SZUM

Jeszcze był czas, więc wstąpili się napić do „Brazylijki”. Trzeba było załapać ko­zactwo przed akcją. Zwłaszcza, że szum się kroił mocnawy. Toteż wzięli po stówie na łeb. Potem jeszcze po stó­wie. Nie było pośpiechu.

Z radia za barem płynęła piosenka do słów Jacka Cygana, a oni, słuchając nie słuchając, toczyli po lokalu wzrokiem. Świeżą, ciemną krwią napełniły się ich policzki, a pod czaszkami załoskotało im. "Afryka dzika, Afryka dzika da­w­no odkryta!" - dobiegały słowa z radioodbiornika, wódka żytnia pulsowała w ich móz­gach, przez moment mieli mgłę przed oczyma; przez moment kształty osób i rzeczy stały się ciekłe –

Ale pili równo rozglądając się, bez słowa. Bo teraz wszystko wokół znów było ostre, jas­kra­we, nieznośne. Farbowana na czarno pięć­dzie­siątka za ba­rem, w zie­lo­nym far­tu­chu i z przepaską we wło­sach, o szorstkiej i różowej jak u warchlaka skórze na dekolcie, przy­jęła od nich napiwek z obojęt­no­ścią. Dużo paliła, paliła zachłannie papierosy "bezrobotne" i kaszlała krzą­ta­jąc się ze ścierką.

Przy sto­li­ku za to kiwał się deli­ry­cz­­nie nad lufą w drżących dłoniach siny jak pawianie gówno chlor: nie miał gęby pijaczyna, tyl­ko za­miast jakby po­dartą szkar­łat­ną szmatę. Tuż obok niego – dwie spite i roz­­czo­chrane bab­­cie klo­­zetowe w beretach z wełny w kolorze wiśniowym, jedna w pantoflach nie do pa­ry, czar­nym i białym. Na ścianie za nimi wisiał kalendarz Państwowej Agencji Roz­wią­zywania Prob­le­mów Alkoho­lo­wych z roku 83. Hasło po piętnastu latach bardzo już się ze­­sta­rza­ło. "Wstrze­mię­źli­wość fun­da­men­tem so­cja­­­listy­cz­nej pracy" – głosiło to hasło (osobiście ułożone niegdyś przez pro­fesora Meli­bru­dę). Nieco dalej od nich, przy żółtej ścianie za­ka­­pior w wia­trów­ce z kro­ko­­dy­la, o gę­bie aż krzywej od zło­dziej­stwa, do­pi­jał nad tłustymi kartami pasjansa kufel pi­wa Brok.

Piosenka do słów Jacka Cygana wybrzmiała, a radioodbiornik zaczął po­waż­nym ko­bie­cym gło­sem in­for­mować o wydarzeniach; donosił o władzy, pieniądzu i terrorze, o opinii pu­b­li­cz­nej i ofiarach śmiertelnych... Poza tym, sonda lądowała na Marsie... Na ze­w­nątrz padał deszcz, a szyby Cafe "Bra­zy­lij­ka" pokryte były grubą warstwą brudnej pary. Można było zdechnąć w tym szambie.

Kowalczyk opierał się plecami o bar i mocno wpierał nogami w ziemię, intuicyjnie kon­centrując w sobie impet masy. Kobylik, nieco zgar­biony, wiercił się i chybotał. Radio­od­bior­nik wciąż infor­mo­wał, przynosząc wieści o zdro­­wiu Ojca Świę­te­go, a potem znowu zabrzmiała piosenka – to śpiewał Snap. Oooh, baby-baby! Oooh, baby-baby! – jęczały czarne murzyńskie gardła. Push it, push it! Push it, push it!

Z kuchni niósł się dym ze smażonych po­kar­mów, za­pach spa­lonej cebuli, zapach przy­pie­ka­nego boczku: aż w pewnej chwili z jam ustnych dwóch mło­dzieńców pijących wódkę żytnią przy barze po­ciekła ślina.

Ale zaraz potem wyszli. Przemierzali szybkim krokiem aleję Niepodłegłości. Minęli skrzy­­żo­wanie z Narbutta. Deszcz coraz bardziej zajadle pluł na ich twarze. Skórzana kurtka Ko­wal­czyka zaczęła prze­mię­kać; bawełniany dres Kobylika był zu­peł­nie mokry. Doszli do Ma­da­liń­skiego. Nagle Kobylik trąca Kowalczyka, kurwa, patrz! mó­wi. Na czerwonym stoi focus, a w nim, na przed­nim siedzeniu, leży torebka; za kołem jakaś szpry­cha gada przez komórkę. Obaj aż przy­sta­nę­li przy tej okazji. Ale Kowalczyk war­knął, kurwa, facet, lecisz na włam, a bryki się ciebie imają? Za mocny jesteś na takie sranie w odbyt!

Szli prze­cież na duży szum, szykowało się po dwie dychy od czerepa. Zresztą, orki nie mia­ło być. Ro­bo­tę podsunął jakiś gość, którego poznali na Stadionie Dziesięciolecia. Mó­wił, że ma na imię Wojtek, ale to niewa­żne. Wyglądał na lekko pizdniętego w mózgol, ale do rze­czy na­wi­jał; poszli na piwo. Szy­b­ko się dogadali, że nie ma hajsu i że to dołuje, w chu­ja je­ba­nego. Tam­ten wtedy gada, że zna jed­nego dupka, co robi w gazecie, i hajs mu z kie­szeni wy­pa­da; bez prze­piz­du można go łyknąć. Pochylili się i nad­sta­­wili trąbity. Reda­kto­rek mie­szka z ba­bą na Moko­to­wie i co noc wy­chodzi do kochanki, a wra­ca o świcie. Baba jest łatwowierna jak dziecko, wpuści do środka pod byle pre­te­kstem. W domu kino domowe za dwaj­ścia paczek, ste­reo, ka­me­­ra, tro­chę świe­cidełek, w salonie dwa bohomazy o pewnym walorze (- to słowo, walor, jakoś dziwnie pozytywnie ich uderzyło). Trochę do­la­rów po­win­no być w biur­ku redak­torka. Babę trzeba nor­malnie związać i za­mknąć do szafy; wątła jest, więc żadna sprawa. Tylko wcześniej trzeba znaleźć jej karty kre­dytowe, ma tego od chu­ja. Jak się ją na­stra­szy, to wygada kody bez ga­da­nia. Podjedzie się do­sta­w­czym pod bo­­cz­ne we­jście na klatkę schodową. Klucz do drzwi jest do zała­twie­nia. Od frontu stoi o­chro­­niarz – jakiś eme­ryt łajza, ale lepiej nie zwracać jego uwagi. Wojtek za­cze­ka przy wo­zie, oni wejdą na górę i wybiorą fanty. Ra­bi­cho się upłynni i podzieli po równo na trzech.

Była godzina dziewiąta. Skręcili w Dąbrowskiego. Wojtek stał tam żukiem. Mrug­nął świa­t­łami. Weszli do budy: siema, siema. Kurwa, spóźniliście się, mówi Wojtek. Oooh, baby-baby! Push it, push it! Znowu usłyszeli z radia Snap. Kurwa, popatrz, jak leje w chuju! - rzekł Kowalczyk, a Kobylik pociągał siarczyście nosem, żeby nie wyciekł glut. Push it, push it! Dobra, powie­dział na to Wojtek, jest luz, redaktorek właśnie wyszedł. Tu macie klucz do bo­­cz­nego wejścia. Ja tam podjadę za pół godziny... W kurwę, na takim deszczu mógłbyś nas pod­rzu­cić pod wejście, powiedział z gnuśnym zaciągiem Waldek. Kurwa, spierdalajcie, wódą od was capi, śmieje się Wojtek i wypycha ich z budy; push it real good, push it real good, auuu! - dobiega z radia. Weźcie torby spod plandeki, mówi, i jazda, trzecie piętro, mie­sz­kania osiem.

Obeszli budynek. Boczna furtka w parkanie była odemknięta. Przeszli przez skwer. No, w ta­kim barłaju żyć to jest wypacha! Ściany były świeże, schludne, z beżowej cegły. Traw­ni­czek kurwa wiecznie zie­lo­ny, la­tar­nie romantik. Jodły syberyjskie, ustawione w równym rzę­­dzie wzdłuż alejki – fosforek kurwa jak w bajce. Mieszkańcy obdrapanego blokhauzu w dziel­ni­cy Bródno zaśmiali się szyderczo na wi­dok tych gadżetów. Otworzyli drzwi na kla­tkę. Za­pa­chniało la­we­n­dą. Poszli w górę. W ja­rze­nio­wym świe­­tle zaskowytały ich szyb­kie kroki na kafelkowanych schodach. Szli szybcy, na­bu­zo­wa­ni so­bą jakby ich był tabun, roz­grza­ni i pa­rujący. Nie byli osiłkami, ale teraz podjarał ich ten szum mak­sy­­mal­nie i siły im przy­by­wa­­ło. Z ich mo­krych twarzy - za­zwy­czaj sze­ro­kich, nalanych, ale i mięk­kich, jakby po­zba­wio­nych kon­kret­nych rysów, żółtawo-kefirowych, o spadzistym czole, kiszonych no­sach kapuścianych ni to wą­s­kich, ni szerokich, o oczo­dołach niewielkich i ze­środ­kowanych, a też jak­by roz­my­­tych; twa­­rzy teraz nabrzmiałych, dy­szących, obwisło­li­cych, bo nazna­czo­nych ponurym za­mia­rem – z ich twarzy spo­zierały wy­­ba­łu­­szo­ne oczy, mętne, prze­krwione, rozpękłe ja­kby; o­czy galaretowate jak śli­ma­­cze zwo­je kory mó­z­­gowej, te zwoje, które stamtąd, spod ich czaszek, na­pompo­wa­ne krwią, hormo­na­mi, al­­ko­­ho­lem, dy­mem nikoty­no­wym, roziskrzone, oscylujące w rytm pul­su, tło­czy­ły na ekran gałki ocznej śli­ską bez­my­ślność machinalnej prze­mo­cy –

Tak, były w tych dwóch owalnych głowach o spłaszczonych nieco u szczytu czaszkach dwa mózgi, dwa dotleniane i nikotynizowane przez miliardy cienkich tętnic mózgi, z których oba miały swoje miejsca sinawe, swoje miejsca sinawe z ich neuronami norad­re­ner­­gicz­nymi, pro­jek­tującymi teraz do jądra przykomorowego w podwzgórzu to po­bu­dze­nie, o jakim mówi się zwykle: napięcie psychiczne. Były więc dwa podwzgórza, dwa pod­wzgó­rza tam, na dnie mózgu, a każde z nich niosło sakiewkę przysadki, i z dwóch pod­wzgórz wyciekł do sakiewek hormon kortykoliberyny, hormon wyzwoliciel, hormon ko­li­ber, bo wyciekł on do przysadek, aby uwolnić hormon adrenokortykotropowy, ów hor­mon, któ­ry jak posłaniec po­płynie w rzekach krwi do kory nadnercza, aby uruchomić w niej se­kre­cję gluko­kor­ty­koidów, powodujących, że w ciele w sytuacji walki i nie­pew­no­ści wzmo­że się pro­ces glukogenezy, aby dostar­czyło sobie porcji łatwopalnej energii i - tak! - aby eksplo­do­wało w wysiłku gwałtownego czynu.

Do Warszawy zjechali rok wcześniej z Pomylina, ze ściany wschodniej; w domu nie było co robić. Kowalczyk po­kłó­cił się z dupą, bo chciała za dużo kasy; namówił więc Kobylika, swojego koleżkę od dzieciaka, żeby pokurwić do stolicy. Tam robota leży na ziemi.

Kobylik długo się wahał. Nie było mu całkiem źle. Odkąd stracił dwa paluchy w polu, do­stawał cztery stówy inwalidzkiej: starczało, by co­dziennie się napić piany czy bełta pod sklepem. Ale w końcu się złamał. Kowalczyk ciągle nawijał, jak to się nachapają, jak się ustawią.

Mieli po dwadzieścia cztery lata. Kobylik był synem robot­ni­ka w pegieerze, w da­w­nym znaczy się pegieerze, bo stał od sześciu lat zajebany ten pegieer, z niszczejącym sprzętem. Ma­co­cha trzęsła starym i domem, że nie szło wyrobić. Bo stary tylko bimbrowił i „chloł”. Czesiek, jak skoń­czył osiemnaście, też zaczął „chloć”, i tak samo po nim jego młodszy brat. Miał szczę­ście, że niedługo potem ujebało mu te palce u nóg; miał stałą kasę, mógł nawet sta­wiać piwo staremu, jak tamtemu skończyło się bezrobotne. Żar­li same kar­tofle, bo wszy­st­ko szło na chlanie.

