Rozmowa w redakcji OM z udziałem autora
O czym traktuje powieść „120 godzin, czyli upadek pewnego dżentelmena”?
Główny bohater i narrator powieści, Wit Koniecpolski, jest to mężczyzna około trzydziestu lat, nieżonaty. Jako potomek arystokratycznej familii nigdy w życiu nie musiał się o nic specjalnie starać. Po latach spędzonych na emigracji przyjechał do Warszawy i w niej został, ponieważ to miasto, ze swoją pstrokatą bylejakością a jednocześnie pewnym perwersyjnym rozmachem wydało mu się rzeczą najbardziej egzotyczną i tajemniczą... Jednocześnie, prowadząc w nim stosunkowo beztroski żywot niezależnego obserwatora wydarzeń, ma poczucie, że niczego w życiu naprawdę nie doświadczył, że nie przeszedł żadnej większej próby; brakuje mu, można by powiedzieć, „mocnych wrażeń”. Nieoczekiwanie pojawia się propozycja, by wziął udział w machinacji finansowej na giełdzie. Bohater nie jest w potrzebie, ale tym bardziej postanawia spróbować... Taki jest punkt wyjścia fabuły, która ma strukturę thrillera. Oczywiście, dalej okazuje się, że jego wspólnicy to nie są pospolici gangsterzy. Przygody Wita z każdym dniem robią się coraz bardziej osobliwe. Wszystko kończy się wielką eksplozją.
Ale ta powieść to wieloplanowa i bardziej wieloznaczna rzecz, z jednej strony jest ona zbeletryzowaną medytacją nad stanem współczesnego świata, człowieka, społeczeństwa; z drugiej zaś strony to powieść przygodowa, awanturnicza, w stylu np. „Kapitana Blooda” czy „Wyspy skarbów”, tylko że osadzona w realiach, oraz „irrealiach”, współczesnej Warszawy – toteż zamiast wilków morskich, mamy w niej korsarzy kapitalizmu. To także pierwsza powieść, która nie tyle opowiada o ofiarach kapitału, ile o wewnętrznych jego mechanizmach.
„120 godzin” to przede wszystkim powieść wieloskładnikowa. Nie przesadziłeś z tym zagęszczaniem i komasowaniem tematów, wątków, znaczeń? Czy tego wszystkiego nie dałoby się powiedzieć w prostszy i oszczędniejszy sposób?
Zawsze chciałem napisać jakąś prostą rzecz i muszę przyznać, że nigdy mi się nie udało; nie mam chyba aż tyle talentu, by być prostym nie popadając jednocześnie w trywialność. A poza tym lubię potrawy z wielu składników, posiłki złożone z wielu potraw, natomiast „proste jadło” mniej mnie pokrzepia, chyba że w jakichś szczególnych chwilach. Wolę ucztować niż pożywiać się. To samo w literaturze. Mnie proste historie i proste światy zwyczajnie nudzą na dłuższą metę. Wielowymiarowość i wielowątkowość to moja potrzeba naturalna, można tego nie lubić, lecz nie mam na to wpływu. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że świat współczesny – a świat współczesny w ogóle jest moim zasadniczym tematem, we wszystkim, co robię – również jest niesłychanie złożony i wieloaspektowy, i totalnie niejednoznaczny. Z drugiej strony, mam nadzieję, że da się pewne podstawowe i proste idee zauważyć w mojej książce. W sumie to przecież klasyczna historia człowieka, który rzuca się w wir szemranej rzeczywistości, stawia wszystko na jedną kartę, by zdobyć fortunę i jednocześnie wypróbować się, ale koniec końców okazuje się zbyt wrażliwy, aby w tym wirze utrzymać się na powierzchni, no i daje się wchłonąć, ponosi klęskę – ale jednocześnie odkrywa coś niecoś o samym sobie i o świecie. Czyli historia stara jak świat, czysty banał!!! J
No właśnie. Czy nie wychodzi na to, że rdzeń książki jest banalny, a reszta to tylko ekstrawaganckie udziwnienia?
