"Literatura zrujnowana" i polityka języka

Dodano 14.12.2006

Jedną z politycznych aktywności, jakie może praktykować pisarz – a przez pisarza nie tyle rozumiem tu literata, ile raczej każdego piszącego – jest aktywność wobec języka. Pi­sar­stwo w ogóle bowiem dzieli się na aktywne i pasywne wobec języka, jakim się po­sługuje. Mo­żna zresztą przyjąć, roboczo i doraźnie, że aktywność wobec języka jest jed­nym z czyn­ni­ków wy­róż­niających spośród całokształtu piśmiennictwa – jego awangardę. Nietrudno wska­zać naj­bar­dziej ba­nalne przypadki piśmiennictwa z samej zasady nieaktywnego wobec języka: dzien­­nikarstwo, publi­cystyka (choć w jej przypadku jest to bardziej kwestia indy­widualna niż makro-struk­tu­ral­na), literatura popularna, komercyjna i klasycystyczna. Ale także aktyw­ność wobec języka może przy­bierać różne formy. O ile są to formy polityczne? O tyle, być może, o ile przekształcają język w kierunku większej swobody myślenia – o ile upłyn­niają to, co sztywne. Albowiem w bardzo dużej mierze za powolność bądź szyb­kość umysłową danego narodu, za elastyczność bądź paraliż mentalny populacji odpowiada fakt, że jej język stał się skostniały i przestarzały.

Jak wiadomo, współcześnie w na­szym kra­ju – który niewątpliwie duchowo pogrążony jest w indolencji – awangardowe pisarstwo przybiera dwie ogólnie zna­ne postaci aktywności wobec języka.

Po pierwsze, może chodzić o twórczą destrukcję ję­zyka, destrukcję, która po­słu­gu­je się roz­ma­ity­mi mechanizmami i „obrabiarkami” nale­żą­cy­mi najogólniej rzecz biorąc do wy­miaru „pod­mio­towości okaleczonej”, „zepsutej”, „po­kra­cz­nej subiek­ty­wno­ści”; konkretnie, można tu mó­wić o pijaństwie, zwyrodnieniu, plebejsko-lu­dy­cznej perwersji, młodzieżowym rozcheł­sta­niu, neo-turpistycznym szatkowaniu dyskursów, me­­lanżowaniu języków, remiksowaniu itp. lingwis­ty­­cznych mechanizmach nowotworowych. Poddany tym mechanizmom język – po­wie­rz­cho­wnie u­le­ga uliczno-potoczystej brutalizacji, odzwier­cie­dlając również poniekąd pe­wien isto­t­nie cha­ra­k­terystyczny dla naszych czasów stan men­tal­ności rozbitej, językowo nie­po­rad­nej, neo-bar­ba­rzyńskiej, albo, jak kto woli, „dresiarskiej” (przy czym dresiarstwo należy tu rozu­mieć jako ka­tegorię metafizyczno-antropologiczną), albo, jeszcze inaczej, „hip-ho­po­wej” (zwró­ćmy uwa­gę na słyszalną w tej nazwie „hip” i – „hop” – czkawkę, od­bi­ja­nie się, mentalną bru­ko­wość). W swej głębi ukazuje się jed­nak ten proces zwy­rod­nie­nia jako ży­wio­łowa monstrualizacja: ten tzw. „bełkot”, umiejętnie uży­wany, potrafi, dzięki swej dy­na­mice, wprawić nas w dość szcze­gó­lny nastrój zwyrodnienia i dać przeczucie pozy­ty­wnej dehu­ma­ni­zacji. Jednak o ile metoda ta sta­je się celem samym w so­bie i nie tylko alfą, ale i omegą całej narracji, o tyle szybko się ona wy­czerpuje i przekształca aktywność pisarską w czysty ni­hi­lizm, nie daje bowiem nic w zamian za to, co niszczy, nie pozwala nam na wy­kro­czenie poza czy­s­ty proces zrakowacenia, pozostawia nas w bagnie intelektualnej pró­żni. Co nam może przekazać język obnażony w swej wstydliwej, bul­­go­czą­cej dekompozycji – prócz niej samej? Na poziomie formy owocem tego jest bez-for­mie (kiedy np. pisarz za pod­sta­wo­wy rytm u­two­ru obiera pulsację popularnej piosenki, mamy do czynienia właśnie z brakiem formalnej wy­­ob­ra­­źni) – i w takim sensie można powiedzieć, że na przełomie XX i XXI wieku w Polsce po­jawił się szeroki nurt „literatury zrujnowanej”, co jest może o tyle dziwne, że nasz kraj zdą­żył już, jak się przeważnie zdaje, odbudować zni­sz­cze­nia powojenne. Może jednak powo­jen­ne znisz­czenia materialne odbudowywano szybciej niż du­cho­we – i wobec tego istnienie ta­kiej lite­ratury – literatury zrujnowanej – jest absolutnie uspra­wiedliwione, choć z punktu wi­dzenia war­tości kultury pewnie już mniej.