Za to Kowalczyk, odkąd skończył szkołę, bar­dziej kom­binował. Przez dwa la­ta był kuch­ci­kiem w Ratuszowej w Ostrołęce. Po roku ku­pił na giełdzie poloneza po wypadku i w szopie u starego zaczął go remontować. W prze­ci­wień­stwie do starego Kobylika, stary Ko­­­wal­czyk nie chlał, tylko harował na siedmiu hek­ta­rach gleby czwartej klasy, sadził ziem­niaki, rzepę, o­wies, ho­do­wał pięć kur, krowę i wieprzka. Ale zżerały go dawne złodziejskie kredyty, więc z żoną i trójką dzieci żyli jak bezpańskie psy. Yyyy, zresztą w całej wsi bryn­dza była. I nawet jak drogę na Ostrołękę zablokowali w pięćdziesięciu chłopa i wylali gno­jó­wkę, to nic się nie po­pra­wiło; rząd miał Pomylin gdzieś. A potem Ratuszowa padła. Przez rok bezrobocia Waldek albo po­ma­gał w polu, albo grzebał w szopie przy polonezie; bra­ko­wało mu na części, ale w końcu grat ruszył, na prowizorce. Przejechał na drugi koniec Po­my­lina, z po­wrotem zwiozło się go koniem. A po­tem na miejscu Ratuszowej otworzyli Bur­gerkinga, więc zno­wu przez trzy lata harował jak niewolnik: wrzucał frytki do wrzą­ce­go oleju i sprzątał w ku­chni, na prze­mian. Ale potem wyjebali go, bo, po­wie­dzieli, lenił się i bra­ko­wa­ło mu mo­­tywacji. Wtedy za­częły się przekręty z Iwoną. Szmata nie była zresztą wa­rta nawet tych mar­nych gro­szy, któ­re jej przedtem dawał, a teraz się stawiała. Tłumaczył jej cierpliwie, że jak chce mieć Las Ve­gas, to musi poczekać. Kurwa, aż „bende” stara? – po­wie­działa. To w ta­kim razie „cziau!” - po­wie­dzia­ła. Potem dowiedział się, że kręciła od ja­kie­goś czasu z Kobyrą. Ko­­by­ra dwa razy był na bu­dowie w Rajchu i od tego czasu do ziom­ków gadał per "ty, kurwa szwaj­ne!". Waldkowi w pa­le aż zaki­piało, jak usłyszał, że to Kobyra mu dupę obciął! Wtedy po­sta­no­wił: War­sza­wa. Tam się można dochrapać; jeszcze jak robił w Ra­­tu­szo­wej, to poznał le­gen­dę o Nie­dzie­la­ku: chłop, w dzie­więć­­dzie­sią­tym czwar­tym, jak roz­dawali bony na pry­wa­ty­za­cję, po­ku­po­wał je od kilkunastu pijaczków z rynku za flaszkę i z tym pojechał do stolicy; tam go tknęło i wszedł w większy biznes, naj­pierw sku­po­wał po kilka, potem po kil­ka­dzie­siąt, w końcu na ty­­siące i sprzedawał wszy­stko ja­­kimś Cyganom z Austrii, a że cena bonów u hurtowników wciąż rosła - po roku miał chawirę z ba­­senem i dwie lochy.

Pojechali-ci więc. Waldka Matka dała im na drogę schabu z ostatniego prosiaka, któ­re­go stary ubił na tę okazję. Na progu chaty się to działo. Rodzice, młodszy brat i sio­strzy­cz­ka ocierali łzy, jego też wzięło na wzru­­sze­nie. Wrócę nie­­dłu­go, powiedział - dobry syn prze­cież, narzekać na niego, że się lenił, że ciężarem im był, nie mogli - wrócę tu, na swoją ojcowiznę, powiedział przypo­mi­na­jąc so­bie nagle to pod­niosłe i dumne chłopskie słowo, wrócę i jeszcze będą z nas pań­stwo! - powiedział tonem so­len­nym. Do kościoła pójdę mo­dlić się za ciebie, powie­dzia­ła matka łkając. Jedź i dorabiaj się, młody jesteś, świat stoi to­bie ot­wo­rem, powiedział oj­ciec. Wrócę tu do was, powiedział pierworodny ich Wal­demar.

Czesława nikt za to nie że­gnał; stary i brat byli schlani, macocha miała go gdzieś, u księdza pewnie siedziała i czochrała się. Toteż z tego smutku w pociągu obalił sześć browa­rów, czę­stu­jąc też i koleżkę. Do Warszawy wjeż­dża­li w dobrych humorach. A kiedy skład wje­­chał w tunel średnicowy, wychylili się przez o­k­no i w huczącą, zgrzytającą żelaz­ny­mi szczę­kami ciemność rzu­ci­li za­rozumiale pa­rę prze­kleństw, a za nimi pustych butelek, wy­gra­­żając pię­ścią nieznanemu mia­­stu, które, z całym swym czar­nym ogromem, zgrzy­ta­ją­cym, chy­bo­tli­wym, rzucającym ni­mi po przedziale jak pa­­ka­­mi mię­sa, wy­­da­wało im się prze­cież tak łatwe do zdo­bycia, jak ostatnia zdzira.

Ale łatwizny jakoś nie było. Co gdzie się zgłosili po robotę, to ich spławiano. Za forsę, któ­rą wzię­li ze sobą, wynajęli na miesiąc kawalerkę na Bródnie. Z początku sądzili, że skur­­wiel wy­na­jemca chce ich narżnąć jako wsioków, tyle kasy zaśpiewał za jeden miesiąc. Ale nie dało rady taniej, z bólem opłacili złodziejski czynsz i zostało im tyle, żeby przez miesiąc było na chleb. Rano, w południe i wieczorem żarli więc chleb ze schabem. Po ty­go­d­niu Czesiek nie wyrobił tego życia o suchym pysku i poszedł, żeby zbierać od ludzi po parę groszy, aż uzbiera na wino. Waldek przysięgał, że nie zniży się do tego. Ale jak Cze­siek wrócił z dwiema butel­ka­mi bełtaka, to nie odmówił poczęstunku. Następnego dnia by­ło tak samo. W dzień szukało się, albo i nie szukało, jak nie było już siły, roboty; wie­czo­rem Czesiek wychodził i po paru godzi­nach wracał z jedną, a czasem dwiema flaszkami. Zda­wało mu się nie przeszkadzać, że ko­le­ga, chociaż się częstuje, nie żebrze razem z nim. Że­brał teraz codziennie i był zadowo­lo­ny z życia.

Po jakimś czasie Waldek załapał ro­bo­tę przy pilnowaniu w nocy szrotu na Biało­łę­ce. Nie dostałby tej roboty, ale okazało się, że znajomy właściciela zło­mo­wiska, Zdzisława Ciuły, co akurat tam przypadkiem był, to zięciem jest jednej sąsiadki z Po­my­lina i kojarzył Waldka z wesela. Ciuła namyślił się wtedy i powiedział, dobra, bę­dziesz na stróża, bo mi w nocy części z wraków giną, dam ci osiem stów. A na to znajomek Ro­man, daj mu, Zdzi­­siek, kurwa, paczkę, przecież wiesz, jakie tera życie. Paczkę to ja sam le­d­wo wy­cią­gam, po­wiedział obłudnie Ciuła. I tak robił łaskę. Był to ciężki, nieco cy­gań­ski, wło­chaty wieprz; w śniadej, fałdzistej gębie o porowatej cerze dwie bystre, czarne gały leżały jak wielkie baby na po­du­sz­kach sinych podkrążeń; przysłonięte wąsiskiem usta, grube i za­ciś­nięte, wy­ra­żały upór. Tak czy siak, trzeba było łapać tę okazję.

Odtąd było przy­najmniej z cze­go żyć. Waldek zaczął przynosić ze sklepu mar­ga­rynę, jajka, kaszankę "Królewską", salceson albo pasztetową i chleb; czasem nawet i śledzia pod pół­lit­ró­w­kę albo boczek czy słoninę. Ale Czesiek, lojalnie, nie przestał żebrać, żeby nie być ko­ledze cię­żarem. Wycho­dził teraz już wcze­s­nym wieczorem i jechał do Śród­mie­ścia. Wynalazł parę do­brych sposobów na żebr. Na "proszę łas­ka­we­go pana", czyli uni­że­nie, prze­­praszam, dzię­ku­ję, po­ko­ra i pochleb­st­wo, to na kie­­row­ni­ków i biuro­kra­tów. Na hifia­rza, to skutkowało u mło­dzie­ży: jes­tem od siedmiu lat nosi­cie­lem wi­ru­sa HIV i nie mam pra­­cy, rodzina wyrzuciła mnie z do­mu, jestem głodny, pro­szę o dzie­sięć gro­szy na bułkę, smu­tnym, monotonnym głosem. Na bez­czel­nego pijaczka, na co ła­pa­ły się zabawowe chło­pa­ki, że ni­by nie będę panom kłamał, że zbie­­ram na chleb, nie, po prostu chcę się napić wina o­wo­­co­we­go. Na dworcu na okra­dzio­ne­go, co nie ma jak wrócić do Koszalina - i tak dalej. Nie było mu wstyd że­brać, bo przecież na­bie­rał po prostu frajerów. A roboty dużo z tym nie było.

Waldek tymczasem pilnował nocami złomu. Dyżurował w budzie z desek i blachy, znaj­du­jącej się tuż za bramą wjazdową na szrot. W niewielkim pomieszczeniu znajdowało się biurko i żelazna szafka, zawsze zamknięte na klucz i kłódki; ponadto krzesło i trzy­na­sto­ca­lowy tele­wi­zor odbierający trzy programy telewizyjne: program pierwszy, drugi i polsat. Na lichej ścia­nie z perforowanej sklejki wisiał kalendarz BMW. Z sufitu zwisała na kablu opra­w­ka z ża­rówką. Na podłodze walały się w nie­ła­dzie narzędzia: łom, zwoje łańcucha, wiel­ki klucz fran­cu­ski, dwa młoty, palnik spawarki; dwie butle z gazem, niebieska i czer­wo­na, stały w ką­cie.

Zło­mowisko zajmowało działkę wiel­kości pięciu tysięcy metrów, o kształcie dłu­gie­go pro­­sto­­ką­ta; oto­czone było siatką zwień­czo­ną drutem kolczastym. Wraki układano w wielo­pię­­tro­we pry­zmy, w porządku od najmniej do najbardziej uszko­dzo­nych; na samym końcu w ku­pie leżały już tylko poszarpane frag­men­ty drzwiczek, wałów korbowych, masek, za­wie­­szeń, układów kie­rowniczych i rur wydecho­wych, parę zmiaż­dżo­nych jak po wybuchu mo­­to­rów, pogięte fel­gi, umarłe akumulatory i kable, mnóstwo kabli. Stał tam także nie­wiel­ki kafar na podnośniku ko­ło­wym. Wi­dok przy bramie nie był wcale lepszy: zniszczone, spra­­so­wane wra­­ki ukazywały wszel­kie, najbardziej fantastyczne postaci amorfii - był to po­nu­ry ma­­­gazyn ka­ta­strof i de­­formacji, po którym za dnia bu­szo­wał Ciuła z dwoma pomoc­ni­ka­mi, po­­szukując nie­uszko­dzo­nych lub rokujących na­dzie­ję części, niczym bakteria roz­kła­da­jąc, se­gre­­gując i kon­su­mu­jąc to, co zostało z trupów maszyn; w nocy zaś wałęsał się skun­dlony wil­czur Gnat, a wraz z nim czasem, gdy przyszła ochota zajarać albo tylko po­szwen­dać się dla roz­­prostowania kości, no­cny stróż, którego powolne i beznadziejne kroki na żwirze roz­le­gały się w ciemności, na­ru­sza­nej jedynie przez żółte światełko z budy.

Robotę zaczynał o dziewiątej wieczorem, kiedy Ciuła zamykał zakład. Niewiele wie­dział o tym, co na złomowisku działo się za dnia; dla niego było ono zawsze nieruchome i po­sępne jak cmentarz. Obserwował jedynie przybywanie wraków oraz ich powolny rozkład. Cza­sem ogarniał go na widok tej ogromnej rupieciarni, pogrążonej w mroku, który przy­da­wał jej jesz­cze groźnej masywności, dziwny żal: wspominał czasy w domu rodzinnym, kiedy kom­bi­no­wał nad polonezem, radosną chwilę, gdy chałupniczo wyremon­to­wa­ny wóz wre­szcie ruszył, go­dziny ciężkiej harówki, w czasie której nie raz musiał zrobić coś z ni­cze­go, a przy tym zżył się z tą maszyną jak z przyjacielem - i wydawało mu się, że były to dobre cza­sy w porów­na­niu z o­bec­nymi. Miało się przynajmniej poczucie, że się jest coś war­tym, że się coś robi, a tu gniło się pośród wraków. Najgorsze myśli przychodziły przed świ­tem. Ma­syw złomu za­czy­nał wtedy wyłaniać się z mroku; pojawiały się spiętrzone i zwichrzone w milionie szczegółów kształ­ty znisz­cze­nia. I w tych rozszarpanych, poharatanych i po­gię­tych resztkach po raz ostat­ni uka­zy­wała się opływowość, krągłość i pękata, familijna ru­basz­ność fordów, fiatów, opli, volkswage­nów, daewoo i hyundajów, albo rekinia dra­pież­ność wozów sporto­wych, al­bo cię­żka, dostojna, luksusowa kształtność meroli, beemek i vol­vo. Waldkowi serce krajało się na wi­­dok tylu wspa­nia­łych aut, często zupełnie nowych, unie­ruchomionych, wy­rzu­co­nych na śmie­t­nik... Tyle dobra szło na marne... Chłopski syn, przy­zwyczajony do osz­częd­­no­ści i po­­sza­­nowania dla dobytku, nie mógł się na to nie obu­rzać; ludzie, którzy niszczyli te wspa­nia­łe, solidne i silne maszyny, byli, jego zdaniem, zbro­dniarzami.