Hm, mam nadzieję że nie... Mam nadzieję, że temu superklasycznemu schematowi udało się nadać jakąś w miarę nowoczesną i stosunkowo niepowtarzalną treść. Wiem co prawda, że w erze minimalizmu narażam się na zarzut zbyt małej, delikatnie mówiąc, ascezy. Ale jest wielu bardziej ode mnie uzdolnionych autorów, którzy tę ascetyczną i minimalistyczną literaturę dość dobrze wykonują. Więc nawet gdybym chciał być minimalistą i ascetą, to nie wiem, czy nie byłoby to z kolei odebrane jako koniunkturalizm. Może pozostanę już przy tym swoim „maksymalizmie”, czasem lepiej może iść pod prąd, nie wiem...
Mówisz, że opowiadasz zawsze o współczesnym świecie. Co o współczesnym świecie mówi ”120 godzin”?
Jeśli chodzi o „warstwę ideową” to wyjściowa koncepcja była taka, że chciałem napisać powieść o człowieku we współczesnym kapitalizmie... Taką, jakiej bodaj nikt jeszcze nie napisał. Taką, która by nie była ani krytyką, ani afirmacją kapitalizmu – tylko jakąś jego czystą ekspresją, przedstawieniem takiego jego oblicza, jakiego jeszcze nie widziano. Pomyślałem dalej, że ten kapitalizm, który nazywany też jest niekiedy – moim zdaniem bardzo poetycko – mianem „turbokapitalizmu”, ma w sobie, poza wszystkimi innymi sprawami, coś dionizyjskiego... I że to warto by opisać.
Hm. Mógłbyś to skojarzenie jakoś uzasadnić?
Mam na myśli, że choć z jednej strony kapitalizm zasadza się na oszczędzaniu i kumulacji, to jednak – zwłaszcza w swojej najnowszej wersji „turbo” – polega na postępującym zupełnym wyczerpaniu i globalnym roztrwonieniu, na przyspieszającej eksploatacji życia, ludzi i planety. Są to ogólnie znane prawdy, które jednak pozwoliłem sobie, w drodze pewnego eksperymentu filozoficzno-literackiego, zreinterpretować jako prawdy w pewien sposób dionizyjskie: pomyśl o tym hipertroficznym kapitalistycznym życiu, które w imię swej wewnętrznej zasady coraz szybszej ekspansji dąży przecież do coraz szybciej się zbliżającej katastrofy! U źródeł kapitalizmu tkwi czysto dionizyjska anarchia, upojenie, nieprzytomność, irracjonalność. Jako członkowie tego społeczeństwa mamy podświadomie coś z oszalałych bachantek. Kapitalizm to system, który jest wciąż coraz bardziej pijany w swoim działaniu, mimo powierzchownych pozorów trzeźwości. Nie ma w nim żadnej harmonii, jedynie chaos... Ta idea, która może nie jest moim prywatnym odkryciem, ale która jest też dość rzadko podnoszonym aspektem życia w kapitalizmie, była dla mnie ideą wyjściową. Stąd w mojej książce ryzykowne połączenie realizmu kapitalistycznego z licznymi odwołaniami do klasycznej mitologii...
Czy to nie nazbyt egzotyczny pomysł, te kapitalistyczne bachantki?
Ależ to pomysł klasyczny! Na swój sposób chodzi tu po prostu o poszukiwanie wymiaru mitycznego w tym, co najbardziej trywialne i prozaiczne. Tylko że jedni poszukują tego wymiaru w siermiędze i małych ojczyznach, a ja w korytarzach nowoczesnych wieżowców i w giełdowych machlojkach. A dlaczego by nie?
