"Pokolenie"

 
Pokolenie – jakie jest, jakie będzie następne pokolenie, a zwłaszcza „młode pokolenie”, bo ta ostatnia formuła na ogół rozumie się sama przez się? Co przyniesie „zmiana pokoleniowa”? Jak odmieni świat? Czy będzie on lepszy, sprawiedliwszy, bardziej miłosierny, czy może jednak niestety bardziej rozwydrzony, pozbawiony szacunku do wartości takich jak Bóg, Miłość, Praca, Rodzina, Dobro etc.? Jakie wystawi nam świadectwo? Czy rozumiemy je, czy ono nas zrozumie, czy przebaczy nam, czy my zdążymy mu przebaczyć?
Takie pytania, wypowiadane z niepokojem bądź nadzieją – a na ogół z jednym i drugim – w proporcjach przynajmniej z pozoru dość niejasnych i niekonsekwentnych, często stawia się w różnych prywatnych publicznych „dyskusjach”, symulując przy tym jakąś głębszą refleksję nad własnymi słowami bądź czyniąc to całkiem automatycznie.
 
Zamiast pytania o to, czym jest to albo inne pokolenie, a zwłaszcza zamiast pytania, jakie dane pokolenie jest, warto się raczej zastanowić, co to pojęcie w szerokich kołach oznacza i jaki ruch umysłowy stoi za sprowadzaniem kolejnej biologicznej generacji ludzkich istot zamieszkujących daną krainę naszej Ziemi do wspólnego mianownika, o szerszych niż tylko statystyczne konotacjach, a zwłaszcza – co powoduje, że właśnie daną generację uważa się niekiedy, samą w sobie, za główny czynnik sprawczy kulturowych czy politycznych zmian albo przynajmniej za najbardziej miarodajne ich świadectwo?
 
Z pewnością hasło „młodego pokolenia” nie jest całkowicie nowe, choć raczej mało prawdopodobne, żeby zmianę paradygmatów w filozofii czy w sztuce w dawniejszych stuleciach wyprowadzano przede wszystkim z samego faktu nadejścia nowego pokolenia, a zwłaszcza – co współcześnie niemal zawsze łączy się z tym hasłem – z jego „buntu”, czy „niezadowolenia” wobec zastanego stanu rzeczy. Pojęcia tego nie było w słowniku komunałów, co nie musi z góry oznaczać, że było całkowicie obce rzeczywistości, na pewno jednak mniej było w niej obecne, choćby i z tego banalnego powodu, że na rzeczywistość (społeczną, kulturową, polityczną) mają wpływ przemiany w identyfikacji jednostek, na którą to z kolei identyfikację jakiś wpływ, mniejszy albo większy (często ze zdecydowanym wskazaniem na ten drugi) wywierają przyswojone zwyczaje językowe. Można skądinąd zauważyć, że nową generację częściej stawia się w wyraźnej opozycji do poprzednich (pytanie o następne pokolenia jest jakby mniej palące: i tak zresztą pomrzemy, nim wnuki na dobre „nam” wyrosną, wszelako instynktownie nasuwa się przypuszczenie, że sytuacja się powtórzy; więcej o tym poniżej), odkąd mieszczaństwo wraz ze swoimi dyskursami stało się, na złe i na dobre, główną siła kulturotwórczą. Już Łużyn w Zbrodni i karze twierdzi, że doskonale rozumie „młodą generację”. Odwołując się więc do kanonu względnie popularnej klasyki literackiej, można by zdefiniować „pokolenie” jako sztandarowe pojęcie osobników pokroju nieszczęsnego Łużyna, co w zasadzie byłoby dosyć słuszną i w miarę zwięzłą definicją[1]. Chcąc jednak być odrobinę sumiennym i mając też na uwadze tych, których mało mogą interesować poboczne wątki Zbrodni…, trzeba by sprawę trochę głębiej wyjaśnić, zaczynając od tego, na ile sam termin: „pokolenie” (w jakim dokładnie jego ujęciu i w jakich sytuacjach) może wskazywać na głęboki przesąd intelektualny.
 
