12.05.2005
W najnowszym numerze Uniwersytetu Kulturalnego ukazał się wywiad z red. nacz. OM, który za zgodą redakcji UK publikujemy na naszej stronie.
Wykwintna i antyromantyczna. Jaka będzie literatura polska XXI wieku?
ROZMOWA Z PAULINĄ KWIATKOWSKĄ, REDAKTOR NACZELNĄ „ORGII MYŚLI”
Uniwersytet Kulturalny: Na polskiej, jak to się teraz pisuje w prasie – młodoliterackiej scenie artystycznej, pojawiła się nowa grupa. Taka „świeżość na rynku” generuje dość przewidywalne pytania, natychmiast otwiera rubryczki w katalogach weryfikujących trendy, poetyki i atrakcyjność. Większość odpowiedzi na takie modne wątpliwości można samodzielnie znaleźć na Waszej stronie internetowej, poproszę więc o krótkie przedstawienie dziejów przedsięwzięcia.
Paulina Kwiatkowska: Na początku była nuda. Jako osoby z natury, z urodzenia zainteresowane literaturą, a wychowane na klasyce awangardy XX wieku (i nie tylko), wszyscy założyciele OM podzielali to jedno, coraz bardziej dojmujące uczucie: polskie życie literackie jest nudne, małoduszne, prowincjonalne. Z pozoru wiele się dzieje, a jednak nigdy nic ważnego. Panuje – i to we wszystkich nieomal środowiskach – albo po prostu zwykły, chamski anty-intelektualizm, albo lęk przed intelektualizmem, czasem z powodu niedouczenia, czasem dlatego, że woli się poprzestawać na małym. Właśnie to poprzestawanie na małym, swojskim, prostodusznym, najbardziej gnębi tak zwaną „ambitną sztukę” w Polsce. Zdradzam tutaj, skąd wzięła się Orgia Myśli: właśnie z powyższej konstatacji i niezgody na taki stan rzeczy. W lecie zeszłego roku, na jakiejś imprezie plenerowej, po ...-nastej butelce doskonałego Chateauneuf-du-Papes, postanowiliśmy – a mówiąc „my”, mam na myśli Mateusza Falkowskiego, Jacka Dobrowolskiego, Wiktora Rusina, Maksa Wolskiego, Filipa Sikorskiego i siebie – że powinniśmy przynajmniej spróbować buntu przeciw nudzie. OM jest właśnie tą próbą. A ponieważ u źródeł wszystkiego był, jak to się czasem zdarza, zapał spowodowany napojem Bachusa, stąd jeden z członów nazwy – orgia.
UK: Jak dalece awangardowa jest to inicjatywa, w jakim sensie nowa – podług Waszych założeń. Niby pełnisz funkcję redaktora naczelnego czasopisma ukazującego się on-line, ale coś mi się zdaje, że bardziej poczuwasz się do roli spiritus movens grupy literackiej, w nieco „drzewiejszym” znaczeniu. Być może jednak się mylę i „Orgia Myśli” tworzy prawdziwie nowoczesne środowisko sieciowe.
PK: Cóż, nie nam oceniać, jak bardzo jesteśmy nowi. Zresztą to zależy od kontekstu. Jeśli przyjrzysz się obecnej polskiej literaturze, to zauważysz, że do niczego nie jesteśmy podobni, że jesteśmy inni, może nawet, dla niektórych, jesteśmy „artystowscy”. Ale w szerszej perspektywie, wiadomo, że nie ruszamy z posad bryły świata, że raczej upominamy się o pewne „stare” wartości. Jedna z młodych krytyczek literatury stwierdziła nawet, że jesteśmy „cudownie reakcyjni”. Zgoda, jesteśmy reakcyjni o tyle, że dążenie do awangardy jest czymś całkiem klasycznym, naturalnym...
A co do internetu i formy, w jakiej się prezentujemy. Nie przywiązujemy wielkiej do tego wagi. Być może należymy już do drugiego pokolenia internetu (teraz zmiany pokoleniowe następują co parę lat) – pokolenia zblazowanego internetem, pokolenia, które na hasło „sieć” – wzrusza ramionami i nie ekscytuje się. Strona internetowa to nie jest nasze ostatnie słowo. (W zasadzie też nie pierwsze, bo spośród autorów OM większość publikowała już teksty gdzie indziej, nie jesteśmy grupą debiutantów.) Zdecydowaliśmy się ją stworzyć, żeby zrobić trochę szumu, żeby sprawdzić, czy znajdziemy w ogóle jakiś odzew jako pewien „nowy prąd”. Poza tym internet ma tę zaletę, że może przyczynić się do powstania alternatywnego obiegu, że może być sposobem kontaktu dla ludzi, którzy w tych ciemnych wiekach, jakie nam nastały, płyną o własnych siłach pomiędzy Scyllą barbarzyńskiej komercjalizacji a Charybdą stadnego „antykonsumpcjonizmu”, przeżartego oportunizmem i, co tu dużo kryć, frustracją. Dlatego może nie jesteśmy środowiskiem sieciowym, lecz raczej nowoczesnym sieciowym „podziemiem” intelektualnym w dobie techno-średniowiecza.
