesiek! mówi Ceglarz, nie bądź taki kopaj! Z babą sprawa załatwiona, a teraz nagroda za wysiłek, nie?! Kopaju ty! - walnął go serdecznie w ramię i śmiali się teraz obaj. Kurwa, kręciło się! Starli pot z czoła i wzięli się do plądrowania. Tylko nie wiedzieli już, otumanieni tym wszystkim, czego szukać...
Ale zaraz obok był pokój z wielkim biurkiem i regałami, obwieszony zdjęciami w ramkach, wypełniony cackami, bybelotami, wpadli do środka i zaczęło się przetrząsanie, książki leciały z półek na podłogę, wazony pękały, fruwały papiery, padały stojaki. Spieszyli się. Rozwalali stosy czasopism, przewrócili krzesła, zrzucili z biurka monitor komputera, książki leciały, fruwały wazony i świeczniki, ale rozpierducha, ale szum! Kotłowali się, wpadali na siebie półprzytomni; wyrywali szuflady i wytrząsali, papiery fruwały, długopisy, popielniczki, dokumenty, fotografie, figurynki i stos rósł, ale nic tam nie było. Rozpierdalali wszystko, ogarnięci manią zniszczenia, rzeczy, wyrzucone nagle z orbit i wprawione w wirowanie, trzeszczały, pękały, rozlatywały się, a oni plądrowali z furią, plądrowali zaciekle, przeklinając; przewrócili opróżniony regał, który zwalił się z trzaskiem na stos szpargałów, że aż zadrżały ściany... Odskoczyli, żeby ich nie przywalił, i rozejrzeli się: wszystko rozjebane! Wszystko wywrócone do góry! Zmachali się, a nic nie znaleźli! Co jest kurwa? powiedział Ceglarz. Nic tu nie ma! Przeszli z powrotem w korytarz i zajrzeli do salonu. Stało tam na niskiej szafce z przeszkleniem DVD i stereo, i telewizor na pół ściany. Zabrali się do roboty. Przynieśli torby i zaczęli wyrywać sprzęt z szafki, kable się plątały, szafa chwiała, rwali, rwali jak szło, kable trzymały i nie puszczały, rwali, po kolei, wzmacniacz, tuner, kompakt, trzeszczało, jęczało, stawiało opór, plątało się, jedno ciągnęło drugie, spadało, waliło lawiną, a oni wyrywali czarne pudła z tego potoku zagracenia i pakowali do toreb; kable splątane, kabelki, kurz, pot! Telewizor był za wielki, nie mieścił się, więc wyjebali go na ziemię, walnęło, pękło, huknęło, ale szum! Sprzęt łyknięty, zaczęli się rozglądać za kolejnymi łupami. Zdjęli ze ścian dwa obrazy, jeden szary z żółtymi zaciekami, drugi jakiś na niebieskofioletowo i włożyli do drugiej torby. A potem dawaj plądrować: wywalili książki z półek, przewrócili fotele, stół poszedł blatem w ziemię, papiery fruwały, fruwały makaty i poduszki; zdarli zasłony i firanki, kopali w drzwi szafek, pękało, rozpadało się, szybko, kurwa, nie ma czasu! Dolary! Gdzie te dolary! Rozpruli poduszki, trysnęło pierze, tryskały papiery i papierki, fruwały wazony i rozpadały się z łoskotem, brzęczały eksplodujące zegary, brzęczały tłuczone szkła, huśtały się żyrandole, pierze kłębiło się jak para; wszystko szmelc, wszystko chłam, wszystko gówno! W jednej z szuflad, pod pościelą, dorwali zdobione pudełko: w środku biżuteria – poszło do torby. I dalej rozpierdalać wszystko, rozdzierać, wytrząsać, kręciło się! Huk, zwał, kłębowisko gratów, chcieli dolarów!...
Przeszli do innego pokoju... A był to dziwny pokój, w którego progu na moment stanęli jak wryci. Była to sypialnia zaludniona przez aniołów. Mnóstwo było tu aniołów, aniołów wielkich i małych, drewnianych i żelaznych, białych i czarnych, ludzkich i zwierzęcych, modlących się, zawsze smutnych... Wszędzie byli tu aniołowie! Co, kurwa! powiedzieli prawie skonsternowani... Z tysiąc mogło być tych aniołów, niektórzy wielcy jak szafy, inni mali jak insekty, jak pchły... Któryś groził im palcem jak to zwykli grozić aniołowie małym dzieciom... W końcu jednak wzięli się w garść Ceglarz i Kopaj! I dalej wzięli rozwalać jakby szli w tan! Z aniołów zrobiło się gruzowisko... Łamali aniołów, rozrywali, tłukli i patroszyli... Ale nic wartościowego nie znaleźli w brzuchach aniołów... Mało było łupu, wciąż mało, kurwa! Im więcej niszczyli, tym bardziej byli nienasyceni. Chciało się chapać, chapać! W tym natłoku wycacanych przedmiocików, ozdóbek, gadżetów, staroci, w tym tłumie aniołów musiały się kryć lepsze fanty. To, czego nie chcieli, ulegało unicestwieniu; huński atawizm kazał im zostawić po sobie spaloną ziemię. Teraz nie plądrowali już tak chaotycznie, nabrali rytmu i właściwego tempa - mózgi ich przystosowały się wreszcie do siły i wielości pobudzeń, aktywność neuronowa zmalała w fałdach podwzgórza, wzrosła zaś w hippokampie i na płacie czołowym, co ustabilizowało organizmy i wzmocniło uwagę, zmniejszając hormonalny wylew. Toteż szybko i zapalczywie, ale w sposób zorganizowany obracali te bogate, nasycone sprzętami pomieszczenia w perzynę; byli nieugięci, przeszukiwali z gwałtownością trąby powietrznej każdą szufladę, patroszyli każdą szafkę, wysypywali każde pudełko, by potem cisnąć je o ziemię, rozbijali lustra, szyby, lampy... Ale odcedzali niewiele z tego strumienia zniszczeń - a rosła łupieżcza pazerność, rósł pęd do bogactwa na widok tej podległej zagładzie przeobfitości. Niszczyli bez gniewu, raczej z rubaszną uciechą dzieci; raczej pracowicie niż gwałtownie i bez zniecierpliwienia: jak ktoś, kto wprowadza swój własny porządek. Ale coraz szybciej, coraz szybciej i coraz bardziej druzgocząco - w miarę jak rosła żądza łupu pospołem z lękiem przed rozczarowaniem; w miarę jak rosła drapieżność.