Krytyka pojęcia „pokolenia” jako jednego z najpospolitszych komunałów nie oznacza całkowitego odrzucenia tego terminu, który może w pewnych przypadkach być użyteczny po prostu jako swego rodzaju skrót myślowy (aczkolwiek właśnie już jego nazbyt szeroka konotacja czyni każdą próbę użycia ryzykowną). Jest oczywiste, że w kulturze, przynajmniej tzw. zachodniej, co jakiś czas, z mniejszą albo większą regularnością, zachodzą określone zmiany, mniej lub bardziej radykalne. Zmiany te jednak wynikają – w mniej albo bardziej bezpośrednim stopniu – właśnie z zasady, z istoty kultury, która je poprzedzała, przy czym od samej treści tej kultury (np. od tego, czy jest konserwatywna, świecka itd.) daleko bardziej istotną rolę odgrywa jej struktura, w szczególności jej podatność na modyfikacje i związana z tym jej „pojemność” – tzn. to, na ile kultura, czy określone jej warstwy, są w stanie owe zmiany przyswoić nie naruszając własnego „rdzenia”. Tu widać od razu, że próby zachowania ciągłości kultury mogą być z zasady dwojakiego rodzaju – albo poprzez „zablokowanie” zmian, „zamknięcie” danej kultury i siłową obronę wartości, obyczajów i przesądów (najczęściej przesądów, jak się w praktyce okazuje, choćby intencje były bardziej ambitne i szlachetne) tradycyjnych, jeśli taka obrona mimo zamknięcia okaże się niezbędna (wariant raczej już niemożliwy do wdrożenia w wysoko i w miarę wysoko rozwiniętych krajach Zachodu, jakkolwiek niektórzy w Polsce mogą mieć w tej kwestii inny pogląd), albo poprzez przewidzenie niezbędnych modyfikacji i „uelastycznienie” mechanizmów kulturowych w taki sposób, żeby możliwe były przemiany nie zagrażające jednak szeroko rozumianym historycznym podstawom danej cywilizacji. Pierwsza postawa jest charakterystyczna dla konserwatyzmu „zaściankowego”, „tradycjonalistycznego”, druga dla liberalnego konserwatyzmu ewolucyjnego. Historia dostarcza tu wielu klasycznych przykładów; na przykład Anglia i Francja wykształciły na początku XIX wieku z grubsza podobny model społeczeństwa, jednak w pierwszym przypadku, dotyczącym państwa, w którym odpowiednio wcześniej miały miejsce swego rodzaju „proto-rewolucje” nie zakłócające ciągłości systemu w najbardziej istotnych jego aspektach, stało się to na drodze ewolucyjnej, w drugim – gdzie nieprzystawalna do rozwoju społecznego skostniała struktura władzy utrzymała się zbyt długo – nie dało się uniknąć serii krwawych fermentów. Z zasady należy przyjąć jako oczywistość, że im bardziej dana kultura zamyka się przed możliwością ewolucyjnych modyfikacji, tym bardziej zmiana – o ile w końcu nastąpi – jest, w stosunku do niej, radykalna i tym większa zresztą powstaje pokusa radykalizmu u tych, którym najbardziej zależy na przyszłości.
 
Nie można oczywiście zakładać, że między charakterem danej kultury a zakresem ewentualnych zmian zachodzi prosta odpowiedniość – możliwe jest, że w sprzyjających okolicznościach sukces odniosą „nieuzasadnione” w stanie wyjściowym radykalne hasła (rewolucja bolszewicka), możliwe wreszcie, że społeczeństwo pogrąży się w stagnacji, a nawet dojdzie do tradycjonalistycznego regresu, mimo że „logika sytuacji” wskazywałaby na nieuchronność przemiany (np. obecna sytuacja w Iranie). Pomijanie czynników indywidualnych i zakładanie „automatycznego” wpływu samych źródeł sytuacji wyjściowej na jej zmianę, jak również na „natężenie” tej zmiany i kierunek – we wszystkich aspektach i szczegółach – prowadziłoby do niebezpieczeństwa taniego determinizmu. W każdym razie jednak wszelka zmiana o charakterze powszechnym – w różnym stopniu i ma różne sposoby (w zależności od tego, z jakim procesem mamy do czynienia) – jest wyraźnie powiązana z wyjściowym stanem i pomimo że relacje między społeczeństwem a „klimatem intelektualnym”, jaki w nim się pojawia, czy zwłaszcza jego czasem niespodziewaną „awangardą” często mają również charakter wzajemnego warunkowania, należy uznać, że zmiana „pokoleniowa” stanowi w przeważającej części wynik działania tego, co zewnętrzne wobec przedstawicieli danego pokolenia i jest w dużej mierze zwierciadłem (choćby na ogół mocno przekrzywionym) zastanej struktury społecznej, nawet jeżeli ta struktura zostanie następnie przetworzona w sposób mniej albo bardziej powierzchowny, mniej albo bardziej twórczo.
 