UK: Jeśli młodzi twórcy przystępujący do „Orgii” nie zawiązują „środowiska”, czy w takim razie nie tworzą po prostu zwyczajnej „paczki”? Przyjaciele, którzy nie są kumplami Kumpli, zebrali się pewnego dnia i zazdrośnie (czy dla swego świętego spokoju) ogrodzili terytorium, bo świeci im lampa w zupełnie innym stylu. Nie zauważyłem, ażeby „Orgiastyków” nazbyt interesowało, dajmy na to, komu ostatnio skoczył do gardła Sławomir Sierakowski, kto i dokąd przegania go za potwarze.
PK: Fakt, że kumplami Kumpli nie jesteśmy, ale pamiętaj o tym, że się o to nie staramy, więc nie stanowimy salonu odrzuconych czy obrażonych. Po prostu – znamy tych panów tylko z widzenia i nie rozumiemy, dlaczego nas się do nich odnosi. Czyli tak – świeci nam inna lampa. Może to nawet nie lampa, tylko jakieś inne źródło światła... A co do tego „terytorium”, to jak już mówiłam, zajęliśmy po prostu dość dużą połać „nieużytku” – bez zazdrości czy jakichkolwiek złych uczuć. W ogóle jedna z naszych dewiz to „literatura bez resentymentów”. I wcale się nie odgradzamy, my też jesteśmy przecież towarzyscy. Ale z nikim nie konkurujemy, bo – jak powiedzieliśmy w manifeście – chcemy zaproponować inną jakość. Cóż, skoro już mi przyszła na język ta merkantylna metaforyka, będę ją kontynuować: śmiem twierdzić, że OM oferuje produkty luksusowe, produkty, na które trzeba „zapracować”, na które dużo trzeba „wydać”. Takie produkty pojawiają się jedynie w społeczeństwach wysoko rozwiniętego kapitalizmu. A ponieważ Polacy, wchodząc do UE, potwierdzili aspirację, by do ich grona wkroczyć, powinni sobie wreszcie zafundować także takie luksusowe dobra, jak kosmopolityzm, „myślenie globalne” (w miejsce prowincjonalizmu i „polocentryzmu” – lub jeszcze gorzej: warszawo-centryzmu, krako-centryzmu...) albo też – wiem, że to u niektórych wzbudzi zgrozę – myślenie „niewczesne”, refleksja wykraczająca poza „sprawy bieżące” i sięgająca poza czubek naszego nosa, nawet ten zglobalizowany czubek nosa.
UK: A zatem „Orgii Myśli” nie dotyczy żadna literacka geografia, bo ta – tak, zgoda – nie może nie być zorientowana na jeden punkt czy jedną plamę na mapie. Do Warszawy jesteście „przywiązani bezwładnie”, ale też nie myślicie ostentacyjnie przenosić się w okolice Stasiuków, do Sejn, na Dolny Śląsk, nie zamierzacie otworzyć biura redakcji w Wejherowie...
PK: Hm, w Wejherowie? Nie, nie zamierzamy, nie jesteśmy aż tak demokratyczni! Ale fakt jest taki, że nasza redakcja jest trochę „rozrzucona po świecie”, że kontaktujemy się głównie przez internet...
UK: Z tego punktu widzenia – jednak! – nie odbijacie daleko od liternetu, domniemywanej „literatury w Internecie” jako nowej post-typograficznej jakości. Informatyczna i informacyjna sieć uczyniła historię jeszcze mniej przewidywalną, a to tylko odrywa Was od miejsc, dając za to przepastne twórcze „eksterytoria”.
PK: Historia pozwala nam jak nigdy dotąd uwolnić się od „polocentryzmu”, od „europy środkowej”, od „tu i teraz”, pozwala nam nie tyle na bunt wobec tych pojęć, ile na to, byśmy – „sub specie aeternitatis” – stali się wobec nich całkiem obojętni, byśmy z całym spokojem i niewinnością mogli stwierdzić, że nie mamy z tym wiele do czynienia. Innymi słowy mamy idealne warunki, by zrealizować wreszcie postulaty Gombrowicza, patrona wszelkiej awangardy w Polsce – możemy wreszcie zacząć myśleć bardziej abstrakcyjnie, bezinteresownie, niezależnie, perwersyjnie, ekskluzywnie i drapieżnie...
