"Pierwszy sonet rozpustny" Pietra Aretino

Dodano 03.08.2005
Max Wolski przedstawia:
 
Pietra Aretino „Pierwszy sonet rozpustny”
 
Fottiamci, anima mia, fottiamci presto,
poiché tutti per fotter nati siamo;
e se tu‘l cazzo adori, io la potta amo
e saria ‘l mondo un cazzo senza questo.
 
E se post mortem fotter fosse honesto
direi: Tanto fottiam, che ci moiamo;
e di là fotterem Eva e Adamo,
che trovarno il morir sì disonesto.
 
- Veramente egli è ver, che se i furfanti
non mangiavan quel frutto traditore,
io so che si sfoiavano gli amanti.
 
Ma lasciam’ir le ciancie, e sino al core
ficca mi il cazzo, e fà che mi si schianti
l’anima, ch’in sul cazzo hor nasce hor muore;
 
                  e se possibil fore,
non mi tener della potta anche i coglioni,
d’ogni piacer fortuni testimoni.
 
 
 
Jebmy się, ukochana, jebmy się zaraz,
wszak po to, by się jebać, istniejemy wszyscy,
ty chuja uwielbiasz, a ja kocham pizdy,
bez tego, moja droga, świat ochujałby naraz.
 
A gdyby post mortem zbożnym było jebać, zaraz
rzekłbym: na zabój jebmy się, kochana,
bowiem tam wyjebiemy Ewę i Adama;
a że gorzką jest śmierć, poznała ta para.
 
- Zaiste, to prawda, że gdyby ci łotrowie
z drzewa jabłka zdradzieckiego nie zdjęli,
to by się nie miewali ku sobie kochankowie.
 
Porzućmy lecz krotochwile i aż do gardzieli
wbij mi chuja, i spraw, aby w duszy mej rowie
rozdarł się krzyk śmierci i narodzin; a jest-li
 
                          to możliwe i po twojej woli,
to nie odmów mej piździe także jąder swoich,
twojej i mojej świadków słodkiej tej swawoli.
 
 
 
