Wielokrotnie zauważano, że kiedy wielkie dzieło literackie osiąga status szkolnej lektury, wydarzenie to ma dla niego złożone i niejednoznacznie pozytywne konsekwencje. Z jednej strony – oznacza to wejście do „panteonu”. Z drugiej – w tym „panteonie” nierzadko trafia się na dwuznaczne, a czasem, cóż, po prostu nieprzyzwoite towarzystwo: dość pomyśleć, że do lektur szkolnych niejako z konieczności zalicza się „autorów patriotycznych”, zwykle pierwszej wody grafomanów (czasem utalentowanych grafomanów, jak Sienkiewicz), a nierzadko, po prostu ludzi pozbawionych intelektu, za to żarliwych piewców narodu, czyli czystej wody kretynów (jak np. Maria Konopnicka). Zaś z trzeciej jeszcze strony (tych stron jest zawsze więcej niż dwie, toteż nie ma nic skandalicznego w „trzeciej” stronie, ani nawet w „setnej”) – oznacza to, że dane dzieło uznano za „bezpieczne dla młodzieży”, „moralnie niepodejrzane” – czyli: przechodzi ono do rzędu dzieł-bezzębnych staruszków.
Jeżeli decydenci z ministerstw edukacji nie są cyniczni – a w oświacie cynicy raczej rzadko się trafiają – to znaczy, że całkiem serio uwierzyli, że w tym czy owym dziele, które decydują wpisać na indeks lektur, „nie ma nic niebezpiecznego”. Otóż, o ile nie ma wątpliwości, że „Janko Muzykant” czy „Latarnik”, jak również, żeby nie wymieniać wyłącznie lektur kuriozalnych (to naprawdę hańba, nawiasem mówiąc, że młodym umysłom nakazuje się zajmować czymś takim), dajmy na to, „Rok 1984” czy poematy Różewicza istotnie nie zawierają treści nieprzyzwoitych i obrazoburczych – o tyle nie ma także większych wątpliwości, że na listy lektur zdarzyło się również trafić utworom wybitnie nieprzyzwoitym – a i znacznie więcej niż tylko nieprzyzwoitym, bo czasem wręcz „nieodpowiedzialnym” – które jedynie przeszły gruntowny proces zakłamania, zostały pokryte całunem fałszywych interpretacji, w sposób mniej lub bardziej dyskretny, a zarazem mniej lub bardziej skrajny, przekształcone we własne karykaturalne sobowtóry – tak, że uwierzono, iż są to utwory „przystojące młodzieży” (co gorsza, nierzadko sama owa młodzież, która, schwytana w pułapkę „stylu młodzieżowego”, po prostu pospolicie unika myślenia, bo wydaje się jej ono jakimś „szkolnym obowiązkiem”, nie potrafi doszukać się w owych dziełach prawdziwego przesłania, biernie przyjmując do wiadomości standardowe i szkolne ich odczytania, jakie podsuwają im niezbyt światli nauczyciele – jak by nie było – urzędnicy państwowi.)
Do takich książek należą, spośród bardziej oczywistych przykładów, pewne dzieła Gombrowicza, ale ja dziś chciałbym opowiedzieć wam o innym, znacznie bardziej niesamowitym, znacznie bardziej osobliwym przypadku „Procesu” Franza Kafki (1883-1924), jednego z najbardziej „nieprzyzwoitych” i anarchicznych pisarzy wszystkich czasów...