Ale 120 godzin to nie tylko powieść o kapitalizmie... Także o człowieku. Ma ona swojego pierwszoosobowego bohatera, narratora, wspomnianego już Wita Koniecpolskiego... Czemu zdecydowałeś się, by była nim postać tak... powiedzmy, nietypowa?
Nietypowa co do detali, ale w ogóle to raczej typowa. Wydawało mi się, że gdyby bohater był kimś bardziej przeciętnym w swej charakterystyce, trudno byłoby uzasadnić, skąd bierze się fantastyczno-mityczny wymiar świata przedstawionego. Innymi słowy, ażeby dojść do tajemniczej, głębokiej, dionizyjskiej prawdy o kapitalizmie, trzeba było skonstruować bohatera zdolnego dotrzeć do mocno niestandardowych rejonów zarówno własnej duszy jak i rzeczywistości. Potrzebny tu był bohater do pewnego stopnia eksperymentalny (bardziej niż na prawdopodobieństwie postaci zależało mi na możliwościach, jakie ta postać dawała). Na pewno nie mógł to być ktoś, z kim można by się „identyfikować”. Gdyby wstawić w to miejsce bardziej typowego „everymana”, powiedzmy młodego człowieka po studiach borykającego się ze znalezieniem pracy i utrzymaniem swego małego dziecka, ta historia nie mogłaby się rozwinąć w stronę, w jaką chciałem ją poprowadzić. Potrzebny mi był osobnik bardziej ekscentryczny, wielobarwny i nieokreślony zarazem. Ale pod niektórymi względami jest to też postać typowa o tyle, że będąca mimo wszystko emanacją swojej epoki. Samotność, izolacja, egoizm to przecież typowe cechy współczesnego człowieka. Tyle tylko, że Wit Koniecpolski swym życiem doprowadza własną samotność, izolację i egoizm do eksplozji. To nie jest powieść psychologiczna, mimo że jest to powieść w dużej mierze o tym, co dzieje się we „wnętrzu”.
Na ile Wit Koniecpolski jest twoim alter ego? Pytam, bo jednym z elementów specyficznego nastroju twojej powieści jest – nie wiem, czy się zgodzisz – skrajny egotyzm narratora. Przez wiele stron każe nam on słuchać o tym, co być może jest tylko jego halucynacją. Do tego to facet raczej antypatyczny.
Skoro tak, to chyba widać, że nie jest ten facet moim alter ego. W stopniu minimalnym utożsamiam się z moim bohaterem. Identyfikuję się z niektórymi jego koncepcjami i percepcjami. Natomiast faktycznie nie mam z nim wiele wspólnego. To postać zmyślona, choć miała swoje pierwowzory – nie we mnie. Nie jestem arystokratą, pochodzę ze średniej klasy. Zgadzam się też, że to antypatyczny typ. O takiego mi chodziło, to rodzaj mojej przekory wobec czytelników. Uważam, że autor, który swojego bohatera czyni sympatycznym, to zwykły lizus. Bohater musi być drapieżny. Musi być inny niż wszyscy. Idiosynkratyczny i irytujący. Co do egotyzmu – jest to ciekawa uwaga. Rzeczywiście, w tej narracji jest coś egotycznego – ale zarazem podstawowym motorem tej narracji jest dezintegracja ego, utrata tożsamości, stopienie się przestrzeni duchowej z krajobrazem postindustrialnym, że się tak patetycznie wyrażę... Czyli jest to i najbardziej egotyczna, i najskrajniej anty-egotyczna narracja. I to jest jeden z efektów, o jakie mi chodziło. Ciekawi mnie utrata tożsamości przez współczesnego człowieka. Ale chciałbym i w niej odnaleźć coś nieoczekiwanego, niesłychanego. A ponieważ wiemy, że temat utraty tożsamości łączy się jakoś z rozwojem społeczeństwa kapitalistycznego, widać, że splot wszystkich kwestii, tematów, problemów i wątków w „120 godzinach” nie jest bynajmniej sztuczny czy arbitralny, ale jest zupełnie uzasadniony i spójny.