Poza tym najbardziej doskwierała mu nuda. Telewizja nadawała najwyżej do drugiej w nocy; tylko w weekendy dłużej. I praktycznie tylko na polsacie dawali jakąś erotykę. W pią­tek patrzało się na Różową Landrynkę. W sobotę na Playboya. Czasem też dało się pogapić na te trzy, czy ile ich tam było, lalunie z „Przytul mnie”, ale one były za mało rozebrane i pier­do­liły czasem tak, że głowa bolała. Niezła była blondyna Samujłowicz z Różowej Lan­dry­nki, chociaż trochę drętwa. Schaby miała ciężkie i okrągłe i obfite wymię. A teraz za­pra­szam was - mó­wiła zmysłowym, swojsko brzmiącym, trochę piskliwym i usztywnionym gło­sem o prze­sa­d­nej dykcji - na pod­róż do krainy ek­s­tra­wa­gan­c­kich erotycznych ga­dże­tów i wy­­rafino­wa­nych fantazji. Nasza eki­pa odwiedziła tar­gi ero­tyczne w Ołomuńcu. Albo: W Szcze­­cinie od­był się ostatnio dziesiąty ogólnopolski konkurs na miss mokrego pod­ko­szul­ka. Albo: Zapa­sy w ki­ślu mogą być eks­cy­tującym widowiskiem. Usta miała czerwone, krwi­­stoczerwone! Ech! Ale po­tem na jej miejsce dali te dwie szprychy z „Przytul mnie”. Te też były niezłe, tylko jeszcze bar­dziej drętwe. Blondyna i czarnula. Blondyna lalowata, za­okrą­glo­na, z baniami. Czarnula chu­da, przymilna i chytruska. Ga­dały na zmianę. Fatałaszki mia­ły skąpe i przezroczyste. Teraz już się z wami żegnamy, ale mamy nadzieję, że te piękne, zmy­słowe kusicielki, które ujrze­li­ście w naszym programie, za­in­spirują was do tego, by od­dać się najskrytszym fantazjom i ig­ra­szkom. I Waldek czuł, jak ta sugestia wnika bez­poś­red­nio do jego lędźwi i ciał jamistych. Z po­czątku miał skrupuły, by zrobić sobie nieczystą przy­jemność w stróżówce. Ale te dwie zdzi­ry, zdawało się, uwo­dzi­ły chyba właśnie jego. Te­raz nadszedł już czas rozstania, ale wiemy, że także po programie bę­dziecie myśleć na­mię­tnie o tych wspaniałych, spragnionych ero­tycznego dotyku dziew­czy­nach; życzymy wam za­tem miłego fantazjowania! - wyrecyto­wa­ły któregoś dnia, jedna przez drugą, przesuwając krwistymi pazurami po krągłościach. Wte­dy dłonie Waldka same za­czy­nały zbliżać się do krocza; do gło­wy wlewały się stru­mie­nia­mi obnażone wymiona tych pier­dolo­nych krów, ich wargi, ich uda, ich uszy, ich dupska i ły­dki, i kuśki, i te ich chytre oczka - to było nie do wytrzymania!

Potem jednak ogarniał go jeszcze większy smutek i jeszcze większa nuda. Przez mo­ment nienawidził tych dwóch pind, gwałcących go przez telewizor. Zapalał szluga. Gnat! – krzy­czał na psa, chotu, Gnat! Pies przybiegał; robiło się raźniej. Lecz wciąż przejmowało go niejasne, jakby fizjologiczne po­czu­cie poniżenia. Aby się zapomnieć, odurzyć, Waldek przeglądał wte­dy godzinami kalendarz BMW. Robiło mu się błogo. Teraz pędziły przez jego głowę luk­su­so­we limuzyny, mocarne jak ogiery, solidne i ciężkie kombi z serii pięć­set, pękate, nosorożne; a po­tem zadziorne i ra­so­we trzysetki, smukłe jak klacze. Szcze­gól­nie je­den model przyprawiał o za­­wrót głowy - czerwona sportowa zetka kabrio, połączenie sar­­niej sprę­ży­stości i lwiej siły, ach, na­wet więcej, bo w jej kształcie było coś zmysło­we­go, coś, co e­ma­no­wa­ło obłą, soczystą, po­­pęd­liwą namiętnością; coś z rozwiązłej suczki. Zda­wa­ła się zrywać z miej­sca i skakać w roz­kosz, a on wpa­trywał się w nią z nieśmiałością i uwiel­­bie­niem. I oto zno­wu przebiegał go dreszcz pod­nie­cenia i lękliwego pociągu organu do organu. I znowu niepokój rozpękał się i rzu­­cał go jak­by na po­żarcie samemu sobie. O­czy­ma duszy widział, jak zapierdala zetką po drodze, jak dociska gazu i przyspiesza, czuł jej drgający lekko motor, wirowanie jej kół, a strzałka na li­cz­niku szła w górę: 180, 200, 220, 250, 265! Coś ryczało w nim, kiedy tak się rozpędzał; cza­sem wy­ry­wał się zdławiony jęk.

Gdy zaczęły się mrozy, całą noc siedział i się trząsł. Ciuła wstawił co prawda do budy ele­k­try­czny grzejnik, ale przy wietrze mróz właził przez ścianki jak nóż w skórę. Jeszcze go­­rzej miał Czesiek na żebrach. Zimno dawało w kość; Czesiek łaził po ulicy na ze­sz­ty­w­nia­łych jak szczudła nogach, co i rusz próbował dostać się do maka czy innego fastfoodu, że­by się ogrzać, ale szybko ochroniarze wyjebywali go na pysk. Ludziska, zakutani i po­obwi­jani, nie­chęt­nie się­ga­li po portfele. I czasem przez całe popołudnie nie dawało się uzbie­rać na zasraną flaszkę wina czy miodu i trzeba było zadowolić się puszką piwa. Pew­ne­go dnia, już po zmro­ku, na opu­sto­szałej prawie Starówce, przy Barbakanie, podchodzą dwa menele. Wi­dy­wało się już ich w okolicy, też żebrali. Ryje mieli ześcierwione, fio­le­to­wa­­we i mętne; cuchli łajnem, szczyną i kwasem octowym. Podchodzą i od razu buch z gra­by; na oblodzonym bruku Czesiek padł na glebę. Wtedy drugi z kopa mu w brzuch. Kurwa, wy­miot stąd, kurwa, ciole, mówią. I łup go w kolano z kopa. Kurwa, my tu mamy księstwo, mówią. Kurwa, my tu rządzimy, mó­wią. I drugi za włosy, i mordę Cześkowi wykręcił, żeby na nich patrzył. Kurwa, jop się na mnie, psi zwisie, mó­wi ten, co go trzy­mał.­ Łapę miał gru­bo­palczastą, śmierdzącą; z bez­zębnej gęby, gdy ją po­­chy­lił, ziało jak z szamba. Jop się, kurwa, jeszcze raz szarpnął Cze­śka jak psa. My tu pa­nu­je­my, ja tu, kurwa, jestem premier, a ten tu, jop się, kurwa, bo ci kar­kó­wę ukręcę, ten tu to pre­zy­dent, mó­wi. I rechoczą obaj, a pre­zydent kop Cześka w plery. Kapujesz, kurwa? Kapuję, beł­ko­cze Czesiek z wykręconą głową. To powtórz, kurwa, ten pan to tutaj prezydent, a ten to pre­mier, i jeszcze mocniej szar­pie za włochy, jebany żul. Ten pan to tutaj prezydent, po­wtó­rzył Czesiek, ślina mu ciekła na brodę, oczy wytrzeszczały się z lę­kiem, a ten to premier. Me­ne­le rzyg­nęły re­cho­tem. No, a teraz buta mi wyliż, mówi premier i przy­stawia pysk Cześka do sto­py, obu­tej w roz­­­pada­ją­cy się, łazęgowski, pokryty błotem trep. Liż, kurwa, ten cesarski trze­wik, mówi lump. Mdle­jąc z obrzydzenia, Czesiek przesunął języ­kiem po wstrętnym bu­cio­rze. A teraz pre­­zy­dentowi, mó­wi tamten. Potem podnieśli go za fra­ki, cisnęli w zaspę i spier­­dalaj stąd szy­­b­ko, bo na­stęp­nym razem będziesz nam gówno z dupy zlizywał, powie­dzie­li na od­chod­nym, char­cząc śmie­chem. Czesiek długo leżał w śniegu; bał się podnieść. Wre­sz­cie wstał i prze­my­ka­jąc się chył­kiem ruszył do domu; bolał go krzyż po kopniaku prezydenta, nie mógł się wypro­sto­wać, płakał.

Co za pech, kurwa! Bo niedługo potem Waldek stracił robotę u Ciuły. Znowu coś zni­knę­ło ze złomowiska i Ciuła nie miał litości; po prostu wyjebał go za drzwi. Tak źle jesz­cze nie było. Czesiek chciał wra­cać do Pomylina, Waldek trwał w beznadziejnym uporze, bo, mówił, dochrapią się, jeszcze się do­chra­pią. Tym­czasem żarli już suchy chleb i szwen­da­li się po zamarzniętym mieście w po­szukiwaniu jakiejkolwiek ro­­­boty, powłócząc no­ga­mi, pośród ścian i murów, pośród czar­ne­go śniegu, pod soplami, wśród słonych błot ulicy. Nie było nadziei; wszystko, każde drzwi, ka­ż­­dy beton, każdy mur, wszy­stko to było szy­der­st­wem pluniętym im w gębę, wszystko to prze­­klinali, każde drzwi, każdy beton, rzucali te­mu wszystkiemu sze­pta­ną, niesytą, roz­pacz­li­wą o­bel­gę, łażąc tak po tym mieście wielkich bru­dnych rzek i rozlewisk, rzek betonu, roz­le­wisk mu­ru. Nie byli ni­czym więcej jak ten szlam, przez który brnęli; byli bezuży­teczni jak pad­lina. Czesiek miał załamkę, nie był już zdol­ny do jakichkolwiek akcji, i snuł się już tylko jak cień cienia przy Waldku, wciąż lekko zgar­biony po ciosie w plecy; cza­sem gadał coś do sie­bie: żeby nie mać w dupu chuj, żeby nie ta mać, gadał, nie szło go zrozumieć, a on gadał, żeby nie ta mać w kur­wę, ech, kurna jego, kuźwa..., jego żeby zadziać, w kurwę, zadziać, zaćkać..., bełkotał po­strzę­­pio­­ne, po­mię­te, oślizgłe słowa, słowa uciekające jakby w bezdeń amorficznej materii, i szedł za Wal­d­kiem jak ślepy pies na smyczy. Tamten zaś szedł już tylko z uporu, z zaciętości, każ­dym kro­­kiem rzucając nowy bluzg temu zniena­wi­dzonemu potworowi o przepastnych trze­wiach pełnych obłego żelastwa, zgrzytającemu o­cię­żałym pę­dem, toczącemu swą metali­cz­ną krew w światłach reflektorów, pompującemu surówkę trudu i mordęgi, a przecież w swej nie­mi­­ło­sier­nej ruchomości wyrzucającemu ich poza wszystkie swe obiegi, ciskającemu ich żywe zwłoki na śmietnik bezruchu i unicest­wie­nia. Co mu za­wi­nili, że był tak niełaskawy wobec ich wy­sił­ku? Czy za mało się starali? Czy nie zdarli butów poszukując pracy? To była jawna nie­spra­wie­dliwość! Nie zasługiwali na taki los.

Pewnego dnia, przechodząc przez ulicę, zobaczyli, jak jakiś gówniarz podchodzi z cegłą do wo­zu, rozwala szybę i po chwili spierdala z torebką w ręku. Dziesięć sekund i ko­­leżka znikł w ciemnościach. Z wozu wylazła baba w futrze i wrzeszczy, gonić złodzieja, go­nić złodzieja! I widzą, że do nich tak wrzeszczy. Panowie, wrzeszczy baba, gońcie tego ło­bu­za, zapłacę wam! Ale ani im w głowie było gonić. Odeszli w swoją stronę z włóczę­go­w­ską godnością, patrząc na babę spode łba, szyderczo; czego od nich chciała? Od tego jest po­­li­cja! Zresztą, już się chłopaka nie dogoni, trzeba było uważać. Cześkowi to na­wet śmiać się pusto chciało z tej baby. Waldek zaś bił się z myślami. Dziesięć sekund i po krzyku. Wy­star­czy ce­gła i dobry wzrok. A co innego im pozostało, jak nie kraść?! Nie oni byli winni bez­robociu! A jeść trzeba! Nie mo­żna dostać po dobroci, to trzeba siłą!

I szli dalej wolnym krokiem, nie roz­ma­wiali. Czesiek znów beł­kotał niezrozumiale, leząc z tyłu jak zdziczały maruder, z głową po­chy­loną ku ziemi. Tak, zwariują tutaj, po­my­ślał Wal­dek, w tej jebanej Warszawce, jak tak da­lej pójdzie; zwa­riują! W tym wielkim, pas­ku­dnym i nadętym mieście, mieście drożyzny i wy­zy­sku, bez­wzglę­d­nym i nachapanym! Jak nie­nawidził tego miasta! Jak nienawidził tych mord spa­sionych, tych kurew z podniesioną gło­wą, tych łajdacko wymijających, cwaniackich spoj­rzeń, tych garniturów na­b­zdyczonych, tych nesese­rów i teczek pełnych władzy i prestiżu. O, te warszawskie cwa­­nia­­czki, chytrusy! Tyl­ko rządzą i chapią, chapią, i pasą się biedą całej Pol­ski! Żadnych warto­ści! Ża­d­ne­go ko­le­żeństwa! Nie na­­dajesz się, to wy­­pier­dalaj! I nie ma zmi­łuj! Harujesz albo zdy­chasz! Pa­zer­ne skur­wy­sy­ny! A ja­kie ceny, w kur­­wę pierdoloną, sobie ka­żdy jeden liczy! Na­dzia­ne łajzy, tyl­ko patrzą, jak cię wy­cyganić, jak cię wyżyłować! O nie, nie będzie tak dalej! To mia­sto nie będzie już roz­dra­pywać im żył, teraz oni pokażą pazury! Pękła w Kowalczyku dłu­­go gro­­madzona wście­k­­łość. De­cyzja została podjęta.