Ponieważ kanikuła to zwykle czas większej swobody obyczajowej, nierzadko zdarza nam się po­szu­ki­wać w tym czasie lektur, które zwiodłyby nas w regiony czysto zmysłowych dreszczy i euforii... Zwła­sz­cza plażowanie sprzy­­ja rozmaitym marzeniom i ekspery­men­tom, ja np. ilekroć wybieram się na plażę, czy to w Dębkach czy w Aca­pul­co, zawsze staram się zaopatrzyć w lokalny komiks porno­gra­fi­cz­ny – i polecam ta­ką lekturę każ­demu badaczowi człowieka. Pornografia nie mu­si jednak za­wsze pro­wa­dzić nas na manowce ohydy i prymi­ty­wizmu umysłowego. Że porno mo­że być rozrywką wy­ra­fi­no­waną i czystą, dowodzi, między innymi, twórczość wielkiego rene­san­so­we­go pisarza włoskiego Pietra Aretino (1492-1556).
Wtajemniczonym nie trzeba długo przedstawiać jednego z przedniejszych porno­gra­fów w o­góle, przez innego klasyka gatunku, Apollinaire’a, nazwanego „Boskim”; au­to­ra kultowych „Żywotów kur­ty­zan”, „O łajdactwach męskich” i „Jak Nanna swą córe­cz­­kę Pip­pę na kur­ty­zanę kształciła”. Przy czym trze­ba od razu dodać, że nie są to oryginalne tytuły dzieł, które przez autora za­ty­tu­łowane zostały zbior­czo i niepozornie: Ragionamenti – czyli... „Rozważania”. Napisane w sza­cow­nej i sta­ro­żyt­nej formie dia­logów, Ragionamenti przy­noszą, prócz samej uciechy pornograficznej, tak­że wnikliwe i peł­ne dow­ci­pu stu­dium umy­sło­wo­ś­ci i o­by­­czaju kurtyzan oraz w ogóle uniwer­sal­nych i ponad­cza­so­wych me­cha­ni­zmów kur­wie­nia się.
Aretino to niewątpliwie znawca tematu, był bowiem przede wszystkim „awanturnikiem”, ma­kia­we­li­cz­nym z usposobienia politykiem, dworzaninem papieża Leona X i zażartym wrogiem Hadriana VI (a by­ły to piękne czasy, gdy w Watykanie niewiele się modlono); stronnikiem Medyceuszy, Gonzagów, przy­­ja­cie­lem słynnego Giovanniego delle Bande Nere, niedoszłym kardynałem, znajomym i stronnikiem ce­sarza, ta­kże – kolegą największych ów­czesnych artystów, jak Tycjan, którego autorstwa portret Aretina znaj­­duje się we florenckiej galerii w Pa­lazzo Pitti. Ani rozwiązłość, ani prostytucja nie były obce Pie­tro­wi, którego moralna niesława jeszcze na początku zeszłego stulecia czyniła autorem dla wielu „podej­rza­nej rangi”.
Cykl szesnastu „Sonetów rozpustnych” powstał, jak to się i przedtem, i potem zdarzało por­no­gra­fom, w rzymskim więzieniu, gdzie Aretino został osadzony przez wysokiego urzędnika duchownego stolicy apos­­tol­skiej, Monsignora Gibertiego, w związku ze skandalem, jaki wywołały erotyczne obrazy Giulia Ro­mano; choć skandal oby­czajowy był tu raczej tylko pretekstem w walce politycznej (wpływy Aretino w Watykanie były w owym czasie duże i chodziło wyłącznie o konkurencję wśród papieskich dworzan), to nudę pobytu w zamknięciu zabił nasz autor bawiąc się, jakby na przekór karze, pisaniem do obrazów Romano komentujących je sonetów.
Utwory te szybko stały się legendą – i to mimo, że do końca XIX wieku miały miejsce słownie dwa ich pełne wydania drukiem (nie licząc trzech wydań zbiorowych lub apokryficznych we Francji w wieku XVIII), jedno we Włoszech (Wenecja 1556 – zaginione), drugie w 1882 ponownie we Francji (to ostat­nie obecnie jest podstawą wzno­wień, wciąż niezbyt częstych). Historia „Sonetów rozpustnych” to w za­sa­dzie do tej pory jedna wielka tajemnica, nawet jeśli wziąć na poprawkę, że wszystkie dzieła Aretino zo­sta­ły po je­go śmierci umieszczone na ko­ś­cielnym indek­sie – nie tylko dramaty (pięć komedii i tragedia), ale nawet je­go „opere sacre”, czyli dzieła teologiczne, jak np. „Trójksiąg o czło­wie­czeń­stwie Jezusa Chry­s­­tusa”, „Żywot Maryi Dziewicy”, „Żywot Św. Katarzyny Dziewicy”.
Że Aretino był także teologiem, to widać skądinąd w samych „Sonetach rozpustnych”, z których nie­je­den dotyka prob­le­mów teologicznych właśnie; prezentowany powyżej podejmuje np. ważną kwestię scho­lastyczną, czy w raju istnieje seks. Każdy napisany jest jako dialog kochanków, przy czym uderza, że wbrew ówczesnej poliseksualności, wszystkie mają charakter heteroseksualny, choć zawsze afirmowana jest przez autora i zalecana „dwutorowość”. Wiersze zachowują ściśle i rygorystycznie formę sonetową (co sprawia, że ich tłumaczenie to, ze względu na całkowitą niekompatybilność włoskiego i polskiego, pa­smo kompromisów – o przetłumaczeniu z zachowaniem wszelkich rygorów nawet nie można tu ma­rzyć...), nierzadko opierają się też na sprośnych konceptach lub fantazmatycznych wizjach, np. sonet pią­ty, w którym wszystkie rymy (w ukł. abba abba bab aba abb) to dwa słowa: „chuj” i „pizda” (nie do prze­­ło­że­­nia na polski, helas!), a który zaczyna się wyznaniem kobiety, pragnącej, by „cała stała się piz­dą”, a jej ko­­chanek – „cały chujem”. („...io vorrei esser tutta quanta potta/ma vorrei che tu fossi tutto caz­zo...“). In­ne z kolei stanowią opis wyuzdanych figur i pozycji, jeszcze inne to sprzeczki ko­chan­ków, nie­mo­gących jakoby dojść do porozumienia, czy lepszy seks analny czy waginalny – itd., itd. – zawsze jed­­nak chodzi o pochwałę nieskrępowania, naturalności i rozkoszy do utraty tchu, bez żadnej pruderii – ale i bez zaślinienia i grubiaństwa. Nasze – podobno rozsek­su­ali­zo­wane – czasy mo­głyby się uczyć z tych renesansowych utworów, jak mówić o seksie, aby go nie zbrukać i nie uczynić czymś brzyd­ko pachnącym – lub, na odwrót, nie uwikłać w dyskursy moralistyczno-higieniczno-komercyjne.
Niech więc, na koniec, „Pierwszy sonet rozpustny” – ta pochwała „seksualności przypadkowych otarć”, jak określił to lirycznie M. Foucault – stanie się i dla Was, drodzy plażowicze, formułą miłos­ne­go zaklęcia, które wypowiecie do ucha waszego towarzysza w rozwiązłości – tego Wam życzy na resztę wakacji oddany
 
Maks Wolski