Proces. Już sam tytuł sugeruje skrajną wielowymiarowość: wszak proces to nie tylko to, co dzieje się w sądzie, proces to po prostu przebieg życia – a zarazem wszystko jest procesem, w rzeczywistości nie ma nic prócz procesów. Przede wszystkim sam Józef K. jest czystym procesem, on nie tylko ma proces, ale i stanowi pewien proces, nie jest określony przez swoją „tożsamość” czy choćby przez swój „charakter” (jego charakter jest niejako niedefiniowalny), ale przez kolejne wydarzenia i przejścia między wydarzeniami, w jakich uczestniczy, i jakie współtworzy, przede wszystkim właśnie za sprawą dokonywanych, „aleatorycznych” (czyli: przypadkowych) przejść. Józef K. jest czystą dynamiką – ale co więcej, także świat, w którym się on przemieszcza i „procesuje”, staje się dynamiczny (tajemne przejścia, nieoczekiwane połączenia, niespodziewane pokrewieństwa itd.)
A co się na ten temat opowiada w szkole? Standardowo, postać Józefa K. interpretuje się jako „jednostkę”, jako „symbol człowieka w ogóle”, kogoś, kto znalazł się w quasi-totalitarnej opresji; z bólem i przerażeniem zmaga się o swoje przetrwanie z przemożnymi siłami dehumanizacji i biurokratycznej brutalności; dlatego „Proces” to utwór o wyjątkowo ponurym i pesymistycznym wydźwięku, który „los człowieka” ukazuje w jak najczarniejszych barwach – poddana wszechobecnej opresji jednostka nie może być wolna, jest niewinnym skazańcem, którego przeznaczenie prowadzi do nieuchronnej katastrofy (egzekucji na mocy nieznanego wyroku). Wszystko to jednak nieprawda – albo co najwyżej, w niektórych przypadkach, półprawda. Albo jeszcze inaczej – jeśli takie sensy zakłada Kafkowskie dzieło – to zarazem jego ostatecznym i właściwym przesłaniem, jest destrukcja tych znaczeń, ich odwrócenie i rekonfiguracja. W żadnym więc wypadku nie można powiedzieć, że „Proces” to powieść o „doli człowieczej”, co najwyżej można zauważyć, że to powieść, która bawi się w perwersyjny, a czasem amoralny wręcz sposób właśnie z ideą „człowieczego losu” (w tym ujęciu – i nie tylko zresztą w tym – Kafka jawi się jako pisarz ultranowoczesny, pisarz o perspektywie radykalnie antyhumanistycznej – nie znajdziecie u niego żadnych czułostek, żadnych „ludzkich spraw”, żadnego „poszukiwania człowieczeństwa” czy tęsknoty za ideałem komunikacji... itp. humanitarno-humanistycznych bzdur).
Rozważmy „psychologię” Józefa K. To osobnik o niezdefiniowanym charakterze, niejasnej sytuacji, nieokreślonym stanie wewnętrznym, idący w nieznanym kierunku. Ktoś wyjątkowo płynny i „nieosadzony”, nieprzywiązany do niczego, bez szczególnej przeszłości, bez szczególnych upodobań, raczej nietypowy reprezentant ludzkości... To ktoś bez „twardego rdzenia”, bez „kręgosłupa”, cień, zjawa, płoche, ale i drapieżne zwierzę: właśnie tego aspektu zwierzęcości nie należy pomijać, ale oczywiście nie jest to jakaś „upokarzająca” zwierzęcość, raczej, stanowi ona o sile Józefa K., który jest zbyt zwierzęcy, zbyt dziecinny też, zbyt elastyczny i ulotny, by być „podmiotem”, by symbolizować „jednostkę” – Józef K. to coś mniej niż jednostka, to „ułamnostka”. Z drugiej strony, Józef K. ma też przeciwstawną twarz „rycerza”. Można by powiedzieć, korzystając z formuły ukutej przez filozofa duńskiego Sorena Kierkagaarda (1813-1855), że Józef K. jest rycerzem – ale nie „rycerzem wiary” (którym to jest u Kierkegaarda biblijny Abraham – patrz: „Bojaźń i drżenie”), lecz rycerzem „nieodpowiedzialności”. „Proces” można w związku z tym