A więc literatura zrujnowana mniej lub bardziej świadomie (na ile bowiem jej twórcy są w ogó­le świa­domi swoich poczynań, na ile w ogóle wiedzą, co mówią, to zawsze jest kwestia dysku­syj­­na, dość jednak zauważyć, że często sprawiają oni wrażenie osób mocno zdezorien­to­wa­nych) rezygnuje z konstrukcji, formy, struktury („rezygnuje” nie znaczy: „przekracza”, ale raczej: za­do­wala się bylejakością), wreszcie, nawet, z opowieści. Dokąd to wszystko pro­wa­dzi? Rzecz jas­na. Do banału. Pod owrzo­działą skórą języka od­naj­du­jemy więc już tylko wy­­­świe­chtane uczu­cia (a ściśle – resentymenty), powierzchowne percepcje – a wreszcie: bez­my­śl­ność. Lite­ra­tu­ra zrujnowana pragnie co prawda z bezmyślności uczynić swą cnotę – i trzeba tu przyznać, że li­czni są tacy, którzy chętnie na takie posunięcie się godzą, zachowując przy tym całą swą nie­win­ność. Jeśli przy okazji sprawia to jeszcze, że ich praca – jako np. gazetowych recenzentów czy telewizyjnych znawców – staje się mniej wymagająca, a przez to bardziej dochodowa, to cie­szą się jak dzieci, że wszystko dobre, co się tak dobrze kończy.

Czy można to nazwać duchowym łajdactwem? Ale żeby ci łajdacy byli choć w stanie pojąć wła­sne łajdactwo. Oni przecież też nie wiedzą, co czynią. Nie zdają i chyba nie mogą zdawać sobie sprawy z tego, że kieruje nimi czysta wola bezmyślności. A wola bezmyślności to pe­wien wię­kszościowy pęd, jedyny może tak powszechny i tak sprawiedliwie rozdzielony pęd, tak potężny, że nie znajdziemy bardziej większościowego instynktu na całej ziemi (pomijając rzecz jasna in­styn­kty biologiczne). Nie ma już żadnej większości większej, prze­kra­czającej swą większoś­cio­wo­ścią tę właśnie: bezmyślną większość. Dlatego literatura zruj­no­wana to par excellence lite­ra­tura bezwzględnej większościowości – choćby jej intencje były nawet najbardziej anarchiczne i ni­szowe, pozostaje ona, nieświadomie, sługą zdegenerowanej i bar­ba­rzyńskiej masy tych, którzy nie chcą sensu, bo wolą ucieczkę w nonsens. Dotyczy to jej zre­sztą niezależnie nawet od samej ja­kości konkretnego utworu czy umiejętności pisarza; na tym poziomie problemu zarówno zara­dna i bystra pisarka D. Masłowska, jak i nie­roz­wi­nię­ty umysłowo Shuty (mówię tu, zastrze­żmy, o autorze, nie o sympatycznej skądinąd osobie au­to­ra Shuty) popełniają ten sam błąd – po­peł­niają go, bo, co oczywiste, nawet nie do­strze­gają problemu, o którym tutaj mowa.