W końcu rozerwali i wypatroszyli damską torebkę znalezioną w przedpokoju. Roznieśli na strzępy skórzany portfel: było tam trzysta złotych i cztery karty kredytowe, złota visa, visa classic, dwie mastercard. I nagle Ceglarza olśniło i zamurowało... Kurwa, krzyknął, Kopaj, biegaj zobacz, czy kurwa żyje?! krzyknął. O kurwa mać! Nie pomyśleli o tym! Nie wiem, kurwa, krzyczy Kopaj z korytarza, znad babsztyla. Nie wiem, chyba nie. Ceglarz pobiegł, baba leżała tam, jak ją zostawili, twarzą w ziemię, skręcona. Wziął za włosy i spróbował odwrócić twarzą w ich stronę, ale trzeba ją było całą przestawić; przewrócili ją więc, bezwładną jak manekin. Ceglarz rozerwał szlafrok i przystawił ucho lafiryndzie do serca. Odetchnął z ulgą, kurwa, żyje, powiedział; cegła uderzyła dość lekko. Dobra, dawaj ją cucić. Prasnął jej w mordę dwa razy na odlew. Kopaj przyniósł zimnej wody i chlunął jej w ryj, a potem Ceglarz jeszcze po dwa prachy w pysk... Nie budziła się jakoś... Była mleczna, chuda, widzieli, miała gęste czarne futro na piździe, z której wystawał jakiś niebieski frędzel czy sznurek, i małe wymięte cyce, i jakieś czerwone krosty na skórze. Ceglarz potrząsał jej głową, obudź się, obudź się, kurwa, mówił do bezwładnej głowy; tarmosił nią, szargał. Miała chude długie ręce, grubokościste, była sękata i leżała jak kłoda.
Wreszcie ożyła. Otwarła oko do połowy, mętne oko. Ty! mówi Ceglarz chwytając ją za mordę, gadaj numery do kart! Numery, kurwo! Nie kumała, była jak dętka - oko mętne, głowa opadała. No to trach ją w gębę! Otworzyło się drugie oko, ale pierwsze przymknęło. Spojrzało na nich, wypływając z mgły, bladoniebieskie, pokryte różową siatką nabrzmiałych żyłek. Ceglarz trzymał za włosy, żeby głowa nie zleciała; jego gęba wystawała z oka baby zniekształcona straszliwie, wielkonosa, wielkoszczęka. Oko ścięło się przerażeniem i zawarło. Wtedy Cegła kciukiem podniósł powiekę; chciało uciec, ale podniósł powiekę wysoko. Gadaj numery! Numery do kart! ryknął w nie; usiłowało mrugać, ale trzymał powiekę mocno i patrzył spod niej na samego siebie, z rozdymanym jak dzwon nosem. Gadaj, kurwo! Ślina pociekła z ust baby, oko chciało pęknąć, gadaj, jak chcesz żyć! krzyknął w nie Ceglarz. Numery do kart gadaj, bo cię zaciukamy! Oko biegało z boku na bok, wytrzeszczone, biegało, w lewo, w prawo, pęczniejące lękiem; z gardła baby dobył się jakiś gulgot. Gadaj, bo cię wyprawię ze skóry! krzyknął histerycznie Kopaj.
Powiedziała w końcu, ledwie ją zrozumieli w tym gulgocie, Kopaj zapisał cyfry. Ceglarz odrzucił głowę z okiem na ziemię; rąbnęło i znowu leżała w bezruchu. Trzeba to sprzątnąć, mówi. Dawaj, weźmiemy ją do łazienki i zamkniemy. Zawlekli ją biorąc za nogi. Ciężka nie była. Tylko przez próg było gorzej, coś zawadzało; wreszcie wtaszczyli ją do środka. Łazienka była duża, z wanną jak kobyła, z kabiną prysznicową, bidetem i jakąś drewnianą klatką z pokrętłami na boku. Była to sauna. Dawaj ją do tej klatki, mówi wtedy Ceglarz; coś nowego przyszło mu do głowy. Zatrzasnęli babę i Ceglarz włączył piec na ful. Niech się ugotuje.
Teraz trzeba się było zmywać; wszystko było rozprute. Wzięli za torby, zamknęli drzwi i poszli korytarzem, a potem klatką schodową. Było czysto, nawet deszcz ustał. Pod wyjściem czekał żuk. Wrzucili łup pod plandekę. Co macie? pyta Wojtek ruszając rzęcha. Elektronika, mówi Ceglarz, dwa obrazy, biżuteria. Dolarów nie było. A karty? pyta Wojtek skręcając. Ta, trzy karty, mówi Ceglarz. A kody? pyta Wojtek zmieniając bieg. Są! Jak ją zmusiliście do gadania? Normalnie, mówi Ceglarz. Zaraz przystanęli pod bankomatem. Idź, mówi Wojtek do Ceglarza, wyczyść, ile się da. Kopaj został w wozie. Tymczasem znowu zagrało radio: oooh, baby-baby! Oooh, baby-baby! Push it real good! - śpiewały czarnymi gardłami murzynki. Ceglarz udawał chłód, gdy wrócił z pięcioma paczkami. To jeszcze nie wszystko, mówi Wojtek. Trzeba będzie trochę pokrążyć, zanim się wyczyści konta. Ruszyli więc, a murzynki wyły: Auuu! Oooh! W niecałą godzinę Ceglarz obszedł osiem bankomatów i wyczyścił łącznie pięćdziesiąt sześć tysięcy. Ale szum, ale szum! Podzielili szmal po równo jeszcze tej nocy i umówili się następnego dnia na stadionie. Wojtek miał upłynnić resztę u pasera i przynieść należną im działkę. Rozstawszy się z nim, wyczyścili jeszcze jedną kartę, na własny rachunek, kosząc dodatkowe dziewięć paczek.