Cegłę wziął ze śmietnika. Wieczorem zaczaił się za drzewem, tuż przy skrzyżowaniu. Było tam ciemno. Samochody nad­jeżdżały, oślepiające, bezkształtne i bezbarwne, zatrzy­my­wa­ły się, potem rus­zały, sznury wozów wszystkich marek, ruchomych plam, zastygały i ru­sza­ły w chmurach ryku; trwało to z go­dzinę, cegła ciążyła w dłoni, a on tkwił na swym miej­scu, jakby przyrośnięty do tego stru­mie­nia sta­lo­wych majaków. W końcu, gdy po raz pięć­dziesiąty, odkąd tam stał, za­pa­liło się czer­wo­ne światło, zatrzymał się tuż przy nim czar­ny wóz; przez boczne okno dojrzał torebkę le­żącą na siedzeniu pasażera. Podbiegł i ci­snął z całej pary cegłą; rozpirzona szyba zmie­niła się w taflę szronu z wiel­ką dziurą w środ­ku. Przez dziurę wyzierała jakaś zastygła w pa­­ni­ce twarz. Wyrwał ze śro­dka łup, a po­tem biegł, zostawiając za sobą milknące w dali krzyki...

W jakiejś bramie przebadał zdobycz. W portfelu znalazł sześć stów, kartę kredytową, tele­fon i srebrne etui z wizytówkami. Resztę rzucił do śmietnika, razem z wizytówkami; nawet na nie nie spojrzał. Wyszedł z bramy i poszedł wolnym krokiem. Przez chwilę było mu mdło. Ale nic się nie działo; szedł wśród ludzi i nie budził żadnych podejrzeń. Poczuł wte­dy za­do­wo­lenie. Nareszcie coś mu się udało! Kurwa, wreszcie! Złorzeczył, znowu teraz zło­rzeczył światu i temu szczu­rzemu miastu, i tym jego łajdackim porządkom, które nie pozwalały człowiekowi uczciwie żyć - ale złorzeczył z dumną radością, że pokazał tym porządkom wała, że je obsrał, na swoją korzyść. Koniec, nie będą już go robić w chuja. Nadeszła dlań jutrzenka swobody.

Gdy wrócił na Bródno i pokazał hajs i fanty Cześkowi, ten najpierw ucieszył się, a potem zaczął drżeć z przerażenia jak dziecko; chciał uciekać, pewien, że za chwilę do drzwi za­puka policja; wił się i kulił, porażony strachem. Człowieku, kurwa, opanuj się, mówił Wal­dek, na mózg ci padło, kto nas tu znajdzie! W końcu pobiegł do sklepu nocnego, kupił dwa bolsy, kiełbasę, chleb, masło, ser topiony i malborasy; wychlali wódę i Czesiek, na­pier­dolony i na­żar­ty jak jeszcze nigdy dotąd w Warszawce, uspokoił się, a nawet zaczął u­śmie­chać ma­rzy­ciel­­sko - bo Waldek tłumaczył mu jak głupiemu, że robota jest czysta i łatwa, że nie ma boja, że, kurwa, jeśli tylko dalej tak pójdzie, za miesiąc będą z nich paniska! Nie by­ło zresztą innej pracy w tym mieście skurwieli! Wszędzie tylko całowali klamkę, teraz se od­biją! Kurwa, mó­wił, za miesiąc, dwa, będziemy rządzić, słyszysz Czesiek, po rękach nas bę­dą całować, a dzi­w­ki to będziesz szuflą spod chuja wygarniał, tak się będą do nas pchały! Bry­ki sobie kupimy, tro­chę świecidełek, żeby było widać, cośmy za jedni, skóry, szmal nam bę­dzie wyłaził z kie­sze­ni!... Chłopie, mówi na to Czesiek rozanielony, pełen podziwu, ty to jed­nak masz łeb! Kurwa! - zachwycił się. Nagle dostał ataku śmiechu, zaczął rzucać się po ka­napie, hahaha, hahaha! I co, i co?! - wyjąknął spomiędzy spazmów duszącej wesołości – ce­głą, tak? Cegłą? Hahaha! Ce­głą!! Kurwa, ty niezły jesteś, Waldek! Niezły ceglarz z ciebie!! I tak odtąd mówił na niego: Ceglarz.

Rozkręcili ten biznes, szło łatwo, los się uśmiechał za każdym razem: chapało się po parę stów, czasem nawet wię­cej, telefony, elektroniczne kalendarzyki, cacka i bajery, wkró­t­ce się tego u­zbie­rało. Aku­rat szły Święta. Było z czego żyć, a nawet prezenty dla rodziców i ro­­dzeń­stwa kupiło się pod choin­kę; Ceglarz matce komplet noży kuchennych, staremu no­we video, bratu buty spor­to­we, a siostrze lalkę; Czesiek wędkę dla ojca i scyzoryk dla brata, a dla ma­co­chy figę z makiem, bo srał na nią rzadkim kałem. A myśleli nawet jechać do do­mu, ale lepiej było zostać, bo im bliżej Świąt, tym więcej się chapało. Toteż Wi­­gilię urzą­dzi­li na dwóch, na Bródnie: pięć absolutów, śledź, karp, frytki, kapusta, grzyby ma­ry­no­wa­ne, kar­tofle, chrzan, musztarda i makowiec z lukrem na deser, rozłożone w obfitości na sto­le, przed­sta­wiały dla ich wzru­szo­nych oczu obraz niezaznanego dostatku, gdy dzieląc się opła­t­­kiem ży­czyli sobie dalej ta­kie­go po­wo­dzenia. Dwa absoluty wychlali jeszcze przed pa­ste­rką, na któ­rą wybrali się do naj­bliż­sze­go kościoła, jak kazała tradycja i wychowanie. A gdy po­wie­­dzia­no czuwającym wier­nym, iż cud się ziścił i Bóg-Człowiek się narodził, i za­pa­nowało wśród ludzi wzru­sze­nie, Cze­siek i Ceglarz, ze łzami na spieczonych od mrozu i wódki policz­kach, padli sobie w objęcia jak dwaj bracia.

W połowie lutego mieli już tyle telefonów i innych cacek, że trzeba było pomyśleć, jak ten szmelc upłynnić. Wybrali się na stadion i kręcąc się w tłumie proponowali dyskretnie to­war, za pół ceny. Pełno tam było skośnych, kaukazów, mongołów, wietnamów i innych u­zbeków; kako­fo­nia języków, piskliwych, melodyjnych, pierdzących rozpościerała się do­ko­ła drżącym opa­rem niepokojącego brzmienia; wy­mię­te, śmie­r­dzące tłusto banknoty przechodziły z rąk do rąk, z u­ko­sa pilnowane przez podejrzliwe oczy, a z cokołów skakały pro­sto w chmury grupy kamien­nych atletów. Han­dlo­wano tu wszelkim szmelcem, kon­tra­ban­dą, szmatławą chińską gar­derobą, podejrzanymi leka­mi, sowiecką elektroniką i zatę­chły­mi ciałami kurew zza Ura­lu, ku­rew z Omska i Ałma-Aty, kurew z Jinzhou i Ussuryjska; w ści­­sku wpadało się na pękate brzu­chy i twarde plecy, ocierało o gnijące oddechy i wilgotne swe­try, trącało wy­chu­dzonych żółtków... To wte­dy właśnie natknęli się na Wojtka. Nie chciał nic ku­po­wać, ale i tak pogadali na stro­nie. Od sło­­wa do sło­wa, aż wyczuł, skąd mieli ten towar. I tak na­darzyła się okazja do społecznego awansu. Podjęli ją bez wahania. To im się zwyczajnie należało.

Pukają więc do drzwi z numerem osiem. W reklamówce sznur do bielizny i trochę pla­stra, żeby unieszkodliwić redaktorową; cegłę też wzięli, na wszelki wypadek i z przyz­wy­cza­jenia, a na ramiona za­rzu­cili wielkie puste torby. Zza grubych drzwi nie dobiegał nawet sze­lest. Czekali dysząc z wysiłku i podniecenia. Gice drżały Ceglarzowi, Czesiek, trochę w tyle, miał mgłę przed oczami. Ale szum! Kurwa, kręci się, kręci! Tylko drzwi się nie ot­wie­ra­ją; znie­cier­pli­wili się, Ceglarz załomotał wkurwiony, Czesiek dołożył od siebie kopa! Nie otwierają się! Wku­r­­wili się tym bardziej, że nawet nie pomyśleli wcześniej o takim wa­rian­cie sprawy. Czyżby je­banej kurwy redaktorowej nie było doma?! Ceglarz przyrąbał w drzwi z byka, taki jest wchu­jo­ny, i jeszcze raz, i jeszcze; zrobił się niezły łomot! Kurwa mać, kur­wa mać... sze­pcze żałośnie Czesiek i prawie się nie rozpłacze do tych dwudziestu paczek, co mieli chapnąć! Ale Ceglarza coś tknęło: nacisnął klamkę. Drzwi, kurwa, jak w kres­kó­w­ce, były otwarte!

No to hajda! Wchodzą, rozglądają się, ciemno jak w murzyna dupie, cisza, nic... Słyszą tylko własne dyszenie i ciężkie, niepewne kroki. W głębi korytarza coś świeciło, poszli tam; zawył nagle przeciąg, zawył, że aż im się zimno zrobiło. Nagły wrzask, który dobiegł nie wiadomo skąd, na moment ich sparaliżował: To ty?! - krzyknął ktoś, chyba kobieta, ale głos był tak zachrypły, że, kurwa, nie wiadomo już kto - Skurwielu, wynoś się stąd! Precz, łaj­da­ku! Won, kanalio! Nie chcę cię więcej widzieć! Skąd szły te wrzaski? Poszli dalej w stronę światła, aż zobaczyli: baba w szlaf­ro­ku stała na przejściu i rzucała czymś prosto w nich! Coś zabrzęczało! I znowu! Kurwa, rzu­ca­ła szklankami! Schowali się za winklem korytarza. Ale baba nagle przeraziła się i piszczy jak zarzynany wieprzek: dobra, to bierz ją! - krzyknął wtedy Ceglarz i dalej na babsztyla!

Nie czu­ło się, co się robi... Rzu­ci­li się z całej masy, obalili babę na ziemię, ratunku, pi­sz­cza­ła i biła nogami, i wiła się, i tarmosiła, i gryzła! A oni na nią i duś, duś ją, trzymaj, łap, ku­r­wa, łap, duś! Baba wiła się jak gąsienica, nie dało się jej przydusić, wy­­­rywała się, kurwa, pot, mę­ka, łzy, mordęga, skurwysyńska mordęga! Ludzie, pomocy! Za­m­knij kurwo pysk! Wi­ła się, ta­­rza­ła, gry­zła! A oni na niej, całą masą i duś ją, duś! Wrzask! Zamknij mor­dę! No­gi wie­rz­­ga­ły i wyły, ręce łapały, wyły, ratunku; konia byś łatwiej zdu­sił! Sznur da­waj, sznur dawaj, krzy­czy Ceglarz spocony, umorusany babsztylem; Czesiek daje sznur, Ceglarz, sie­dząc jej okra­kiem na karku tak, że ma jej łeb pod dupą i mógłby, roz­śmie­szy­ło to ja­koś Cze­śka, wy­srać się jej na włosy - pró­bu­je związać jej wykręcone ręce. Ale ba­­ba wierzga, wie­­rzga, ryczy, char­czy, co za męka, co za udręka! Zaraz się wyrwie, nie da się jej obez­wła­d­nić! Kurwa mać! Cegłę dawaj, cegłę szy­bko, krzy­czy wtedy Ceglarz; Czesiek daje ce­głę, Ce­glarz przymierza się, waży cegłę w łapach, ba­­ba ryczy, ratunku, ludzie, ratunku; Ceglarz po­d­nosi cegłę do bro­dy, ratunku, i prask ją w łeb!... Pier­d­nęło w niej coś i zwiotczała. Z babą koniec. Ulżyło im, mo­gli chwilę odsapnąć.

Dla relaksu zajarali szluga, strząsając popiół na nieruchome ścierwo baby. Nie wie­dzieli, czy żyła, zresztą mało ich to obchodziło, ważne że nie wierzgała już, suka. Pogłos fu­rii, jaką wznie­cił w nich jej opór, spływał po nich jeszcze falami dreszczu; nogi wtedy sa­me kopały zaciekle w zezwłok. Zwłaszcza Czesiek był na nią wkurwiony. Kop ją, kopaj! – ce­dził i kopał zaciekle w ścierwo; tak kopał, że Ceglarzowi śmiać się nagle z niego za­chciało. Wyluzuj, Czesiek! mówi Ceglarz, nie bądź taki kopaj! Z babą sprawa załatwiona, a te­raz nagroda za wysiłek, nie?! Kopaju ty! - walnął go serdecznie w ramię i śmiali się teraz obaj. Kurwa, krę­ciło się! Starli pot z czoła i wzięli się do pląd­ro­wania. Tylko nie wiedzieli już, otumanieni tym wszy­st­kim, czego szukać...

