Rozdział 2
Ricardo Leon Herc otworzył okno i wychylił głowę, zapaliwszy wcześniej papierosa. Przed jego oczami ukazało się od lat wprawiające go w trwogę osiedle im. Thomasa Edisona. Trwoga jego była niemal równie niezmienna jak samo osiedle, w którego obrębie zachodziły przemiany, jednak bardzo powolne, tak samo powoli jego trwoga przechodziła w coraz to inne modulacje ukrytych jęków, drżeń i osłupień, nie oddalając się jednak od swojego rdzenia, tak jak osiedle nie oddalało się od nagiego pola, na którym je umieścił ludzki czyn. Patrzył, po raz en-ty w swym życiu na trzynastopiętrowe blokowisko, a szczyty wieżowców spowite kłębami późno-jesiennej mgły rozmywały się aż tak, że miało się wrażenie, iż ta babilońska ohyda, jak nieraz co bardziej wykształceni ziomkowie Rica określali ją, wzbija się aż po same niebo, a chmury tylko zakrywają obraz piętrzących się po niebiosa krzywd, jakich doznali, jakie zadali bądź o jakich tylko myśleli (że mogą je zadać albo doznać ich) okoliczni mieszkańcy. Dla Rica było w tym coś porażającego – pamięta jeszcze z wczesnego dzieciństwa, jak za oknem rozciągało się tylko puste pole, za którym z daleka przebłyskiwały niskie budynki prowincjonalnej jeszcze wtedy Dąbrowy Robotniczej. Któregoś dnia zjechali tu z dźwigami i w podejrzanie szybkim, jak na owe czasy tempie, postawili kilkadziesiąt mrówkowców. Ktoś, kto znał pewne uwarunkowania polityczne, nie mógł być szczególnie zszokowany tą zmianą. Miasto Górnicze – nigdy nie dosłużyło się bardziej oryginalnej nazwy, chociaż ta przynajmniej na przeciągu burzliwych stuleci była wymawiana w różnych językach urzędowych panujących władz – założono pod koniec osiemnastego wieku na niemal bezludnych rubieżach krainy, która obecnie wchodzi w całości w skład państwa nazwanego Republiką Słowanii. Przyczyną lokacji miasta w tej niemal bezludnej okolicy (ta „niemal-bezludność” wszakże nie zapobiegła licznym wojnom, które toczyły się o ten skrawek ziemi między pobliskimi, a czasem i dalszymi mocarstwami) było odkrycie węgla kamiennego. Złoża jednak nie były tak rozległe, jak się spodziewano i z planowanej rozbudowy miejskiej tkanki w tej prowincji pozostało tylko jedno Miasto Górnicze – jedno jedyne, to, którego nazwa była tak nijaka, że aż przez to nabrała oryginalności. Na przestrzeni dziewiętnastego stulecia i w początku dwudziestego wieku miasto przędło stosunkowo nieźle (różne na ten temat są opinie historyków, przeróżne powołuje się punkty odniesienia, jednak słowo „stosunkowo” jest słowem zawsze bezpiecznym), przyciągając robotników z okolicznych krain, pozostając przy tym cały czas osamotnionym ośrodkiem bez żadnej regionalnej konkurencji, nie licząc niewielkich satelickich ośrodków, z których jeden nazwano pospolitym w kraju mianem Dąbrowy, być może po to, żeby dopasować się do anonimowej nazwy metropolii. Kiedy jednak wskutek zawieruchy, którą się zwieńczyła pierwsza połowa dwudziestego stulecia, Królestwo Słowanii zamieniono na Ludową Republikę (przydawka ”Słowanii” ocalała), nowa władza pod przewodnictwem Sekretarza Robotniczo-Ludowej Wyzwoleńczej Partii Słowanii, dr Hilarego Hunca, przystąpiła do realizacji „Planu Siedmiu Miast”. W kraju, uznanym przez ludową władzę za nazbyt rolniczy, postanowiono wybudować siedem miejskich ośrodków, o których rozmieszczeniu zadecydowano uciekając się do platońskiego niemal kryterium doskonałości układu geometrycznego, jaki stworzy owe siedem miast na mapie Ludowej Republiki. Wszystkie miały łączyć się w elegancki siedmiokąt, którego punkt centralny zajmować miała stolica. Gród Hunca – taką nazwę miało nosić jedno z planowanych miast. Jednak sprawa nieco się skomplikowała. W 1954 roku podczas wizyty przyjacielskiej w Moskwie, towarzysz Hunc zjadł za dużo blinów polanych specjalnymi sosami, po czym zapadł na przypadłości jelitowe, które okazały się być bardziej poważne niż sądzono. Mimo że towarzysz Hunc miał względne szczęście zachorzeć w kraju postępu i nauki, zmarł po dwóch dniach w jednej z klinik kremlowskich. Historia, która wyjątkowo pospieszyła się ze zwykłym dla niej brakiem wyrozumiałości, zawitała bowiem już na nadzwyczajny plenarny zjazd RLWPS, jaki odbył się zaledwie w tydzień po zakończeniu miesięcznego okresu opłakiwań towarzyszących śmierci towarzysza, oceniła dorobek jego rządów nie w pełni jednoznacznie. Uznano mianowicie, że jakkolwiek towarzysz dr Hunc odegrał znamienitą rolę w zastępowaniu władzy burżuazyjnej władzą ludu, to jednak popełnił też pewne wypaczenia, „po części usprawiedliwione wyjątkowo trudnymi warunkami budowy socjalizmu, po części jednak wynikające również z niektórych cech jego charakteru” – jak głosił oficjalny komunikat rzeczonego plenum (władza ludowa dała przy okazji wyraz temu, że wierzy w istnienie „charakteru człowieka” odrębnego od społecznych i klasowych uwarunkowań co nie zawsze jej się przydarzało, a nam trudno rozsądzić, w którym momencie miała rację). Również plany urbanizacji uległy pewnym modyfikacjom. Po pierwsze idea nazwania jednego z siedmiu miast Grodem Hunca została po mniej albo bardziej burzliwych dyskusjach zarzucona. Po drugie w przypadku tego grodu odstąpiono od względów geometryczno-estetycznych. Uznano, że nie ma zbyt wielkiego sensu budować miasta na odludziu, skoro stosunkowo niedaleko leży Miasto Górnicze z zasobami węgla. Postanowiono więc rozbudować Dąbrowę, przydając jej jednocześnie miano „Robotniczej”, być może po prostu po to, żeby z Miastem Górniczym, poczynając od dwuczłonowej nazwy, pod każdym względem mogła konkurować. W międzyczasie skądinąd, z przyczyn ekonomicznych, odstąpiono od budowy pozostałych miast, przy czym nie ogłoszono tego oficjalnie, a tylko przesunięto ambitne przedsięwzięcie na następne plany wieloletnie. I przez wiele lat specjalnie powołane zespoły urbanistów ślęczały nad ich projektami, aż w końcu skończył się Lud, po którym nastał Kapitał i wszystkie plany wieloletnie zmiótł, pozwalając niektórym ze ślęczących zrobić fortunę w innych branżach – innym z kolei pozwolił zbankrutować, innych – na ogół starszych wiekiem, choć było wśród nich również i kilku młodszych, na ogół tłustych nieszczęśników, Przyroda przejęła w swe władanie, a Kapitał zachował się jak rasowy Piłat pozwalając Przyrodzie robić swoje.
Tak więc Dąbrowa Robotnicza pozostała jedynym ze (względnie) ukończonych projektów siedmiu miast nie licząc jeszcze doprowadzonego do połowy ośrodka na Południu.
Ricowi, który pobrał w końcu jakieś wykształcenie, nie była zapewne obca wiedza na wspomniane tematy – wiedział zapewne, że te wszystkie budowle wznoszone tuż za oknem rodzinnej kamienicy położonej na obrzeżach Miasta Górniczego, to właśnie budowa jednego z członów Słowańskiego Siedmiogrodu, jak czasem nazywano założenie. Cóż mu jednak było po tych wiadomościach?
Ano nic. Był nieprzyzwyczajony do tego, że coś się w życiu zmienia, urodził się już po wojnie, kiedy sporo się działo, ale niekoniecznie z jego perspektywy nieletniego mieszkańca kamienicy na peryferiach Miasta Górniczego, a tu zmiana nastąpiła, przyszła z zewnątrz, kierowały nią jakieś możne instancje (nazwa partii, konkretne nazwiska towarzyszy stojące za tą sprawą – kwestie, przynajmniej z wierzchu znane opinii publicznej, nie wykluczały w ustach Rica użycia słowa „jakieś”). I to jaka zmiana – pełna żelaza, betonu, szkła i tysięcy zakazanych gęb, które –Ricardo wierzył w to – na domiar złego sprawiają wrażenie całkowicie szczęśliwych albo raczej beztrosko nasyconych, żeby nie używać słów zbyt pretensjonalnych takich jak „szczęście” i pochodne od niego. Rico nie miał natury permanentnego samotnika. Z tymi czy owymi kumplował się w szkolnych czasach, choć może z nikim nie doszedł do etapu bliskiej zażyłości, cokolwiek by to mogło oznaczać. Nie miał też żadnego sentymentu do pustego pola – i tak na nie rzadko wychodził – z reguły zapuszczał się raczej w swoją stronę – w głąb niewielkiego osiedla na Łabędziej. Ale czuł coś głęboko przerażającego w tym, jak dalece ta zmiana jest gwałtowna i jak zasadnicza – kiedy tam, gdzie wcześniej była pustka skąpana we mgle, przykryta śniegiem czy rozświetlona jałowymi promieniami słońca – zależnie od pór roku, które w Republice zmieniają się cyklicznie, choć każdego roku z pewną nieregularnością, która – co chyba dziwić nie może – była i pozostała jednym z głównych tematów towarzyskich rozmów, pojawiła się nieświęta trójca: Ludzie, Domy, Maszyny… Stąd miał te wszystkie skojarzenia z wieżą Babel, tudzież z Babilonem i innymi nazwami, którymi po kryjomu szermowano w kościele, nazwami których znaczenia może nie znał, lecz bywało, że instynktownie trafnie je odgadywał.
Wolałby już, żeby zamiast osiedla zasadzono las. Choćby skąpy brzeźniak, taki, jakich trochę da się znaleźć w okolicy. Nie to, żeby chodził do lasu, rzadko w ogóle chadzał na piechotę, najpierw nie miał czasu, kiedy czas się znalazł, już nie miał wiele sił. Ale widok lasu z okna i z podwórza nastrajałby go bardziej optymistycznie niż widok nowo zbudowanego dąbrowskiego osiedla.
– Znów coś ogrodzili – powiedział przez zacięte zęby i zapalił od razu drugiego papierosa. Chodziło o parking strzeżony. Trawnik, na którym przez lata stały w bezładzie samochody, zabetonowano, wydzielono miejsca parkingowe, ogrodzono płotem, umieszczono stróżówkę. Stróż właśnie przechadzał się dokoła, paląc papierosa (lecz między papierosem Ricarda a papierosem stróża nie było żadnej zbieżności poza stycznością w czasie i przestrzeni – były to obce, żeby nie powiedzieć wrogie papierosy) i wlokąc za sobą ospałego owczarka kaukaskiego. „Tak się grodzą” – powiedział z nienawiścią – a przecież sami kradną…
Z tym większym przerażeniem spojrzał na budynek (kolejna nieświęta trójca współczesności – Szkło, Aluminium i Beton maczały w nim swe pozornie szczupłe palce), wstawiony między bloki. Nowa rzecz. Niedawno (Rico wprawdzie jest z tych, dla których wyraz „niedawno” oznaczać może „pół życia”, ale w tym wypadku oznaczał chyba mniej) nic jeszcze tam nie było, nie licząc kilku rabatek, na których uprawiali warzywa jacyś Dąbrowianie świeżo przeniesieni ze wsi, potem postawili sklep spożywczy, który rychło zbankrutował, odkąd na przedmieściach Dąbrowy postawiono wielki supermarket należący do pewnej francuskiej multi-korporacji. Pawilon rozebrano, acz najpierw nie do końca konsekwentnie – z podłoża wciąż wyrastała blaszana ściana pozbawiona okien – widok ten sprawiał Ricowi satysfakcję i zafrasował się, kiedy ścianę zdjęto – mówi się zresztą, że została rozkradziona, podobno ukradło ja towarzystwo z Łabędziej – sprawa do dziś jest nie wyjaśniona, postępowanie karne umorzono z powodu niewykrycia sprawców. W każdym razie Rico skonstatował, na wypadek, gdyby byli to „swoi”, że „wzięli zadatek za wszystkie szkody, które im wyrządzono”. Tak, Rico solidaryzował się ze „swoimi”, choć była to kategoria dość nieokreślona, nie sprowadzająca się do sumy osób z sąsiedztwa, które znał osobiście albo choćby z widzenia. Nie wiedział i nie badał, na ile ci swoi czuli się skrzywdzeni i na ile ci spośród nich, którzy być może dokonali kradzieży, traktowali przedmiot tej kradzieży (jeśli miała miejsce) w kategorii zadatku.
W niespełna rok po kradzieży czy też demontażu ściany pozostałej z pawilonu handlowego bezszelestne ekipy, ubrane w sterylnie czyste kombinezony – pracownicy jakiejś firmy przybyłej z samej stolicy, postawili wielki szklany (z dodatkiem aluminium i betonu, żeby nikt spośród Trójcy nie był pokrzywdzony) kloc, o lekko dziwacznych dekoracjach, sięgający do wysokości ósmego piętra okolicznych bloków. „Rządowe świnie” pomyślał Ricardo wypuszczając dym z kolejnego już z rzędu papierosa. W istocie umieszczone w ľ wysokości budynku godło Republiki Słowanii oraz herb Dąbrowy Robotniczej (dwa czerwone młoty na tle lazurowego nieba) wskazywały, że budynek pełnił jakieś funkcje publiczne.
Gdzieś na pozostawionym skrawku łąki dzielącym jego kamienicę na Łabędziej od nowoczesnych zabudowań Osiedla im. Edisona przebiegała granica między jego miastem a Dąbrową, która była też granicą jego światów.
Ale świat Dąbrowy przenikał do jego świadomości coraz bardziej, jego podstępne sobowtóry pojawiły się również po jego stronie granicy. Budynek administracyjny wyrósł co prawda jeszcze na skraju osiedla Edisona (za granicę miedzy Dąbrową a jego własnym miastem uważał Rico ścieżkę, która przebiegała przez kawałek wciąż niezabudowanego pola, nie było to co prawda zgodne z podziałem administracyjnym, ale mniejsza z tym, zwłaszcza że linia tego ostatniego podziału przebiegała w jakimś całkiem przypadkowym miejscu), jednak mu przypomniał, że skończył się czas względnego (jakże przecież względnego!) przewleczenia, skończył się okres zawieszenia kary, że przyjdą w końcu po niego, teraz zakończą swoje postępowanie przeciw niemu, które ku jego, przynoszącemu wątpliwą ulgę zaskoczeniu, onegdaj zawiesili. Ten budynek był oczywistym przywołaniem pewnego traumatycznego wydarzenia z okresu wczesnej młodości, o którym zaraz wspomnimy.