Istnie­je inna jeszcze, również ostatnio modna, i również wy­zna­cza­ją­ca współczesne tendencje awan­gardowe, strategia aktywności wobec języka, czyli tzw. neo­lin­gwizm. W tym wypadku mamy do czynienia z poszukiwaniem sen­su nie w destru­kcji, lecz w dez- i re-organizacji języka, a zarazem – co już jest zupełnie try­wialnym zabiegiem – w eks­ploracji możliwości brzmie­nio­wych, w „grach słów”, neo­lo­giz­mach itp. chwytach. Nie­wą­tpliwie, takie operacje mogą być kunsztowne i świadczyć o „ta­len­cie językowym”, ale i one, one przede wszystkim, są czcze. Al­bowiem nie prowadzą one do istotnej przemiany języka. Ogra­ni­czają się jedynie do mniej lub bardziej błyskotliwych „od­kryć” istniejących pomiędzy sło­wami „sympatii”, jest to swego rodzaju kabalistyczna de­le­ktacja „głęboko ukrytymi” po­kre­wień­stwami, które mia­ły­by rzekomo otwierać przed nami nie­znane wymiary ukrytych w sa­mym języku sensów, znaczeń i myśli. Mamy tu jednak w isto­cie do czynienia z neo-reli­gijnym i całkiem ir­racjo­nal­nym podejściem do kwestii sensu. Neo­lingwista wierzy w to, że sens jest czymś trans­cen­den­tnym wobec naszej własnej, umy­sło­wej aktywności, że możemy do niego dotrzeć na drodze mistycznej eksploracji słów, brzmień, „fonologii”. Że kryje się on „gdzieś tam”, po drugiej stronie „potoczności zna­cze­nia”, po drugiej stronie języka; i że, last but not least, im pełniej oddamy się logoreicznej swo­bodzie asocjacji, tym szybciej do tego trans­cen­dentnego sensu dotrzemy. Neolingwista od­rzu­ca tym samym myślenie jako źródło sensu; zastępuje je samą pracą języka. Ale zauważmy, że język sam w sobie nie myśli. I że myśl, jakkolwiek zawsze zatopiona w języku, nie jest wobec niego wtórna. Nie będę tej tezy tutaj uzasadniał, choć wiem, że sprzeciwia się ona wielu bardzo obecnie mod­nym filozofiom, głoszącym – czasem rzeczywiście, jak to jest u Rolanda Barthesa, czasem zaś jedynie w powierzchownych in­ter­pretacjach, jak to przydarzyło się Michelowi Foucault – że dyskurs jest pierwotny wobec myślenia.

Nie trzeba chyba dalej uzasadniać, że ten irracjonalny nurt – neolingwizm – wpisuje się, przy wszelkich pozorach awangardowości, w wolę bezmyślności, choć zapewne wola ta zakłada tutaj swoją najbardziej wyrafinowaną intelektualnie (ot, paradoks) maskę.

Oka­zu­je się zatem, że dwa ruchy aktywności wobec języka, jakie są nam współ­cześnie propo­no­wa­ne, są nie tylko, w ostatecznym rozrachunku, politycznie niesłuszne, ale i, co gorsza, jeden prowadzi do nihilizmu, drugi zaś do irracjonalizmu i neo-religijności.