Moim zdaniem, w polskim życiu duchowym boleśnie brakuje nonszalancji, nieskrępowania, rozmachu, „przepychu”, szerokiej perspektywy, mocnego słońca, także pewnego „okrucieństwa” – „głębokie” to znaczy dla Polaków coś wręcz przeciwnego: głębokie powinno być depresyjne, a co najwyżej ironicznie zabawne, powinno być oszczędne, proste, bolesne, pochmurne i skowyczące... Oto polska definicja „głębi”. Niektórymi korzeniami sięga samego romantyzmu. To taki romantyzm pozbawiony patosu i fantazji, a wzbogacony o parę dodatkowych kompleksów i frustracji, pozbawiony „złudzeń” czy „antybohaterski”. Jasne, że to może być ciekawe, ta głębia „skowytu z prowincji”... Ale kto powiedział, że nie można być głębokim w inny sposób?
UK: Nasze katafalki dodźwigaliśmy już szczęśliwie do Europy. Co wobec tego zamierzacie?
PK: My chcemy po prostu uzupełnić polską duchowość o te pierwiastki, które są w niej słabo obecne. Proponujemy pewien kierunek jej dalszego rozwoju. Zdecydowanie, radykalnie antyromantyczny – oczywiście w szerokim pojęciu „romantyzmu”, w którym obecną epokę można by określić jako „postromantyzm”. A tak właśnie sądzimy: polska literatura i w ogóle duchowość tkwi obecnie w „postromantyzmie”. Nie w postmodernizmie – chciałoby się! – tylko, niestety, w postromantyzmie. I tak, my Polacy jesteśmy na początku XXI wieku sępami, które żywią się padliną mitologii po-narodowej i post-katolickiej, pożeraczami gnijącej „naszości” i „tutejszości”, fantazmatów naszej przenajświętszej bylejakości, pomieszanej z bardzo słabo i bardzo selektywnie przez nas przyswojonymi kawałkami dyskursów panujących obecnie na zachodzie (postmodernizmu – ale raczej postmodernizmu spod znaku Tarantino niż spod znaku Derridy), a popitej wielkim, wysokoprocentowym haustem popu i anty-intelektualizmu... Oto kultura w III RP. No i dobrze, niech tak będzie. Ale nam to nie wystarcza.
Dlatego, wracając do naszej metafory, nie tworzymy rzeczy jednorazowego i bieżącego użytku: orgia to nie supermarket ani bar mleczny, zdajemy sobie sprawę, że naszym „targetem” jest być może nieistniejąca jeszcze grupa czytelników „najzamożniejszych” – i stąd może powstawać wrażenie, że nie jesteśmy „na bieżąco”, tak jak rolls-royce sprawia wrażenie nie najbardziej trendy samochodu. Ale skądinąd – i tu odpowiedź na twoje wcześniejsze pytanie, „kto komu skacze do gardła” – to nas interesuje, jak wszystkie sprawy na „naszym podwórku”, tylko że umiarkowanie... Nie jesteśmy ani lewicą, ani prawicą. Co nie znaczy, że jesteśmy apolityczni. (Na jesień planujemy np. edycję „Orgii politycznej” – o polityce literatury i nie tylko.)
UK: Na pewno żadnych dorabiających w firmie kurierskiej! W redakcji zasiada urzędnik państwowy z niezależnymi źródłami utrzymania, nad wszystkim czuwa tajemniczy człowiek zza oceanu, a Redaktor Naczelna, w przyszłości pani doktor, wcale nie zaopatruje się na śmietniku, choćby w najlepsze trwał tam festyn sztuki recyclingu, a resztki dobierał sam Baudrillard z kompanami. Czy aby nie za to spotkało Was chłodne przyjęcie na „agorze”, na której jakoś zaistnieć musieliście, czyli na plotkarskim blogu (kumple.blog.pl)? Pisarz, który nie chciał pić wódki – to było dopiero zaskoczenie, to była też główna linia ataku.