Ale zaraz obok był pokój z wielkim biu­r­­­kiem i regałami, obwie­szo­ny zdję­cia­mi w ramkach, wypełniony cac­ka­mi, bybelotami, wpa­­­dli do środ­ka i zaczęło się prze­trzą­sa­nie, ksią­­ż­ki leciały z półek na pod­ło­gę, wazony pę­kały, fruwały pa­pie­­ry, padały stojaki. Spie­szy­li się. Roz­walali stosy czaso­pism, przewrócili krze­sła, zrzucili z biurka moni­tor kom­putera, ksią­­­­żki le­ciały, fruwały wa­zo­ny i świeczniki, ale roz­pierducha, ale szum! Kot­ło­wali się, wpa­­da­li na sie­bie pół­przy­tomni; wy­­ry­wa­li szuflady i wy­trząsali, papiery fruwały, długo­pi­sy, po­piel­niczki, do­kumenty, fotogra­fie, fi­gu­rynki i stos rósł, ale nic tam nie było. Rozpier­da­la­li wszy­­stko, ogar­nięci manią znisz­cze­nia, rze­czy, wy­rzu­cone na­gle z orbit i wprawione w wi­­ro­wanie, trze­sz­czały, pękały, roz­la­ty­wały się, a oni plą­drowali z furią, pląd­ro­wali za­cie­kle, prze­kli­nając; prze­wrócili opróżniony re­gał, który zwa­lił się z trzaskiem na stos szpar­ga­łów, że aż za­­drżały ściany... Odskoczyli, że­by ich nie przy­wa­lił, i rozejrzeli się: wszy­stko roz­jebane! Wszy­stko wywrócone do góry! Zma­chali się, a nic nie znaleźli! Co jest kurwa? po­wiedział Ce­glarz. Nic tu nie ma! Przeszli z po­wro­tem w kory­ta­rz i zajrzeli do salonu. Sta­ło tam na niskiej szafce z przeszkleniem DVD i stereo, i telewizor na pół ściany. Zabrali się do roboty. Przy­nieśli torby i zaczęli wyrywać sprzęt z szafki, kable się plątały, szafa chwia­ła, rwali, rwali jak szło, kable trzy­mały i nie pu­sz­czały, rwali, po kolei, wzma­cniacz, tu­­ner, kompakt, trzesz­cza­ło, jęczało, sta­wiało opór, plą­tało się, je­dno ciągnęło dru­gie, spa­dało, wa­liło lawiną, a oni wy­rywali cza­rne pudła z tego po­to­ku zagracenia i pako­wali do to­reb; kable splątane, kabelki, kurz, pot! Te­le­wizor był za wielki, nie mie­­ścił się, więc wy­je­ba­li go na zie­mię, walnęło, pę­kło, huknęło, ale szum! Sprzęt łyknięty, zaczęli się roz­glą­dać za ko­lejnymi łupami. Zdjęli ze ścian dwa obrazy, jeden szary z żółtymi za­ciekami, drugi ja­kiś na niebieskofioletowo i wło­ży­li do drugiej torby. A potem dawaj plą­dro­wać: wywalili ksią­ż­ki z półek, przewrócili fotele, stół poszedł blatem w zie­mię, papiery fru­wały, fruwały ma­ka­ty i poduszki; zdarli zasłony i fi­ran­ki, kopali w drzwi sza­fek, pę­kało, roz­padało się, szy­bko, kurwa, nie ma czasu! Dolary! Gdzie te dolary! Rozpruli po­­du­sz­ki, trys­nę­ło pierze, try­ska­­ły papiery i papierki, fruwały wa­zo­ny i roz­pa­dały się z ło­skotem, brzę­czały eksplodujące ze­gary, brzęczały tłuczone szkła, huś­ta­ły się żyrandole, pierze kłę­­biło się jak pa­ra; wszystko szmelc, wszystko chłam, wszy­stko gó­wno! W jednej z szuflad, pod po­ścielą, do­r­wali zdo­bio­­ne pu­deł­ko: w środku biżuteria – po­szło do torby. I dalej roz­pierdalać wszy­stko, roz­­dzie­rać, wy­­trząsać, kręciło się! Huk, zwał, kłę­bo­wisko gratów, chcieli do­larów!...

Przeszli do innego pokoju... A był to dziwny pokój, w którego progu na moment stanęli jak wryci. Była to sypialnia zaludniona przez aniołów. Mnóstwo było tu aniołów, anio­łów wiel­kich i małych, drewnianych i żelaznych, białych i czarnych, ludzkich i zwie­rzę­cych, mo­dlą­cych się, zawsze smutnych... Wszędzie byli tu aniołowie! Co, kurwa! po­wie­dzie­li prawie skon­­sterno­wa­ni... Z tysiąc mogło być tych aniołów, niektórzy wielcy jak szafy, in­ni mali jak in­sekty, jak pchły... Któ­ryś groził im palcem jak to zwykli grozić aniołowie ma­łym dzie­ciom... W końcu jednak wzięli się w garść Ceglarz i Kopaj! I dalej wzięli roz­wa­lać jakby szli w tan! Z aniołów zro­biło się gruzowisko... Łamali aniołów, rozrywali, tłu­kli i patroszyli... Ale nic wartoś­ciowego nie znaleźli w brzu­chach aniołów... Ma­ło było łu­pu, wciąż ma­ło, kurwa! Im więcej niszczyli, tym bardziej byli nie­­nasyceni. Chciało się cha­pać, chapać! W tym natłoku wy­ca­ca­nych przedmiocików, o­zdó­bek, gadżetów, staroci, w tym tłumie anio­łów mu­sia­ły się kryć lepsze fanty. To, czego nie chcieli, ulegało uni­ces­twie­niu; huński ata­wizm kazał im zostawić po sobie spaloną ziemię. Te­raz nie plądrowali już tak chaotycznie, na­brali rytmu i właściwego tem­pa - mózgi ich przy­sto­sowały się wreszcie do siły i wielości po­budzeń, ak­tyw­ność neu­ro­no­wa zmalała w fałdach podwzgórza, wzrosła zaś w hippokampie i na płacie czo­ło­wym, co ustabilizowało organizmy i wzmocniło u­wa­gę, zmniejszając hormo­nal­ny wylew. To­też szyb­ko i zapalczywie, ale w sposób zor­ga­ni­zo­wa­ny obracali te bogate, na­sycone sprzę­ta­mi pomie­sz­czenia w perzynę; byli nieugięci, prze­szu­kiwali z gwałtownością trą­by po­wie­trznej każdą szufladę, patroszyli każdą szafkę, wy­sy­py­wali każde pudełko, by po­tem cisnąć je o zie­mię, rozbijali lustra, szyby, lampy... Ale od­ce­dzali niewiele z tego stru­mie­nia zniszczeń - a ro­sła łupieżcza pazerność, rósł pęd do bo­ga­ctwa na widok tej podległej za­gła­dzie przeob­fi­tości. Ni­szczyli bez gniewu, raczej z ru­ba­sz­ną uciechą dzieci; raczej pra­co­wi­cie niż gwał­townie i bez zniecierpliwienia: jak ktoś, kto wpro­wadza swój własny porządek. A­le coraz szybciej, co­raz szybciej i coraz bardziej dru­zgo­cząco - w miarę jak rosła żądza łupu po­społem z lękiem przed roz­cza­ro­wa­niem; w miarę jak rosła drapieżność.

W końcu rozerwali i wypatroszyli damską torebkę znalezioną w przedpokoju. Roz­nie­śli na strzępy skórzany portfel: było tam trzysta złotych i cztery karty kredytowe, złota visa, vi­sa classic, dwie mastercard. I nagle Ceglarza olśniło i zamurowało... Kurwa, krzyknął, Kopaj, bie­gaj zo­bacz, czy kurwa żyje?! krzyknął. O kurwa mać! Nie pomyśleli o tym! Nie wiem, kurwa, krzy­czy Kopaj z korytarza, znad babsztyla. Nie wiem, chyba nie. Ceglarz po­biegł, baba leżała tam, jak ją zostawili, twarzą w ziemię, skręcona. Wziął za włosy i spró­bo­wał od­wró­cić twarzą w ich stronę, ale trzeba ją było całą przestawić; przewrócili ją więc, bez­władną jak manekin. Ce­glarz rozerwał szlafrok i przystawił ucho lafiryndzie do ser­ca. O­detchnął z ulgą, kurwa, żyje, po­wiedział; cegła uderzyła dość lekko. Dobra, dawaj ją cu­cić. Prasnął jej w mordę dwa razy na odlew. Kopaj przy­niósł zimnej wody i chlunął jej w ryj, a potem Ceglarz jeszcze po dwa pra­chy w pysk... Nie budziła się jakoś... Była mle­czna, chu­da, widzieli, miała gęste czarne fu­tro na piździe, z której wystawał jakiś nie­bieski frędzel czy sznurek, i małe wymięte cyce, i jakieś czerwone krosty na skórze. Ceglarz po­trzą­sał jej głową, o­budź się, obudź się, kurwa, mówił do bezwładnej głowy; tarmosił nią, szar­gał. Miała chude długie ręce, grubokościste, była sękata i leżała jak kłoda.

Wreszcie ożyła. Otwarła oko do połowy, mętne oko. Ty! mówi Ceglarz chwytając ją za mor­dę, gadaj numery do kart! Numery, kurwo! Nie kumała, była jak dętka - oko mętne, gło­wa opadała. No to trach ją w gębę! Otworzyło się drugie oko, ale pierwsze przymknęło. Spoj­­rza­ło na nich, wypływając z mgły, bladoniebieskie, pokryte różową siatką nabrzmiałych ży­­łek. Ce­glarz trzymał za włosy, żeby głowa nie zleciała; jego gęba wystawała z oka baby znie­kształ­co­na straszliwie, wielkonosa, wielkoszczęka. Oko ścięło się przerażeniem i za­wa­rło. Wte­dy Cegła kciukiem podniósł powiekę; chciało uciec, ale podniósł powiekę wysoko. Ga­­daj nu­me­ry! Numery do kart! ryknął w nie; usiłowało mrugać, ale trzymał powiekę mo­cno i patrzył spod niej na samego siebie, z rozdymanym jak dzwon nosem. Ga­­daj, kurwo! Śli­na pociekła z ust baby, oko chciało pęknąć, gadaj, jak chcesz żyć! krzyknął w nie Ceglarz. Nu­mery do kart gadaj, bo cię zaciukamy! Oko biegało z boku na bok, wy­­trze­sz­czone, bie­ga­ło, w lewo, w prawo, pęczniejące lękiem; z gardła baby dobył się jakiś gul­got. Gadaj, bo cię wyprawię ze skóry! krzyknął histerycznie Kopaj.

Powiedziała w końcu, ledwie ją zrozumieli w tym gul­gocie, Kopaj zapisał cyfry. Ceglarz odrzucił głowę z okiem na ziemię; rąbnęło i znowu le­ża­­ła w bez­ru­chu. Trzeba to sprzątnąć, mówi. Dawaj, weźmiemy ją do łazienki i zamkniemy. Za­­­wlekli ją biorąc za nogi. Ciężka nie była. Tylko przez próg było gorzej, coś zawadzało; wre­szcie wtaszczyli ją do środka. Ła­zien­ka była duża, z wanną jak kobyła, z kabiną prysz­ni­cową, bidetem i jakąś drewnianą klatką z pokrętłami na boku. Była to sauna. Dawaj ją do tej klatki, mówi wtedy Ceglarz; coś nowego przyszło mu do głowy. Za­trzasnęli babę i Ceglarz włączył piec na ful. Niech się ugo­­tu­je.

Teraz trzeba się było zmywać; wszystko było rozprute. Wzięli za torby, zamknęli drzwi i po­szli korytarzem, a potem klatką schodową. Było czysto, nawet deszcz ustał. Pod wy­j­ściem cze­kał żuk. Wrzucili łup pod plandekę. Co macie? pyta Wojtek ruszając rzęcha. Ele­ktro­nika, mó­wi Ceglarz, dwa ob­ra­zy, biżuteria. Dolarów nie było. A karty? pyta Wojtek skrę­cając. Ta, trzy karty, mówi Ceglarz. A kody? pyta Wojtek zmieniając bieg. Są! Jak ją zmu­siliście do ga­da­­nia? Normalnie, mówi Ceglarz. Zaraz przystanęli pod bankomatem. Idź, mó­wi Wojtek do Ceglarza, wyczyść, ile się da. Kopaj został w wozie. Tymczasem znowu za­grało radio: oooh, baby-baby! Oooh, baby-baby! Push it real good! - śpiewały czarnymi gar­dłami murzynki. Ce­g­larz udawał chłód, gdy wrócił z pię­cio­­ma pa­cz­kami. To jeszcze nie wszy­stko, mówi Wojtek. Trzeba będzie trochę pokrążyć, za­nim się wy­czy­ści konta. Ruszyli więc, a murzynki wyły: Auuu! Oooh! W nie­ca­łą godzinę Ceglarz obszedł osiem banko­ma­tów i wyczyścił łą­cznie pięć­dziesiąt sześć tysięcy. Ale szum, ale szum! Podzielili szmal po rów­no jeszcze tej no­cy i umó­wili się następnego dnia na stadionie. Wojtek miał upłynnić re­sztę u pasera i przy­nieść na­le­żną im działkę. Rozstawszy się z nim, wyczyścili jeszcze je­dną kartę, na własny ra­chu­­nek, kosząc dodatkowe dziewięć paczek.