Wiele widzę tego przyczyn, ale jedną z ważniejszych jest, że w obu przypadkach aktywność wo­bec języka nie jest dość bezpo­śred­nia, dość – czynna, dość subtelna i brutalna zarazem, a także – holistyczna. Bardziej bowiem dotyka ona wierz­chniej warstwy słów, niż ich wnętrza, bardziej ich lokalnych i marginalnych możliwości, niż ich możliwości globalnych. To chirur­gia plastyczna. A nam chodzi o prawdziwą, sięgającą pod skórę chirurgię. Chodzi nam o lin­gwis­tyczną neuro-chirurgię, dzięki której będziemy mogli wytworzyć np. nowego czło­wie­ka, albo nowego golema. Ale zanim stworzymy nowego człowieka, możemy też pokusić się, by stwo­rzyć nowe nastroje, uczucia, postrzeżenia i pragnienia. Język jest niewątpliwie orga­niz­mem wielo­war­stwo­wym. Aby stworzyć nowy język, lub przynajmniej nowy idiom, aby na­pra­wdę dokonać dy­wer­sji czy „subwersji” na języku, trzeba sprawić, by sensy nie prze­kształ­ca­ły się wyłącznie lokalnie, ale i globalnie. Nie zmieniać słów, zmieniać cały język. I tu wy­cho­dzimy zdecydowanie poza czystą lingwistyczność na­szej polityki. Bo problem polega na tym, że aktywność wobec ję­zy­ka nie może się redu­ko­wać do lingwizmu. Nie wolno przede wszy­stkim traktować języka jako czegoś trans­cen­dentnego wobec rzeczywistości, czegoś auto­nomicznego i zamkniętego w sobie. To, co mówimy, musi mieć sens poza samym aktem wy­po­­wie­dzenia tego. Musi to być pewną siłą. Siłą polityczną. Nową siłą polityczną na tyle, na ile chcemy rozpoz­na­wać specyfikę i nowość naszej politycznej sytuacji. Dopóki jednak po­zo­­sta­jemy tylko lingwis­ty­cznymi eksperymentatorami, nie projektujemy żadnej rze­czy­­wis­tości po­zajęzykowej, ekspe­ry­men­tujemy na języku, a nie na człowieku i możli­woś­ciach jego ciała (i w najlepszym wypadku odry­wamy się od rzeczywistości zastanej uciekając w jakieś „zaświaty”, a w najgorszym wypa­dku po prostu reprodukujemy rzeczywistość za­sta­ną, i nawet jeśli robimy to w sposób „spo­łe­cznie krytyczny”, tzn. np. pokazujemy, jak bardzo ta zastana przez nas rzeczywistość jest nie­sprawiedliwa, karykaturalna, nieludzka czy niemo­ral­na, to przecież pozostajemy przez to nie­wol­nikami status quo). Dopóki ograniczamy się do lo­kalnych destrukcji i rekonstrukcji słów, pozostawiając zarazem to, co ogólne, pewną nie­na­ru­szoną i niezmienną totalnością świata, „jakim on jest” (stąd np. u większości neo-ling­wi­s­tów po­jawia się, w warstwie „moralnego przesłania”, ton melancholii, zagubienia – po pro­stu zwy­­­kły, przestarzały „egzystencjalizm”) – dopóty to, co mówimy, wyraża jedynie na­szą bez­sil­­ność, nie staje się siłą oddziałującą na rzeczywistość, a jedynie ekspresją braku, rezy­gnacji i neutralności politycznej. A tymczasem pierwszym krokiem politycznym pisarza po­winna być świadomość, że albo jego pisanie będzie próbą i manifestacją siły, albo będzie zwy­kłą gra­fo­ma­nią. Albowiem nie jest tak, że zastana rzeczywistość skazuje nas na bez­sil­ność, że bez­sil­ność jest nam niejako na mocy okoliczności dana. Tam gdzie powstaje ref­lek­sja, tam zawsze mo­że powstać siła, a wiara w obiektywność naszej bezsilności jest jedynie wy­razem bez­sil­no­ści subiektywnej.

Musimy zdać sobie sprawę, że aktywność wobec języka musi być zaprojektowana globalnie, musi za nią stać pewna wizja ogólna świata, do którego, dzięki przemianie języka, dzięki próbie siłowego jego przekształcenia, jaką chcemy w naszym polityczno-rewolucyjnym pi­sar­st­wie podjąć, pragniemy zaprowadzić wszystkich tych, którzy zechcą się tego prze­kształ­co­nego przez nas języka nauczyć i którzy zechcą się nim posługiwać we własnej refleksji (a to znaczy również – dalej go przekształcać), albo, co może byłoby najbardziej pożądane, którzy na wzór naszego przekształcenia zechcą dokonać własnych przemian.

Obecnie wielkim zadaniem, jakie stoi przed zaangażowaną politycznie polską literaturą jest za­danie stworzenia kolejnego języka polskiego, języka jeszcze obcego dla nas, którego bę­dzie­my się musieli nauczyć, aby się stać innymi. Tego za­dania nie może jednak dokonać ani neolingistyczny irracjonalizm, ani neo-turpistyczny ni­hi­lizm.