Po dokładniejszym przyjrzeniu się było widać, że jedna ze ścian pozornie sześciennej konstrukcji jest lekko przekrzywiona. Nie zdjęli też okalających inną ścianę metalowych konstrukcji, które Ricardo wziął za rusztowania. Inną ze ścian okalały krzywe rury z aluminium, w kolorach na przemian błękitnym i czerwonym. Ktoś pretendujący do miana wykształconego, określiłby tę budowlę mianem prowincjonalnej nieudolnej podróbki stylu Piano, Rogersa czy Gehryego. Rico mówił w sposób bardziej dosadny „o placu zabaw”, „cyrku”, czy „pływalni”. Kiedy mówił to przez chwilę robił się pogodny w swej ironii i ze stoickim uśmiechem rozmyślał nad błahością świata, nad tym, jak infantylne jest zło, to całe potężne zło, od tylu lat w niego wymierzone.
Rico był krewki chłop, jak niektórzy mówili, co pozornie przynajmniej może przeczyć jego usposobieniu, które było raczej powściągliwe, małomówne. Powiedzmy, że użycie słowa „zawzięty” zamiast „krewki” może w jakimś stopniu zniwelować tę sprzeczność. Na pewno był zawzięty, o ile pamiętliwość nieodłącznie wiąże się z zawziętością (nie mamy śmiałości by rozstrzygnąć tę ostatnią kwestię tu i teraz). A Rico był cholernie pamiętliwy. Widok urzędu, czy czegoś, co przynajmniej do pewnego stopnia urząd przypominało, mógł mu przywołać w pamięci chmurne lata młodości oraz pewien incydent, za który odpokutował, choć nie tak boleśnie (w tym może cały wic!), żeby wskutek rzeczonej pokuty utracić życie albo zdrowie.
***
Młodzi uczniowie szkół zawodowych i technicznych, jak również niektórzy inni obywatele młodzi wiekiem, spotykali się zazwyczaj na jednym z placów miasta, położonym na granicy Śródmieścia. „Plac niepodległości”, bo tak się zwał ten plac, był w istocie rondem zabudowanym dwupiętrowymi kamienicami, w większości utrzymanymi w stylu neogotyckim, o dość podrzędnym wykonaniu– z konwencjonalnymi, dosyć tandetnymi wieżyczkami, które chyba bywalcom wiodących miast niderlandzkich czy niemieckich nie mogły imponować w latach swej świetności, a starość obeszła się z nimi jeszcze gorzej, pozwalając by w większej części ornamenty ukruszyły się. Pośrodku ronda stał „Pomnik bohatera” przedstawiający żołnierza w długim szynelu i żelaznym hełmie, unoszącego w prawej ręce karabin, którym wymachiwał ku zachodniej stronie. Jedna z parceli po wschodniej stronie placu przez dziesięciolecia ziała pustką, po tym jak podczas ostatniej wojny na jedną z kamienic spadła bomba, do dziś nie jest jasne, czy zrzucili ją Niemcy, czy Rosjanie, w każdym razie na pewno jedni z nich, bo inni na ogół („na ogół” to znakomite i wcale nie najbardziej mętne wyrażenie, które pasuje doskonale, ilekroć mowa o Słowanii), w okolicy nie zrzucali bomb. Za czasów, kiedy Rico był mały o zburzonym budynku chodziły różne legendy… Panowie i Panie spotykali się tam i robili swoje... Oprócz żywego towaru handlowano martwym – papierosami, częściami radiowymi i samochodowymi. Tudzież samogonem. Wieść gminna przekazywała coś o całych zwłokach, tudzież poszczególnych partiach korpusów, odnajdowanych w tym niezgłębionym królestwie ułamanych murów, rozrzuconych cegieł, ekskrementów i chwastów. Mówiono nawet, że jednego dnia w worku na ziemniaki znaleziono dwie głowy, trudne do zidentyfikowania, a to z racji rozkładu, który je ogarnął. Miedzy tymi zwłokami grasowała dzieciarnia z trudnych rodzin, odtwarzając głośnymi zabawami jeszcze niedawno zakończoną wojnę, podpatrywała przy sposobności rzeczy, których malcy raczej oglądać nie powinni – przynajmniej tak uważaliby pedagogowie czasów burżuazji, a i lud w kwestiach cielesnej moralności bronił zawzięcie pewnych starych zasad. Tak mówiono. Zapewne większość można złożyć na karb miejskich mitów. Dwie głowy ludzkie okazały się jedną głową świni, co skądinąd samo w sobie było też względnie tajemnicze. Ale jedna makabra zdarzyła się naprawdę. Jeden z kapitanów ludowej milicji zwabiony w ruiny przez kobietę lekkich obyczajów, utracił w zakamarkach rudery swoją męskość. Wtedy to ruinę wyburzono doszczętnie, na miejscu pustej parceli urządzono trawnik, który większość mieszkańców przez jakiś czas obchodziła z daleka, gdyż utarła się fama, że za samo pojawienie się w tym miejscu, ktoś o lekko tylko podejrzanym wyglądzie (a o ile mało kto, poza złymi ludźmi, ma zdecydowanie podejrzany wygląd, to niemal każdy może od czasu do czasu miewać lekko podejrzany) może zostać zatrzymany przez ludową milicję i odstawiony w miejsce, gdzie słońce rzadko świeci.
Kiedy Ricowi stuknęła osiemnastka, feralna fama miejsca zdążyła już przeminąć i trawnik okupowała młodzież, w której ślady sam się rychło skierował, za namową paru kompanów z Technikum Elektrycznego. Przychodzili na ogół z własną gorzałką, czasem zachodząc na piwo bądź kieliszek ziołowej naleweczki do Baru Malina, który się znajdował na parterze jednej z kamieniczek.
W pewnym okresie – było to mniej więcej dwa lata przed małżeństwem Rica – w mieście zaczęto więcej inwestować. Budowano co prawda na ogół w ścisłym centrum, koło Dworca Głównego oraz – jakby dla kontrastu – na dalekich obrzeżach, w szczególności w kierunku zjazdów na Dąbrowę. Stare kamienice tymczasem pozostawiono nie remontowane, wręcz jakby komuś zależało na tym, żeby dalej niszczały, choć taka interpretacja jest oczywiście jedną z wielu i dla tego Kogoś może być krzywdząca. Z kilku budynków przy Placu Niepodległości wykwaterowano zakłady rzemieślnicze, działające w tym samym miejscu od pokoleń. Ich okna zabito deskami, tylko u zegarmistrza urządzono jakiś skład rupieci. Wraz z tym posunięciem magistratu, znikły resztki drobnomieszczańskiej atmosfery dzielnicy i grupki młodzieży, trudno powiedzieć – buntowniczej czy oportunistycznej – w każdym razie młodzieży, do której Rico Herc się zaliczał, przynajmniej metrykalnie, jeśli nie z charakteru (chociaż i to o krótkim okresie jego życia obejmującym ułamek tego, co u człowieka uważa się za młodość, dałoby się powiedzieć) zaczęły niepodzielnie nadawać ton całej okolicy.
Bar Malina, w odróżnieniu od zamkniętych zakładów, wciąż jeszcze prosperował. Często, zwłaszcza przy złej pogodzie gromadzono się w środku. Puszczano tam na głos rozmaite hity „bigbitowe” – jak to wtedy tę muzykę nazywano, jednak młodzieńcza przecież energia tych utworów nie do końca ich przekonywała. Owszem – hałaśliwa muzyka była jakoś potrzebna, żeby się przymulić, przytupać do rytmu kilka razy nogą i znaleźć tym samym rozwiązanie na kilka, kilkanaście minut, a czasem – jeśli dobrze poszło, jeśli ciało właściwie ułożyło się w kolejnym modus względnej bezczynności – nawet na minut kilkadziesiąt kilka. Tekstów piosenek nie słuchano, choć być może jakoś pośrednio dawała się we znaki ich atmosfera – zarazem wzniosła i melancholijna mimo szybkich rytmów i wyrazistego, synkopowanego akompaniamentu. Jazzowo-rockowe szlagiery takie jak „Zapomnij, żeglarzu, swe rodzinne strony”, „W stadninie koni o zachodzie ostatni uścisk nasz”, „Poniedziałkowy deszcz”, czy „Już przenigdy, miły, żurawie nie powrócą”, płynęły jeden za drugim przerywane przez dozwolone po latach kulturalnego embargo hity anglosaskie, których tekstów młodzież również nie słuchała, choćby z powodu nieznajomości języka, lecz ich przesłanie udzielało się jej w identyczny sposób, jak to miało miejsce w przypadku utworów rodzimego pochodzenia. Właściciel, człowiek już starszawy, najbardziej upodobał sobie „Suzanne” Cohena, którą puszczał na okrągło.
Suzanna takes you down
To the place near the river
You can hear the boats go by,
You can spend the night beside her...
Jeszcze bardziej od właściciela Maliny – “Baru restauracyjnego kategorii IV” jak głosiła tekturowa wywieszka umieszczona na drzwiach – rzeczoną „Suzannę” upodobał sobie zegarmistrz, który wywłaszczony z zakładu, w tym samym miejscu prowadzonego przez swoją rodzinę od pokoleń, spędzał całe dnie w środku baru przy kieliszku nalewki owocowej z nieodłącznym papierosem „Senior” w prawej dłoni przepijając w ten sposób skromną rentę wypłacaną co miesiąc przez ludową władzę. Czynił to z godnością, pił ciągle, lecz powoli, nigdy nie widziano go zataczającego się na nogach bądź zachowującego się w inny niestosowny sposób. Czasem tylko czynił gorzkie uwagi, chcąc wyraźnie podzielić się z młodzieżą swoimi spostrzeżeniami (na właściciela nie liczył, choć byli kolegami i to raczej dobrymi), ale na wszelki wypadek, gdyby nikt nie chciał go wysłuchać, patrzył się nie w oczy rozmówcy lecz w sufit albo przed siebie, tak żeby wyszło, jakby co, że mówi sam do siebie i nic nie robi sobie z tego, że jakiś młodociany profan puszcza mimo uszu jego jakże cenne przemyślenia.
– Widzicie, czym się różni władza ludu od poprzedniej władzy? Tamta władza stawiała czasem ciężkie warunki, ale dla każdego prostaka była jako tako zrozumiała. Co najwyżej po prostu wiedział, że ma służyć, no i komu ma służyć. Lud, wbrew temu, co możecie myśleć o tak krótkim słowie, rozumuje w sposób dość skomplikowany. Tu wszystko jest wielką łamigłówką. Na pytanie, do czego służył zegarek, za czasów dawnej władzy można było łatwo odpowiedzieć – do mierzenia czasu. A to oznaczało, że skoro zegarek został ustawiony na godzinę dwunastą w chwili, w której słońce stoi w zenicie, to gdy za dobę słońce powróci do poprzedniego stanu, na cyferblacie będzie również dwunasta. Oczywiście, czasem zdarzały się usterki, inaczej ja, mój ojciec i mój dziad bylibyśmy bez fachu. Jednak samych reguł nikt nie kwestionował, a już z fizyki wiadomo, że nie ma reguł w stu procentach sprawdzalnych, co nie znaczy, że człowiekowi rozumnemu wolno kwestionować te, których spójność i użyteczność została względnie potwierdzona. Zaś za rządów przemysłu ludowego zegary bardzo polubiły zmieniać tempo. Na ogół, choć pory dnia wędrują, kolejno jedna nadchodzi po drugiej, jak było i za dawnych czasów, zegary stają w miejscu, ledwie ktoś zdążył je nakręcić i wymienić baterię. Czasem z kolei, jakby nadmiar monotonii niekiedy bywał błędem, zdarza się, że maszerują jak szalone, nie podżegane do tego przez nikogo, przynajmniej nie słowami, które może wyłapać ludzkie ucho. Na początku nie mogłem na nic narzekać, nigdy wcześniej nie miałem tyle klienteli, tym bardziej, że niewiele zakładów zostało tu po wojnie. Pamiętajcie jednak, ze mierzenie czasu jest rzeczą całkowicie względną. W końcu wszystkie miary wymyślił ludzki umysł. Być może więc lud uznał, że albo zegarki mają inne, bardziej wzniosłe zadania albo też, że czas ma być mierzony w taki właśnie sposób, w jaki odbywa się to w przypadku tych produktów przemysłu ludowego, które rzadko widzą wykształconego w epoce burżuazji zegarmistrza. No i dostałem ładną decyzję, na podstawie której wywłaszczono mój lokal.
Czasem wyciągał jakąś utajoną saszetkę, która znajdowała się w wewnętrznej kieszeni spodni, specjalnie chyba uszytej na tę okoliczność i której nie demonstrował nigdy przy płaceniu za napitki, a to po to, żeby wręczyć parę banknotów któremuś z młodzieńców, niekoniecznie z tych, którzy byli na tyle uprzejmi, żeby go wysłuchać. Tak oto wyzbywał się resztek całkiem niezłej fortuny zgromadzonej w latach, w których mógł w miarę normalnie funkcjonować i dzięki którym mógł wciąż pić nie polegając wyłącznie na państwowej rencie.
Ricardo był bardzo zainteresowany tym człowiekiem, choć nie dawał po sobie tego poznać. Kilka razy później myślał o nim, wtedy, kiedy zegarmistrza nie było już pośród żywych, a i on sam od lat nie przychodził na plac. Nie wiedział, czy był on dla niego uosobieniem złego fatum, które nad nim zawisło i za nic nie chciało go opuścić, czy też bratnią duszą, w której mógł odnaleźć jedynego prawdziwego przyjaciela.
W pewnym okresie zaczęto w Mieście Górniczym naprawdę sporo inwestować. Również i Placu Niepodległości nie ominęły koparki, buldożery, dźwigi, tudzież inne tego typu sprzęty. Okres budowy był zresztą dla naszej gromadki bardzo niewygodny, jako że koło budowy cały czas gromadziła się milicja. Podobno żeby pilnować, aby nikt nie ukradł materiałów, tyle że kradzieże, przynajmniej raz na jakiś czas, zdarzały się regularnie na każdej państwowej budowie, a nikt jakoś specjalnie nie wysyłał funkcjonariuszy. Może więc boją się jakiegoś aktu dywersji. Co tu, do jasnej ciasnej, się buduje – myśleli sobie bywalcy?
Budynek, który wzniesiono w niecałe osiem miesięcy, co było na warunki panujące w Republice (płaca od godziny, a nie od zadania – jak umyślił sobie Wielki Humanista Karol Marks) rekordowym tempem, nazwano „Domem Powiatowym”. Jego sylwetka przedstawiała się w następująco: prostopadłościan o wymiarach pięćdziesiąt na pięćdziesiąt na piętnaście metrów ustawiono na jednej z dwóch szerszych jego podstaw. Kloc przykryto dachem z blachy wystającym z każdej strony na dwa metry poza krawędź budynku, z wyjątkiem strony frontowej, gdzie wystawał na pięć. Dach wsparto na łukowych podporach ze stali, tak że wyniesiony był o dwa metry ponad główną część konstrukcji, całość budowli liczyła sobie zatem siedemnaście metrów wysokości. Było w tym dachu, czego architekci nie mieli być może świadomości, coś z nawiązania do architektury Dalekiego Wschodu, choć inspirację bezpośrednie brano raczej z moskiewskiego kina „Rossija”, warszawskiego Dworca Centralnego czy, nie wybiegając za granicę, z wielu budynków wzniesionych na terytorium Republiki w okresie, w którym uznano, że lud musi, a w każdym razie ma prawo się zmodernizować, jeżeli chodzi o zewnętrzną prezencję i odstąpiono od nawiązań do rozmaitych estetyk historycznych.
Ściany budowli pokryte były rudym tynkiem i niemal pozbawione okien, odmiennie tylko przedstawiał się front pokryty cały przyciemnianym szkłem, nad automatycznymi drzwiami, które wolno było uznać za techniczną innowację, umieszczono godło narodowe i biały napis „DOM POWIATOWY”.