Była pierwsza w nocy, gdy wrócili do siebie na Bródno. Skołowani byli, ręce dy­go­tały im z emocji, serca biły nierównym rytmem, padali ze zmęczenia, a jednocześnie cia­ła­mi ich mio­­ta­ła jakaś nadruchliwość. Hormonalny piec w ich żyłach pro­du­kował chemiczne ko­li­zje, po­żar­cia i wiry, rozgrzał krew i nerwy, podwyższył ciśnienie. Dygotali obaj. Pękali z ra­do­ści, trzę­śli się z niepokoju; wszystko, co widzieli, obskurny blok­hauz z balkonami peł­ny­mi rowerów, skrzyń, donic, pak, opon, starych silników, armatury, dy­wa­nów, desek, frag­men­tów umeblo­wa­nia, garnków wstawionych tam jak do lodówek i wszy­st­kiego innego, obskurny blokhauz za­raz obok i kolejny za nim, taki sam, wysoki i wątły, kru­chy, wie­lo­okien­ny, z paroma świa­teł­kami, i jeszcze jeden za tym trzecim, wszystko to wy­­da­wa­ło im się nieprawdziwe i dzi­wa­cz­ne. Nie było tam nikogo, żywej duszy... Grube kopy hajsu cią­ży­ły im w kieszeniach. Mieli po ponad dwadzieścia dwie paczki. Nie szło tego pojąć. Nagle, pra­wie bez żadnej sprawy, zdobyli tyle szmalu! Obaj mieli teraz poczucie, jakby nie uczynili ża­d­­nego wy­siłku, jakby całe to bogactwo przyszło w sekundę, z łatwością i u­le­gle - i upa­ja­ło ich to. A w upojeniu tym świat wydał im się odmieniony, jakby objawił swą os­ta­tnią ta­jem­­ni­cę, jakby opadła żelazna zasłona, ujawniając wiotkość architektury: wszy­stko oka­za­ło się bar­dzo pro­ste, nie trzeba wcale wypruwać z siebie flaków, podlizywać się, pro­sić, bła­gać, ha­ro­wać do u­pad­łego, zaprzęgać się z ochotą do kieratu, dawać sobą pomiatać i jesz­cze się tym cie­szyć, ani liczyć na czyjąś łachę - nie trzeba tego wszystkiego, żeby żyć, i tym bar­dziej nie trzeba, żeby żyć w wypasie, bo po wypas wystarczy sięgnąć śmiało ręką - i to jest właśnie, kurwa, sedno. Witalność bu­dzi­ła się w nich z nową siłą, intensywna, pełna jak kwiat.

W południe następnego dnia poszli na stadion. Dzień był słoneczny; przedwiośnie roz­iskrza­ło się w kałużach, stada postrzępionych wełnianych chmur przemierzały niecierpliwie z za­cho­du na wschód i twarz miasta to zalewała się jasnym rumieńcem, to wpadała w cień; Wisła niosła plamy ognia, kwitnące na zawiesinach szarej rdzy. Wkroczyli po schodach na ko­­ro­nę stadionu i stanęli przy trzech kamiennych biegaczach zrywających się do wyścigu. O u­­mó­wionej porze Wojtka nie było; zresztą Ceglarz spodziewał się, że tak będzie. Poczekali jeszcze godzinę i dali sobie spokój; jak go znajdą, to odetną mu głowę, nauczy się, że ku­mpli nie robi się w chuja!... - a tymczasem poszli kupić nowe ciuchy.

Od jakiegoś Uzbeka wzięli po długim do kostek kożuchu z wielbłąda z wywalonym futrem na kołnierzu; dorzucili do te­go po bara­niej czapie, tak dla jaj. U innego Sybiraka za­o­pa­­trzyli się w skóry i swetry. Pa­rę bej­zbo­lowych kaszkietów nabyli od Ruska. Po­tem przy­szedł czas na złoto. Wzięli po łań­cuchu na szyję od jednego gościa o kaprawych ga­łach. Wtedy gość nawija, żeby wzięli też po bran­so­lecie i po oryginalnym roleksie za pół ceny. Pę­kło dwanaście tysięcy, ale zrobili do­b­ry interes i czuli się jak w raju. Obwieszeni zło­­tem i ciu­chami wsiedli w taryfę - kazali się wieźć do adidasa, do reeboka i levi'sa, po markowe bluzy, spo­dnie, paski, buty i koszule. No i galanteria. Napychali torbę za torbą. Ciem­­ne oku­lary, po­rt­fele z kroko­dy­la, bre­loki. Potem do salonu po komórki, najchętniej od razu po dwie na gło­wę. A potem do najdroż­sze­­go fryzjera ka­zali się wieźć, że­­by się ostrzyc na jeża. W salonie Mi­lady zgolono ich i wy­kle­pano per­fu­mą; na mie­j­scu była też solarka, więc strze­lili sobie po pół godziny opalania, a potem jeszcze taj­ski ma­­saż i ma­ni­kiur. No, kurwa, maksmara! Wyszli z salonu zbrązowiali, błyszczący i gładcy. Try­­ska­li dobrym sa­mo­­­po­­­czuciem, szli mo­­cnym i sze­rokim krokiem, zagarniając ulicę, z oczami pod da­szkiem, po­bły­skiwali złotem. Nie­­jedna kurewka mało­la­ta na koturnach i z kucykiem się na nich zaga­pi­ła, usta półotwarte i zę­biste, policzki skośnowzdęte, jak tak szli, na­cha­­pani, z pałe­rem w cza­sz­kach; kurwa, kręciło się! Zwieźli towar do domu. A­ku­rat była sobota wie­­czór, trze­ba było po­my­ś­leć o jakimś melanżu. No to bie­rzem ta­ryfę. Do takiego lo­ka­lu, mó­wi Ceg­larz kie­rowcy, gdzie naj­lepiej dupy biorą.

Po­je­cha­li na Ocho­tę. Jedenasta wie­czór by­ła i w ale­jach Jerozolimskich pę­­dziły wozy za­­ba­wo­­wi­czów, śmi­ga­ły bejzbolówy i pla­ty­­no­we ku­cy­ki, wozy nabuchane dance'em, nabu­cha­ne szu­wa­k­sem, na­bu­chane złotem i go­rza­łą śmi­gały z pis­kiem opon i dzie­w­cząt, pis­kiem, co od­bi­jał się od mu­rów hotelu Polonia przy­sło­nię­tych og­romnym banerem pe­psi-co­li i szybował, ponad da­cha­mi dworca Śródmieście, ka­mien­nego jak grób, nad dachami pla­s­ti­kowych bud z fast­foodem, przy których kłębili się tak­sia­rze, menele, szumo­wi­ny i żarli cie­­k­nąc musztardą, szy­bował ku świe­tlistym, murowanym, ciężkim jak ma­czu­ga, spi­cza­s­tym jak tatarski kołpak wie­życom Pa­­ła­cu Kultury i Nauki i wraz z nimi wy­gra­żał bar­ba­rzy­ń­skim szpikul­cem niebu.

Taryfiarz dowiózł ich pod betonowy pawilon z okrągłymi oknami i okrągłym wejściem, gdzie dwóch stukilowych drabów lśniło glancem potylic - chcieli być groźni, ale Ceglarz i Ko­paj podeszli z fasonem i błys­nęli złotem na szyjach - zapraszam panów, mówi na to bysior w drzwiach i lśni polorem o­twie­rając drzwi – i naraz bucha dance, dance bucha jak czad i bas, i kocioł, i ryk bucha, o ku­źwa! He­jaho, kiedy będziesz tu, powiedz tylko sło­wo, a ja będę twój! chrypie "Stachursky" z głośnika i bucha, łomo­cze rytm. I wszystko na­bu­chane, jacyś dwaj nabuchani przewalają się jeden w drugiego, ciała szy­bują w bez­wła­dzie, wirują błyski czaszek, łapy kręcą młynka, dwaj inni podchodzą do nich i za drzwi, a rytm bucha, bucha, tłoczor, ścisk, dym, bucha dance!

Ale luz, weszli dalej. Ryk. Nabuchane wszy­st­ko, napompowane swądem łbów, potem pa­­ch­win, śluzem pragnień - drgało podrygując w chmu­rze strzępków wzroku, ociem­nia­łych, dy­go­ta­ło w mró­w­czej konwulsji; zie­mia drżała. Ja­z­got i ryk kobiet zbitych w kupy, zbi­tych w chma­ry, roz­dzie­rał mokrą, naprę­żo­ną po­wie­rz­chnię basu, który walił, walił jak pię­ścią w stół. Rozdziawione gęby otwierały się i za­my­kały, łap­czy­we oka nad bunkrami szczęk waliły jak z procy w sute połcie dup, ud i cyców suk po­trząsających w tęsknej drżą­cz­ce fałdami swego wdzięku. Bu­cha­ło, tętniło, dła­wi­ło się sobą to tar­ło, to piwo roz­le­wa­ją­ce się pośród warg i języków piany, to miętoszenie się mięs, tliło się, ciekło śliną! You've got to movet it move it - ryczał głośnik.

Posuwali się dalej, w parze, gazie i łoju, w kotle chcic. Po prawej był bar, na wprost ob­szer­na niecka do tańca, wypełniona po brzegi ciałami, dymiąca jak waza z gorącą zu­pą, a po le­wej i po drugiej stronie niecki stały stoliki obsiadłe przez wszelkiej maści sper­mo­żło­pki. Kurwa, cze­go tam nie było! Przekwitłe baby w ob­fitych sukniach wysiadywały tłuszcz. O­­bok nich tapir-lafiryndy wyglądały zza zmacero­wa­nej sadzy swego make-upu. Nie za­bra­kło jednak i gąsek, kro­wiarek, fibzdyn pomerdujących tył­­kami, kucami, stringami. Tu i ów­dzie sterczała jak la­tar­nia wzdęta superraszpla, a na nią kła­­dła się ciężko i trupio jakaś ur­żnię­­ta maciora. Na­pa­lone wydmuszki, stetryczałe kwoki, wszy­­­stko to tuczyło się tam, to­czy­ło i po­trą­cało, ry­cząc, schab na schabie, rzyć na rzyci, chuj prawdziwy z chuja praw­dzi­we­go, rycząc i postękując, wyma­chu­jąc ogonem, prze­żuwając go­­rzkie mięcho zabawy. I know what I want and I want it now, ryczał głośnik. A samce ciąg­nęły w hor­dach, by patrzeć samicom w zę­by, ludojady o anabolowym karkokroku, szyb­ko­fiu­tni mlaskający spry­­ciarze, gogomałpki-luzaki, flanelowe burki i buraki, podstarzałe alfonsy, smo­liste drze­wo­­łazy z Czadu o białkach różowych jak prą­cia, bossowie w szy­kownych skar­pe­tach Pierre Cardin - w hordach, hordach pełzną­cych nie­skoń­­czonym sze­re­giem, rozga­łęzio­nym na wiele żył i tętnic, w hordach krążących w kółko, wśród mizdrzących się suk, wśród suk - kręciło się wszystko, kurwa! Był szum!

I ziemia drżała, ciała pląsały, oczy, bransolety i koła wiszące z uszu; ryczał bas, dym kłębił się i przefruwały wskroś kłębów promienie światła odbitego od lustrzanego globu. Po­de­szli do ba­ru i zamówili po bolsie, rąbnęli luzacko, kozak melanżyk! Głośnik wył, ka­ru­zela rzeź­­nych świń toczyła się; zewsząd, ze wszystkich plam, z każdego dymu wyła­niała się roz­wiąz­łym konturem sinusoida cycka i dupy, i mroczny wzrok napiętej, węszącej uwa­ż­­nie, wą­sko­okiej suki: tak, przy­szły tam, suki, by węszyć i rozglądać się z całą rozpaczą nę­dz­­nego ku­­po­nu w lo­te­ryj­nym koło­wro­cie, nie­dor­żnię­te, tryskające his­te­rią i chcicą, wy­nisz­czo­ne sza­mo­­ta­ni­ną ze skur­wie­lami i chu­jami, brzyd­kie brakiem urody i brzydkie jej żar­li­wym pra­g­­nie­niem, i zbyt za­wsty­dzone tą brzy­dotą, by być prostytutkami, choć prostytucja to ich siostra... - słowem, by­ło z cze­go wybierać. A głoś­nik ryczał: rhytm is a dancer, he's a smooth com­panion, a ciała wi­ły się i plątały, a Ceglarz i Kopaj rąbnęli po bolsie.

Macie gumę? - podeszła do nich jakaś przej­rzała li­ce­alistka o niewe­so­łym, sprytnym u­śmie­­sz­ku. Hyhy, ale jaką gumę? - zaryczał Ceglarz. Re­nata jestem, mówi na to raszpla, po­sta­wicie mi? A ty nam postawisz? - ry­czy Ceglarz, hyhy, hyhy. Hihihi, śmieje się rubasznie nie­wesołą szmatą śmiechu Renata; ryj miała bla­dy, miękki, bez ry­sów, wo­kół niego wy­strzę­piony owal szarego blondu; poniżej cy­ce, wy­pchnięte w górę, ale bez roz­miaru, po­ni­żej ba­ryłę bioder i tyłka, poniżej nogi w czar­nej raj­stopie, galaretowate, ale sprę­ży­ste, do rytmu. Postawili jej bolsa, rąbnęła bez gadania, oni też rąbnęli. Po chwi­li zja­­wi­ła się inna kurewka, to moja przy­jaciółka Elwira, mówi Renata; El­wi­ra jestem, syczy zalotnie El­wi­­ra. Ta by­ła ob­fi­ta, na­brzmia­ła złajda­czo­nym, przerżniętym do szpiku mięsem - spocona w ka­czym tań­cu, try­skała rują, ziała estrogenem. Miała gęste czarne wło­sy wyrastające pod­wój­nym łu­kiem znad niskiego, po­chy­lonego czoła, brwi złączone nad za­da­rtym nosem, policzki jak dę­tki. Ceglarz jestem, mówi wtedy Ceglarz; Kopaj, mówi Kopaj. Ceglarz i Kopaj? - dziwi się Renata, na budowie robicie, czy co? Ta-ak, na budowie, kurde, żacha się Ceglarz i bły­ska zło­tem na szyi. Więc Elwirze też po­sta­wili bolsa i na­stę­pnego Renacie i po na­stępnym rą­b­nęli sami, w kur­wę, bo był szum! Często tu przycho­dzi­cie? - py­ta Elwira, jak już rąbnęła siary. Nie, ale bę­dzie­my, mówi Ceglarz. A wy często tu przychodzicie? Czę­sto, mó­wi Re­na­ta. A jak się ba­­wicie? - py­ta Elwira. Kozak, mó­wi Ce­glarz; zabawa jest, mówi Kopaj. A wy, jak się bawicie? - py­­ta Ce­glarz. Bansowo, mówi Re­­nata, ekstra, do­da­je Elwira odbe­ku­jąc so­­czy­ście bolsa. A gło­ś­nik ryczał: money, money, money must be funny, a pro­mie­nie i bły­ski światła fru­wa­jącego po­śród smug i ma­­jaków wpadały do źrenic jak uk­łu­cia kato­wni, a bas dud­nił i trzęsła się ziemia trzeszcząca w szwach.