Dochodzi do tego inny jeszcze element – brutalność, drastyczność... Czy nie przesadziłeś w tę stronę?
Jestem najłagodniejszą osobą pod słońcem i w związku z tym przekornie uważam, że literatura potrzebuje brutalności. Literatura to nie jest grzeczna dziewczynka, którą można pogłaskać po głowie, ona powie wierszyk, my poklaszczemy i pochwalimy, że taka zdolna i grzeczna, a ona dygnie i potulnie odejdzie bawić się w swoim pokoju, podczas gdy my będziemy mogli się zająć poważniejszymi sprawami... Niestety, jak widzę rozstrzygnięcia niektórych ważnych konkursów literackich, to mam wrażenie, że ideał grzecznej dziewczynki króluje w naszym kraju, i nie tylko w naszym. A z drugiej strony, mamy też dyżurnych „gniewnych” i „rewolucjonistów”, którzy na łamach wysokonakładowych dzienników wrzeszczą coś o literaturze „zaangażowanej społecznie” i rzucają rękawicę jakimś rzekomym „salonom”, które to salony są raczej ich prywatnym urojeniem. Bo problem polega na tym, że u nas nawet prawdziwych salonów nie ma. Ci „rewolucjoniści” to rodzaj koniecznej atrapy buntu. A wielu odbiorców wyobraża sobie bunt dość naiwnie i wąsko z perspektywy sytości i dobrze płatnej pracy – w ten sposób jedyną uznaną formą literatury gniewnej jest pisanie o bezrobotnych, nieszczęśliwych, brzydkich i sfrustrowanych. I tak okazuje się, że bunt to inaczej... współczucie i solidaryzm społeczny...
Mówiąc krótko – czasy są dziś trudne. Bo wprawdzie każdy przyzna, że literatura powinna być gniewna, ale nie daj Boże, aby rozgniewała jego osobiście. Ona ma gniewać innych, nie nas.
Staram się wyjść poza utarte schematy i alternatywy. Tworzę literaturę brutalną, czasem drastyczną, czyli bezlitosną i niesolidarną z nikim... W ogóle sądzę, że nic tak nie szkodzi literaturze, jak współczucie, solidarność i filantropia. Niestety, w ostatnich czasach coraz trudniej jest odróżnić kulturę od działalności charytatywnej.
Ale poza tym, moja powieść obfituje także w momenty liryczne, w chwile ciepłego i pogodnego nastroju. Trzeba je tylko dostrzec.
Nie powiesz jednak, że wydźwięk całości jest optymistyczny?

Ale nie powiedziałbym też, że jest pesymistyczny. Albo raczej powiedziałbym, że jest równie skrajnie pesymistyczny, co i radykalnie optymistyczny. I w tym sensie wyraża ta książka moją własną postawę życiową – ale jedynie w tym.
Na koniec pytanie równie esencjonalne, jak na początku. Do kogo adresujesz swoją książkę?
Absolutnie do wszystkich. Tak jak powiedziałem, można ją czytać jak zbeletryzowany traktat moralno-obyczajowy , ale równie dobrze można ją czytać jak kiczowaty romans o piratach i poszukiwaczach skarbów, oba te podejścia chciałem pogodzić i zadowolić. Na pewno nie jest to książka tylko dla „wtajemniczonych”, nawet jeśli momentami może się wydawać niejasna, to o ten efekt mi chodziło, chciałem stworzyć efekt pewnej dezorientacji, rozpadu sensów. Ale jeśli ktoś lubi po prostu kryminały o labiryntowej strukturze, może „120 godzin” potraktować jak specyficzny, nietypowy kryminał czy thriller.
Powieść Jacka Dobrowolskiego „120 godzin” została nagrodzona w Konkursie Młodych Twórców Fundacji Kultury. Ukazała się w maju 2006 nakładem wydawnictwa „Czytelnik”.