– Ciekawe, co tam jest naprawdę? – spytał jeden z chłopaków patrząc na masywnego intruza, który w dziwny sposób krępował ich relatywnie beztroskie spotkania.
– Pewnie kabaret – odparował ktoś, być może nawet sam Rico.
– Ha, ha.
– Albo zoo?
– Hi hi hi.
Miejsce nie pasowało jednak do tradycyjnego wyobrażenia na temat kabaretu, w szczególności od kabaretu różniło się pewną wyniosłością (sądząc po samej architekturze), tudzież pustką, która otaczała je. Co do ogrodu zoologicznego, jeszcze więcej różnic dałoby się wyliczyć. A po tym, jak zbudowano „Dom powiatowy”, „Plac Niepodległości” wydał się wszystkim jego bywalcom jeszcze bardziej opustoszały niż przedtem, chociaż niby zagęścił zabudowę. Kabaret i zoo to zaś instytucje, które raczej zapełniają przestrzeń.
Paru odważnych wślizgnęło się na parter. Ogromna wystawa poświęcona była losom księcia Radosława, mitycznego założyciela Słowanii i pierwszego budowniczego jej potęgi, co miało miejsce w zamierzchłych historycznych czasach, mniej więcej na lat tysiąc przed opisywanymi zdarzeniami. Do tego wystawa mundurów wojsk słowańskich i radzieckich z okresu II Wojny. Panowała cisza, czasem tylko po korytarzu przemykała sprzątaczka, ubrana w jakiś szary kostium, całkiem schludny, tak że można ją było pomylić z niskiego szczebla urzędniczką. Ci odważni kręcili się po wielkim hallu, z poczuciem pewnego zagrożenia, jakby sama obecność w tym miejscu miała być ryzykowna, chociaż nic nie wskazywało, żeby miało być zakazane dla postronnych. Wręcz przeciwnie. Chociaż nie było też zapraszających gestów, żadnej szczególnej serdeczności. Był tylko – już w środku – wielki napis „Witamy w Domu Powiatowym” i potem na czymś, co nazwano „Tablicą informacyjną”, jakiś tekst maczkiem, pisany patetycznym, a zarazem inżynierskim językiem, którego nikt chyba nigdy nie przeczytał, być może wyłączając autorów. Obok wspomnianych eksponatów historyczno-wojskowych przy bocznych ścianach wystawiono też modele różnych maszyn, które jeszcze dwadzieścia lat wcześniej, w każdym kraju znajdowałyby się w awangardzie techniki, w owych czasach stały od samego początku zakurzone i nie zrobiłyby wrażenia na kimś, kto słyszał o nowinkach z Zachodu, zważywszy zwłaszcza, że ci, którzy słyszeli o nowinkach zachodniego przemysłu, byli tak nimi odurzeni, że wszelkie porównania przybierały tendencyjny charakter. Były też modele szybowców, dość pokaźnych rozmiarów, były galeony skąpane w wąskich butelkach po tradycyjnym żurze, co dowodziło sporej wirtuozerii manualnej ze strony wykonawców tych projektów. Jeden z chłopców zajrzał we wnętrze jednej z takich butli… Na pokładzie stało siedmiu wyprostowanych błękitnookich marynarzy w czapkach z czerwonymi gwiazdami.
Nad rzędem, w którym wystawiono modele, wielki napis głosił „I ty zostań modelarzem! Sekcja nr 2 zaprasza”.
Inny napis umieszczony w głównej hali budynku: „Przyszłość oznacza nową wdrożeniowość według planu racjonalizacji nr 22”.
Ktoś raz nawet, przynajmniej tak powtarzano (bo chyba ten ktoś w szerszym gremium nie pochwalił się na głos, prędzej już na ucho jednemu z bardziej zaufanych kumpli, który z kolei innym zaufanym rozpowiedział historię), zaszedł na zaplecze, gdzie jego oczom ukazała się całkiem spora sala wypełniona nowiutkimi stołami do ping-ponga. Nie było żywej duszy. Aż w pewnej chwili, od przeciwnej strony względem placu weszło do sali dwóch rosłych młodzieńców. Znakomicie zbudowani, grzecznie przystrzyżeni blondyni, który wyglądali na bliźniaków, choć być może byli po prostu z całkiem innych powodów niemal identyczni. Uśmiechnięci, pewni siebie chwycili za rakiety i rozpoczęli emocjonującą grę, po której znać było, że są profesjonalistami, przynajmniej w oczach pingpongowego amatora tak by to wyglądało. Jeden z młodzików zachęcił tego kogoś, kto tu się wemknął dyskretnie, żeby może przyłączył się do gry (we trójkę można zagrać w wariata ganiając dookoła stołu). Ten ktoś (nie był to oczywiście Rico, który do wnętrza Domu nie śmiał w ogóle zachodzić) pierzchł jednak czym prędzej, nie wiem, czy z obrzydzenia czy ze strachu. Wcześniej przypatrując się im, miał wrażenie, że chłopaczkowie miedzy sobą mówią po rosyjsku, choć w istocie wiedział, że to najczystszy słowański, tak czysty i sztuczny, że aż niewyobrażalny – a jedyne przekręcenia wyrazów i idiomy wynikały z tego, że chwilami wpadali w młodzieżowy slang, którego jednak nikt nie słyszał ani w Mieście Górniczym, ani nawet w Dąbrowie (w odróżnieniu od Rica inni kumple jeździli od czasu do czasu do Dąbrowy i z grubsza wiedzieli jak się tam mają stosunki), ale który państwowa telewizja lansowała jako „żargon młodej generacji” w serialach przeznaczonych dla widowni we wczesnym wieku nastoletnim.
„Jak wygram meczyk, wapniak kupi mi klawą gałę do nogi”.
„Chodź nowicjuszu. Weź paletę i sobie w szaleńca popykamy”.
Czasem podjeżdżali pod budynek jacyś smutni panowie. Na ogół w czarnych radzieckich limuzynach, czasem w zachodnioniemieckich samochodach. W tym drugim przypadku byli trochę mniej oficjalni. Powolnym krokiem wchodzili do budynku i przepadali w nim na bardzo wiele godzin. Dom powiatowy, jak widać, niektórych zapraszał i ociągał się z zakończeniem gościny, dlaczego jednak zapraszał, tego dokładnie nikt nie wiedział.
Każdy wiedział jednak, że odkąd wybudowano Dom Powiatowy, odtąd jeszcze częściej, niż podczas budowy, na Placu Niepodległości zaczęła się pojawiać milicja. Co prawda w tamtych czasach rzeczona milicja nie była już tak zasadnicza, jak w opowieściach starszego pokolenia. Ale zawsze potrafiła wylegitymować. Sprawdzić, czy ktoś aby nie powinien w tym czasie przebywać w szkole albo w warsztacie i wystosować pismo do stosownych instytucji w sprawie bumelanctwa wylegitymowanych. Pismo takie, choć koniec końców, mimo gróźb ze strony funkcjonariuszy, nie zawsze było nadawane, mogło sporo zaszkodzić, choć na ogół, jeżeli ktoś czymś innym wcześniej nie podpadł, kończyło się ze strony instytucji na zwykłej reprymendzie, a czasem też mogło bez niej się obyć.
Niektórzy obywatele miłujący prawo i porządek, a obywatele ci byli męskiej płci, na oko mniej więcej pięćdziesięcioletni, ostrzyżeni na długiego jeża z zakolami, któremu to jeżowi, z przyczyn dotyczących właściwości materii, na ogół udawało się rozpocząć a nawet czasem zakończyć proceder nabierania barwy siwej, zawsze pod krawatem, z czarną teczką pod pachą, bądź walizą w dłoni – również czarnej maści (Rico zawsze dociekał, z pasją, jakkolwiek nie dochodząc do konkluzji, jaka może być ich zawartość i czy zawartość owa rzeczywiście występuje wewnątrz rzeczonych utensyliów) uważali jednak, że ludowa milicja wykazuje zbyt mało pobłażliwości.
– Powinna już milicja zabrać się za włóczęgów. To ma być młodzież. Kopcą i piją pod chmurką albo w brudnym barze, a w Domu Powiatowym są baseny, boiska do koszykówki, jest tyle świetnych miejsc, gdzie owa młodzież może się kulturalnie zabawić. A ci zbijają bąki. I gdzie są ich rodziny? Ile jeszcze państwo będzie walczyć z patologią, która się na tym terenie nagromadziła od czasów króla ćwieczka.
Nasza gromadka słysząc takie dictum śmiała się do siebie, choć byli jednak trochę wystraszeni. Baseny? Koszykówka? Może jednak opowieść o stołach ping-pongowych nie była tak do końca mitem. Być może ich kolega nie doznał halucynacji, jak niektórzy (do których niewykluczone, że Rico się zaliczał) uważali.
W końcu zamknięto Bar „Malina”, a właściciela aresztowano pod zarzutem pędzenia samogonu. Poza tym lokal nie spełniał „podstawowych standardów higienicznych” wymaganych przepisami nowego ukazu o restauracjach i to nie spełniał ich „w sposób trwały i nieusuwalny”, jak określono we względnie obszernym protokole. Prawo jest prawem, na nic się nie zdały wyjaśnienia, że usług gastronomicznych w ścisłym sensie od lat nie prowadzi się i że nie było na nie żadnego zainteresowania, że tu od zawsze przychodziło się pić, zaś zakąskę, jeśli była niezbędna, goście za przyzwoleniem właściciela przynosili sami. W końcu bar nazywał się „restauracyjnym” i taką nazwę wpisano do rejestru działalności. W żadnym zresztą rejestrze nie było kategorii baru „pijackiego”, więc nawet jeżeli władza poszłaby na rękę i umożliwiła właścicielowi „Maliny” możliwość przekwalifikowania się, sprawa natrafiłaby na problemy formalne i jej rozwiązanie wymagałoby może zmiany określonych ustaw, a żadna władza nie robi aż tak wiele w interesie jednostki, zwłaszcza jednostki nie do końca uczciwej. Inna rzecz, że w owych latach przyjęto znowu pewne zaostrzenia, które miały wyeliminować ze śródmieścia działalność nieuspołecznioną. Właściciel – bimbrownik odsłużył trzy lata pozbawienia wolności, po następnych trzech latach, zmarło się biedakowi na marskość wątroby, w całkowitym zapomnieniu ze strony dawnych bywalców, wliczając w to zegarmistrza, któremu również przydarzyło się w międzyczasie dołączyć do nieżywych.
A więc pozostał tylko plac. Nagi plac. Jeszcze bardziej pusty. Tym bardziej pusty, im bardziej w oczy rzucał się budynek. A przecież budynek swą masywną na tle okolicznych kamieniczek sylwetką niemal pchał się na głowę; jak widać specyficzne poczucie pustki miała młodzież tamtego pokolenia, tym niemniej to poczucie ich nie opuszczało.
Stali tak któregoś dnia po nauce, popijali ukradkiem wina owocowe i jak zwykle nie czekali na nic. Dzień był jasny, spokojny. Nie było milicjantów. Nie wiadomo, kto w końcu po raz pierwszy pokazał wała w kierunku nowego przybytku. Gabor? Alojzy? Wania? W każdym razie na pewno nie sam Rico. Kilku rozejrzało się niepewnie dokoła, milicji wciąż nie było, ani nawet przechodniów, choć zwykle jacyś dwaj-trzej przemykali się na horyzoncie, ktoś jeszcze w końcu to podchwycił, aż wreszcie kilku chłopa, w tym sam Rico, skierowali unisono ten sam obraźliwy gest w stronę nowego budynku.
– Parówiarze – wypierdalać! – krzyknął wtedy ktoś – nie wiadomo kto – Gabor? Alojzy? Wania? Peter? – na pewno nie sam Rico.
I zaraz rozpętała się lawina.
– Parówiarze – wypierdalać! – skandowała gromko grupka kumpli, coraz donośniej, z coraz większym przejęciem. Wśród gardłujących ten niecenzuralny okrzyk był sam Rico i to on z biegiem czasu zaczął wykazywać największą zapalczywość spośród zgromadzonych. Wybijał się, być może po raz pierwszy, wcześniej jeżeli czymkolwiek się wyróżniał, to być może jedynie samotnością doskwierającą mu częściej niż w przypadku innych, o ile to nie za duże słowa. Teraz krzyczał i jednoczył się ze wszystkimi w skandowanym haśle, a być może przede wszystkim jednoczył się po raz pierwszy sam ze sobą, zlewał w jedno swoją treść i formę, albo – jak kto woli – oblekał w formę jakiś brak. Nie wiedział, kim dokładnie są ci, którzy mają wypierdalać, jednak właśnie dlatego hasło mu się podobało – oni tu byli od dawna, a jednak nie znał ich, nie chcieli się ujawnić. To przede wszystkim miał im za złe. Niech wreszcie mają za swoje.
Krzykacze szybko jednak zorientowali się, że Dom Powiatowy wcale a wcale nie reaguje na ich zawołania. Tylko jakaś sprzątaczka, która wyszła na zewnątrz wyrzucić coś do kubła (jakby wewnątrz nie było ich po dostatkiem) była jakaś nerwowa i raz ich przycięła spode łba. Kilku przechodniów, którzy wreszcie pojawili się, widząc zbiegowisko, wyminęli je ze sporą niepewnością, jednocześnie starając się przy tym nawet ze sobą nie zamienić słowa. Przez moment wydawało się, że trzej pijaczkowie, którzy ustawili się w cieniu po przeciwnej stronie placu, przyłączyli się do manifestacji. Tak, czasem pojawiali się dawni bywalcy „Maliny”. Jakby nie przeszkadzało im w ogóle, że lokal już nie działa, jakby zapomnieli (o tym, że lokal zamknięto, albo o tym, że istniał kiedykolwiek). Stali przed zaplombowanymi drzwiami, za którymi królowały szczury + różne kurze i pleśni, tak jakby mieli na chwilę tylko wyjść z czynnej wciąż spelunki (albo z innej spelunki), aby się przewietrzyć. Z tą różnicą tylko, że na ogół pili denaturat, którego w „Malinie” nie podawano zza lady, ani nawet spod lady, bo właściciel, cokolwiek o nim nie myślała władza (a w niektórych, być może licznych aspektach, mogła się nie mylić) trzymał pewien fason. Wydawało się, że pijaczkowie wznoszą dłonie w geście solidaryzującym się z „demonstrującymi”, lecz trudno było rozpoznać, czy ten gest rzeczywiście do kogokolwiek się odnosi.
Po jakichś piętnastu minutach zaprzestali krzyków i rozeszli się. Rico był dość rozczarowany, ale podporządkował się spontanicznej decyzji o samorozwiązaniu tego jakże dziwnego zgromadzenia.
***
Kiedy rano przyszedł do szkolnego warsztatu w celu odbycia praktyk zawodowych, przed bramą już czekali. Dwóch cywili i jeden mundurowy, który okazał się kierowcą. Ci w cywilnych strojach wykręcili mu ręce i zawlekli do ciasnej furgonetki.