Była pierwsza w nocy, gdy wrócili do siebie na Bródno. Skołowani byli, ręce dygotały im z emocji, serca biły nierównym rytmem, padali ze zmęczenia, a jednocześnie ciałami ich miotała jakaś nadruchliwość. Hormonalny piec w ich żyłach produkował chemiczne kolizje, pożarcia i wiry, rozgrzał krew i nerwy, podwyższył ciśnienie. Dygotali obaj. Pękali z radości, trzęśli się z niepokoju; wszystko, co widzieli, obskurny blokhauz z balkonami pełnymi rowerów, skrzyń, donic, pak, opon, starych silników, armatury, dywanów, desek, fragmentów umeblowania, garnków wstawionych tam jak do lodówek i wszystkiego innego, obskurny blokhauz zaraz obok i kolejny za nim, taki sam, wysoki i wątły, kruchy, wielookienny, z paroma światełkami, i jeszcze jeden za tym trzecim, wszystko to wydawało im się nieprawdziwe i dziwaczne. Nie było tam nikogo, żywej duszy... Grube kopy hajsu ciążyły im w kieszeniach. Mieli po ponad dwadzieścia dwie paczki. Nie szło tego pojąć. Nagle, prawie bez żadnej sprawy, zdobyli tyle szmalu! Obaj mieli teraz poczucie, jakby nie uczynili żadnego wysiłku, jakby całe to bogactwo przyszło w sekundę, z łatwością i ulegle - i upajało ich to. A w upojeniu tym świat wydał im się odmieniony, jakby objawił swą ostatnią tajemnicę, jakby opadła żelazna zasłona, ujawniając wiotkość architektury: wszystko okazało się bardzo proste, nie trzeba wcale wypruwać z siebie flaków, podlizywać się, prosić, błagać, harować do upadłego, zaprzęgać się z ochotą do kieratu, dawać sobą pomiatać i jeszcze się tym cieszyć, ani liczyć na czyjąś łachę - nie trzeba tego wszystkiego, żeby żyć, i tym bardziej nie trzeba, żeby żyć w wypasie, bo po wypas wystarczy sięgnąć śmiało ręką - i to jest właśnie, kurwa, sedno. Witalność budziła się w nich z nową siłą, intensywna, pełna jak kwiat.
W południe następnego dnia poszli na stadion. Dzień był słoneczny; przedwiośnie roziskrzało się w kałużach, stada postrzępionych wełnianych chmur przemierzały niecierpliwie z zachodu na wschód i twarz miasta to zalewała się jasnym rumieńcem, to wpadała w cień; Wisła niosła plamy ognia, kwitnące na zawiesinach szarej rdzy. Wkroczyli po schodach na koronę stadionu i stanęli przy trzech kamiennych biegaczach zrywających się do wyścigu. O umówionej porze Wojtka nie było; zresztą Ceglarz spodziewał się, że tak będzie. Poczekali jeszcze godzinę i dali sobie spokój; jak go znajdą, to odetną mu głowę, nauczy się, że kumpli nie robi się w chuja!... - a tymczasem poszli kupić nowe ciuchy.
Od jakiegoś Uzbeka wzięli po długim do kostek kożuchu z wielbłąda z wywalonym futrem na kołnierzu; dorzucili do tego po baraniej czapie, tak dla jaj. U innego Sybiraka zaopatrzyli się w skóry i swetry. Parę bejzbolowych kaszkietów nabyli od Ruska. Potem przyszedł czas na złoto. Wzięli po łańcuchu na szyję od jednego gościa o kaprawych gałach. Wtedy gość nawija, żeby wzięli też po bransolecie i po oryginalnym roleksie za pół ceny. Pękło dwanaście tysięcy, ale zrobili dobry interes i czuli się jak w raju. Obwieszeni złotem i ciuchami wsiedli w taryfę - kazali się wieźć do adidasa, do reeboka i levi'sa, po markowe bluzy, spodnie, paski, buty i koszule. No i galanteria. Napychali torbę za torbą. Ciemne okulary, portfele z krokodyla, breloki. Potem do salonu po komórki, najchętniej od razu po dwie na głowę. A potem do najdroższego fryzjera kazali się wieźć, żeby się ostrzyc na jeża. W salonie Milady zgolono ich i wyklepano perfumą; na miejscu była też solarka, więc strzelili sobie po pół godziny opalania, a potem jeszcze tajski masaż i manikiur. No, kurwa, maksmara! Wyszli z salonu zbrązowiali, błyszczący i gładcy. Tryskali dobrym samopoczuciem, szli mocnym i szerokim krokiem, zagarniając ulicę, z oczami pod daszkiem, pobłyskiwali złotem. Niejedna kurewka małolata na koturnach i z kucykiem się na nich zagapiła, usta półotwarte i zębiste, policzki skośnowzdęte, jak tak szli, nachapani, z pałerem w czaszkach; kurwa, kręciło się! Zwieźli towar do domu. Akurat była sobota wieczór, trzeba było pomyśleć o jakimś melanżu. No to bierzem taryfę. Do takiego lokalu, mówi Ceglarz kierowcy, gdzie najlepiej dupy biorą.
Pojechali na Ochotę. Jedenasta wieczór była i w alejach Jerozolimskich pędziły wozy zabawowiczów, śmigały bejzbolówy i platynowe kucyki, wozy nabuchane dance'em, nabuchane szuwaksem, nabuchane złotem i gorzałą śmigały z piskiem opon i dziewcząt, piskiem, co odbijał się od murów hotelu Polonia przysłoniętych ogromnym banerem pepsi-coli i szybował, ponad dachami dworca Śródmieście, kamiennego jak grób, nad dachami plastikowych bud z fastfoodem, przy których kłębili się taksiarze, menele, szumowiny i żarli cieknąc musztardą, szybował ku świetlistym, murowanym, ciężkim jak maczuga, spiczastym jak tatarski kołpak wieżycom Pałacu Kultury i Nauki i wraz z nimi wygrażał barbarzyńskim szpikulcem niebu.