określić jako apologię nieodpowiedzialności i metafizycznej wręcz niefrasobliwości. Kafka nie mówi nic o „opresyjnym społeczeństwie”, to, co przydarza się Józefowi K. – całe nieoczekiwane postępowanie sądowe – to w istocie figura „przywołania do odpowiedzialności”. Co to jest odpowiedzialność w ujęciu „Procesu”? Czego symbolem jest „aresztowanie” (jest to skądinąd jedyny symbol w zasadniczo asymbolicznym „Procesie” – jego symboliczność podkreśla fakt, że jest to „aresztowanie bez uwięzienia”)? Otóż sąd jest funkcją „nadania kierunku”, sąd – przez sam fakt, że pozywa przed swoje oblicze – zmusza do rezygnacji z dziecinnej przygodności istnienia, w jakiej wcześniej żył Józef K., zmusza do podjęcia tych, a nie innych kroków, do „załatwienia się ze swoimi i tylko swoimi sprawami”: pozwany przekształca się w ten sposób w kogoś, o którego dalszej drodze decydują procedury postępowania, musi zrezygnować ze swej aleatorycznej wędrówki na rzecz mozolnego zmierzania ku samo-ocaleniu. Jeszcze inaczej: aresztowanie to nałożenie odpowiedzialności, w wyniku którego „oskarżony” staje się natychmiast więźniem własnej osoby i swoich „osobistych spraw”, o które musi się teraz troszczyć, zamiast być nieosobowym procesem swobodnego i nieukierunkowanego egzystowania. Do czego to prowadzi, pokazuje figura „człowieczka”, którego K. spotyka u adwokata, niejakiego Blocka, kupca, który w trosce o swoją sprawę przekształcił się w niewolnika swojego – rzekomego, oczywiście – obrońcy. Ale Józef K. jest przeciwieństwem człowieczka, którego postać obrazuje poczucie „odpowiedzialności za siebie” doprowadzone do skrajnej postaci. Siłą Józefa K. jako „rycerza nieodpowiedzialności”, a zarazem podstawowym „moralnym przesłaniem” „Procesu” jest właśnie upór, z jakim odrzuca on wszelką troskę, upór który poniekąd wynika z jego instynktowno-zwierzęcej natury.
W związku z tym nie od rzeczy będzie wspomnieć o jednym z najbardziej może fascynujących problemów „Procesu”, jaki stanowi kobieta. Jeśli K. jest funkcją i figurą beztroskiej wędrówki przez życie, wędrówki nie uchylającej się przed żadnym „zejściem z właściwej drogi” (K. nieustannie wręcz „schodzi z właściwej drogi”, robi to na każdym kroku, w sądzie, u adwokata, przed katedrą – tę zasadniczą tendencję do ciągłego zbaczania wyrzuca Józefowi K. wuj), to z całą pewnością niemała w tym rola kobiet, jakie spotyka. Z jednej strony postaci kobiece u Kafki w ogóle nie mają charakteru psychologicznego: są rozwiązłymi i anarchicznymi emanacjami pożądania, z drugiej, każda stanowi funkcję katastrofalną, każda to niejako krawędź przepaści, nad którą staje się, gdy wchodzi się z nią w kontakt – katastrofa jednak nie dotyczy tu tego, kto w kontakt wchodzi, ale raczej jego rzeczywistości; chodzi tu często, paradoksalnie, o „katastrofę pozytywną”, katastrofę wyzwolicielską, jaką stanowi kontakt z kobietami... A bezpośredniość i „kontaktowość” to kolejna istotna cecha kobiet kafkowskich – kontakt zastępuje tu humanistyczną ideę „komunikacji międzyludzkiej”: to, co Józef K. przeżywa w kontakcie z żywiołem kobiecości to coś znacznie więcej, niż „komunikacja” – to czysta akcja, czysty ruch (stąd również impulsywność i raptowność sytuacji czysto erotycznych w „Procesie”). Można się zastanawiać, na ile kobieta u Kafki może być rozumiana jako „kobieta w ogóle” – na ile zaś jest tak naprawdę tym, czym „kobieta w ogóle” może się okazać jedynie w krzywym zwierciadle albo, by tak rzec, „w negatywie”.