Po piętnastu minutach dojechali na komendę. Kazano mu wysiadać. Tajniacy nie skuli go, co więcej nie przytrzymali, a tylko szli blisko przy nim, na pozór nawet nie bardzo zwracając nań uwagę, jakby znaleźli się obok niego przypadkiem na jakiejś zatłoczonej ulicy, co było o tyle mało prawdopodobne, że za czasów ludu tłok się zwykle nie zbierał na ulicach miasta, nie licząc defilad, pochodów, kiermaszów urządzanych dla uczczenia chwalebnych rocznic, podczas których sprzedawano asortyment zazwyczaj niedostępny w sklepach, i innych uroczystości organizowanych przez ludowe władze. Tłok jednak zebrał się na korytarzu komendy milicji, czyli mówiąc ściślej: Powiatowej Delegatury Ludowej Straży Bezpieczeństwa Publicznego. Szybko szli przez korytarze i tłok tam się zrobił niemal jak na defiladzie albo nawet kiermaszu, chociaż nie było widać nikogo, kto by się trudnił sprzedażą jakichś rarytasów. Tylko zwykli stójkowi prowadzili skutych w kajdanki złodziejaszków, pijaczków, zbiegłych z domu małoletnich wąchaczy terpentyny oraz innych (przynajmniej względnie) pospolitych wymoczków. Prowadzono ich w kierunku schodów biegnących w dół do sutereny. Już z daleka schody te biły mrokiem i stęchlizną, podczas gdy sam wystrój głównego korytarza pod względem stopnia zadbania mieścił się w umiarkowanie dolnych strefach względnej przyzwoitości, co typowe było podówczas dla większości publicznych gmachów ludowego państwa. Oni jednak nie sprowadzili go w dół, lecz wskazali mu przeciwny kierunek. A więc w górę, najpierw jedno piętro, potem jeszcze drugie. Wtedy przypomniał sobie pewną rzecz. Często mówiono o „drugim piętrze” właśnie tego budynku, a mówiono o tym zwykle szeptem albo też z wisielczą ironią na ustach; ten ostatni sposób enuncjacji miał na ogół miejsce podczas mocno zakrapianych spotkań w zaufanym towarzystwie. „Znaleźć się na drugim piętrze” – to stało się z czasem w całym mieście obiegowym określeniem na wpadkę, zwłaszcza odkąd drugie piętro przestało być aż tak straszne, żeby paniczną trwogę wywoływała sama myśl o możliwości (choćby gorzkiego) żartowania zeń. Cały czas jednak było miejscem uchodzącym za najgorsze w całym Mieście Górniczym, a Rico właśnie znalazł się tam i musiał sobie jakoś radzić z tym faktem, choć niewiele mógł zrobić. Zaskoczyło go jednak, że w odróżnieniu od parteru, nie mówiąc już o tym, co zapowiadały schody do podziemi, było przestronnie, spokojnie i pustawo. Korytarze tego klasycystycznego budynku, niegdyś pałacyku jakiegoś judeo-austriackiego przemysłowca, były na wysokości drugiego piętra świeżo pomalowane, zachowano stiuki, zdobne żyrandole i inne elementy wystroju charakterystycznego dla czasów burżuazyjnych, wystroju, który skądinąd aż tak daleko nie odbiegał od poczucia estetyki bardziej oficjalnych warstw rządzącego ludu. Polecono mu zatrzymać się przed jednymi z drzwi, pozbawionymi, podobnie jak w przypadku innych drzwi na korytarzu, wywieszki identyfikującej zasiadającą w środku osobistość czy choćby wskazującej charakter i funkcję samego pomieszczenia. Naprzeciw drzwi, pod ścianą, znajdowała się ława, na której spoczął jeden z pary tajniaków, wyraźnie jednak odmawiając Ricowi przyzwolenia na podobne posunięcie ze strony jego ciała. „Stój tu” wykrzyknął i wskazał jakąś linię, którą naznaczył palcem w powietrzu, dokładnie pomiędzy ławą a drzwiami do pokoju. „Baczność i ani mi się ruszać!” – oznajmił surowym tonem. Rico usłuchał, przez moment tylko drobił stopami niemal niewidoczne kroczki w przód i w tył, żeby upewnić się, czy stoi dokładnie na linii, którą według interpretacji, jaką mu podsunął jego narząd wzroku, wyznaczył mu urzędnik Straży Bezpieczeństwa. I tylko lęk go ogarniał, czy miejsce, które wyznaczył za pomocą własnego wzrokowego odczytania gestu tajniaka, nie było przypadkiem o kilka czy kilkanaście centymetrów oddalone od miejsca, w którym rozkazujący służbista pragnął zobaczyć jego postać. Jednak służbista uznał, że polecenie zostało należycie wypełnione, albo po prostu nie był szczególnie pedantyczny. W międzyczasie drugi z tajniaków wślizgnął się do pokoju po uprzednim cichym trzykrotnym zapukaniu, na które nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Rico nie dojrzał nic, co by miało znajdować się w tej sali; wchodząc tajniak uchylił drzwi bardzo lekko, więc Rico musiałby bardziej wychylić się i zerknąć, co z pewnością było zakazane. Poza tym wolał nie wiedzieć. A więc trwał tak, wyprostowany na baczność, zesztywniały. Za jego plecami coś lekko szeleściło, wydawało mu się, że pilnujący go tajniak przegląda gazetę albo też rozwiązuje krzyżówkę, które to przybory (podówczas krzyżówki wydawano na ogół w odrębnych magazynach, wolno więc chyba użyć liczby mnogiej) pewnie wcześniej miał schowane za pazuchą płaszcza (ciekawe, czy w tej samej kieszeni, w której być może trzymał broń?). Istotnie służbista, lekko znużony całą sytuacją, rozwiązywał krzyżówkę, jednak Rico nie miał śmiałości odwrócić się, by się o tym przekonać. Miał przecież stać na baczność i obawiał się, że jakakolwiek niesubordynacja na drugim piętrze komendy musi wiązać się z bardzo ciężkim obiciem, podwyższeniem wyroku a może nawet zastrzeleniem na miejscu (nie widział co prawda, żeby tajniacy mieli broń ze sobą, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa gdzieś ją pochowali). Wybrał więc pozycję nieruchomą, w jakimś stopniu (w takim, w jakim można było mówić o zadowoleniu będąc na drugim piętrze Delegatury Powiatowej) był zadowolony z faktu, że ścisłe wykonanie rozkazu jest jednocześnie dla niego, choćby czysto fizycznie, najwygodniejszym rozwiązaniem. Bezruch mu zbytnio nie przeszkadzał, a myśli o tym, by przypadkiem się nie poruszyć, uwalniały go od większej grozy myślenia o tym, co czekać go może za chwilę. Niepokojem powiało, kiedy drugi z tajniaków wymknął się z tajemniczej sali; wcześniej nie było słychać na zewnątrz, żeby z kimkolwiek w środku zamienił jakiekolwiek słowa. Wyślizgnął się z pokoju w taki sam sposób, w jaki wślizgnął się do niego – nie otwierając drzwi na oścież. Wyminął Rica mówiąc mu tylko burkliwie „czekać tu” i zasiadł na ławce obok towarzysza. A więc Rico czekał, jak kazano.
Sytuacja zaczęła się poważnie komplikować, kiedy kątem oka dojrzał dwóch tajniaków nadchodzących z prawej strony korytarza. Ciekawe osobistości, jednak niebezpieczne. O ile tajniacy, którzy zatrzymali go, byli bardzo wysocy, a przy tym raczej szczupli, to tajniacy zmierzający korytarzem byli niscy, a przy tym bardzo otyli i zwaliści, te dwie ostatnie przypadłości ich ciała miały w tej sprawie zasadnicze znaczenie. Ricardo bowiem stał sobie pośrodku i nie ruszał się. No może nie „sobie”, lecz na wyraźny rozkaz pracownika Straży, jednak to nie usuwało do końca jego obaw. Panowie, zwłaszcza tężsi, mogli nie życzyć sobie jakichkolwiek przeszkód na swej drodze, zwłaszcza, że jak widział, idą środkiem, a zatem na pewno nie będą się zniżać do tego, żeby rozstępować się na widok podsądnego, czy też zbaczać w jedną z jego stron, w tym drugim przypadku w dodatku musieli minąć go gęsiego, gdyż nie było na korytarzu tyle miejsca, żeby dwaj tędzy osobnicy mogli przejść obok siebie idąc tylko jedną jego stroną, co byłoby dla nich zresztą z innych względów nie do końca komfortową sytuacją, zwłaszcza dla tego, który szedłby z tyłu – zapewne chciałby powetować sobie na Ricu doznane poniżenie. Być może ci, którzy go zatrzymali, wydadzą rozkaz, by usunął się z drogi w stronę jednej ze ścian (pytanie tylko której), być może jednak nie wydadzą rozkazu a obiją go (oni bądź ci grubsi strażnicy, albo wspólnie we czterech) pod pretekstem, że sam – nieokrzesany młokos bez śladu kindersztuby – z własnej inicjatywy nie ustąpił przejścia starszym i ważniejszym. A jednak – jeśli sam przepuści – bez wcześniejszego zwolnienia z rozkazu, aby stał na baczność w nieruchomej pozycji – czyż nie zostanie skarcony za niesubordynację? Ci, którzy go aresztowali, wciąż siedzieli na ławce, papiery za jego plecami jakby podwójnie szeleściły, a on tymczasem nie otrzymał żadnego polecenia usunięcia się z drogi, choć grubawi szpicle byli już tuż przy nim; niemalże czuł na sobie ich oddech. „A więc ustąpię czy nie ustąpię – i tak będzie tragicznie. Skatują mnie za brak szacunku albo za samowolne zwolnienie się z dalszego wykonywania wydanego rozkazu. Rzeczywiście, to Drugie Piętro, ziomkowie mieli rację. Na pozór wygląda ono dużo bardziej niewinnie, niż by się mogło wydawać, ale jednak nie ma wyjścia z tej matni”. Przez ułamek sekundy przyszło mu do głowy, że być może poza ustąpieniem z drogi i pozostaniem w nakazanej pozycji istnieje jeszcze jakieś inne wyjście, jakiś gest, który powinien wykonać, aby umknąć przed karą – być może właśnie takiego gestu odeń oczekują. Lecz nie był w stanie wpaść na żaden trop; serce, wcześniej stosunkowo spokojne, doznało ataku palpitacji, kiedy dwaj grubi urzędnicy byli już tuż przy nim, muskając go ramionami.
A jednak dwaj urzędnicy rozstąpili się. Niesamowite, a jednak to się stało! Jeden z nich, ten po lewej, jeżeli ma to znaczenie, wydał z siebie jakieś ciche sapnięcie przechodzące w jeszcze cichsze fuknięcie, jakby skarżył się, lecz raczej sam przed sobą, że oprócz ciężkiej pracy, jego niemłode i nie najsprawniejsze już ciało raz na jakiś czas musi omijać jakieś przeszkody. I to w dodatku przeszkody najniższej kategorii, przeszkody ulepione ze zwykłego guana (można by powiedzieć z „duchowego guana”, bo jednak podsądny obywatel w sensie materialnym nie był utworzony z kału, co chętni mogliby potwierdzić empirycznie bez większych szkód na osobie; jednak lud zwątpił w ducha, a skoro z materią nie było także w tym przypadku do końca jednoznacznie, zamiast jednego ze słów „materialne”/”duchowe” bądź ich obu na raz należałoby użyć właśnie słowa „zwykłe”; w dobie kapitału, który w ducha tak nie do końca nie dowierza słowo „zwykłe” powinno być zastąpione określeniem „masowe”).
Drugi z funkcjonariuszy ze swej strony przez chwilę przyjrzał się Ricowi i to nawet z pewnym tonem wyrozumiałości, tak jakby tonem dobrotliwego, choć po mieszczańsku surowego pedagoga starej daty chciał do niego powiedzieć „A cóżeś ty przeskrobał, mój młodzieńcze? I co teraz z tobą mamy zrobić? I na co ci to było?”.
Jak się okazało, nie było aż tak strasznie. Ale to go nie uspokoiło. Być może przesadą byłoby stwierdzenie, że uniknięcie skarcenia było dlań bardziej przerażające niż samo skarcenie, jednakże obawiał się trochę w głębi (…) – miało być w głębi ducha, lecz po dłuższym namyśle postanowiono ten ostatni wyraz wykropkować – że brak jakiegoś bezpośredniego okrucieństwa ze strony zatrzymujących niekoniecznie musi być pomyślnym znakiem. Być może na razie udając, że pewne rzeczy puścili mimo oczu i uszu, skrzętnie notują wszystkie jego występki, aby później wystawić rachunek z odsetkami.
– Proszę wprowadzić – wreszcie zza tajemniczych drzwi (dodajmy, jeśli kogoś to zainteresuje, że były to dość zwyczajne drzwi z drewna, pomalowane na kolor gorzkiej czekolady) odezwał się głos, tyleż stanowczy i donośny, co pozbawiony jakiegokolwiek surowego uniesienia, rzec by można pozbawiony wręcz cienia brutalności, a nawet przy odrobinie odwagi można by powiedzieć, że był on stosunkowo uprzejmy.
Sala przesłuchań była średnim, niezbyt małym, lecz niezbyt też dużym pokojem zastawionym, nie licząc jednej z czterech ścian, o której więcej za chwilę, sięgającymi sufitu regałami; większość półek była jednak pusta, na niektórych tylko stały segregatory z aktami, na ogół zakurzone, tudzież książki prawnicze i jakieś almanachy dotyczące wojskowości – większość w języku narodowym, parę po radziecku. Dominował wszędzie jasny brąz, nie licząc barw narodowych – błękitu i czerwieni, które zgromadziły się w dwóch miejscach, z których jednym (o drugim w swoim czasie) była podłoga, na której wyłożono dywan, barwiony właśnie w narodowe kolory. Rico, popchnięty przez służbistów został postawiony pośrodku tego dywanu, co wprawiło go w pewne przerażenie – kara za profanowanie barw narodowych wydawała się być prawdopodobna. Lecz ten strach nie pozbawił go całkiem ciekawości zlustrowania pokoju. W końcu po raz pierwszy w życiu poznaje się z autopsji coś, co dla wielu w mieście było symbolem otchłani – salę przesłuchań na Drugim Piętrze Delegatury Powiatowej Ludowej Straży Bezpieczeństwa Publicznego. Tu pozwólmy sobie zaznaczyć, że nie ma całkowitej pewności, czy rzeczony pokój pełnił oficjalnie funkcję sali przesłuchań, zwłaszcza że nie został w ten sposób wyraźnie określony, jednak przyjmijmy upraszczające założenie, że tak było.
Rico cenił w sobie, jak widać, jakieś obłąkańcze pragnienie, by poznawać, by zdobywać wiedzę, choćby w najbardziej niesprzyjających ku temu okolicznościach. Cóż mu po tym będzie, że dowie się czegoś na temat przedsionka jego kaźni, jeżeli być może niedługo w ogóle zginie, nie będąc w stanie z nikim podzielić się tą wiedzą, nie licząc może jakichś kilku innych zszarzałych z męki aresztantów, dla których te wszystkie szczegóły będą tyleż oczywiste, co jednak już całkowicie nieistotne? A jeżeli nawet przetrwa, czy komukolwiek o tym powie w sposób wystarczająco elokwentny? Wątpliwe! Tym większa jednak przejawiała się u niego wola desperackiej wiedzy, chociaż wiedział, że niestety inna potężna siła – lęk – głęboko go paraliżowała.
Cztery strony sali albo sześć, jeżeli uwzględnić sufit i podłogę – ileż tu było do poznania!