Taryfiarz dowiózł ich pod betonowy pawilon z okrągłymi oknami i okrągłym wejściem, gdzie dwóch stukilowych drabów lśniło glancem potylic - chcieli być groźni, ale Ceglarz i Kopaj podeszli z fasonem i błysnęli złotem na szyjach - zapraszam panów, mówi na to bysior w drzwiach i lśni polorem otwierając drzwi – i naraz bucha dance, dance bucha jak czad i bas, i kocioł, i ryk bucha, o kuźwa! Hejaho, kiedy będziesz tu, powiedz tylko słowo, a ja będę twój! chrypie "Stachursky" z głośnika i bucha, łomocze rytm. I wszystko nabuchane, jacyś dwaj nabuchani przewalają się jeden w drugiego, ciała szybują w bezwładzie, wirują błyski czaszek, łapy kręcą młynka, dwaj inni podchodzą do nich i za drzwi, a rytm bucha, bucha, tłoczor, ścisk, dym, bucha dance!
Ale luz, weszli dalej. Ryk. Nabuchane wszystko, napompowane swądem łbów, potem pachwin, śluzem pragnień - drgało podrygując w chmurze strzępków wzroku, ociemniałych, dygotało w mrówczej konwulsji; ziemia drżała. Jazgot i ryk kobiet zbitych w kupy, zbitych w chmary, rozdzierał mokrą, naprężoną powierzchnię basu, który walił, walił jak pięścią w stół. Rozdziawione gęby otwierały się i zamykały, łapczywe oka nad bunkrami szczęk waliły jak z procy w sute połcie dup, ud i cyców suk potrząsających w tęsknej drżączce fałdami swego wdzięku. Buchało, tętniło, dławiło się sobą to tarło, to piwo rozlewające się pośród warg i języków piany, to miętoszenie się mięs, tliło się, ciekło śliną! You've got to movet it move it - ryczał głośnik.
Posuwali się dalej, w parze, gazie i łoju, w kotle chcic. Po prawej był bar, na wprost obszerna niecka do tańca, wypełniona po brzegi ciałami, dymiąca jak waza z gorącą zupą, a po lewej i po drugiej stronie niecki stały stoliki obsiadłe przez wszelkiej maści spermożłopki. Kurwa, czego tam nie było! Przekwitłe baby w obfitych sukniach wysiadywały tłuszcz. Obok nich tapir-lafiryndy wyglądały zza zmacerowanej sadzy swego make-upu. Nie zabrakło jednak i gąsek, krowiarek, fibzdyn pomerdujących tyłkami, kucami, stringami. Tu i ówdzie sterczała jak latarnia wzdęta superraszpla, a na nią kładła się ciężko i trupio jakaś urżnięta maciora. Napalone wydmuszki, stetryczałe kwoki, wszystko to tuczyło się tam, toczyło i potrącało, rycząc, schab na schabie, rzyć na rzyci, chuj prawdziwy z chuja prawdziwego, rycząc i postękując, wymachując ogonem, przeżuwając gorzkie mięcho zabawy. I know what I want and I want it now, ryczał głośnik. A samce ciągnęły w hordach, by patrzeć samicom w zęby, ludojady o anabolowym karkokroku, szybkofiutni mlaskający spryciarze, gogomałpki-luzaki, flanelowe burki i buraki, podstarzałe alfonsy, smoliste drzewołazy z Czadu o białkach różowych jak prącia, bossowie w szykownych skarpetach Pierre Cardin - w hordach, hordach pełznących nieskończonym szeregiem, rozgałęzionym na wiele żył i tętnic, w hordach krążących w kółko, wśród mizdrzących się suk, wśród suk - kręciło się wszystko, kurwa! Był szum!
I ziemia drżała, ciała pląsały, oczy, bransolety i koła wiszące z uszu; ryczał bas, dym kłębił się i przefruwały wskroś kłębów promienie światła odbitego od lustrzanego globu. Podeszli do baru i zamówili po bolsie, rąbnęli luzacko, kozak melanżyk! Głośnik wył, karuzela rzeźnych świń toczyła się; zewsząd, ze wszystkich plam, z każdego dymu wyłaniała się rozwiązłym konturem sinusoida cycka i dupy, i mroczny wzrok napiętej, węszącej uważnie, wąskookiej suki: tak, przyszły tam, suki, by węszyć i rozglądać się z całą rozpaczą nędznego kuponu w loteryjnym kołowrocie, niedorżnięte, tryskające histerią i chcicą, wyniszczone szamotaniną ze skurwielami i chujami, brzydkie brakiem urody i brzydkie jej żarliwym pragnieniem, i zbyt zawstydzone tą brzydotą, by być prostytutkami, choć prostytucja to ich siostra... - słowem, było z czego wybierać. A głośnik ryczał: rhytm is a dancer, he's a smooth companion, a ciała wiły się i plątały, a Ceglarz i Kopaj rąbnęli po bolsie.
Macie gumę? - podeszła do nich jakaś przejrzała licealistka o niewesołym, sprytnym uśmieszku. Hyhy, ale jaką gumę? - zaryczał Ceglarz. Renata jestem, mówi na to raszpla, postawicie mi? A ty nam postawisz? - ryczy Ceglarz, hyhy, hyhy. Hihihi, śmieje się rubasznie niewesołą szmatą śmiechu Renata; ryj miała blady, miękki, bez rysów, wokół niego wystrzępiony owal szarego blondu; poniżej cyce, wypchnięte w górę, ale bez rozmiaru, poniżej baryłę bioder i tyłka, poniżej nogi w czarnej rajstopie, galaretowate, ale sprężyste, do rytmu. Postawili jej bolsa, rąbnęła bez gadania, oni też rąbnęli. Po chwili zjawiła się inna kurewka, to moja przyjaciółka Elwira, mówi Renata; Elwira jestem, syczy zalotnie Elwira. Ta była obfita, nabrzmiała złajdaczonym, przerżniętym do szpiku mięsem - spocona w kaczym tańcu, tryskała rują, ziała estrogenem. Miała gęste czarne włosy wyrastające podwójnym łukiem znad niskiego, pochylonego czoła, brwi złączone nad zadartym nosem, policzki jak dętki. Ceglarz jestem, mówi wtedy Ceglarz; Kopaj, mówi Kopaj. Ceglarz i Kopaj? - dziwi się Renata, na budowie robicie, czy co? Ta-ak, na budowie, kurde, żacha się Ceglarz i błyska złotem na szyi. Więc Elwirze też postawili bolsa i następnego Renacie i po następnym rąbnęli sami, w kurwę, bo był szum! Często tu przychodzicie? - pyta Elwira, jak już rąbnęła siary. Nie, ale będziemy, mówi Ceglarz. A wy często tu przychodzicie? Często, mówi Renata. A jak się bawicie? - pyta Elwira. Kozak, mówi Ceglarz; zabawa jest, mówi Kopaj. A wy, jak się bawicie? - pyta Ceglarz. Bansowo, mówi Renata, ekstra, dodaje Elwira odbekując soczyście bolsa. A głośnik ryczał: money, money, money must be funny, a promienie i błyski światła fruwającego pośród smug i majaków wpadały do źrenic jak ukłucia katowni, a bas dudnił i trzęsła się ziemia trzeszcząca w szwach.