Tymczasem dość mocno zakorzenił się przesąd, że określone historyczne zmiany wynikają głównie z „wewnętrznych” właściwości kolejnej linii osobników następujących w ciągłym procesie przedłużania gatunku. Jakby samo spółkowanie, powstawanie nowych jednostek wraz z ich immanentnymi cechami („młodość”, „witalność”, „upór”, „ambicja”) nie tylko same z siebie powodowały różnego rodzaju „rewolucje kulturalne”, ale wręcz uzasadniały ich przebieg, tłumaczyły konkretne postulaty.
 
W tym wszystkim uobecnia się także kult biologii, mit krwi, paradoksalna próba przywrócenia ciągłości kultury (przy czym często przesądem jest samo jej naruszenie, jeżeli spojrzeć głębiej; kiedy indziej z kolei sama ciągłość okazuje się przesądem), drobnomieszczańska pseudo-dialektyka „ojców i synów”. W dzisiejszym świecie nie jest słabsze, a być może – np. w stosunku do późnego dziewiętnastego wieku – wręcz się ostatnio umocniło, przekonanie o biologicznym zdeterminowaniu jednostek i kultury. Jest to z jednej strony przekonanie w dużej mierze „podziemne”, w sposób nieuświadomiony „wywrotowe”, mimo dużej popularności i istnienia w oficjalnym obiegu popularnego pseudo-biologicznego tłumaczenia praw rzeczywistości. Będą to próby nieustannie „alternatywne” w szerszej świadomości, niejako prowokacyjne, a jednocześnie coraz silniejsze, jeżeli wciąż będziemy mieli do czynienia z zalewem pseudonauk kulturoznawczych, czy zwłaszcza psychologicznych. Współczesna jednostka, im bardziej nie może połapać się w rekomendacjach rozmaitych guru, im bardziej czuje, że dostarczana jej wiedza na życiowe tematy jest niejednoznaczna, ulotna i nie gwarantuje oczekiwanego praktycznego rezultatu, tym bardziej pożąda wyjaśnień prostych, mechanicznych, nie znoszących dyskusji, i tym silniejsza objawia się pokusa powrotu do skrajnie naturalistycznych interpretacji kultury, wiara w biologiczne, niezmienne i surowe motywacje postępowania. Trudno jest bronić tezy, jakoby ów domniemany biologiczny atawizm, który steruje kulturą, był rzeczywiście dominującym zjawiskiem (należałoby się tu odnieść do pojęcia „natury” we współczesnym jego rozumieniu, co jednak jest bardzo obszernym i złożonym problemem wymagającym szerszej analizy), wskazuje ona natomiast doskonale na fakt, że atawizm intelektualny ma się dzisiaj dobrze. [2]
 