Te strony, które mogły być potencjalnym przedmiotem mniej albo bardziej desperackich eksperiencji, dzieliły się na strefę względnie zakazaną i strefę całkowicie zakazaną. Do strefy względnie zakazanej należało zaliczyć podłogę, sufit oraz ściany, które znajdowały się po jego boku, tudzież za nim. Nie tak wiele mógł powiedzieć o tych okolicach, gdyż względny zakaz, na tym polegający, że nie powinien raczej oglądać się za siebie i rozglądać na boki, tudzież zadzierać nosa do góry i spuszczać go na kwintę, uniemożliwiał mu swobodną eksplorację. Udało mu się wszakże odnotować, że pokój generalnie jest dość schludny, kolorystyka jasnobrązowa (nie licząc wtrętów narodowych), głównie za sprawą regałów oraz boazerii; po przeciwnej stronie do drzwi było okno, pojedyncze, nie zakratowane, choć na tyle małe, że nikt nie zdołałby przez nie wyskoczyć. Okno wychodziło na podwórze, z którego wiele nie zobaczył, zmuszony ograniczyć przesunięcia swego ciała do niemal niewidocznych, lekko drżących ruchów głowy. Początkowo było dlań nader zadziwiające, że mimo tak skąpego dostawcy słonecznego światła, jakim było okienko wychodzące na podwórze, w sali przesłuchań jest dość jasno; wkrótce jednak zagadka wyjaśniła się: tuż nad nim wisiała lampa, której nie wszystkie żarówki były zapalone, jednak te dwie trzy, które pozostały, dawały nienajgorsze oświetlenie.
Hierarchia tych zakazów była osobliwa i był to kolejny z pozornie niegroźnych i niemal niezauważalnych tricków, które stosowała Ludowa Straż Bezpieczeństwa, a które jednak zamykały delikwenta w beznadziejnym potrzasku: Otóż wszystkie strony, na które – z uwagi na to, co się tam znajduje – dałoby się spojrzeć relatywnie spokojnie, były objęte owym względnym zakazem – aresztant miał obowiązek zwrócić wzrok w inną stronę, a widoczne naruszenie rzeczonego obowiązku mogłoby zostać uznane za bardzo groźny występek, być może grożący natychmiastową, bolesną dla ciała reprymendą. A ta strona, w którą spoglądać nakazano, była strefą absolutnie zabronioną, była strefą śmierci.
A po tej właśnie zakazanej stronie biło w oczy ogromne godło Ludowo-Socjalistycznej Republiki Słowanii. Przedstawiało białą kurę na tle niebiesko-czerwonym. Owa kura była od prapoczątków symbolem słowańskiej państwowości. Legenda mówi, że właśnie biała kura wskazując ruchem dzioba właściwą drogę odwodu wybawiła księcia Radosława z zasadzki nieprzyjaciół, a następnie zawiodła go na Błękitną Polanę, gdzie założył swój mocarny gród. Co ciekawe, o ile legenda o kurze (a nie innym ptaku) opowiadana jest słowańskiej dziatwie od przedszkolnych czasów i tak było zawsze, czy to rządziła burżuazja, czy to lud czy kapitał, to jednak oficjalnie ptaka na godle określa się mianem orła, choć sam wygląd wskazywałby właśnie raczej na kurę, której jednak dodano trochę patosu, przydając jej nieco cech orłopodobnych – jak to dorodny dziób, takież szpony i względnie mocarne rozłożyste skrzydła. Również godło za czasów słowańskiej niepodległości nie przeżywało nadzwyczajnych zmian, chociaż niektórzy zwolennicy różnych frakcji politycznych nie zgodziliby się z tym stwierdzeniem, uważając tę czy inną modyfikację za hańbiącą, choćby wydawała się drobna – podchodząc do rzeczy czysto wizualnie. I tak władza ludu odebrała kurze czy też orłowi (pozostawmy tę sprawę do rozstrzygnięcia bardziej uczonym egzegetom) berło i koronę, umieściła zaś nad jego głową czerwoną gwiazdę. Był to, można powiedzieć, istotnie jakiś przebłysk myślenia materialistycznego – popełniono wprawdzie oczywisty błąd, sugerując że ciało niebieskie może być pięcioramienne i czerwone, zwalczono natomiast jeszcze większy przesąd, który sugerował, jakoby ptak (czy to kura, czy orzeł) władny dzierżyć jest koronę oraz berło.
Lecz nie godło, choć ogromnych rozmiarów, spowodowało, że Rico bał się patrzeć w tę stronę, choć jednocześnie czuł, że jest to nakazane, ale biurko znajdujące się poniżej tego godła, a będąc jeszcze bardziej precyzyjnym – mundurowy, który siedział za rzeczonym biurkiem. Dość zwalisty, z pagonami majora, co świadczyło o wysokiej randze, Ricardo nie był jednak aż tak przeczulony na swym punkcie, by pomyśleć, że skoro wyznaczono majora, to władze jego sprawę uznały za poważną. Myśl, że najpewniej nie jest tak, nie była jednak dla niego szczególnym wybawieniem.
Powiedział na początku „dzień dobry” tej postaci, tak przynajmniej mu się wydawało, bo gardło stało się napięte i coś w nim bulgotało, kiedy miał te słowa wypowiedzieć, a co gorsza w głowie coś tak zawirowało, że cudem okazało się utrzymanie pionu, a już obserwacje, których rozpaczliwie dokonywał w granicach możliwości, na moment zupełnie trafił szlag. Tak więc nie jest pewny, czy w ogóle bąknął cokolwiek, tym bardziej, że postać w mundurze nie odpowiedziała werbalnie, choć skinęła głową. „Salutować” – krzyknął wtedy jeden ze strażników, co też Rico mechanicznie uczynił. „Spocznij” – rzucił jakby do siebie, od niechcenia, mniej więcej po minucie od wykonania rozkazu przez zatrzymanego, mundurowy, którego od tej chwili mamy wszelkie podstawy tytułować majorem. Rico zastanawiał się, jak wykonać komendę. Oczywiście zdjął dwa palce ze skroni i pozwolił dłoniom zwisać w miarę swobodnie, choć na szczęście bez zdrożnego rozgardiaszu ruchów. Gorzej było z nogami, domyślał się, że musi rozluźnić trochę pozycję, lecz wcale nie było to wygodne. „Mało prawdopodobne, żeby major, siedząc za biurkiem, z lekką pochyloną głową, zwrócił uwagę na sposób rozstawienia stóp zatrzymanego, być może jednak zna jakieś dobre metody, poza tym mogą to łatwo zauważyć dwaj tajniacy, którzy stoją tuż za jego plecami, wyglądają na ostro nadgorliwych” – myślał sobie Rico; na szczęście udało mu się przypomnieć, jak wykonywał komendę „spocznij” w szkole podstawowej podczas akademii i zajęć kultury fizycznej, co prawda nie wykonywał jej wówczas w sposób absolutnie wzorowy, (jak to zwykle w życiu) byli lepsi, ale zapamiętał samą zasadę – należało rozluźnić mięśnie nóg i wysunąć lekko prawą nogę do przodu – tak uczynił, chociaż z tym rozluźnieniem nie do końca sprawa się udała.
– Więc jak się nazywa nasz dywersant? – zapytał major, po dłuższej chwili milczenia niby w trzeciej osobie, a jednak w taki sposób, ze oczywistym adresatem był nieszczęsny Rico.
– Odpowiadaj, gnoju – odrzekł na to jeden z eskortujących go tajniaków, kiedy rozstrzęsiony Rico nie mógł się zebrać do jakiejkolwiek składnej odpowiedzi.
– Hm, Ricardo Leon Herc – udając, że nie zauważa ponaglenia, jakie strażnik rzucił pod adresem więźnia, bardzo spokojnym tonem, sam sobie odpowiedział major zaglądając w papiery, jednak w sposób tak bardzo mechaniczny, iż było niemal pewne, że przeczytał je wcześniej. – A więc cóż to za działalność wywrotową wyprawiałeś Herc wczoraj pod siedzibą Domu Powiatowego?
Łatwo byłoby napisać, że Rico nie był w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek komunikatu. Jednak o ile strach, który w sobie nosił niestrudzenie, na początku zwyczajnie go sparaliżował, to dodatkowa porcja strachu, którą wzbudziła myśl, że w przypadku braku odpowiedzi może zostać to potraktowane jako brak szacunku dla przesłuchującego (co zapewne skończy się bardzo ciężkim obiciem) albo – co gorsza – jako przyznanie się do winy, co może pociągnąć za sobą jeszcze gorsze, a w każdym razie dużo bardziej długoterminowe (o ile nie zostanie wymierzona kara śmierci) konsekwencje, zadziałała w tym przypadku (sam nie wiedział, jak to się udało) jako „motywator”, posługując się żargonem psychologii, który nie był jeszcze modny w czasach ludu, ale rozplenił się w czasach kapitału i każdy chyba, nawet niechętny nowomowie, powinien wiedzieć, o co chodzi.
Co zatem zmotywowany tym motywatorem nieszczęsny Rico odpowiedział majorowi?
– Przepraszam, zupełnie bez powodu wygłupiłem się jak kompletny gnojek.
– Naprawdę nie jestem żadnym dywersantem! Przysięgam, towarzyszu majorze, nie miałem żadnych zdrożnych myśli!
Są to dwie z możliwych odpowiedzi. Gdyby byli obecni na Sali Przesłuchań jacyś uczeni egzegeci, wiele godzin na pewno by spierano się, która z nich padła z ust zatrzymanego. Rico natomiast oznajmił majorowi coś, co zawierało w sobie treść obydwu tych wyjaśnień, a może nawet coś więcej, jednak to wszystko z powodu znacznej mimo wszystko presji zarówno całej sytuacji, jak i jego własnego organizmu sprowadziło się do nieskładnych, drżących strzępów zdań.
– I to syn robotnika – wykrzyknął major z emfazą; nie wysłuchawszy zbyt dokładnie bełkotliwych wyjaśnień przesłuchiwanego. I w dodatku wnuk robotnika – dodał to już tonem bardziej obojętnym. Wiesz, że twój ojciec i twój dziadek byli Bohaterami Pracy Socjalistycznej, a ojciec twój poległ na roboczym posterunku.
To ostatnie major, jakże opanowany na początku, powiedział szybko i wyraźnie, a przy tym całkiem beznamiętnie, w sposób pozbawiony emocji. Niczym katarynka. W szczególności wyrażenie „bohater pracy socjalistycznej” zlało się w jego ustach w jedną wielką zbitkę, choć z natury major dykcję miał wyraźną. Brzmiało to wszystko, jakby wygłaszał oklepane pojęcia w sposób dość swobodny, a może nawet skrycie ironiczny. Co Rica przez moment zainteresowało, nie mówił do niego „wy”, jak ponoć mawiało się w najbardziej poważanych urzędach Ludowo-Socjalistycznej Republiki. „Czy to dlatego, że miano „wy” było wyróżnieniem, na jakie może zasługiwać tylko uczciwy obywatel – a byłby to zły znak – czy też znaczy to, że major podchodzi mało rygorystycznie do swych obowiązków – mógłby to być dobry znak, chociaż wcale nie musiał – czy też – trzecia opcja – po prostu praktyka językowa w urzędach Ludowo-Socjalistycznej Republiki nie jest tak sformalizowana, jak mogłoby się wydawać – co nie byłoby wyjściowo ani dobrym, ani też złym znakiem”. Nie potrafił wybrać najbardziej przekonującej spośród wyżej wymienionych alternatyw i tym bardziej był niepewny co do swego losu.
– No więc jak, Panie Herc (hm, teraz przeszedł na Pan, burżuazyjne Pan, co było ewidentnie arcy-ironiczne, choć jednocześnie sam ton głosu był w sposób wystudiowany poważny i uprzejmy). Mówiliście coś (a więc teraz z kolei pojawiło się „wy” – czy w tym jest w ogóle jakiś sens?), o ile górnolotnie można to nazwać ludzką mową, że to, co wygłaszaliście podczas nielegalnego zgromadzenia, było tylko wybrykiem. Ale wybryk ma, a co najmniej rzadziej albo częściej, ale raczej częściej, przynajmniej według urzędowych statystyk, miewa swoich prowodyrów. Gdybym więc zapytał się, który z kompanów was do tego wszystkiego sprowokował, prędzej czy później, być może zaraz, a może dzisiaj w nocy, w każdym razie nie później niż jutrzejszego ranka, wyszczekalibyście jakieś imię i nazwisko. A jeżeli okazałoby się, że zbyt dobrze nie znaliście swych kompanów i przekręcilibyście dajmy na to nazwisko, a ja wymieniłbym nazwisko prawidłowe i zapytał, czy o tego chodzi, na pewno byście potwierdzili, usprawiedliwiając się zwykłym przejęzyczeniem. A inni Herc, zachowają się dokładnie tak jak wy. Phe, zachowają się. Niektórzy już zdążyli się zachować. Jeden z nich oświadczył, że prowokatorem był niejaki Rico Hun. Znacie może go? Na razie nie znaleźliśmy takiego nazwiska w kartotece, a młodsi oficerowie są w trakcie czynności sprawdzających. Trzeba oficjalnie zbadać każdą z opcji. I nie żądaj Herc ode mnie, do kapralskiej kurwy!, żebym ci powiedział, kim jest Rico Hun, albo żebym ci potwierdził, że zeznania jego dotyczące uważam za niewarte funta kłaków. Objęte jest to wszystko tajemnicą śledztwa. Nie pamiętam już też, czy ja użyłem, albo czy może wy użyliście w swojej gadaninie słowa „zgromadzenie”. Zgromadzenia powyżej osób dwunastu, jak również wszystkie zgromadzenia polityczne, są zgodnie z obowiązującym prawem nielegalne, o ile właściwy urząd nie wyda na to zgody na wniosek organizacji społeczno-kulturalnej. No a wy nie byliście organizacją, a w każdym razie nie organizacją kulturalną ani też społeczną. Wiem, nie było was dwunastu, i tu mogę was uspokoić, że Straż Bezpieczeństwa umie liczyć poprawnie. A więc czy z kolei to było zgromadzenie polityczne? Zapytajcie mnie jeszcze, a zezłoszczę się! Różnie to można widzieć Herc. Naprawdę bardzo różnie. Mogło to być spontaniczne spotkanie grupy obszczymurków, którzy słowo „polityka” ledwie znają, a w każdym razie na pewno go nie rozumieją. Nie pytajcie mnie tylko, czy stwierdzę, że tak było. Jeżeli jednak pojawiają się nazwiska prowokatorów, to już trudno jest o zebranie grupy prowokatorów, przed publicznym budynkiem, bez zamiaru dokonania prowokacji o charakterze politycznym. Zwłaszcza jeżeli w materiałach znajdą się zeznania, z których może wynikać, że każdy jest współwinny sprawstwa kierowniczego. Rozumiecie mnie? W każdym razie w ten sposób z byle gówna może skroić się sprawa bardzo poważna. Rozumiecie?
– Tak jest, Panie majorze – odpowiedział cicho i pokornie.
– Że co? – odpowiedział major – tym razem tonem dość krzykliwym.