Nagle głośnik nakazał tańczącym opuścić scenę na skraju niecki i wbiegły w podskokach tancerki o uśmiechu klownów - i buchnął kankan! I rżnął kankan, a lafiryndy na scenie machały rządkami ud, szeregami łydek, trzęsły falbaną, wypinały kupry; rżnął kankan! Publika zafalowała rykiem chuci! Tam na scenie migotały kolana, uśmiechy wisiały na twarzach między nausznikami kapturków, uśmiechy przybite młotkiem; tempo pęczniało, czarna nagość nóg zataczała kręgi wokół brzucha gąsienicy i rżnął, rżnął czerwony kankan, rżnął, nieokiełznany, zachrypły, coraz szybszy; uśmiechy ciekły potem, a stopy zwieńczone ostrzami stukały do bram księżyca niecąc iskry. I ręce klaskały do rytmu, coraz szybciej, aż do bezdechu, glob wirował jak oszalały, wzdymały się migoczące cieniem pierwotnej czerni krocza, a muzyka, coraz hałaśliwsza, buchając trzaskami talerzy, warcząc werblem, sycząc i grzmiąc, zbałwaniona, wznosiła pijaną chmurę ludu ku stratosferom nierządu. Wszystkie mózgi łączył jeden obłok prądu i zbijał w jedną neuronową kupę, w jeden prymitywny i lubieżny organizm, z jednolitą sekrecją gonadotropin, z jedną chemią, jedną krwią, jednym popędem. A ryk kankana odfruwał ku ekstazie kompresji, rozżarzony, frunął, aż nagle pękł w ostatecznym jazgocie, miotając parabolami fanfar, echami hut drących żelazo na strzępy, ciskając łonami dziewcząt o ziemię - i zamilkł. Zapadła cisza, w której wszystko jeszcze było zesztywniałe i napięte, cisza, która zafalowała wspólnym westchnieniem; powietrze rozrzedziło się. Dyszały oczy, twarze wymiotowały purpurą. Lecz naraz kankan zaryczał znowu, dziewczęta podniosły się i nieżywe prawie z wycieńczenia porwały, by jeszcze szybciej wywijać nogami, by jeszcze mocniej rąbać w ziemię, która skuliła się; porwały się drapieżne, by wypruć z siebie flaki i pić z nich swe drżenie - a kankan rżnął, rżnął teraz już obłąkany i ślepy, rżnął!
A potem tancerki wybiegły i głośnik zaryczał: SEX BOMB SEX BOMB YOU'RE MY SEX BOMB, a masa buchnęła rozpustnym pląsem. Czemu nie tańczycie, chłopaki? pyta Elwira. A na to Ceglarz: jak nie tańczymy! Tańczymy! I bierze w obroty Renatę, a Elwira ciągnie w dance Kopaja. Kurwa, kręciło się! SEX BOMB SEX BOMB! Ceglarz chwycił Renatę w biodrach i przycisnął do bioder, suka kręciła kuprem, kręcili się w koło, depcząc sobie po nogach w pijackim splocie, uciskając się, biodra w biodra, dłonie na dupach, ryj w ryj, ślina w ślinę, kręcili się, ona kręciła kuprem: ziemia i księżyc, sex bomb sex bomb. W drugiej parze prowadziła Elwira, wyższa od Kopaja o pół głowy, trzymała go w pasie i obracała nim, a on, wiotki i plątonogi, rozpłynął się w błogim posłuszeństwie jej ruchom, kręcili się i chybotali. Rytm buchał im w biodrach, testosteron wsiąkał w krew. Uda zżerały się drapieżnie, łydki, ręce wpijały się w miąższ ciał, by ugniatać w nim żądzę. Napalone były te świnie! Jęzory właziły pod jęzory, okręgi warg pękały w bezkształcie ukwiałów, majtki kisły. Dansiło się! Sex bomb sex bomb you're my sex bomb! A masa gniotła ze wszystkich stron, odbijała się i miażdżyła! Kurwa, był szum! A potem głośnik zaryczał kwikiem Maryli Rodowicz: bo to, co nas podnieca, to się nazywa kasa! Zakręcili się! Ceglarz wpił się Renacie w szyję - uniosła twarz do góry, miotając oczami zachwyt swych trzewi, podsuwając jeszcze bliżej biodra. Ceglarz poczuł, jak staje mu pała! A ona napierała, napierała, kręcąc kuprem pod jego łapami, dygocząc - kręcili się. Bo to, co nas podnieca, to czasem też jest seks! ryczał głośnik. Tętna pobiegły jak pumy, organy macały się przez skórę, dyszało wszystko, dyszało! A Elwira i Kopaj też dokazywali: przycisnęła jego głowę do swych piersi i kręcili się coraz szybciej, i chybotali; jego ręce płynęły po jej korpulencji, przyciskała go mocno, rozmarzona i cieknąca czułością tłuścioszki, przyciskała, a on rozpływał się w dansie. A seks i kasa pełna, to wtedy sukces jest!