Nagle głośnik nakazał tańczącym opuścić scenę na skraju niecki i wbiegły w pod­sko­kach tan­cerki o uśmiechu klownów - i buchnął kankan! I rżnął kankan, a lafiryndy na scenie ma­­cha­ły rządkami ud, szeregami łydek, trzęsły falbaną, wypinały kupry; rżnął kankan! Pub­li­ka za­falowała rykiem chuci! Tam na scenie migotały kolana, uśmiechy wisiały na twa­rzach mię­dzy nausz­ni­ka­mi kapturków, uśmiechy przybite młotkiem; tempo pęczniało, czar­na nagość nóg zataczała krę­gi wokół brzucha gąsienicy i rżnął, rżnął czerwony kankan, rżnął, nie­okieł­zna­ny, zachrypły, co­raz szy­bszy; uśmiechy ciekły potem, a stopy zwieńczone ostrza­mi stukały do bram księżyca nie­cąc is­kry. I ręce klaskały do rytmu, coraz szybciej, aż do bezdechu, glob wi­ro­wał jak o­sza­lały, wzdy­­mały się migoczące cieniem pierwotnej czer­ni krocza, a muzyka, co­raz ha­ła­ś­­liwsza, buchając trzaskami ta­le­rzy, warcząc werblem, sy­cząc i grzmiąc, zbałwa­nio­­na, wznosiła pijaną chmurę ludu ku stra­­tosferom nierządu. Wszy­st­kie mó­zgi łączył je­den ob­łok prądu i zbijał w jedną neuro­no­wą kupę, w jeden prymitywny i lubieżny orga­nizm, z jed­no­litą se­krecją gonadotropin, z jedną chemią, jedną krwią, jednym po­pędem. A ryk kankana od­fru­wał ku ek­sta­zie kom­presji, roz­ża­rzony, frunął, aż nagle pękł w osta­te­cz­nym jaz­go­cie, mio­­ta­jąc para­bo­lami fanfar, echami hut drą­cych żelazo na strzępy, cis­­ka­jąc łonami dzie­wcząt o zie­mię - i zamilkł. Zapadła cisza, w któ­rej wszy­stko jeszcze by­ło ze­­szty­­w­­niałe i na­pięte, cisza, któ­ra za­falowała wspólnym west­chnie­­niem; powie­trze roz­rze­­dzi­ło się. Dyszały oczy, twarze wy­mio­towały purpurą. Lecz naraz kankan zaryczał zno­wu, dziew­czę­ta pod­niosły się i nie­ży­we pra­wie z wycień­cze­nia porwały, by jeszcze szybciej wy­wijać no­gami, by je­sz­cze mocniej rą­bać w ziemię, która skuliła się; porwały się dra­pie­żne, by wy­pruć z siebie flaki i pić z nich swe drżenie - a ka­nkan rżnął, rżnął teraz już ob­łą­kany i ślepy, rżnął!

A potem tancerki wybiegły i głośnik zaryczał: SEX BOMB SEX BOMB YOU'RE MY SEX BOMB, a masa buchnęła rozpustnym pląsem. Czemu nie tańczycie, chłopaki? pyta El­wi­­ra. A na to Ceglarz: jak nie tańczymy! Tań­czy­my! I bierze w obroty Re­na­tę, a Elwira cią­gnie w dance Kopaja. Kurwa, kręciło się! SEX BOMB SEX BOMB! Ceglarz chwycił Re­na­tę w biodrach i przycisnął do bioder, suka kręciła kuprem, kręcili się w koło, depcząc sobie po nogach w pijackim splocie, uciskając się, biodra w biodra, dło­nie na dupach, ryj w ryj, śli­na w ślinę, kręcili się, ona kręciła kuprem: ziemia i księżyc, sex bomb sex bomb. W dru­giej parze prowadziła Elwira, wyższa od Kopaja o pół głowy, trzymała go w pasie i obra­ca­ła nim, a on, wiotki i plątonogi, rozpłynął się w błogim posłuszeństwie jej ruchom, kręcili się i chybotali. Rytm buchał im w biodrach, testosteron wsiąkał w krew. Uda zżerały się dra­­pieżnie, łydki, ręce wpijały się w miąższ ciał, by ugniatać w nim żądzę. Napalone były te świ­nie! Jęzory właziły pod jęzory, okręgi warg pękały w bezkształcie uk­wia­łów, maj­tki kisły. Dansiło się! Sex bomb sex bomb you're my sex bomb! A masa gniotła ze wszystkich stron, od­bi­ja­ła się i miaż­dży­­ła! Kur­wa, był szum! A potem głośnik zaryczał kwi­kiem Maryli Rodo­wicz: bo to, co nas pod­­nie­ca, to się nazywa kasa! Zakręcili się! Ceglarz wpił się Re­na­cie w szy­ję - u­nio­sła twarz do gó­ry, mio­ta­jąc oczami zachwyt swych trzewi, pod­­su­wa­jąc jeszcze bli­żej bio­dra. Ceg­larz po­czuł, jak staje mu pała! A ona napierała, na­pie­ra­ła, kręcąc ku­prem pod je­­go ła­pa­mi, dy­­go­cząc - krę­cili się. Bo to, co nas podnieca, to czasem też jest seks! ryczał gło­ś­nik. Tę­tna po­­bie­gły jak pu­my, organy macały się przez skórę, dyszało wszy­st­ko, dyszało! A El­wira i Kopaj też do­kazy­wa­li: przycisnęła jego głowę do swych piersi i krę­cili się coraz szyb­ciej, i chy­bo­ta­li; je­go ręce pły­­nęły po jej korpulencji, przyciskała go mo­­cno, rozmarzona i cie­knąca czułoś­cią tłu­ś­cioszki, przy­ciskała, a on rozpływał się w dansie. A seks i kasa pełna, to wtedy sukces jest!

Fajny z ciebie facet, powiedziała Renata do ucha Ceglarza przyciskając doń mocno piersi. Ty też mi się podobasz, powiedział Ceglarz i uścisnął jej pośladek, a ona znowu przy­warła łonem do jego bioder i otarła się o jego wzwód. Bardzo mi się podobasz, powie­dzia­ła, ocie­ra­jąc się skronią o złoto na jego szyi. No, ty mi też, powiedział, niezła żyleta jesteś! Krę­cili się pa­trząc sobie w oczy, nabuchane. A Kopaj z Elwirą kręcili się jak bąki, bą­ki nabuchane! I był szum! Ale wtem Elwira chyba nazbyt zaufała ramionom Kopaja, bo rymnęli, kurwa, jak dłu­dzy, aż się ziemia zatrzęsła! I to tak nieszczęśliwie, że Kopaj łbem pierdolnął w brzuch jakiegoś dżu­do­kę, a ten jak się nie wkurwi!

...bo to, co nas podnieca, to się nazywa kasa, ryczy głośnik, dżudoka unosi Kopaja za frak, nogi się chłopakowi majtają, Ceglarz chce bronić kompana, zostaw go, kurwa, to nie­chcący; gęby do­koła, same gęby plujące kaste­tami purpury, glob wirujący pod sufitem, co­raz szybciej, pier­dol­ca można dostać, to czasem też jest seks, kurwa, gnoju, ryczy dżudoka pro­sto w twarz Ko­pa­jowi, ryczy jak wiatr, kurwa pierdolony ty jebany chujkusrujku, kur­wa, nie masz życia - i jeb mu z byka!

Krew tryska, wrzask jak tłuszcz chluśnięty na rondel, Kopaj, puszczony w dół, pada na zie­­mię, krew, glob iskrzy, a seks plus kasa pełna, to wtedy sukces jest, Ceglarz przeciska się, dziew­czy­ny piszczą, zamęt, gęby się szczerzą, głośnik ryczy, bas pełznie jak glista w jeli­tach, gęby, krew, gluty, wszystko nabuchane, niepojęte, miażdżące, kręciło się w gło­wie... Jacyś ochro­nia­rze powrzaskują, Kopaj podnosi się chwiejnie, żyje, Ceglarz wy­pro­wa­dza go do sra­cza, led­wo idą, Kopaj ryczy z bólu, ziemia się chybocze, co za syf!

Weszli do kibla. Lustra zwielokrotniły krwotok. Na szczęście nos Kopaja był cały. Wy­star­­czy­ło obmyć mu gębę i jako tako wyglądał, choć był siny. Ale teraz dopiero uświa­do­mi­li so­bie, jak ich poniżono. I to na oczach tamtych świń! Kopaj już się rwał do bitki, ale Ce­glarz po­wstrzymał go. Z dżudoką nawet we dwóch nie dadzą sobie rady. Kurwa, mówi na to Kopaj ze łzami w oczach, wolę zdechnąć niż wyjść na frajera. Nie pierdol, Kopaj, Ce­glarz puka się w czoło, ta­kie jest życie, temu gościowi nie podskoczysz. Ale co dziewczyny po­wiedzą! Na to Ceglarz za­sę­pił się - fakt, że chujówa była. A tak się kozak kręciło ze świnkami! Dobra - Ceglarz wpadł na pomysł - żeby nas nie wzięły za frajerów, postawimy szampana! No to hajda! Odnaleźli kur­wi­­szcza na par­kie­cie, ja­kichś dwóch wy­mo­cz­­ków pró­bowało je obłapiać; mizdrzyły się do nich, dupo­daj­ki pierdolone! Pa­nom już dzię­ku­je­my, Ceglarz wyjechał do jed­nego z tych bździa­ków i chło­pak się nie stawiał; spierdoliły du­p­ki jak wypierdki. Głośnik ryczał, gęby buchały, a głośnik ryczał uciążliwym ostinato super re­miksu: sex bomb sex bomb sex bomb sex bomb sex bomb sex bomb sex bomb!... Dziew­czy­­ny, chodź­cie na szampana, ryczy Ce­glarz. Renata i El­wira od razu się uśmiech­nę­ły chy­trze i przy­­łą­czyły. Więc prze­cis­kają się, kurwa, da­dzą czadu! Przy barze Ceglarz ro­ze­pchał się z wielko­pań­­ska: bu­telkę naj­­­lep­sze­go szam­pa­na! - za­wołał i sypnął pa­pie­rem, że aż za­wi­ro­­wało. Strzelił ko­rek, szam­pan chlusnął jak z rynny. Cała czwórka wesoło brzę­knęła się kie­­lon­kami. Niech żyje wol­ność, za­ryczał gło­śnik, wol­ność i swoboda, niech żyje zabawa i dzie­w­czyna młoda! Gol­­nę­li. Szam­pan za pięć stów pięć­dzie­siąt nie był za smaczny. W ogóle niesłodki, słabo na­ga­­zo­wa­ny. Ale trzeba było wy­pić ten sik. Za ży­cie na maks! Za dzie­w­czy­ny! A dzie­w­czyny śmia­ły się ocza­mi na kra­wę­dziach szkła, nad słupkami wpływającego pod po­wieki ga­zu, śmia­ły się, czarno­rzę­se, mętno­okie; fałdy ich tył­ków, ich bioder, ich ramion i brzu­chów wiły się jak glizdy, peł­ne prą­du, gdy je międlili, gdy je nakręcali, z dzwonami na­pęczniałymi na­białem. Za życie! Za szum! W kurwę Jeża!

Pół godziny później pokurwili taryfą do Marriotta. Wrzeszczeli, zataczali się, sztur­cha­li. Dzie­w­­czyny śpiewały pijackie hymny; Ceglarz i Kopaj huczeli rubasznie i pokrzykiwali, o­gar­­nięci sło­wotokiem, triumfalnym, kozackim! Ale miała minę ta zdzira, jak cegłą dostała w cza­chę! - przechwala się Ceglarz wrzaskliwie. Kurwa, nie zapomnę tego! Cegłą w cza­chę! - ry­czy Kopaj hulaszczo. Ale kopa też zaliczyła! - dodaje dla przechwałki. Ty, Ce­glarz, cie­pło jej było zdy­­chać, co? Kur­wa, ciepło jak w dupie! - śmiech ujadał mokro i wrza­skli­wie, śmiech ich szczęścia. Niech nam gwiazdka pomyślności ni­gdy nieee zagaśnie, ryczy Re­nata, Elwira rzy­ga przez okno, a bryka daje czadu, gazu, szofer, gazu, kurwa mać! Gazu!! Ale musiał mieć mę­żuś mi­­nę, jak znalazł swoją kurwę ugotowaną! - dorzucił Ce­glarz i śmiech buchnął jesz­cze gło­ś­niej. Pewnie śnia­da­nia nie mógł potem wszamać! - wy­mam­rotał za­chłystując się śmie­chem Kopaj i śmiech ryk­nął jesz­cze gło­ś­niej i jeszcze głoś­niej ryknęła laska, nigdy nieeee za­gaśnie!