PK: [śmiech] No tak, co do preferowanych przez nas alkoholi, już się wypowiedziałam. A przyszłych doktorów jest ci u nas więcej – niech policzę – w sumie czterech, wraz z moją skromną osobą. Co nie znaczy, że jesteśmy akademiccy – jesteśmy „intelektualni”, a nie akademiccy. A wracając do przyjęcia na kumplach – widzę, że nie da się uciec od tego tematu – wiesz, w pierwszej chwili to był szok, że staliśmy się dla nich przedmiotem zainteresowania, nawet nie to, że się w ogóle zainteresowali, tylko to, że można się w ten sposób interesować literaturą, to mnie zdumiało... Mówię z ręką na sercu, że nigdy nie byłam na blogu kumpli, zanim nie ruszyło OM; po prostu z natury nie interesują mnie blogi i wszelkie w ogóle formy populistycznej internetowej demokracji. No, ale tu jednak ciekawość zwyciężyła, co też o nas powiedzą ci kumple, skoro zaszczycili nas swoją uwagą?... Oczywiście nie należało się spodziewać entuzjazmu! Ale myślisz, że ich przyjęcie było chłodne, bo my odcinamy się od tego, co nazywasz skrótowo „recyklingiem”? Bo uważamy, że autentyczna świeżość – a nie tylko odświeżanie – jest jeszcze możliwa? Ale to by znaczyło, że oni mają nieczyste sumienie! Że zareagowali niechęcią, bo poczuli się zagrożeni! A podejrzewam, że są nazbyt zapatrzeni w siebie, żeby czuć się przez nas zagrożonymi.
UK: To kogo właściwie zapraszacie do literackich orgii? Manifest ogłoszony w Internecie świadczy o tym i o owym, jak większość tego rodzaju spontanicznych programów, zwróconych do przeciwników nudy. Najbardziej konkretnie brzmi wszakże postulat światowości, żeby nie kwitować – kosmpolityzmu. Jeśli dobrze odczytuję intencje, „Orgia” aspiruje gdzieś indziej. Gdzie zatem?
PK: Jakiś już czas temu niemiecki krytyk Reich-Ranicki wzbudził szok nad Wisłą, bo wylał na rodzimą literaturę wiadro zimnej wody. Powiedział o naszych współczesnych „arcydziełach”, ni mniej ni więcej, tylko że to siermięga. Niestety, nikt go nie wysłuchał, generalnie reakcja na jego krytykę w Polsce polegała na tym, że paru „naszych” odszczekało się Niemcowi. Nie przypominam sobie, żeby ktoś rzetelnie potraktował te zarzuty, choć może coś pomijam. W każdym razie dla nas, założycieli OM, już wtedy było jasne, że Ranicki ma dużo racji. Nam też wydaje się, że siermięga rządzi, i to na wiele sposobów. Tak że wchodząc do księgarni mamy na półce z polską współczesną literaturą bardzo wielki wybór, pod warunkiem, że wybieramy siermięgę. Z paroma może wyjątkami – tak jest. Od Tokarczuk po Masłowską, od Pilcha po Shutego – zawsze to w ten czy inny sposób, subtelny czy prostacki, „swojskie klimaty” – przy wszystkich możliwych różnicach... Zawsze to trąci jakimś ulotnym, przepraszam za słowo, „drobnomieszczaństwem”... Otóż my nie mamy nic przeciw tym „swojskim klimatom”, ale gustujemy w czymś zupełnie innym.
Nasza propozycja skierowana jest – pozwolę sobie, choć to może nadmiar śmiałości, zacytować znanego filozofa – „do najbardziej nielicznych”. Ale tak, jak i u cytowanego filozofa, znaczy to również, że „do wszystkich”. Jak widzisz, mówię to z pogodnym, słonecznym i dziecięco szczerym uśmiechem na ustach...
Powiem jednak także bardzo po prostu: to nasze „gdzie indziej” to stare przekleństwo i przeznaczenie literatury – dystans, tzw. epicki dystans... W każdych, nie tylko w naszych czasach literatura zasadza się między innymi na tym, że w przeciwieństwie do publicystyki, jej żywiołem jest myślenie, czyli zmyślanie, czyli fikcja i abstrakcja – oddalenie a nie doraźność, nie: „wsłuchiwanie się w mowę ludzi” czy ich „codzienne bolączki”. Bo gdyby literatura polegała tylko na takim wsłuchiwaniu się – a zwróćmy uwagę, że na tym właśnie opiera się ceniona obecnie w Polsce proza, ona właśnie „wsłuchuje się w życie” i nic więcej – to nie byłoby w historii literatury nic poza kolejnymi werbalizacjami bełkotu i zwału. Bo takie przeważnie to „nasze zwykłe życie” jest – o ile nie przetrawi go refleksja, o ile nie upudruje go fantazja, o ile nie zgwałci go artystyczny temperament – jest mdłe, bełkotliwe, maślane, banalne, miazgowate, nudne jak „slamy poetyckie” w Krakowie. A my mówimy tylko: więcej wyobraźni! Obowiązkiem artysty jest dostarczać rozkoszy estetycznej, a nie nurzać się w bylejakości i pospolitości.