Fajny z ciebie facet, powiedziała Renata do ucha Ceglarza przyciskając doń mocno piersi. Ty też mi się podobasz, powiedział Ceglarz i uścisnął jej pośladek, a ona znowu przywarła łonem do jego bioder i otarła się o jego wzwód. Bardzo mi się podobasz, powiedziała, ocierając się skronią o złoto na jego szyi. No, ty mi też, powiedział, niezła żyleta jesteś! Kręcili się patrząc sobie w oczy, nabuchane. A Kopaj z Elwirą kręcili się jak bąki, bąki nabuchane! I był szum! Ale wtem Elwira chyba nazbyt zaufała ramionom Kopaja, bo rymnęli, kurwa, jak dłudzy, aż się ziemia zatrzęsła! I to tak nieszczęśliwie, że Kopaj łbem pierdolnął w brzuch jakiegoś dżudokę, a ten jak się nie wkurwi!
...bo to, co nas podnieca, to się nazywa kasa, ryczy głośnik, dżudoka unosi Kopaja za frak, nogi się chłopakowi majtają, Ceglarz chce bronić kompana, zostaw go, kurwa, to niechcący; gęby dokoła, same gęby plujące kastetami purpury, glob wirujący pod sufitem, coraz szybciej, pierdolca można dostać, to czasem też jest seks, kurwa, gnoju, ryczy dżudoka prosto w twarz Kopajowi, ryczy jak wiatr, kurwa pierdolony ty jebany chujkusrujku, kurwa, nie masz życia - i jeb mu z byka!
Krew tryska, wrzask jak tłuszcz chluśnięty na rondel, Kopaj, puszczony w dół, pada na ziemię, krew, glob iskrzy, a seks plus kasa pełna, to wtedy sukces jest, Ceglarz przeciska się, dziewczyny piszczą, zamęt, gęby się szczerzą, głośnik ryczy, bas pełznie jak glista w jelitach, gęby, krew, gluty, wszystko nabuchane, niepojęte, miażdżące, kręciło się w głowie... Jacyś ochroniarze powrzaskują, Kopaj podnosi się chwiejnie, żyje, Ceglarz wyprowadza go do sracza, ledwo idą, Kopaj ryczy z bólu, ziemia się chybocze, co za syf!
Weszli do kibla. Lustra zwielokrotniły krwotok. Na szczęście nos Kopaja był cały. Wystarczyło obmyć mu gębę i jako tako wyglądał, choć był siny. Ale teraz dopiero uświadomili sobie, jak ich poniżono. I to na oczach tamtych świń! Kopaj już się rwał do bitki, ale Ceglarz powstrzymał go. Z dżudoką nawet we dwóch nie dadzą sobie rady. Kurwa, mówi na to Kopaj ze łzami w oczach, wolę zdechnąć niż wyjść na frajera. Nie pierdol, Kopaj, Ceglarz puka się w czoło, takie jest życie, temu gościowi nie podskoczysz. Ale co dziewczyny powiedzą! Na to Ceglarz zasępił się - fakt, że chujówa była. A tak się kozak kręciło ze świnkami! Dobra - Ceglarz wpadł na pomysł - żeby nas nie wzięły za frajerów, postawimy szampana! No to hajda! Odnaleźli kurwiszcza na parkiecie, jakichś dwóch wymoczków próbowało je obłapiać; mizdrzyły się do nich, dupodajki pierdolone! Panom już dziękujemy, Ceglarz wyjechał do jednego z tych bździaków i chłopak się nie stawiał; spierdoliły dupki jak wypierdki. Głośnik ryczał, gęby buchały, a głośnik ryczał uciążliwym ostinato super remiksu: sex bomb sex bomb sex bomb sex bomb sex bomb sex bomb sex bomb!... Dziewczyny, chodźcie na szampana, ryczy Ceglarz. Renata i Elwira od razu się uśmiechnęły chytrze i przyłączyły. Więc przeciskają się, kurwa, dadzą czadu! Przy barze Ceglarz rozepchał się z wielkopańska: butelkę najlepszego szampana! - zawołał i sypnął papierem, że aż zawirowało. Strzelił korek, szampan chlusnął jak z rynny. Cała czwórka wesoło brzęknęła się kielonkami. Niech żyje wolność, zaryczał głośnik, wolność i swoboda, niech żyje zabawa i dziewczyna młoda! Golnęli. Szampan za pięć stów pięćdziesiąt nie był za smaczny. W ogóle niesłodki, słabo nagazowany. Ale trzeba było wypić ten sik. Za życie na maks! Za dziewczyny! A dziewczyny śmiały się oczami na krawędziach szkła, nad słupkami wpływającego pod powieki gazu, śmiały się, czarnorzęse, mętnookie; fałdy ich tyłków, ich bioder, ich ramion i brzuchów wiły się jak glizdy, pełne prądu, gdy je międlili, gdy je nakręcali, z dzwonami napęczniałymi nabiałem. Za życie! Za szum! W kurwę Jeża!
Pół godziny później pokurwili taryfą do Marriotta. Wrzeszczeli, zataczali się, szturchali. Dziewczyny śpiewały pijackie hymny; Ceglarz i Kopaj huczeli rubasznie i pokrzykiwali, ogarnięci słowotokiem, triumfalnym, kozackim! Ale miała minę ta zdzira, jak cegłą dostała w czachę! - przechwala się Ceglarz wrzaskliwie. Kurwa, nie zapomnę tego! Cegłą w czachę! - ryczy Kopaj hulaszczo. Ale kopa też zaliczyła! - dodaje dla przechwałki. Ty, Ceglarz, ciepło jej było zdychać, co? Kurwa, ciepło jak w dupie! - śmiech ujadał mokro i wrzaskliwie, śmiech ich szczęścia. Niech nam gwiazdka pomyślności nigdy nieee zagaśnie, ryczy Renata, Elwira rzyga przez okno, a bryka daje czadu, gazu, szofer, gazu, kurwa mać! Gazu!! Ale musiał mieć mężuś minę, jak znalazł swoją kurwę ugotowaną! - dorzucił Ceglarz i śmiech buchnął jeszcze głośniej. Pewnie śniadania nie mógł potem wszamać! - wymamrotał zachłystując się śmiechem Kopaj i śmiech ryknął jeszcze głośniej i jeszcze głośniej ryknęła laska, nigdy nieeee zagaśnie!
