15.11.2005
Pełen szacunku ukłon, i to niewymuszony, należy się Michałowi Pawłowi Markowskiemu za artykuł w Tygodniku Powszechnym na temat najnowszej literatury w Polsce (i inne, z nim związane). Choć bardzo w duchu krakowski (u nas, czyli też w zasadzie nad Wisłą, ale już na środkowym jej biegu, słowa „inteligencja” od dawna używa się już tylko na określenie pewnego indywidualnego daru, jaki można mieć od Boga lub z innych być może źródeł, natomiast o jego znaczeniu socjologicznym przypominamy sobie dopiero, gdy otwieramy „Tygodnik”), to przecież w jak najlepszym sensie „światowy” sens i ton, jaki u Markowskiego odnajdujemy, ironiczny i wielkoduszny zarazem, naprawdę godny jest podziwu, a to dlatego przede wszystkim, że odznacza się trzeźwością i dystansem; na swój sposób, przy całym konserwatyzmie, na jaki jeszcze dalej, niestety, wskażemy, jest to głos w warunkach naszego kraju wybitny, bo „nie-polski”, a nawet zdrowo, gombrowiczowsko (czytaliśmy i chwaliliśmy sobie „Czarny nurt”), anty-polski. Wszak Polak prawdziwy to raczej przeciwieństwo takiej postawy, człowiek z natury nietrzeźwy i pozbawiony dystansu do czegokolwiek... (mniejsza o niego)
Co rzecze Michał Paweł Markowski? Soczyście dworuje sobie z pomysłów na „ożywienie inteligenckiego ducha”, które to miałoby zaowocować skokową poprawą jakości nie tylko literatury polskiej, ale i kultury. Nie pozostawia też żadnych wątpliwości nie tylko co do swej oceny poziomu współczesnych pisarzy, i to, sic, owych „najambitniejszych z najambitniejszych” (a więc nie dość, że Masłowska – nie, to i Tokarczuk – też nie!), ale i co do tego, czy Polacy są w ogóle warci, by mieć prawdziwą literaturę, ową „literaturę piękną” w klasycznym i wyniosłym znaczeniu tego słowa, jego, dodajmy, właściwym znaczeniu. Wszelkie złudzenia w tych sprawach zostają przez autora rozwiane, w wielkim stylu i z precyzją.
A jednak. A jednak pozostaje „ale”. Z początku pewną mgiełką niepokoju zaczyna odznaczać się w ogólnie dobrym nastroju, w jaki wprawia nas ta przesmakowita publicystyka, myśl, że oto Markowski rozprawia się z poglądem, który w istocie wyzwania intelektualnego w ogóle nie stanowi. Demitologizując mit inteligencji, rozprawia się z „kulturalnymi ciotkami” – podczas gdy naszym problemem „kulturalne ciotki” już dawno przestały być. Chciałoby się więc, po pierwsze, by tak znakomita polemika była polemiką nie z łatwymi do wyśmiania xix-wiecznymi nostalgiami z krainy zaczarowanej dorożki, lecz jednak z poglądami, jeśli nie nowocześniejszymi w swej istocie, a pewnie i nie bardziej wyzywającymi intelektualnie, to jednak uchodzącymi za bardziej „na czasie”.