Jak atakować język, jak dokonać jego globalnego przekształcenia? Nie wdając się w szcze­góły, wymieńmy kilka możliwych taktyk czy operacji. Pewne słowa i pewne grupy słów, trze­ba, najprościej, zlikwidować, poucinać im głowy i pozostawić na widoku ich zwłoki. Nig­dy dość radykalizmu, Polacy! Na przykład słowo „równość”. Na przykład słowo „ro­dzi­na”, sło­wo „dialog” – po­ślij­my te słowa katom, niech śpiewają na torturach, może coś wyśpiewają. Kilka nazw geograficznych trzeba powiesić, najlepiej głową w dół. Środkowa Europa. In­ne słowa trzeba poddać re­edu­kacji, aby zaczęły mówić to, co chcemy, żeby mówiły: niech „mi­łość” oduczy się starych śpiewek, niech pokaże nam swą intensywność w innych zu­peł­nie bar­wach, przebraniach i powiązaniach; zwłaszcza trzeba by ją raz na zawsze odizolować od „ro­­­man­tyczności”. Podobnie „nienawiść” – bo jeśli nie nauczycie się inaczej ko­chać, to na­ucz­cie się przynajmniej inaczej nienawidzić. Jeszcze inne słowa prze­mo­cą należy wtrącić w nie­­zna­ne im konteksty i ugru­po­wa­nia, albo posłać je na front. Z kolei in­ne trzeba uwol­nić z kaj­dan, w jakie je zakuto, tak, jak to np. zrobiliśmy ze słowem „piękno”, ze słowem „radość”, ze słowem „agresja”. Pewne słowa trzeba przywrócić z ze­sła­nia, zrehabilitować, „wznio­słość”, „namiętność” – pozwólmy im zaistnieć w aktualnej sytuacji, niech zaczną coś is­tot­nego w niej znaczyć, może im się uda. Wcale jednak nie chodzi o to, by oswo­bo­dzić wszy­st­kie sło­wa, nie chodzi nam o anar­chię, któ­ra koniec końców zawsze prowadzi do glo­bal­nej ne­utra­li­zacji i nawrotu tego, co bez­my­ślne. Chodzi nam nie o brak porządku, ale o nowy po­rzą­dek. To dlatego wobec języka nie możemy się obyć bez terroryzmu, bez bez­wzglę­dności i cy­ni­zmu. Przede wszystkim jednak ani przez chwilę, pracując na języku, nie możemy za­pom­nieć o przemocy. Przemoc i agresja – ale nie destruktywna, a konstruktywna – powinna stać się żywiołem naszej politycznej aktywności.

Wydaje się, że być artystą, zwłaszcza artystą dyskursu, czyli najbardziej intelektualnej ze sztuk, to znać pewne pytanie i szukać na nie odpowiedzi. Pytanie to brzmi – jak walczyć z ludźmi? W jakim stylu? Jakich środków używając? Po tym właśnie poznacie artystę, to, co on robi, jest walką z wami, albo nie ma tego w ogóle. W dzisiejszych czasach nie walczy się już z faszystami czy z zabobonem, obecnie najpotężniejszym i najniebezpieczniejszym prze­ciw­ni­kiem jest bezmyślna pospolitość. Bezmyślna pospolitość niczego nie zabrania i nie wy­klu­cza, ona przede wszystkim pospolituje. Dlatego współcześnie walka artysty z ludźmi, walka z człowiekiem, nie może na pewno polegać na – staroświeckim – przekraczaniu zakazów i res­ty­­tucji wyklu­czo­nego. Walka ta musi raczej polegać na puryfikowaniu. Artysta musi oczy­sz­czać świat z pospo­li­tości. Musi zabraniać dostępu miernocie, wykluczać ograniczonych. Dla­tego każde jego dokonanie to okrzyk: precz z rzeczą pospolitą!

Powiedziawszy to, nie mogę tu jednak nie dodać, że nasz kraj, Polska, kraj, który nie­wąt­pli­wie przoduje w pospolitości i bylejakości kultury, napawa mnie wielką nadzieją. Ta ziemia ekstremalnego prostactwa, ta ziemia rozwydrzonej przeciętności i kultu miernoty, czy nie jest najlepszą, w swym zmurszeniu i degeneracji, po temu, by narodził się w niej najbardziej roz­wy­drzony w swej niepospolitości i najbardziej ekstremalny artysta XXI wieku?