By dopowiedzieć rzecz do końca - ostatnie słowo o Houellebecqu

Autor: 

08.02.2006
 
Rozważania m. m. wolskiego (patrz niżej, 26.01) można i trzeba podsumować jednym zdaniem: pisarstwo Houellebecqa to czystej wody nihilizm. Konsekwencja H. w tym względzie budzi zresztą tyle samo podziwu, co odrazy. Ranga i sława, jakie dzięki temu zyskał, rodzi wyłącznie niepokój.
Jego niepoprawność – przez jednych sławiona, przez innych przeklinana – nigdy bowiem nie sięga głębiej niż do nicości. Nigdy też nie zatrzymuje się wcześniej. Sędziwa prawda o marności tego świata, o Niczym jako prawdziwym jądrze bytu nie tylko czuwa nad światem przedstawionym, ale i patronuje samemu pisarstwu. Nieprzypadkowo proza ta jest niedbała i niesubtelna. Niewiara w literaturę doskonale wyraża wiarę w powszechny fałsz. (Jak wyznaje sam Houellebecq, tylko poezja zajmuje miejsce wyróżnione. Cóż to wszakże za „szkolna” wizja poezji, skoro jej mocy odmawia się prozie?...)
Nicość nie tylko jest wszechobecna, docierając do wszystkich poziomów uniwersum, ale tak naprawdę stanowi ich jedyną rację i sens istnienia. Najpierw więc jako najgłębsze i niedostępne principium, zaraz potem i w równym stopniu jako zasada codzienności (i jej literackiego wyrazu). Ta druga oczywiście zasłania to pierwsze. – Czcze kłamstwa w odwiecznej walce z przerażającym Nic.
Ale istnieje jeszcze trzecie wcielenie nicości, najbardziej bodaj urojone, o tyle też nikczemne, bo zarazem kuszące swym prostactwem. Miłość: fetysz niemożliwości i uduchowienie orgazmu w jednym, prywatny odpowiednik zbiorowej obsesji bezpieczeństwa, pełniący zresztą analogiczną funkcję podsycania i pacyfikacji jednocześnie. W pustkę więc, powtórzmy: w pustkę trafia ewentualny zarzut, że niczego o miłości od H. się nie dowiemy, wszak ona sama nie jest niczym więcej jak wyimaginowanym punktem skupiania pożądań, ich wyjaławianiem i zatraceniem. Nie oczekujmy błazenady Tristana, pychy Cyda, zazdrości Marcela... – miłość, wydrążona do cna, to teraz coś pomiędzy rezygnacją (z siebie) i litością (dla innych), forma terapii raczej aniżeli materia uczucia.
Mamy zatem nową świętą trójcę: Nic, fałsz, pustka. Trzy wcielenia nicości znajdujące, niestety, swą jedność i uzasadnienie w konsekwentnej miałkości zapisu.  
Nietzsche, wieszcząc nadejście epoki nihilizmu, wspomniał, zdaje się, o dwustu latach... Znaleźliśmy się oto w samym środku tejże epoki? Nic chyba nie jest lepszym na to dowodem jak uznanie nad Sekwaną niechlujnego jęku za literaturę.   
        
');
//-->