Przekonanie, że literatura winna być odzwierciedleniem banału życia codziennego, że powinna się w nie wsłuchiwać, naśladować „mowę ulicy”, mówić o „aktualnych problemach”, to przekonanie o tyle szkodliwe, że mało wykwintne. Literatura może taka być i może się nawet zdarzyć, że taka literatura okaże się niezła – bo nie każda dobra literatura musi być wykwintna, a banał bywa ciekawy. Ale gorzej, kiedy ten niewykwintny smak staje się smakiem niepodzielnie panującym i nie znoszącym sprzeciwu. To nie jest oczywiście wina „królowej matki polskiego mrowiska literackiego”, że ten gust – mianowicie gust, najogólniej, „banalistyczny” – stał się dominujący – i to nieomal na poziomie podświadomości, na poziomie „instynktów”, jakie przejawiają i pisarze, i czytelnicy... Ale choć nikomu nie można tego mieć za złe, to jednak należy mieć nadzieję, że ta tendencja, ta „moda” – bo jest to tylko moda – minie, że nastaną czasy większej wybredności.
UK: Pozwolę sobie wybrzydzać już teraz. Na początku strona „Orgii Myśli” sprawiała wrażenie części składowej manifestu programowego. Ktoś nieżyczliwy mógłby powiedzieć, że przypominała amatorskie websites, jakich wiele, zakładane przez kółka hobbystyczne w podstawówkach w 2000 roku. Albo to admin rzeczywiście był samoukiem, albo dyletanta jedynie z rozmysłem udawał. Drugą wersję uważam za bardziej prawdopodobną: lay-out ostatnio sporo się zmienił „na nowsze”; wprawdzie „oldskulowy” pozostał, lecz zza tych „gratów na wysoki połysk” wystają wyrafinowane konstrukcje.
PK: Do kwestii lay-outu podchodzimy z pewną – być może nadmierną, nie przeczę – dezynwolturą. Chcieliśmy, żeby nasza strona była ascetyczna, żeby forma nie odwracała uwagi od treści – ale ta asceza właśnie przyciągnęła uwagę, została uznana za amatorszczyznę, więc poprosiliśmy naszego admina, żeby ją trochę „podkolorował”. Nasza strona jest też nietypowa o tyle, że raczej nie kieruje się do tych, którzy po prostu „surfują” po internecie – poprzeczka wymaganego skupienia, uwagi i wnikliwości jest tutaj postawiona dość wysoko, osoby rozkojarzone nie są u nas mile widziane. Dlatego też nie umieszczamy żadnych linków do innych stron – i niech nasi czytelnicy, ani przyjaźni adminowie innych stron, którzy umieścili u siebie link do Orgii – za co im z tego miejsca dziękuję – nie mają nam tego za złe.
UK: Choć „rewolucja Gutenberga” przekształciła się w „kontrrewolucję Billa Gatesa”, mimo wszystko – nie tęsknicie do kultury druku? Czyż nie pożyteczniej, nie przyjemniej byłoby przewracać kartki, powiedzmy, Wakacji, niżeli je skanować, przewijać, wydrukowywać... Liczę na to, że zacni urzędnicy i wykładowcy znajdą kiedyś czas na poadministrowanie wydawnictwem.
PK: Jasne, strona internetowa to dopiero początek. Nie ukrywam, że i nam większą przyjemność sprawia obcowanie z drukiem. Mamy pewne plany, których ujawnianie byłoby teraz zdecydowanie przedwczesne. Na tym etapie internet pozwala nam nie tyle nawet dotrzeć do większej liczby czytelników, co raczej powiedzieć, zaproponować więcej.
UK: A jakie są plany „Orgii Myśli”, których realizacji czytelnicy „Uniwersytetu Kulturalnego” mogą spodziewać się lada moment?
PK: Właśnie ruszyła 2 edycja OM, w której oprócz innych pozycji poleciłabym debiut prozatorski Karola Raussa, „Szum”, fragment drastycznej, ale i pełnej humoru prozy społecznej. Za to w lecie planujemy edycję 3 – „Orgię na plaży”, gdzie ujawnimy bardziej rozrywkowe nasze oblicze. Korzystając z okazji, zapraszamy czytelników „Uniwersytetu Kulturalnego” na spotkanie z Orgią do klubu Chłodna 25 (ul. Żelazna 75a), w środę 25 maja o godzinie 19:00.
UK: Dziękuję za rozmowę.
rozmawiał Włodzimierz Karol Pessel