W hotelu zażądali apartamentu na ostatnim piętrze i kolacji dla czterech osób, i czte­rech flaszek absolutu. Luksus w hallu wpił się w ich oczy szponami i prawie zmącił zmysły; zu­pa palm, skó­rza­nych obić, żyrandoli z brylantów, żył marmuru, luster, zupa złota. Wy­mo­czki w recepcji spojrzały spode łba podejrzliwie, więc Kopaj powachlował im przed ocza­mi hajsem - i był git: apartamento czeka! Winda wy­strze­­liła w gó­rę i nogi ugięły się pod ni­mi, jakby od­la­ty­wali na księżyc, a humor ich bu­chał; ­buchał zdrowiem, wybu­chał żądzą; hu­mor wszech­wład­ny, bez­kre­sny, pę­dzą­cy: pędzili na oślep w górę. Apartament, gdy doń wkro­czyli, roz­ja­rzył się za­wro­t­nym prze­­py­chem, zafalował tysią­cem filigranowych jak ka­ra­ib­skie fale pie­sz­czot po­zło­ty. Renata i Elwira zaczęły się od razu ganiać skacząc po ka­na­pach i fo­te­lach z kre­­mo­wej skóry, chowając przed sobą za wazonami na metr wielkimi, złap mnie, złap, po­śród brza­sków, ośle­pień nagiego bogactwa, świeżych bukietów sutych jak dżun­­gla, oczopląsów e­denu. Ceglarz i Kopaj rozwalili się na szezlongach, wy­cią­g­nę­li nogi. To do­pie­ro był wy­­pas! To dopiero był odkurw! W ku­r­wę! Wypas jak na Ba­ha­mach! Kurwa, ta lam­pa to chy­ba ze zło­ta, nie? - mówi Kopaj zdu­­mio­ny i patrzy z czcią na la­mpę. Dziew­czy­ny, chodź­cie tu! - wo­ła Ceg­larz, a one z chi­cho­tem obsiadły ich, roz­chwiane, dy­­goczące, zę­by zgrzyt­nęły o zę­by i mlask, i mlask, no, chodź tu mała! Chodźcie zo­ba­czyć sy­pialnię! – mó­wi El­wira, więc po­­bie­gli wszyscy, po­ty­ka­jąc się, sztur­chając. Ja pierdolę, ale wiel­kie je­ba­dło! - pier­dzi z za­chwy­tu El­­wira na wi­dok wy­ra, a Re­na­ta nie cze­ka, tylko skacze i jeb wa­li się w te jedwabie, w po­du­chy, w po­ście­le rozpieszczające zło­tem, a za nią reszta, i da­lej ta­rzać się i do­kazywać, i szczy­pać, i chi­cho­tać, i gryźć, pisz­czeć, au, Ceglarz, zostaw mo­ją no­gę, kur­­wa, ale ży­cie, ale szum! Na­gle wje­chał kamerdyner z kolacją błysz­czą­cą jak sklep jubilera, za nim dru­gi su­nął z ba­terią wó­dki. Pizdy za­­pisz­cza­ły wniebogłosy. Wszyscy po­czuli głód, za­­­bur­cza­ło w brzu­chach. Rzucili się na pół­mi­ski po­kryte kopułami półsłońc. Czer­wony homar po­­groził im szczypcami, pie­czy­ste z dzika cie­k­ło zło­ci­stym tłuszczem, lśnił bez­den­ną cze­r­nią ka­wior, a bie­­lą filet z rekina, pa­ste­lowe cia­­ste­czka drżały słodyczą, a wó­dka była kry­sta­li­cz­­na jak górski stru­mień - więc zaczął się za­raz żer: ruszyły szybkie sie­ka­cze, zało­mo­­ta­­ły żu­chwy, ja­my ustne wy­peł­ni­ły się mucyną, ptyaliną, lizozymem i kali­kreiną, po­li­cz­ki, ję­zy­ki zawi­ro­wa­ły, a po­tem u­nio­sły pod­nie­bie­nia i krtanie, łu­ki pod­nie­­bien­ne ze­tknę­ły i oto czą­st­ki re­­kina zmie­­­­szane z czą­stkami dzi­ka, łyk­­nię­te, łyk­nięte - peł­zną przez gardła w dół, do żołądków, do tka­nek, ato­my rekina i dzika. Żarli jak popad­nie, ła­ko­mie, rwali drzazgi mię­sa, rwa­li garście bu­łki, roz­­ba­­bra­li ciastka, łowili kawior i mię­­tosili w dło­­niach, szkli­sto­­le­p­ki, czar­ny jak źreni­ce, o­py­c­ha­li się mlaszcząc i ociekając, pośród ty­sią­ca pie­sz­czot złota, wśród klimak­sów prze­­­­pychu, żar­li za­­pi­ja­jąc wódką, żar­li i od­­bija­ło im się siar­ko­wo­dorem. A gdy się na­­­jedli i na­­­be­kali, został je­sz­cze homar, z któ­rym nie wia­do­­mo było, co zrobić, więc Ceglarz o­derwał mu szczypce i wsu­nął je Renacie za kołnierz - i do­­piero za­czął się ta­niec, taniec re­ki­na, taniec dzi­ka! - w gąsz­czach luksusu! - a dym z pa­pie­­rosów kłębił się jak ciekły asfalt - tak, teraz da­dzą czadu!... Raz, dwa, trzy, złapana bę­dziesz ty! I dawaj! Dziewczyny poleciały z wrzaskiem - oni za ni­mi! I dawaj ją! W kółeczko i siup! Kurwa! Nogi i ręce jeden kocioł, frunęli, frunęli po­­śród zby­t­ków, po­śród spiral i śli­ma­­cz­nic złota, pośród śnieżnych stiukowych fal, wśród tro­pi­­­kal­nych kwiatów. Wódka ro­si­ła jak deszcz te czte­­ry ciała, roz­ko­ły­sa­ne sztor­ma­mi, chy­bo­tli­we, pę­kające ze śmiechu, ła­pią­ce i wy­wra­­ca­ją­ce się, pijane statki char­­czące okrucieństwem swych tęsknot, latające ry­by.

O kurwa, krzyknął na­gle ktoś, gdy sta­nę­li w ogromnej witrynie i o­two­rzywszy okno ujrzeli rzęsistą noc miasta, fajer­werk me­tro­polii, w której życie było tak mocne i tak siar­czy­ste; kur­wa mać! westchnęła wtedy któ­raś z dzie­wczyn, a oni pa­trzy­li: tuż pod ni­mi roz­ta­czał się dach dwor­ca centralnego, czarny i prze­pa­ścisty blat, po le­wej od niego biegła es­ta­ka­­dą ulica, by dalej, w stronę ronda ONZ opaść do ziemi i wkro­­czyć po­mię­dzy wysokie, co­raz wy­ższe bu­dyn­ki, najpierw dwudzie­sto­pię­t­rową, na wpół pro­­stokątną, na wpół wal­co­wa­tą wie­żę zwień­czoną neonami "Ilbau" i "Volks­wagen", potem biurowiec tele­ko­mu­ni­ka­cji o zde­­for­­mo­wanym pio­nie, krzywy i wie­lo­kątny jak po­mię­ta nogawka kraciastych spo­dni klo­w­­na, a jeszcze dalej wiel­ką szklaną pę­katą be­­cz­kę gma­chu PZU - pomiędzy nimi wszyst­­ki­mi zaś sterczące cęt­­ko­wa­ne tab­lice o­sie­dla że­la­z­nej bra­my, ogrom­ne krechy wyryte w skó­rze miasta, o dachach porośniętych pryszczami: bar­dziej w pra­wo wzno­sił się szkielet ko­lej­­ne­go wie­żowca, przezna­czo­nego na cen­trum fi­nan­sów, z któ­re­go niczym potworne szyje i dzio­by wyrastały kra­to­wnice żurawi, a je­sz­­cze dalej w pra­wo sro­­żył się ra­dzie­­cki jed­no­ro­żec; po le­wej zaś ciąg­nę­ła się hen daleko niska za­bu­­do­wa Woli, prze­­­ty­ka­na mniejszymi wie­żo­wcami i mro­c­znymi terenami fab­ryk, i kominami z cegły. Ulice były wyludnione.

Wiał wiatr i szar­­pał ich wło­sy, ich oczy, a oni wpatrywali się z zapartym tchem, onie­mia­li, bo z tej wy­­so­kości wszy­st­ko tam w do­le było pom­­niej­szo­ne i nieznaczne; oddy­cha­li prze­strze­nią i si­no­czar­nymi chmu­­ra­mi toczącymi się szybko ponad ni­mi, napa­wa­li się ma­sy­wną świet­lis­­to­ś­cią drapaczy chmur. Na­gle Ceglarz, któ­re­mu serce bi­ło jak szalone, zaczął wyć na całe gar­­­dło, wyciem eu­forii i upo­­jenia: yyyy! zawył, yyyy!... Uuuu! - ry­knął za nim Ko­paj, też bu­cha­­jąc radością, uuuu, ry­knął. I pisnęły na naj­cień­szej stru­nie ryku świnie: Iiii! Iiii!... Fla­sz­ka przeszła z rąk do rąk, każdy ściągnął dzia­r­sko po grzdy­lu, ledwo już zipali, o­czy fio­le­to­we z przekrwienia, śluz etanolu wisiał w po­wie­trzu jak pajęczyna, fla­sz­ka: pusta – to won za ok­no: pofrunęła..., pofrunęła łukiem, leciała, le­cia­ła i pękła z hukiem na je­zdni; już le­dwo stali na nogach... Yyyy, kurrrwaaa! - znów wrzasnął Ceglarz, roz­ko­­ły­sany w zwy­cię­s­kim na­s­­tro­ju, roz­ko­­­ły­sany w falach en­dor­fin, enke­fa­lin i dy­nor­fin, tych o­pia­to­wych cza­row­ni­ków szep­­czą­cych mi­­łosne zaklęcia tkan­kom mózgu, roz­ko­ły­sa­ny, roz­czu­lo­­ny... - RZĄ­­DZI­­MYYY!!! - wrza­snął, a za nim Kopaj: RZĄ­DZI­MYYYY POLSKĄ!!! KURRR­­WAAA!!! RZĄ­­DZI­MY CAŁĄ KURRWA POLSKĄ!!!... A świnie wypiszczały aż do dna uszu: IIIII!!!. Tak, wszystko to należało do nich, to mia­­sto, to niebo, ta przestrzeń, wszystko to podbili, a teraz stali na samej górze i przy­glą­dali się swoim włościom, zwycięscy wan­da­lowie. Zbliżał się świt.

Ach, lecz zmęczyła ich przecież ta noc; poczuli nagle, że ledwie stoją. Zamilkli. W mil­cze­niu odeszli sennie od okna. Ce­glarz dla podkręcenia klimatu walnął w następną flaszkę, od­kręcił - ale Kopaj zwalił się na so­fę, na niego zwaliła się ciężko Elwira; Renata, spuch­nię­ta i poszarzała w pierwszych blas­kach po­­ranka, drżącymi dłońmi przypalała papierosa ze­psutą zapalniczką, krzemień tarł, tarł, krę­ciło się w głowach, nogi wymieszane z rękami, je­den kocioł, jedno gówno, Ceglarz grzdyl­nął, po­dał Renacie, grzdyl­nę­ła, odbeknęła, ty, Ko­paj, bełkocze Ceglarz, co robisz, ale Kopaj nic już nie robił, a Ceglarz odebrał flaszkę i grzdylnął, chodź, Reni, mówi biorąc świnię za biodro i wy­rzu­ca­jąc z jej drżących palców za­palniczkę, ledwo się trzymała na nogach, chodź, ko­cha­nie, sze­p­cze lejąc ślinę, ale dokąd? opiera się Reni z chybotem, no chodź, poło­ży­my się, chodź, pro­wa­dzi ją, kręci mu się w głowie, ciągnie, a ona jak wór kartofli, jak kupa gno­ju, jak kro­­wa na rzeź, ale dokąd ty mnie wle­czesz? Chi­cho­cze bezwładna resztką chichotu, chy­bocze się na po­giętych nogach, zionie za­pachem wy­mio­tów, chichocze zbełtana, na­jebana w sztok, a Ceglarz bierze ją i prach walą się do wyra, ona do­łem, on na nią, w jed­wa­bne, w złoty puch, w łas­kot­ki: co za ży­cie, co za szum! - i dawaj ją os­tatkiem woli, osta­t­kiem jawy, bezładną resztką koń­czyn - da­lej ją mnąć, dalej ją obłapiać, dalej ją łechtać, au, mruczy Renata, zostaw, zboczeńcu, a Ceglarz da­lej ciarzać się w niej, w tłu­ś­cioszce, dawaj, dawaj, mała, bełkocze szukając ostat­nim skur­­czem palców do­­stępu do pizdy, żeby grzmocić, żeby rżnąć, au, mamrocze ona, ciotka ma syfa, wujo ma syfa, stryjo ma syfa i ja mam syfa, mamrocze bez sensu Renata, a on chce grzmo­cić, chce rżnąć, bo ona tam jest, jest tam gdzieś, wśród tych cie­p­łych gąbczastych tka­nek, wśród zapachu wymiotów, gdzieś tam na końcu drżącego nerwu - lecz głowa by­ła wciąż cięższa i cięższa, głowa toczyła się dudniąc po stoku w dół, ona tam jest, gdzieś tam, gdzie to za­­grzy­bione ciepło przemienia się w poszarpaną wilgoć, gdzieś tam, wśród po­duch, wśród rozmięk­czeń, we mgle, gdzie palce zastygłe w ostatnim spazmie, co za szum! co za szum!... - bo szumiało coraz czarniej, szu­miało coraz głębiej w głowie, któ­ra spa­dała w dół, dudniąc, w grotę lepkich ciem­no­ści, w studnię bełtu, gdzie było to wszy­stko, wes­­sa­ne, wchło­nięte, stra­wio­ne, tak, wszystko to, za­mienione w szumiącą rzekę gówna - a Ce­glarz pły­­nął z jej nurtem w dół, o, jak dobrze, jak błogo!... - wszystko tam było w dole, w o­t­chłani, wchłonięte: ich atak, ich łup, ich święto, ich kobiety, ich mózgi, mózgi nasączone che­mią wściekłości, lepkie, pofałdowane, pełne gleju, pełne błoniastych fal mózgi, a dalej, na sa­mym dnie, cegły, cegły, cegły, rozsypane... cegły i mózgi... - i płynęło to wszystko w bez­kresną głąb kosmicznego szumu.