W hotelu zażądali apartamentu na ostatnim piętrze i kolacji dla czterech osób, i czterech flaszek absolutu. Luksus w hallu wpił się w ich oczy szponami i prawie zmącił zmysły; zupa palm, skórzanych obić, żyrandoli z brylantów, żył marmuru, luster, zupa złota. Wymoczki w recepcji spojrzały spode łba podejrzliwie, więc Kopaj powachlował im przed oczami hajsem - i był git: apartamento czeka! Winda wystrzeliła w górę i nogi ugięły się pod nimi, jakby odlatywali na księżyc, a humor ich buchał; buchał zdrowiem, wybuchał żądzą; humor wszechwładny, bezkresny, pędzący: pędzili na oślep w górę. Apartament, gdy doń wkroczyli, rozjarzył się zawrotnym przepychem, zafalował tysiącem filigranowych jak karaibskie fale pieszczot pozłoty. Renata i Elwira zaczęły się od razu ganiać skacząc po kanapach i fotelach z kremowej skóry, chowając przed sobą za wazonami na metr wielkimi, złap mnie, złap, pośród brzasków, oślepień nagiego bogactwa, świeżych bukietów sutych jak dżungla, oczopląsów edenu. Ceglarz i Kopaj rozwalili się na szezlongach, wyciągnęli nogi. To dopiero był wypas! To dopiero był odkurw! W kurwę! Wypas jak na Bahamach! Kurwa, ta lampa to chyba ze złota, nie? - mówi Kopaj zdumiony i patrzy z czcią na lampę. Dziewczyny, chodźcie tu! - woła Ceglarz, a one z chichotem obsiadły ich, rozchwiane, dygoczące, zęby zgrzytnęły o zęby i mlask, i mlask, no, chodź tu mała! Chodźcie zobaczyć sypialnię! – mówi Elwira, więc pobiegli wszyscy, potykając się, szturchając. Ja pierdolę, ale wielkie jebadło! - pierdzi z zachwytu Elwira na widok wyra, a Renata nie czeka, tylko skacze i jeb wali się w te jedwabie, w poduchy, w pościele rozpieszczające złotem, a za nią reszta, i dalej tarzać się i dokazywać, i szczypać, i chichotać, i gryźć, piszczeć, au, Ceglarz, zostaw moją nogę, kurwa, ale życie, ale szum! Nagle wjechał kamerdyner z kolacją błyszczącą jak sklep jubilera, za nim drugi sunął z baterią wódki. Pizdy zapiszczały wniebogłosy. Wszyscy poczuli głód, zaburczało w brzuchach. Rzucili się na półmiski pokryte kopułami półsłońc. Czerwony homar pogroził im szczypcami, pieczyste z dzika ciekło złocistym tłuszczem, lśnił bezdenną czernią kawior, a bielą filet z rekina, pastelowe ciasteczka drżały słodyczą, a wódka była krystaliczna jak górski strumień - więc zaczął się zaraz żer: ruszyły szybkie siekacze, załomotały żuchwy, jamy ustne wypełniły się mucyną, ptyaliną, lizozymem i kalikreiną, policzki, języki zawirowały, a potem uniosły podniebienia i krtanie, łuki podniebienne zetknęły i oto cząstki rekina zmieszane z cząstkami dzika, łyknięte, łyknięte - pełzną przez gardła w dół, do żołądków, do tkanek, atomy rekina i dzika. Żarli jak popadnie, łakomie, rwali drzazgi mięsa, rwali garście bułki, rozbabrali ciastka, łowili kawior i miętosili w dłoniach, szklistolepki, czarny jak źrenice, opychali się mlaszcząc i ociekając, pośród tysiąca pieszczot złota, wśród klimaksów przepychu, żarli zapijając wódką, żarli i odbijało im się siarkowodorem. A gdy się najedli i nabekali, został jeszcze homar, z którym nie wiadomo było, co zrobić, więc Ceglarz oderwał mu szczypce i wsunął je Renacie za kołnierz - i dopiero zaczął się taniec, taniec rekina, taniec dzika! - w gąszczach luksusu! - a dym z papierosów kłębił się jak ciekły asfalt - tak, teraz dadzą czadu!... Raz, dwa, trzy, złapana będziesz ty! I dawaj! Dziewczyny poleciały z wrzaskiem - oni za nimi! I dawaj ją! W kółeczko i siup! Kurwa! Nogi i ręce jeden kocioł, frunęli, frunęli pośród zbytków, pośród spiral i ślimacznic złota, pośród śnieżnych stiukowych fal, wśród tropikalnych kwiatów. Wódka rosiła jak deszcz te cztery ciała, rozkołysane sztormami, chybotliwe, pękające ze śmiechu, łapiące i wywracające się, pijane statki charczące okrucieństwem swych tęsknot, latające ryby.
O kurwa, krzyknął nagle ktoś, gdy stanęli w ogromnej witrynie i otworzywszy okno ujrzeli rzęsistą noc miasta, fajerwerk metropolii, w której życie było tak mocne i tak siarczyste; kurwa mać! westchnęła wtedy któraś z dziewczyn, a oni patrzyli: tuż pod nimi roztaczał się dach dworca centralnego, czarny i przepaścisty blat, po lewej od niego biegła estakadą ulica, by dalej, w stronę ronda ONZ opaść do ziemi i wkroczyć pomiędzy wysokie, coraz wyższe budynki, najpierw dwudziestopiętrową, na wpół prostokątną, na wpół walcowatą wieżę zwieńczoną neonami "Ilbau" i "Volkswagen", potem biurowiec telekomunikacji o zdeformowanym pionie, krzywy i wielokątny jak pomięta nogawka kraciastych spodni klowna, a jeszcze dalej wielką szklaną pękatą beczkę gmachu PZU - pomiędzy nimi wszystkimi zaś sterczące cętkowane tablice osiedla żelaznej bramy, ogromne krechy wyryte w skórze miasta, o dachach porośniętych pryszczami: bardziej w prawo wznosił się szkielet kolejnego wieżowca, przeznaczonego na centrum finansów, z którego niczym potworne szyje i dzioby wyrastały kratownice żurawi, a jeszcze dalej w prawo srożył się radziecki jednorożec; po lewej zaś ciągnęła się hen daleko niska zabudowa Woli, przetykana mniejszymi wieżowcami i mrocznymi terenami fabryk, i kominami z cegły. Ulice były wyludnione.