Oficer wstał i zrobił parę kroków w jego stronę. Wtedy właśnie ukazał mu się w całej swojej postaci. Był to mężczyzna dość wysoki, rozłożysty w ramionach, z lekkim brzuchem, lecz nie bardzo otyły, większość objętości jego ciała nie poszło w tłuszcz, ani nawet w mięśnie, ale raczej w kości – wielkie, twarde, potężne. Taka też była według wszelkich oznak prawdopodobieństwa jego czaszka, która zgodnie z prawami anatomii stanowiła rdzeń głowy – okrągłej, ciężkiej i masywnej. Tak właśnie wyglądało wielu możnych, których wcześniej widywał gdzieś w przelocie, zwłaszcza na ekranie. Pięści miał dorodne, a bujne owłosienie sięgało niemal do nasady palców. Wszystko to doskonale pasowało do sztandarowego wizerunku oprawcy ze Straży Bezpieczeństwa. A jednak wyraz twarzy był dosyć specyficzny – zwłaszcza te duże błękitnawe oczy…ich specyficzne spojrzenie – tak naprawdę zresztą spojrzenie nie wynika ze świadomych bądź nieuświadomionych intencji posiadacza oczu, w takim stopniu, w jakim wielu jest skłonnych w to uwierzyć. Czasem już sama wielkość, sama barwa oczu wywierają wrażenie, na podstawie którego wdajemy się w interpretacje na temat charakteru spoglądającego, podczas gdy taki a nie inny wyraz oczu ów spoglądający zawdzięcza jedynie prawom dziedziczenia. Major miał, jak się rzekło, oczy duże i błękitne (albo błękitnawe), przypominały trochę oczy dziecka, w sposób inteligentny a jednocześnie z pewną dozą oczywistej bezradności wpatrzonego w świat. Czy te oczy mogły kłamać? Mógł to być jeden ogromny psikus, jaki natura wyrządziła majorowi, gdyż, przynajmniej jak może wydawać się na pozór, nic z niewinnego dziecka mieć nie mógł oficer polityczny Ludowej Straży Bezpieczeństwa.
Specyficzny był również wyraz jego twarzy, nie mający w sobie nic z klasycznej wyniosłości rządowego baszy. Był bardzo skupiony, powściągliwy, chłodny, lecz nie lodowaty. Przypominał raczej oblicze dżentelmena zasiadającego w dziewiętnastowiecznym ministerstwie spraw zagranicznych. Rico widział jakoś przelotnie serial kostiumowy o perypetiach uczuciowych brytyjskiego urzędnika kolonialnego i wyraźnie w twarzy majora odnalazł coś z majestatu głównego bohatera filmu. Atletyczna postura, dziecięce oczy i oblicze, dziwnie jest to przyznać, oficjela z epoki, w której rządy sprawowała burżuazja albo wręcz głowy koronowane... To wszystko było sprzeczne ze sobą, a dodatkowo fakt, że te trzy cechy wyglądu skupiały się w osobie pełniącej funkcję majora Ludowej Straży Bezpieczeństwa wzmagał jeszcze wrażenie dziwnego dysonansu. A jednak głębsze przyjrzenie się odkrywało subtelną i zarazem niewytłumaczalną harmonię, która wprawiła Rica w lekkie oszołomienie.
Major stał naprzeciwko niego, spoglądał na niego nieco z góry (był jakieś siedem centymetrów wyższy). Mimo całej admiracji, którą Rico właśnie zdążył nabyć, nic nie mogło do końca przesłonić jego świadomości, że skoro major się podniósł, zaraz dojdzie do kaźni, której będzie ofiarą, a przynajmniej przedmiotem – jeżeli chcemy unikać nadmiernie patetycznych słów, takich jak „ofiara”.
Świadomość ta spotęgowała się zwłaszcza w momencie, w którym major uniósł do góry swoją dłoń.
„Będzie lanie w mordę” – pomyślał Rico, wszyscy przecież wiedzieli, że milicja leje, a zwłaszcza milicja polityczna. Pytanie tylko, jak mocno dostanie.
Czy wytrzyma?
Jednak major nie uderzył go, a tylko dosyć mocno, ale nie tak żeby to było samo w sobie nie do wytrzymania, uścisnął dłonią jego prawe ramię.
Major zauważył, że pod powierzchnią spodu jego dłoni tkwi jakaś masa skóry, kości i – w mniejszym stopniu – mięśni, stwardniała niczym kamień. A jednocześnie ta masa lekko drży, a jeżeli by się przyjrzeć dokładnie drżenie to jest jeszcze silniejsze, jeśli przejdzie się aż do krańców ręki wyrastającej z rejonu, na którym major położył swoją grabę .
– Co jesteś taki spięty? Zesztywniałeś. I po co ci się wszystko tak rusza. Na co ci to? Chcesz się mocować?
– Mięso jesz? – spytał major w chwili, kiedy Rico zaczął powoli wydobywać z drżących (nie wiedział już, czy ze strachu, czy też z uwielbienia) warg jakiś cichy brzdęk, który być może mógł się dalej przerodzić w merytoryczne wyjaśnienia; major jednakże najwyraźniej nie chciał na to czekać.
– Zdarza się, towarzyszu majorze.
– A chałkę z marmoladą zajadasz? Zdarza się od przypadku?
– Nie przepadam, towarzyszu majorze.
O rany! Zdołał odpowiedzieć już na dwa pytania i major nie zareagował jak na razie! Być może jakoś idzie. Oby jeszcze nie było ich tak dużo.
– W piłę grasz?
Rico chciał coś powiedzieć, ale znów nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Wiedział co prawda, że być może w ten sposób kręci sobie pętle na szyję. Sam nie miał pojęcia, w jaki sposób udało mu się wydać z gardła dwie jako tako składne odpowiedzi i brak szczególnej reakcji ze strony „towarzysza majora” wydał mu się raczej pozytywną oznaką, chociaż oczywiście zdawał sobie doskonale sprawę, że może się mylić i to grubo. Przez moment zastanowił się jednak, która odpowiedź może być właściwa i w ten sposób popadł w dylemat nie do rozstrzygnięcia, co odebrało mu kompletnie mowę. Z jednej strony, odpowiedź pozytywna mogłaby postawić go w korzystnym świetle – przypomniał sobie zeznania naocznych świadków na temat optymistycznej, wysportowanej młodzieży hasającej po przestronnych salach Domu Powiatowego. Lecz musiałby to jakoś udowodnić, a w rzeczywistości w piłkę raczej nie grywał – w szkole podstawowej robił czasem za bramkarza, ale puszczał nawet najbardziej szmaciane uderzenia, a na innych pozycjach radził sobie jeszcze gorzej. Poza tym kto zaręczy, że zeznania świadków nie były żartem bądź fatamorganą. Poza tym „gra w piłkę” w ustach „towarzysza majora” mogła być podstępną aluzją do jakiejś działalności spiskowej; być może przebiegły oficer chciał go wpuścić w maliny. Poza tym „towarzysza majora” – no właśnie – użył tego zwrotu machinalnie, całkiem bezrefleksyjnie, kiedy jednak to przemyślał chwilę dłużej, w jego głowie powstały dalsze wątpliwości, przed którymi w żaden sposób nie był w stanie się opędzić. Czy „towarzysz” nie jest zwrotem, którego używać mogą tylko partyjni? Trzeba przyznać, że w życiu codziennym zwrot ten był w jego czasach dość rzadko używany i wbrew temu, że w państwie od lat ludowym i socjalistycznym kwestia ta powinna być całkiem oczywista, nie był pewien, jaki jest zakres jego właściwego używania, a zwłaszcza w czyich ustach jest on właściwy. Być może więc lepsze byłoby wciąż powszechne w Słowanii, neutralne i uprzejme „Pan”? Lecz czy to nie było zbyt burżuazyjne? Co prawda sam major nazwał go w ten sposób, a więc skoro Panem został nazwany człowiek niższy to tym bardziej winna jest tego typu uprzejmość człowiekowi wyższemu. Jednak major zrobił to w wyraźnie ironiczny sposób, być może zresztą przy okazji podchwytliwy albo wręcz pogardliwy. Pozostawał jeszcze bardzo neutralny i całkiem ładny „obywatel”. „Obywatelu majorze” – to byłoby może najwłaściwsze. Jednak ani razu nie usłyszał wyrazu obywatel z ust majora, być może zatem nie było to właściwe, być może jakiś czas temu „obywatel” (w liczbie pojedynczej albo innej) popadł w urzędową niełaskę. Mimo tych oporów prawie przekonał się do obywatela, jednak zaczął już od towarzysza i bał się, że nagła zmiana przyjętej formuły może sprawić wrażenie, że usiłuje kluczyć, kalkulować i ma nieszczere zamierzenia względem władzy. Co prawda władza udowodniła mu, że stosuje sporą dowolność w stosowaniu zwrotów, jednak – jak mawiało popularne w okolicach porzekadło – „co wolno szeryfowi, to nie byle kmiotkowi”. Można było mieć wątpliwości, czy to porzekadło nie straciło na aktualności wraz ze zmierzchem epoki burżuazji, jednak o ile od czasów ludu „byle kmiotek” uzyskał (niemal) pełne prawa, to jednak nie każdy z „byle kmiotków” tak po prostu mógł się stać szeryfem.
– Kajakarstwo uprawiasz? – pytał dalej towarzysz/Pan/obywatel, w każdym razie „nie byle kmiotek” major, nic nie robiąc sobie z niemoty, która po raz kolejny ogarnęła przesłuchiwanego.
– A w szachy chociaż umiesz grać?
– Nie… Panie… towarzyszu majorze… nie potrafię, zapiszę się do szkółki… słyszałem, że są ciekawe zajęcia dla młodzieży... takie... ładne...
– Nic nie uprawiasz, mięso jesz tylko od przypadku, a mocować się chcesz. Pękniesz!
– Pękniesz – powtórzył major po raz wtóry – tym razem bardziej dobrotliwie.
„Pękniesz, pękniesz” – to tylko rozbrzmiewało w głowie Rica. Ta cała sportowa, a do pewnego stopnia i wojskowa retoryka. Wszystko to, chociaż w sposób nie do końca jasny, zmierzało do jednego. Czyli co? „Czyli pęknę. Czyli teraz...” – oczekiwał na cios, a całość enuncjacji majora była tak bardzo tajemnicza, że w głowie Rica zagościła beznadziejna rozterka. Z jednej strony uważał, że niemal lepiej by było, gdyby dostał w mordę, byle nie za mocno, bo byłby to przynajmniej jasny układ zdarzeń, a tak nie wie, czego się spodziewać po całej sytuacji. Z drugiej jednak strony ciało bało się. Kilka kwestii było też do wyjaśnienia, od nich zależało jego stanowisko w sprawie tego, na ile straszne byłoby zostać obitym. Jeżeli by dostał po prostu kilka razy po twarzy, mógłby przyznać, że w pewnym sensie na to zasłużył, udzielając pokrętnych wyjaśnień majorowi. Zresztą w dzieciństwie, choć był dzieckiem spokojnym, introwertycznym i nie prowokował konfliktów, jak też na ogół udawało mu się nie być prowokowanym przez nikogo, parę razy mniej albo bardziej przypadkowo oberwał, więc doświadczenie takie nie było mu całkowicie nieznane. Jeżeli biłby tylko major, jakoś by to przebolał. Co jednak z dwoma tajniakami? Stojąc naprzeciw majora, ani przez chwilę nie śmiał się odwrócić, nie uczyniłby tego, nawet gdyby mu oznajmiono wiarygodnym tonem, że sporadyczne odwrócenia się w kierunku przeciwnym do przesłuchującego nie są zabronione. Zza pleców biła jedynie głucha cisza. Na pewno nie mogą przecież rozwiązywać krzyżówek, zresztą nie słyszał żadnego szelestu towarzyszącego zwyczajowo przewracaniu kartek. A jeżeli obiją go za pomocą jakichś metalowych przedmiotów? Łomu, łańcucha, kolczatki, tłuczka na mięso, kawałka drutu kolczastego, piły do żelaza? Jak to zniesie? Co prawda nie zauważył żadnych znaków wskazujących na to, aby dwaj panowie dysponowali takimi przyrządami, jeżeli jednak nawet nie mieli ich ukrytych za pazuchą – jaki był problem wyczarować je dla urzędników Straży Bezpieczeństwa – tych smutnych, małomównych, a jakże przecież cudownych prestidigitatorów?
– Pękniesz – powtórzył major jeszcze raz, po raz wtóry kładąc mu dłoń na ramieniu w niezbyt mocnym uścisku, oczywiście trudno było go nazwać delikatnym, lecz w każdym razie nie był nie do wytrzymania.
– Wyprowadzić! – zakomenderował.
Drżał. Nie tak jak ktoś mógłby pomyśleć, nie tak jak on sam mógłby pomyśleć, nie tak nawet jak w tamtej chwili jemu samemu wydawało się; ale drżał. Do dziś jeszcze coś niecoś pamięta z tego drżenia. Lecz nie jest to w jego wspomnieniach najważniejsze. Czym w takim razie było to, co najbardziej szokuje teraz Rica, co najbardziej obciążyło jego pamięć i spowodowało, że epizod ten urósł do miana najbardziej traumatycznego wydarzenia w jego życiu?
Chodziło o to, że Rico po jakimś czasie uświadomił sobie, że major był jedynym człowiekiem w jego życiu, wobec którego czuł niezaprzeczalny szacunek, jedynym, który był piękny pięknem pełnym i skończonym.
A dokładniej po raz pierwszy uświadomił to sobie (choć jeszcze niewyraźnie, zbyt dużo było bezpośrednich wrażeń), kiedy trafił już do sutereny, gdzie znajdował się areszt. Co nadzwyczaj ciekawe, bardzo szybko minęła mu ta droga w dół, za bardzo był jeszcze pod wrażeniem majora i miał całkowity mętlik w głowie, ale co w ogóle najdziwniejsze i do czego zapewne niechętnie by się przyznał ani przed samym sobą ani przed kimkolwiek, w jego odczuciach była niemała doza ekstazy – choć być może ze wstydu przed faktem tego doznania, zwłaszcza w tamtym momencie, a nie tylko przed pretensjonalnością słowa, którym to doznanie jest nazwane, nigdy w życiu wyrazu „ekstaza” nie używał. A więc ta wielka, straszna Odyseja minęła we względnym okamgnieniu, czym się zarówno martwił, jak i cieszył.
Bardzo dziwne też, ale w celi poczuł się nienajgorzej, przynajmniej na początku. Być może przez relatywną ciemność i ciasnotę, która powodowała, że za bardzo nie mógł się rozglądać dookoła, czuł się dość swobodnie, jakby w jakimś schronieniu, niby w łonie.
Cela miała cztery metry kwadratowe powierzchni, poza ścianami, sufitem i podłogą, które to części składowe wydają się względnie oczywiste (względnie, bo w niektórych miejscach niektóre gatunki osobników przetrzymywane są w klatkach albo skrzyniach), składała się z wąskiego łóżka o metalowej ramie, na sprężynach – niezbyt wygodnego, zwłaszcza że niektóre ze sprężyn raczyły sobie najzwyczajniej w świecie powyłazić, a materac był cienki, wypchany nierównomiernie rozłożonymi pakułami – przez co w jednym miejscu był bardziej miękki, w innym twardszy. Naprzeciwko łóżka stał wąski zydel i stolik – niewiele większy rozmiarami od taboretów, które znał z rodzinnej kuchni. Tuż obok stolika znajdowała się z kolei mała umywalka. To ostatnie urządzenie poddał zrazu ostrożnej eksploracji. Kurek z ciepłą wodą był zamknięty na dobre, z tego z zimną woda kapała dość niespiesznie, z braku zatyczki niemożliwe było zebranie dostatecznej ilości cieczy, by jako tako się obmyć, zresztą trwałoby to niezmiernie długo, w tym czasie do celi mógłby wejść na przykład jakiś siepacz albo strażnik, zaś Rico uznał za wysoce niewskazane, by ktoś taki ujrzał go przy ablucji – nie miał pewności czy była dozwolona. Zdołał jednak nabrać trochę wody w dłoń, dzięki temu mógł przynajmniej zwilżyć usta oraz przetrzeć czoło. O ile z kranu ciecz kapała bardzo powoli, to w sposób trudny do pojęcia, na wysokości kolanka, tuż pod umywalką pozwoliła sobie na całkiem szybkie tempo, kapiąc i kapiąc na podłogę, niezależnie od tego – jak zdążył zauważyć – czy kurek był odkręcony czy też nie. „Ciekawe, czy obciążą mnie w ten czy inny sposób za to marnotrawstwo...”. W kącie celi stał sedes pozbawiony klapy, ział z niego, nie dziwota, swąd fekaliów, na szczęście względnie mało intensywny, zlany z mdłym odorem jakichś środków czyszczących.