Wróćmy jednak do tego, jak Józef K. „procesuje”. Jak już powiedzieliśmy, jego ruch stanowi przeciwieństwo jakiegokolwiek poddaństwa – i to w najbardziej zasadniczym sensie, na każdym kroku K. odmawia przede wszystkim uznania się za „oskarżonego” (pomimo, że jest to jego obiektywna sytuacja) – w tym sensie jego rycerskość przejawia też pewien trop „błędnej rycerskości”. Co jest alternatywą dla poddaństwa (takiego jak u kupca – warto podkreślić, że kupca – Blocka?) – nie jest nią oczywiście tylko odmowa i negacja, ale przede wszystkim gra, lecz gra o tyle perwersyjna, że zasadzająca się na tym, by przekraczać reguły (a nie się ich trzymać) – w istocie K. wciąż łamie reguły sądu i postępowania karnego. W ten sposób K. przyswaja sobie swój świat, czyni go, na podobieństwo swej duszy, światem niejasnych zasad i szybkich odwróceń, nie przedmiotem troski, ale funkcją anarchicznej zabawy posuwającej się czasem do błazeństwa; nie przestrzenią represji, albo w każdym razie nie tylko nią – bo najgłębszym sensem gestu, jakim jest całe postępowanie Józefa K., jest przeistoczenie świata represyjnego w świat orgiastyczny, świata sztywnych zasad w świat płynnych i doraźnych „metod”. Oczywiście, scena u malarza pokazuje, że nie jest wykluczone również odwrotne przekształcenie: tzn. metody (o których malarz opowiada jako o półoficjalnych sposobach na załatwienie sprawy w sądzie) okazują się, z drugiej strony, opresyjnymi procedurami (np. „odwleczenie”). Możliwe jest więc zarówno stawanie się świata represyjnego orgiastycznym, jak i stawanie się tego, co anarchiczne, czymś opresyjnym: Kafkowski świat oscyluje między biegunem ucisku a biegunem rozwiązłości, które nawzajem ku sobie odsyłają, ponieważ w tym świecie wszystkie skrajności są niejako organicznie z sobą związane. I być może jedynie w tym ujęciu można mówić, że chodzi tu o przedstawienie ogólnej idei ludzkiego życia i losu, które zawsze tej oscylacji (tzn. wahadłowemu ruchowi między sytuacjami skrajnymi) muszą podlegać.
Zasadniczo niesłuszne jest też rozumienie rzeczywistości w „Procesie” jako prefiguracji totalitaryzmu. Przede wszystkim zauważmy, że K. odpowiada z wolnej stopy, że kontynuuje normalne, swobodne życie, a rzeczywistość pozostaje dlań – pomimo procesu sądowego – stosunkowo miękka, nierozgraniczona, dostępna (K. penetruje wszystkie zakątki tej rzeczywistości, jest ona przystępna i ułatwia komunikację i kontakty – ułatwia ją właśnie dzięki, a nie na przekór swej strukturze zaułkowo-zakamarkowo-„kanałowej”). W istocie, jest to oniryczna, malarska wizja społeczeństwa demokratyczno-liberalnego, z elementami rozbuchanej biurokracji, ale jednak nie wprost opresywnego: trudno w istocie o większą swobodę niż ta, jaką oferuje świat Kafki w „Procesie” (inaczej jest w „Zamku”, ale tam chodzi o coś w ogóle innego).