Wiał wiatr i szarpał ich włosy, ich oczy, a oni wpatrywali się z zapartym tchem, oniemiali, bo z tej wysokości wszystko tam w dole było pomniejszone i nieznaczne; oddychali przestrzenią i sinoczarnymi chmurami toczącymi się szybko ponad nimi, napawali się masywną świetlistością drapaczy chmur. Nagle Ceglarz, któremu serce biło jak szalone, zaczął wyć na całe gardło, wyciem euforii i upojenia: yyyy! zawył, yyyy!... Uuuu! - ryknął za nim Kopaj, też buchając radością, uuuu, ryknął. I pisnęły na najcieńszej strunie ryku świnie: Iiii! Iiii!... Flaszka przeszła z rąk do rąk, każdy ściągnął dziarsko po grzdylu, ledwo już zipali, oczy fioletowe z przekrwienia, śluz etanolu wisiał w powietrzu jak pajęczyna, flaszka: pusta – to won za okno: pofrunęła..., pofrunęła łukiem, leciała, leciała i pękła z hukiem na jezdni; już ledwo stali na nogach... Yyyy, kurrrwaaa! - znów wrzasnął Ceglarz, rozkołysany w zwycięskim nastroju, rozkołysany w falach endorfin, enkefalin i dynorfin, tych opiatowych czarowników szepczących miłosne zaklęcia tkankom mózgu, rozkołysany, rozczulony... - RZĄDZIMYYY!!! - wrzasnął, a za nim Kopaj: RZĄDZIMYYYY POLSKĄ!!! KURRRWAAA!!! RZĄDZIMY CAŁĄ KURRWA POLSKĄ!!!... A świnie wypiszczały aż do dna uszu: IIIII!!!. Tak, wszystko to należało do nich, to miasto, to niebo, ta przestrzeń, wszystko to podbili, a teraz stali na samej górze i przyglądali się swoim włościom, zwycięscy wandalowie. Zbliżał się świt.
Ach, lecz zmęczyła ich przecież ta noc; poczuli nagle, że ledwie stoją. Zamilkli. W milczeniu odeszli sennie od okna. Ceglarz dla podkręcenia klimatu walnął w następną flaszkę, odkręcił - ale Kopaj zwalił się na sofę, na niego zwaliła się ciężko Elwira; Renata, spuchnięta i poszarzała w pierwszych blaskach poranka, drżącymi dłońmi przypalała papierosa zepsutą zapalniczką, krzemień tarł, tarł, kręciło się w głowach, nogi wymieszane z rękami, jeden kocioł, jedno gówno, Ceglarz grzdylnął, podał Renacie, grzdylnęła, odbeknęła, ty, Kopaj, bełkocze Ceglarz, co robisz, ale Kopaj nic już nie robił, a Ceglarz odebrał flaszkę i grzdylnął, chodź, Reni, mówi biorąc świnię za biodro i wyrzucając z jej drżących palców zapalniczkę, ledwo się trzymała na nogach, chodź, kochanie, szepcze lejąc ślinę, ale dokąd? opiera się Reni z chybotem, no chodź, położymy się, chodź, prowadzi ją, kręci mu się w głowie, ciągnie, a ona jak wór kartofli, jak kupa gnoju, jak krowa na rzeź, ale dokąd ty mnie wleczesz? Chichocze bezwładna resztką chichotu, chybocze się na pogiętych nogach, zionie zapachem wymiotów, chichocze zbełtana, najebana w sztok, a Ceglarz bierze ją i prach walą się do wyra, ona dołem, on na nią, w jedwabne, w złoty puch, w łaskotki: co za życie, co za szum! - i dawaj ją ostatkiem woli, ostatkiem jawy, bezładną resztką kończyn - dalej ją mnąć, dalej ją obłapiać, dalej ją łechtać, au, mruczy Renata, zostaw, zboczeńcu, a Ceglarz dalej ciarzać się w niej, w tłuścioszce, dawaj, dawaj, mała, bełkocze szukając ostatnim skurczem palców dostępu do pizdy, żeby grzmocić, żeby rżnąć, au, mamrocze ona, ciotka ma syfa, wujo ma syfa, stryjo ma syfa i ja mam syfa, mamrocze bez sensu Renata, a on chce grzmocić, chce rżnąć, bo ona tam jest, jest tam gdzieś, wśród tych ciepłych gąbczastych tkanek, wśród zapachu wymiotów, gdzieś tam na końcu drżącego nerwu - lecz głowa była wciąż cięższa i cięższa, głowa toczyła się dudniąc po stoku w dół, ona tam jest, gdzieś tam, gdzie to zagrzybione ciepło przemienia się w poszarpaną wilgoć, gdzieś tam, wśród poduch, wśród rozmiękczeń, we mgle, gdzie palce zastygłe w ostatnim spazmie, co za szum! co za szum!... - bo szumiało coraz czarniej, szumiało coraz głębiej w głowie, która spadała w dół, dudniąc, w grotę lepkich ciemności, w studnię bełtu, gdzie było to wszystko, wessane, wchłonięte, strawione, tak, wszystko to, zamienione w szumiącą rzekę gówna - a Ceglarz płynął z jej nurtem w dół, o, jak dobrze, jak błogo!... - wszystko tam było w dole, w otchłani, wchłonięte: ich atak, ich łup, ich święto, ich kobiety, ich mózgi, mózgi nasączone chemią wściekłości, lepkie, pofałdowane, pełne gleju, pełne błoniastych fal mózgi, a dalej, na samym dnie, cegły, cegły, cegły, rozsypane... cegły i mózgi... - i płynęło to wszystko w bezkresną głąb kosmicznego szumu.