– Jak w pałacu – powiedział Rico pod nosem. Trudno nam stwierdzić, co tutaj miał na myśli. Można jedynie wskazać pewne tropy natury historycznej: Kiedy instalowała się ludowa władza, w całym mieście poszła plotka, że we wszystkich dzielnicach, nie tylko burżuazyjnych, lecz również w co lepszych osiedlach robotniczych, będą demontować klozety jako reakcyjny, mieszczański wynalazek. Nikt co prawda nie doświadczył osobiście tego, żeby komuniści wymontowali klozet z jego domu, ale każdy słyszał, że komuś to się przytrafiło. Poszła również fama, trudno mówić, na ile było w niej prawdy albo chociaż sensu, że skonfiskowane kible trafiły do „możnowładców” i obiektów przeznaczonych dla „specjalnych gości”. Raz na jakiś czas powtarzano jeszcze te plotki przy różnych towarzyskich okazjach, chociaż, jako że kibli w mieszkaniach nie ubywało, wydawało się, że ojczulek czas odsądził od czci i wiary te reakcyjne pogłoski. Być może jednak Ricardo coś takiego zasłyszał i uznał się z głęboką autoironią za „specjalnego gościa”, o ile wręcz nie za „możnowładcę”.
A jednak mimo wisielczego humoru i początkowo w ogóle nienajgorszego samopoczucia, dopadła go trzęsawka, kiedy usiadł na krawędzi pryczy tuż pod trzydziesto-watową żarówką, która całkiem naga zwieszała się z sufitu, dając mu w skąpej ofierze jedyne źródło światła. Zdjął z siebie robotniczą bluzę, w której był na warsztatach, i został w samym podkoszulku. W celi panowała duchota. O ile jednak zzucie z siebie przedmiotowej bluzy uchroniło go nieco przed rzeczoną duchotą, to siedząc w samym podkoszulku (szarej barwy), patrząc na swoje szczupłe, skąpo owłosione przedramiona, a następnie na swoje szczupłe kolana – (spodni nie zdjął, a jednak kolana, widziane przez drelichowy materiał, wydały mu się jakby bardziej nagie niż zazwyczaj), miał pełne przerażenia poczucie doskonałego przystosowania się do więziennej przestrzeni, wrażenie pełnej symbiozy swego ciała z betonowymi ścianami, tudzież niewygodnym metalowym leżem. Czyżby miał stąd nie wyjść?
Usłyszał jednak niewyraźny szelest i zaczął się zastanawiać, czy to odgłos tarcia, które wywołał jeden z jego butów w zetknięciu z betonową posadzką, czy też dźwięk ten wywołał jakiś gryzoń buszujący w ciemnych rewirach pomieszczenia. Schylił się i zaczął pełzać po posadzce nasłuchując, czy na terenie celi nie znajduje się przypadkiem jakieś zwierzę bądź też jego gniazdo. To poszukiwanie mające jakiś celu trochę zmniejszyło jego lęk, chociaż też niosło ze sobą pewne zapytania, na które nie sposób było udzielić w pełni jednoznacznej odpowiedzi (np. jaki stosunek zająć do zwierzęcia, jeżeli rzeczywiście pojawi się na terenie celi; zadał też sobie jeszcze cięższe pytanie, czy i jak zmodyfikować ten stosunek, w zależności od tego, jakie będzie to zwierzę, najbardziej prawdopodobne były szczur bądź mysz, lecz nie mógł przecież wykluczyć, że na przykład będzie to zając albo jakieś inne stworzenie; na szczęście jego głowie udało się zawiesić te bardziej szczegółowe dociekania). Dodatkowo pojawiły się problemy związane ze słabym oświetleniem, które utrudniało mu eksplorację rejonów przypodłogowych, w szczególności pod łóżkiem. Błąkał się między plamami ciemności, nie będąc pewnym, czy dodatkowe szurnięcia, które cały czas dobiegały jego uszu, to szczur albo mysz (albo zając), czy też cały czas nieszczęsne jego obuwie. Z ubraniem była w ogóle nienajlepsza sprawa; wprowadzając do celi, służbista zabrał mu pasek i sznurówki. Co jakiś czas gacie opadały.
Właśnie wstał, żeby je poprawić, i to było być może dobre rozwiązanie, bo właśnie w tym momencie otworzyły się drzwi i stanął w ich świetle mundurowy.
„Będzie strzelał?” – pomyślał Rico i chciał wznieść do góry ręce, lecz jego ręce nie śmiały tego ruchu uczynić, trzymając się kurczowo zbyt luźnych pantalonów.
Strażnik, dosyć szczupły, lekko łysiejący blondyn ze starannie wypielęgnowanym wąsikiem i niemal całkowicie nieruchomą, maskowatą twarzą, która mogłaby dostać drugoplanową rolę w jakiejś średniej jakości pantomimie, niósł na tacy rondel oraz kubek.
– Prowiant obiadowy! – zakomenderował.
Rico zdjął tacę z jego rąk; obok rzeczonego rondla, w którym pływała jakaś mięsna konserwa, i rzeczonego kubka, w którym pływała parująca ciecz o barwie nie bardzo odmiennej od herbaty, na przedmiotowej tacy znajdowała się duża ponadto łyżka – na pierwszy rzut oka było widać – wykonana z miękkiej blachy, dwie kostki czarniawego cukru oraz bułka.
– Mielone jest? Pokwitunek!
– Czaj jest? Pokwitunek!
– Sztuciec jest? Pokwitunek!
– Cukier jest? Pokwitunek!
– Pieczywo jest? Pokwitunek!
– Nazwisko aresztanta?
– Herc Ricardo Leon.
– Pełne nazwisko tutej.
A więc Rico podpisał się pełnymi imionami i nazwiskiem, złożył przedmiotowe „pokwitunki” w jakichś formularzach i znalazł się sam na sam z przydzielonym towarem.
„Kelner” – powiedział Rico do siebie, bardzo cicho, jakby sądził, że ściany wszędzie mają uszy. Nie chodziło mu tylko o to, że klawisz przyniósł mu obiad, ale także o jego specyficzne umundurowanie – niebieskawe – nie widział jeszcze takiego na ulicy. „Ale ładny” – powiedział niemal bezgłośnie, w zasadzie tylko poruszając ustami i nie był pewny do końca, czy miała być to ironia, czy też raczej autentyczny podziw.
Mimo nerwów, a może właśnie z ich powodu, rzeczony Herc Ricardo Leon był jednak odrobinę głodny. Oczywiście nie ufał do końca pokarmowi. Ale pal to sześć. „Jeżeli będzie zatruty” – tym razem myślał, nie mówił, „to niech przynajmniej trucizna będzie mocna – niech kilka razy kiszka wykona akrobacje, bolesne, bo bolesne, tego pewnikiem nie da się uniknąć, ale niechże szybko zakończy swoje ziemskie występy. Lepsze to, niż całą noc w boleściach popierdywać.”
Mielone było jednak całkiem znośne. Czaj również – chociaż nieco wodnisty, w smaku był przynajmniej względnie herbaciany.
Wkrótce potem jednak „przycisnęło” go i musiał udać się na domniemany tron, tym razem już bezpośrednio, ciałem, a nie tylko poddając się ironicznej refleksji pełnej tych czy innych fantazmatów; musiał przyjąć tę rolę nie mając za wiele sposobności do zastanawiania, czy jest to istotnie rola specjalnego gościa albo możnowładcy. Szybko się załatwił, lecz przez jakiś czas siedział wciąż oszołomiony na sedesie, próbując powrócić do swych dawnych dociekań, jednak nie pozwalało mu w tym poczucie lekko wirującej pustki, którą miał tak w brzuchu, jak i w głowie, poczucie nie całkiem nieprzyjemne – choć mogło być oczywiście pierwszym skutkiem działania domniemanej trutki, czego miał świadomość. „Hy hy. Nie będzie jak umyć rzyci, a srajtaśmy też nie ma” – powiedział, kiedy uznał, że jest koniec końców w całkiem niezłej formie, w związku z tym przejść należy do konkretnych czynności. Właśnie w tej sekundzie, w której zdążył ww. sentencję wypowiedzieć, niechcący kopnął coś stopą, a to coś raczyło się okazać rolką papieru toaletowego, zużytą najwyżej do połowy.
„Ale sprytni. Na wszystkie okoliczności się przygotowali. Jak oni sobie to wszystko umyślili? Niewątpliwie, są dobrzy w swoje klocki” – powiedział cichutko, po czym podtarł się.
Kiedy podniósł się, oporządziwszy należycie swoje ciało, postarał się rozeznać, co też się tak naprawdę z rzeczonym ciałem dzieje, i nie mógł dojść w tym przedmiocie do jednoznacznych konkluzji. Pewne przejściowe stany słabnięcia (a może raczej uwalniania się ciała spod własnego ciężaru), połączone z łaskotaniem w brzuchu i podgardlu, mogły mu sugerować, że trucizna ukryta w pożywieniu działa („jeśli to byłyby objawy działania tej śmiertelnej trutki, to nie ma co, kurwa mać, osobliwie pomysłowi ludzie”!). Wyżej wymienione reakcje były jednak przejściowe, więc Rico wziął pod uwagę opcję, że mogły być wynikiem autosugestii bądź przynajmniej skutkiem zupełnie innych przypadłości, nie wynikających ze składu podanego mu przez władze pożywienia. Poza tym pewna ilość czasu upłynęła (trudno powiedzieć – godzina, może dwie?), a ciało Rica wciąż pozostawało w stanie względnej ambiwalencji; nieokreśloność ta nie pozwalała na żadne bardziej wyraźne rozstrzygnięcie badań odnośnie hipotetycznego podania mu trucizny. Trzeba więc było w jakiś sposób zabić w sobie stawianie takich hipotez, wyłączyć albo przynajmniej skierować w inną stronę wszystkie swoje myśli. Na szczęście i tak udało mu się nie zastanawiać za bardzo, jakie będą dalsze koleje jego losu, przy założeniu że go nie otruli, ale planują wobec niego jakieś dalsze sankcje. Trzeba było jakoś zająć to ciało, tak żeby to, co w tym ciele ukryte, za bardzo nie myślało.
Łóżko nie było tutaj zbyt pomocnym sprzętem, jako że, o czym już wspomniano, za bardzo osaczało go, za bardzo utwierdzało w czynności bycia więźniem, nie wiadomo dlaczego bardziej łóżko niż jakikolwiek inny sprzęt, miał jednak takie nieodparte wrażenie. Zatem usiadł na zydlu, jednak to daleko bardziej ograniczało jego przestrzeń. Owo ograniczenie było źródłem niepokoju, lecz mogło też być, co sobie zrazu uświadomił, swoistym wybawieniem, możliwym pod warunkiem, że uda się jakoś pożytecznie zagospodarować tę znikomą przestrzeń. Ogarnął wzrokiem rzeczoną przestrzeń stołu, który się znajdował koło zydla (znaczy to, że pozostał w tej samej pozycji, w jakiej Rico go zastał), i ujął w dłoń rondelek, w którym przed zjedzeniem znajdowała się rzeczona już mielonka. Pomacał jeszcze chwilę drugą dłonią, odkrywając łyżkę. „Złożyłem pokwitunek, a więc chyba mam prawo” – pomyślał sobie Ricardo i uderzył łyżką w wiele już razy wzmiankowany rondel. Ponowił potem uderzenie jeszcze parokrotnie, po czym skierował wzrok swój w górę, a następnie powiódł oczami dookoła, jakby chciał zorientować się, czy cokolwiek (ewentualnie ktokolwiek) daje odpowiedź na właśnie wydawane dźwięki. Odpowiedzi nie było – cisza, niezmienność ścian i nielicznych przedmiotów, żadnego nawet chrobotania domniemanych zwierząt; kilka razy szurnął stopą po podłodze, by upewnić się, czy przypadkiem reszta świata poza łyżką i rondlem nie zamilkła – usłyszał wtedy odgłos, który z grubsza przypominał ten, co do którego wcześniej zastanawiał się, czy był jego własny, czy może jednak zwierzęcy, które to względne podobieństwo nie wyjaśniło do końca tamtej kwestii. Następnie jeszcze parę razy uderzył łyżką w naczynie (czyli w rondel, tak samo jak poprzednio), a jednak odgłos uderzenia rozbijał się w jego uszach na różne tony składowe, w których obok stosunkowo kojącego dudnienia dało się usłyszeć również ostre, ni to piszczące ni dzwoniące dźwięki, ni to szkliste, ni to metaliczne, które wprawiły w rozterkę jego układ nerwowy. Poza tym powziął słuszne być może podejrzenie, że mogą wprawić w taką samą rozterkę ciało któregoś z nadzorców, o ile znajduje się w pobliżu jego celi. W związku z tym zmienił taktykę i odłożył łyżkę (z pewną dwuznaczną konsternacją), a następnie zaczął bębnić palcami po rzeczonym rondlu.
Nagle otworzyły się drzwi i do środka zajrzał łeb klucznika, ten z kolei był inny, tęższy i brodaty, przy tym jednak wydawał się być równie wyleniały co poprzedni jegomość.
– Wolno? – spytał Rico cichym głosem i zaraz się zawstydził, na szczęście nie był aż tak dalece głupcem, żeby pokazać wyraźnie palcem przedmiotowy rondel, więc strażnik mógł się nie zorientować, o co w ogóle chodzi. W każdym razie rzeczony strażnik nic nie odpowiedział i zamknął drzwi ze szczękiem. Po upływie minuty Rico usłyszał jakieś inne szczęki dochodzące spoza jego celi, a jednak z niedaleka – domyślił się (chyba słusznie), że klucznik po prostu udawał się na wieczorny obchód.
Potem, odczekawszy chwilę, w ciszy kładąc prawą dłoń na głowie, tak jakby chciał się podrapać, ale z uwagi na brak swędzenia ostatecznie poniechał tego planu, dalej bębnił palcami w rondel po mielonce, jednak raczej cichutko. Co nie znaczy, że nie dokonywał w tej swojej cichej muzyce pewnych odkryć rytmicznych, będąc wszakże świadomym, że mógł już ktoś dawno przed nim te sprawy praktykować. Być może nawet ktoś zamknięty w celi, chociaż być może niekoniecznie w tej samej, a nawet nie w takiej samej.