Psychologia, rzecz jasna, odgrywa tutaj również pewną role, gdyż zakłada się wiarę, że zmiana postaw kolejnych generacji wobec kultury bierze się z wewnętrznego, w dużej części autonomicznego zbiorczego stanu świadomości danego pokolenia, który odpowiada za jego postępowanie. W ten sposób zachowana jest wiara w pierwotność świadomości indywidualnej wobec zdarzeń; owa wiara jest przy tym o tyle bardziej zabobonna, że świadomość indywidualna ma tu jednocześnie zgoła stadny charakter – mowa przecież o uczuciach masy. Pojawia się nam jakby zbiorczy, a jednocześnie jednostkowy podmiot nazywany np. „pokoleniem” czy „młodzieżą”. I co najbardziej kuriozalne, ten masowy twór jest jednocześnie daleko bardziej „osobą prywatną” niż „publiczną” – jego problemy są w mniejszym stopniu kulturowe albo polityczne, a bardziej intymne, osobiste; to trudne dojrzewanie, konflikty uczuciowe, samotność, lęk przed dorastaniem, problemy z adaptacją itd. Pokolenie – ta masa, która jakoby zmienia świat, wywraca język i przeprowadza różnorakie rewolty – przypomina (w gruncie rzeczy niewinne) dziecko „z charakterkiem”, które płata najprzeróżniejsze figle i psikusy. W wizji człowieka posługującego się fantazmatem pokolenia świat nie jest już żywiołem kosmicznym ani historycznym czy nawet politycznym, a staje się raczej żywiołem rodzinnym – małym familijnym podwórkiem. Dodajmy, że kompromituje to również próby bardziej konserwatywnego ujęcia (o ile nie oddalą się one od patrzenia przez pryzmat „pokolenia”), gdyż – jeśli przyjmie się, że problem trwałych wartości leży przede wszystkim nie w świecie, lecz w naturze i charakterze dzieci – wszelkie próby obrony ciągłości kultury zamieniają się tutaj w tanią podwórkową pedagogikę, w zależności od upodobań albo nieudolnie surową, albo nie mniej nieudolnie „postępową” (tzn. w praktyce umiarkowanie i niekonsekwentnie permisywną.)
 
Pomiędzy biologicznym a psychologicznym punktem widzenia zachodzi dość osobliwa symbioza, która nie jest w tym przypadku dialektyczną syntezą, ale raczej ma charakter „komplementarności” i odsłania obsesję pytań o „naturę ludzką”, które to pojęcie, jak wspomniano, wymaga odrębnego dłuższego omówienia. Tu można tylko zauważyć, że mamy do czynienia z czymś na kształt powrotu jednostki (zuniformizowanej i nigdy nie występującej w liczbie pojedynczej) i jej wewnętrznych właściwości jako motoru rozwoju cywilizacji. Ma to pewien związek z krytyką tradycji patrzących na świat z punktu widzenia tego, co wobec jednostki zewnętrzne, z punktu widzenia np. języka czy kultury jako czynników pierwotnych i determinujących życie indywidualne. Prądy te, które – to inna sprawa – miały swoje słabości, kojarzy się niekiedy z „post-modernizmem” czyli, w domyśle, „relatywizmem” i „anty-humanizmem” (czym w takim razie jest „humanizm”, to już raczej niewygodne pytanie). Oczywiście jest to osobliwa jednostka – zuniformizowana przez różnorakie przesądy (o czym za chwilę kilka słów), stadna, w gruncie rzeczy niesamowicie sztuczna, nomen omen całkiem „nienaturalna”. Ten stan odsłania całkowite zamieszanie, jakie panuje współcześnie, jeżeli chodzi o stosunek przeciętnego (dodajmy: „wykształconego”) człowieka wobec samego siebie, świata, kultury i wreszcie wobec innych, bliższych bądź dalszym mu osób, współistniejących z nim na tym świecie.
 
Podsumowując to, co do tej chwili powiedziano, warto wyróżnić następujące składniki mitycznej pojęciowej maszyny pokolenia: 1. Przekonanie, że pęknięcia w kulturze wynikają jakoby głównie z samego faktu wymiany generacji i „naturalnego” konfliktu „młodzi-starzy”. 2. Przeświadczenie, że zmiany, które niesie ze sobą głos nowego pokolenia biorą się głównie z jego wewnętrznych właściwości, które tłumaczy się tak biologicznie, jak i psychologicznie czy psychoanalitycznie – w ten sposób zgodne ze sobą pozostają dwa pozornie rozbieżne (ale, jak się okazuje, komplementarne) prądy odpowiedzialne za największy zalew masowych komunałów. Odpada zarówno metafizyczny punkt widzenia, jak i racjonalna analiza kulturowa albo polityczna. W każdym razie twierdzi się, czasem może w sposób niekoniecznie świadomy, że różnica postaw kolejnych generacji jest zawsze oczywista, a przy tym naturalna i nieredukowalna. Jest czymś zarazem dramatycznym i przyziemnym. Produktem tego rodzaju myślenia jest podmiot nie posiadający w zasadzie żadnych wartości autentycznych, immanentnych jemu samemu, reprezentujący tylko horyzont wspólny dla równych wiekiem biologicznych osobników zamieszkujących daną przestrzeń (nie w skali globalnej co prawda – oddziaływanie pokolenia ogranicza się do państwa, narodu, warstwy społecznej, względnie cywilizacji, np. wysoko-uprzemysłowionej, które to jednak terminy najczęściej jawią się jako ogólniki, podobnie martwe jak samo to ostatnie pojęcie), a jednocześnie właśnie byt skrajnie indywidualny – skoro głównym motorem postępowania są jego intymne uczucia, sprawy osobiste itd. itd. itd...
 