Drugie „ale” to sprawa, w której, jak się okazuje, polska choroba powraca jak bumerang, a anty-Polak okazuje się jednak krypto-Polakiem: radykalizm staje się defetyzmem. Jakże często się to w sumie słyszy w naszym kraju: - porzućmy wszelką nadzieję... Nie ma szans, dajmy sobie spokój... To się nie może udać... Otóż, czy tak wnikliwy czytelnik Nietzschego jak Michał Paweł Markowski może nie zdawać sobie sprawy z tego, że złudzenia są życiodajne i że prawdziwy „demitologizator” nigdy nie przestaje zastępować dekonstruowanych mitów nowymi mitami? Inaczej popada w coś, co nazwałbym roboczo typowo akademicką odmianą „nihilizmu” (oczywiście w sensie tego słowa znanym jedynie czytelnikom wspomnianego wyżej filozofa). I w ten sposób dokłada się niejako do panującego stanu rzeczy, utwierdza jego negatywność. Albowiem może być tak, że odwracając się pogardliwie tyłem do status quo – z pogardą całkiem rzecz jasna uzasadnioną – likwiduje się ostatni może grunt pod jego zmianę. Zacne to i wzniosłe, żeby czytać Hegla i Balzaka do poduszki – i my ich czytujemy, choć może chętniej jednak, i bardziej do poduszki, czytujemy Flauberta i Bergsona, albo Baudelaire’a i filozofa wspominanego tu już wcześniej dwukrotnie. Gorzej jednak, kiedy gust wybredny staje się „pryncypialnie klasycystyczny”, i poniekąd ultrakonserwatywny, na zasadzie – niestety, szkodliwej i całkiem niesłusznej – że wielka literatura musi mieć sto lat (albo pięćdziesiąt, albo choćby i dwadzieścia, ale nigdy nie może nią być coś aktualnego). W ten sposób gdyby nawet pojawił się jakiś następca – na naszą miarę albo i ponad naszą miarę – owych „Balzaków”, to nie mógłby on liczyć na zainteresowanie miłośnika tamtego Balzaka, bowiem ten a priori niejako nie dopuszcza, by np. „współczesna epoka” mogła wydać wielkie dzieło (tak jakby rzeczywiście było dowiedzione, iż zdarzają się takie epoki, które z samej swej istoty wielkiego dzieła nie mogą wydać). Choć to niczym nieuzasadnione, to jednak powszechność podobnej opinii może, co byłoby najgorsze, zaowocować efektem samospełniającej się przepowiedni.
Co więcej, wypada się rzecz jasna zgodzić z tezą socjologicznie wnikliwą i, znowu, radykalną, jaką można z artykułu Markowskiego wyprowadzić, że Polacy w ogóle są niezdolni do wytworzenia społecznego żywiołu intelektualnego – są endemicznie bezpłodni, bo koteryjni, letni, tchórzliwi i małoduszni, a do tego to patologiczni wręcz nieucy – lecz zgadzając się z tym należy też pamiętać, że w czasach globalnych i anonimowych, w jakich żyjemy, coraz więcej może istnieć w naszych miastach indywiduów, które, będąc być może mniej pokrzywdzonymi przez tragiczną historię narodową niż reprezentanci wcześniejszych, mniej szczęśliwych „pokoleń”, pracują intensywnie nad zadaniem radykalnej auto-depolonizacji, hodują w sobie nie-Polaka. A więc – precz z socjologią, uwierzmy w niepowtarzalność samotnych jednostek! Być może Polacy jako tacy nie „zasługują” na to, by mieć prawdziwą, poważną literaturę (w sensie socjologicznej niemożności wytworzenia dostatecznej intelektualnej masy krytycznej, takiej, aby życie duchowe nabrało rumieńców i rozpędu), lecz któż powiedział, że ta prawdziwa literatura nie trafi się Polakom jak ślepej kurze ziarno? Niezasłużenie i na zasadzie kaprysu bogów? A może to nie będzie kaprys bogów, tylko, na przykład czysta dialektyka historii, której możliwego działania tak wnikliwy czytelnik Hegla, jak Michał Paweł Markowski, nigdy nie powinien chyba z góry wykluczać? Bezruch i degeneracja muszą w końcu wydać z siebie swoje przeciwieństwo, na podłożu spróchniałym i zgniłym wyrośnie może nowe życie... Dlaczego z góry odrzucać tę optymistyczną prognozę? A dlaczego Derrida właśnie w Warszawie wykładał o „przybyszu”? ;-)
Nie polemizowalibyśmy z akademicko-konserwatywną, a zarazem defetystyczną wymową, jaką mimo wszelkiej słuszności dostrzegliśmy u Michała Pawła Markowskiego, gdyby nie to, że przecież mamy w jego osobie do czynienia nie z uniwersytecką konserwą, ale z rzutkim, błyskotliwym, płodnym i nowoczesnym znawcą najbardziej aktualnych, wyrafinowanych i subwersywnych prądów epoki. Tym bardziej martwi, że intelektualista tej miary propaguje kolejną wersję eskapizmu i „duchowej emigracji”.
');
//-->