Zaczął od jakiegoś prostego rytmu na dwie drugie, w tempie mniej więcej sześćdziesięciu uderzeń na minutę, wyszedł mu nawet dosyć regularny kołyszący beat, który ktoś z postronnych mógłby luźno skojarzyć z bossa-novą. Przestraszył się tej melodyjności, która zbyt wyraźnie go determinowała. W związku z tym wybrał rytmy bardziej nieregularne, przechodząc od złożonych metrów, aż po rozmaite odmiany skrajnej polimetrii, w których uczestniczyło często po sześć albo osiem palców, każdy grający według innej miary. Pojawiły się również próby punktualistyczne, w których poszczególne uderzenia oddzielone niemiarowymi względem siebie pauzami były dla siebie własnym wyizolowanym światem, nie układającym się w żadną określoną pulsację, zaś ewentualne pośrednie związki strukturalne między nimi byłyby trudne do rozszyfrowania dla analityka. W ten sposób, zapewne nieświadomie, przerobił wiele rewolucji muzycznych współczesnej awangardy. Czasem jednak (względnie) temperował pokusę eksperymentowania. Wtedy przychodziły mu do głowy całe serie wirtuozerskich popisów, w których każdy z palców grał równoważne metrum, jednak w różnym tempie, np. jeden wrzucał powolny motyw na trzy czwarte, a drugi grał w tym czasie ten sam motyw w szesnastkach, w tempie presto. Był już nieco zmęczony i stan ten przytłumił trochę jego słuch (na szczęście, wiedział już, że o żadnej truciźnie, która tłumaczyłaby owo przytłumienie mowy być nie może), nie bardzo więc słyszał owe złożoności, które cichutko wysłuchiwał, jednak czuł je, co więcej – widział niemal – jak czarne kropki różnej wielkości układają się na białej ścianie w abstrakcyjną grafikę. W taki sam sposób być może Beethoven od pewnego momentu słyszał swoje własne utwory (Rico jako dziecko usłyszał o głuchocie mistrza z Bonn, który pomimo tej głuchoty ciągle tworzył i bardzo go ten problem zaciekawił).
Wydawało się, że tak przebębni całą noc. Raz tylko wstał i podszedł w stronę tronu, aby oddać skąpą ilość moczu, co było zapewne efektem wcześniej wypitego czaju. Kibel już tak nie przerażał (i nie nobilitował, co mogło być w jakiś pokrętny sposób związane z przerażaniem), nie zadawał już swą istotą tylu pytań (być może dlatego, że potrzeba była krótsza i nie wymagała dotknięcia muszli udami), chociaż przez moment poczuł jakiś szum, jakby świetlisty i pijany, dobiegający z nieznanych mu głębi, co spowodowało, że na moment powróciło lekkie zatrwożenie. Jednak, ku jego zaskoczeniu („Co ja robię” – mówił szeptem mając na myśli ruchy jego ciała, które wielu uznałoby za wskazane o tamtej porze i w tamtej sytuacji, jemu jednak wydawały się szalone) korpus jego, zamiast skierować się z powrotem w stronę zydla albo w jakimś zupełnie neutralnym kierunku (wybór nie byłby duży, trzeba przyznać) ułożył się na pryczy, podkurczając nogi
„Boże zasypiam!” – zdążył tylko pomyśleć. Do czego to podobne!
Zbudzono go około szóstej rano. Tym razem klucznik wyglądał nieco inaczej. Czarniawy o wyraźnie cygańskich rysach twarzy. Przyniósł posiłek, który składał się z jednego jaja na twardo i suchego chleba, tudzież już względnie dobrze poznanego czaju. Rico potraktował kolejnego „kelnera” z dużą kurtuazją, kłaniając mu się w pas.
A godzinę później ten sam klucznik kazał mu się zbierać. Zaprowadził go do jakiegoś gabinetu, nie pamiętał już, na którym piętrze, to było gdzieś z boku, trzeba było raz wchodzić w górę, potem kawałek w lewo korytarzem, potem znowu w dół, potem…w każdym razie gabinet przypominał pokój dyrektora Technikum Elektrycznego, do którego uczęszczał czwarty rok.
Oznajmiono mu (a ten, kto to oznajmił, był suchym, choć nie szczególnie aroganckim urzędnikiem, ubranym w szary garnitur, o bardzo bujnych bakach – taka wówczas królowała moda, ciemnych, sprawiających wrażenie farbowanych, chociaż włosy na głowie urzędnika do jasnych się nie zaliczały), iż na podstawie artykułu 73 ustawy o zwalczaniu chuligaństwa i nieporządku publicznego został skazany za wykrzykiwanie w miejscu publicznym obelżywych wyrazów na 3 miesiące robót społecznie użytecznych oraz na grzywnę w wysokości dwustu rupii słowańskich. Z uwagi na to, że był uczniem w szkole robotniczej, zarządzono odsłużenie robót w postaci dodatkowych zajęć na warsztatach zawodowych i innych prac wskazanych przez Komitet Szkolny, grzywna miała być potrącana ze szkolnego stypendium, które w wysokości sześćdziesięciu rupii miesięcznie wypłacano mu za rzeczone praktyki.
***
– Gdzie byłeś? – zapytał dziadek z intonacją, która, co nie mogło dziwić, nie była zwyczajna w jego ustach, ale bardzo trudno było powiedzieć, czy wyraża w większym stopniu oburzenie czy zaciekawienie.
Rico nic nie odpowiedział, tylko spuścił głowę, lecz w końcu zorientował się, że nic szczególnie to nie da, a więc uniósł ją znów patrząc się niby prosto w oczy dziadka, ale tak naprawdę gdzieś kompletnie poza, na ile tylko było to możliwe, jako że w owych czasach spoglądania „poza” coś, na co niby się patrzy dokładnie w linii prostej, jeszcze do końca w sobie nie wyćwiczył, zresztą nigdy nie nabył aż takiej perfekcji w tym rzemiośle, jaką chciałby posiąść. Zorientował się, że stoi niemal na baczność, a w każdym razie tak sztywno, jak niedawno przed drzwiami gabinetu majora. Z powodu tego skojarzenia postanowił koniecznie zmienić postawę i zaczął wykonywać swoim ciałem najróżniejsze ruchy, na przykład wystawiał prawą nogę do przodu albo lewą do tyłu, nieproporcjonalnie na jedną stronę przenosił ciężar figury i wiele innych sztuczek. Lecz jakiego drobnego ruchu by nie wykonał, i tak kończyło się to zesztywnieniem w pozycji, którą przyjął, tak więc jego manewry nie przynosiły żadnego bardziej widocznego rozluźnienia w porównaniu z postawą na baczność, a wprowadzały tylko dodatkowe zamieszanie.
– Dziadek, dzień i całą noc w kozie przesiedziałem – w końcu wykrztusił z siebie Ricardo z wielkim trudem.
– Tego mi jeszcze brakowało – mój wnuk w kozie. Powiedz w takim razie, co przeskrobałeś, basałyku – w tonie dziadka zaskoczyło go duże opanowanie, podszyte wręcz ironią, chociaż dziadek, człowiek pracowity i prosty, z natury nie ironizował. Jakby sprawiało to wrażenie, że może nawet wiedzieć o tym, co się wydarzyło. No właśnie – czy władze nie powiadamiają o zatrzymaniu nieletniego, Rico miał dopiero siedemnaście lat?! Chyba minęły już te czasy, gdzie mniej lub bardziej dyskretnie sugerowano rodzinie zatrzymanych za określone zbrodnie i występki, żeby się ich losem nie interesowała.
Dłuższą chwilę nie mógł z siebie nic a nic wykrztusić. Zupełnie jak na przesłuchaniu przed majorem. To już zakrawało na kpinę.
– Hm, to w takim razie powiedz, co ukradłeś?
Rico nie ujawnił przedmiotu kradzieży, zresztą, przynajmniej w potocznym rozumieniu tego, czym jest kradzież, żaden taki przedmiot nie mógł przecież istnieć. Znów zaskakiwał go ton dziadka. Mówił zaskakująco swobodnie, bez szczególnych emocji, jak na człowieka, który zawsze uczył, że zabranie tego co nie swoje jest największą zbrodnią (być może niekoniecznie tak uważał in abstracto, lecz miał na myśli zbrodnie, które mogły być ewentualnie dostępne w czasie pokoju członkom jego rodziny).
– Dziadek to nie chodzi o kradzież.
– I ty się w to bawiłeś, głupi gnojku – wypalił dziadek od razu dalej nie dopytując, czym może być czyn wnuka, jeśli nie kradzieżą. – Nigdy bym się tego nie spodziewał. Takie sprawy? Na co ci to, do cholery jasnej? W dzisiejszych czasach jeszcze urządzać takie hece! Że ja wychowałem wnuka, któremu wpadają do głowy takie myśli. Za konkretną sprawę, czy może za całokształt?
„Konkretna sprawa – całokształt – co za fundamentalna a jednocześnie jakże precyzyjna dychotomia” – myślał sobie Rico. Jak znakomicie rozeznany był dziadek w tych ciężkich zagadnieniach! Widać od razu, że jego młodość, a nawet część życia dorosłego, przypadła na jeszcze cięższe czasy.
– Za konkretną – powiedział Rico, będąc niemal pewnym, że udzielona odpowiedź jest właściwa, choć jak dotąd nie znał, na jego szczęście czy nieszczęście, tak subtelnych rozróżnień jak nestor jego rodziny.
– Za co, można wiedzieć? Tak dla ciekawości, czym mój wnusio się para...
Rico włożył dłoń w kieszenie i ku swojemu zaskoczeniu odkrył w nich dokument, który odpowiadał na pytanie dziadka, zwalniając go jednocześnie z konieczności ustnych wyjaśnień, z którymi być może miałby duży problem. Oto orzeczenie „Miejskiego Trybunału Robotniczego do spraw zwalczania chuligaństwa”. Sam nie widział, w którym momencie – zapewne całkiem odruchowo – nie myśląc o okazaniu pogardy wobec wydanego werdyktu, złożył otrzymany odpis w osiem części i schował do kieszeni.
Okazał pismo do wglądu szacownego nestora.
– Gdzie to było? – zapytał nestor zapoznawczy się z sentencją orzeczenia.
– Przed Domem Powiatowym – powiedział dosyć płynnie, spuszczając jednocześnie nos na kwintę.
– Przed Domem Powiatowym? Co za kretyn z ciebie!
– Leli cię? – zapytał dziadek, kiedy Rico przez dłuższą chwilę w milczeniu międlił w pół zdrętwiałym językiem, nie odpowiadając na oskarżenie o kretynizm i nie bacząc przy tym, że mogło to wyglądać na brak zastrzeżeń wobec użytego względem jego osoby określenia.
– Nie, dziadku…
– To i ja nie będę odwalał roboty za… tych panów. Zresztą za stary jesteś już na manto. Od tego nie zmądrzejesz.
– Masz szczęście – dodał po krótkiej chwili milczenia Dziadek Henryk – za dawniejszych czasów pojechałbyś za taki numer na kolonie do Rusków. A trochę więcej pracy ci się zawsze przyda…
***
Cała Słowania, podobnie jak i Miasto Górnicze, trafiała od czasu do czasu w ręce dwóch czasem przeciwnych sobie, a czasem przyjaznych względem siebie potęg: „Ruska” oraz „Szkopa”. Trwały spory o to, kto wyrządził większe spustoszenia.
Ale mimo to można zapytać, czy bez Ruska i bez Szkopa cokolwiek by w ogóle zostało ze Słowanii? Wszak, jak twierdzą niektórzy, nie istnieje naród pozbawiony dziejów. A całe dzieje Słowanii były przesiąknięte wpływami jednych i drugich, tak że gdyby obydwie nacje wyeliminować, można by popaść w wątpliwości, czy zostałaby jakaś immanentnie słowańska podstawa tożsamości narodu niezależna od oddziaływania Rusków albo Szkopów. Oczywiście nie jest tak, że Słowańcy nie potrafili wytworzyć własnej kultury, co niekiedy im imputowali jedni albo drudzy. Lecz kultura ta w praktyce uformowała się pod wpływem często, choć (wbrew temu, co z kolei utrzymują słowańscy nacjonaliści) nie zawsze destrukcyjnej ingerencji wymienionych mocarstw, tak że gdyby nie miały miejsca wydarzenia świadczące o owej ingerencji dane prądy dziedzictwa narodowego mogłyby w ogóle nie zaistnieć albo mogłyby przybrać wręcz przeciwny wektor.
Można wprawdzie znaleźć w powyższych sentencjach spore uproszczenie. Wszak nie tylko Ruscy oraz Szkopy ingerowali w piękną ziemię słowańską. Można by wymienić również Turków, Węgrów, Czechów i Słowaków, tudzież Czechosłowaków, Polaków, (różne odmiany) Bałtów, Włochów, diaspory romskie i żydowskie i wielu, wielu innych. Człowiek jednak, poddając się wrodzonej bądź nabytej (w tym momencie – jakie ma to znaczenie?) skłonności do stawiania pewnych rzeczy dialektycznie, do stwarzania binarnych opozycji, lubi jednak porządkować w swojej świadomości wielość różnokierunkowych prądów, sprowadzając je do dwóch, najlepiej dwóch krańcowo przeciwstawnych. Jeżeli to nawet przesąd, będziemy na tyle skromni, żeby go nie burzyć, choć z przeciwstawnością biegunów „ruskiego” i „szkopskiego” rzecz może się przedstawiać niezbyt jednoznacznie, jeżeli odrzucić idealizm na rzecz empiryzmu (co niekoniecznie, rzecz jasna, musi być słusznym, a zwłaszcza pożądanym krokiem).
Przeciwstawność ową wszelako rozciągano również na obywateli, zarzucając niektórym już nawet nie sympatię, ale wręcz wewnętrzną i niekoniecznie świadomą bliskość z kulturą jednego bądź drugiego mocarstwa. Przykładowo, ludzie z jednej ulicy bywali powszechnie uważani za Słowańców „szkopskich”, a ci z sąsiedniej za ”ruskich”. Bardziej przy tym w cenie były samookreślenia negatywne – dany obywatel zaprzeczając przypisywanej jego osobie zażyłości z jedną z dwóch ww. nacji, gorliwie wytykał jednocześnie współobywatelowi zażyłość z nacją „przeciwną” wobec tej, do której przynależność jemu samemu była zarzucana. Zarzutom tym zdarzało się (i zdarza cały czas) otrzeć nawet o kwestie antropologiczne – mówiono o „ruskich gębach” czy o „szkopskich ryjach”. Wszelako zwłaszcza tutaj można mieć wątpliwości co do zasadności owego dualizmu – byli (są zresztą po dziś dzień) Słowańcy wysocy, byli niscy, byli chudzi i krępi, niebiesko-, szaro-, tudzież czarnoocy, byli uszaci i byli zezowaci, jak również byli ci, których oczy i uszy nie dostarczały bliźnim szczególnych sposobności do jakichkolwiek mniej albo bardziej gruboskórnych przytyków, byli szorstkowłosi, krótkowłosi oraz długowłosi, byli także łysi. Włosy obywateli słowańskich (tych niezupełnie łysych) były (i nadal pozostają) na ogół barwy blond, nie dziwili jednak (i nie dziwią obecnie) bruneci, szatyni oraz siwi, a nawet posiadacze kontrowersyjnego, choć niekiedy pociągającego (zwłaszcza u obywatelek) rudego owłosienia głowy, jak również nawet ci, którzy maskują prawdziwe owłosienie, uciekając się do stosowania tej czy innej farby. Tych już szczegółowych cech fizjonomii nie identyfikowano jednak z daną nacją (poza romską, którą zdawały się wyróżniać, przynajmniej według powszechnego mniemania, włosy tłuste i smoliste); być może różnorodność ta uświadamia po prostu, że w narodzie słowańskim istniały również inne wpływy, choćby jugosłowiańskie czy czechosłowackie, temat ten jednak nie był zazwyczaj rozwijany i nie jest również obecnie, trudno rzec, czy słusznie. Ze swej strony mogę tylko dodać, że raz w życiu dane było mi wejść w bardzo bliskie relacje z pewną rudą osobą i był to Czechosłowak.