Na koniec warto powiedzieć o bodaj najbardziej frapującym momencie „Procesu”, czyli rozmowie w katedrze, znanej też jako osobne opowiadanie „Przed prawem”. Jest to rzeczywiście chyba najbardziej posępny fragment „Procesu”. Przypowieść opowiada o człowieku, który całe życie nie może przejść przez bramę Prawa, aby dostać się przed jego oblicze, ponieważ zabrania mu tego strażnik, który jednak na koniec – gdy człowiek umiera – informuje go, że brama ta była przeznaczona wyłącznie dla niego. Niezwykła literacka siła tej wizji sprawiła, że uznano ją za klucz do zrozumienia całego „Procesu”. Jest to jednak błąd. Gdyż albo takich kluczy można by było znaleźć więcej w Procesie, całkiem innych w wydźwięku niż akurat ten, albo po prostu nie ma żadnego do Procesu klucza. W każdym razie Kafce nie chodziło o osiągnięcie jednoznaczności aż tak wielkiej, jak to widać w przypowieści o bramie do prawa: do pewnego stopnia przypowieść ta jest wręcz odwróceniem wieloznaczności i wielowymiarowości Procesu, pułapką. Można to jednak łatwo zrozumieć. Rozdział „W katedrze”, który zawiera przypowieść, niesie w istocie Kafkowską wizję religii. Kafka pokazuje tu, jak religia – w głębszym, duchowym, a nie instytucjonalnym sensie tego słowa – może rozumieć i wyjaśnić to, co jest udziałem Józefa K. Odpowiedź religii na przygodę K. polega po pierwsze na tym, by tę przygodę uczynić „losem”, a pociągnięcie do odpowiedzialności – „przeznaczeniem”. Zasadniczym sensem religijnej interpretacji życia – i to właśnie Kafka chce pokazać w przypowieści o bramie do prawa – jest właśnie rozumienie tego, co podlega grze, jako czegoś, co jest surowym i niezmiennym prawem. Zwróćmy uwagę, że choć „Proces” traktuje o sądzie, to koncepcja Prawa jako tego, co w rzeczywistości najwyższe, pojawia się dopiero w katedrze – to nadzwyczaj istotny i znaczący zabieg ze strony Kafki (przypomnijmy też, że w samym sądzie zamiast kodeksów leżą na wokandzie pornograficzne obrazki – „prawo” nie istnieje, bo jest tylko czysto religijnym złudzeniem...) Z drugiej strony Kafka nadaje wizji religijnej (jako jednej z możliwości rozumienia wydarzeń z „Procesu”) niesamowity artystyczny powab. Przypowieść księdza jest uwodzicielska i „atrakcyjna” – i tym właśnie jest religia, choć za cenę uproszczenia i wypaczenia właściwego sensu życia.
Niezależnie od tego, na ile poważnym problemem była religia dla Kafki (choć nie należy wierzyć tym, którzy twierdzą, że była dlań problemem podstawowym, do którego sprowadzał wszystkie inne), „Proces” jest zdecydowanie antyreligijną powieścią, nie dlatego, że wprost krytykuje religię, lecz dlatego, że pokazuje ją jako najprostszą – a zarazem najbardziej uwodzicielską odpowiedź na pytanie, jakim jest nasze życie. Ale to życie, co widać właśnie na kartach Procesu, jest o wiele bardziej złożone, niż to się może wydawać w katedrze (nawet jeśli przypowieści z katedry nie stronią od elementu paradoksu i zagadkowości).
Jednak „Proces” to nie tylko powieść głęboko antyreligijna. To wywrotowa wobec wszelkiej „etyki odpowiedzialności” powieść anarchiczna i orgiastyczna, apologia kosmicznej beztroski i niewinności – nie wierzcie więc tym, którzy powtarzają mantrę o pesymizmie Kafki (jeśli go wykazywał, to gdzie indziej), bo nie ostatnią z cech „Procesu”, o jakich warto wspomnieć – i na którą zwracali też uwagę inni badacze dzieła Kafki, zwłaszcza jego znakomity i subtelny interpretator Gilles Deleuze (filozof franc., 1925-1995) – to jego niezwykłe, wyrafinowane i porywające poczucie humoru czy wręcz „instynkt błazenady”, jaki się w nim zaznacza.