Łatwo jednak zauważyć, że ta sztuczna, beznadziejnie egzorcyzmowana różnica pokoleniowa zawiera w sobie od razu coś, co pozwala na oswojenie rzekomej obcości. Wszak przesądowi na temat niemożliwych do pogodzenia różnic między generacjami, poczuciu dyskomfortu wobec samego istnienia młodych, którzy uświadamiają ojcom i matkom ich biologiczną starość, towarzyszy zgoła inne, lecz bardzo pokrewne przekonanie, w którym właśnie powszechna świadomość przemijania i śmierci odgrywa rolę wiodącą. Oto współczesne nihil novi sub sole: kolejne generacje pojawiają się, między jedną a drugą istnieją problemy ze wzajemną komunikacją, lecz koniec końców każdą czeka identyczny los – starość, zastąpienie przez następną, odnoszącą się niekiedy do poprzedniej z bezceremonialnym krytycyzmem, wreszcie zgon. W związku z tym owa przepaść zaczyna się jawić jako coś „naturalnego” (z naturą zaś, jak wiemy doskonale nie od dziś, trzeba się pogodzić), a przez to oswojonego, czy może nawet w pewien sposób pozornego („my też tacy kiedyś byliśmy, a oni kiedyś będą tacy, jak my teraz; w gruncie rzeczy oni niewiele od nas się różnią”).
Ta żałosna pseudo-dialektyka, na której jest oparte postrzeganie przemian kulturowych przez pryzmat nadchodzących pokoleń, ma w sobie coś z taniego dramatu z w gruncie rzeczy względnie pozytywnym (jakkolwiek kryjącym na dnie parę kropel goryczy, zadumy, melancholii) zakończeniem. Najpierw mały horror („nasze szczenięta, które przeciwko nam się buntują, nasze małe milusińskie wampiry”), potem z kolei chwila refleksyjnego pogodzenia („cóż, to przecież Młodzi, ba! tacy oni są, ho ho! tak właśnie toczy się nasz świat”). W tym korowodzie świat ów przypomina pudełko, z którego co i rusz wyskakują sztuczne kościotrupy, za każdym razem polakierowane na całkiem inny kolor.
Wiara w „pokolenie” jako w autonomiczną siłę sprawczą, jest więc częścią zbioru komunałów mieszczucha w jego najbardziej karykaturalnym wydaniu, klasyczną religią ojców i matek, nie wiedzących wiele o sobie i tym bardziej (a być może po prostu tak samo) o swoich własnych dzieciach. Stąd nie może chyba dziwić, że posługiwanie się wspólnym mianownikiem pokolenia jest bardzo silne w takim kraju jak Polska, gdzie z jednej strony panuje wciąż utopijny kult wspólnoty narodowej (wszyscy to Polacy – starsi albo młodsi, ale zawsze Polacy), z drugiej strony silną role odgrywa kult reliktowych i coraz bardziej pozornych tzw. tradycyjnych wartości.
 
Wydaje się, że z tego, co do tej pory powiedziano, może w miarę jasno wynikać, że koncepcja pokolenia jako zasadniczego podmiotu, jako głównego czynnika historycznych zmian ma dwie zasadnicze słabości. Po pierwsze – pomija szerszy horyzont kulturowy i fakt, że nadchodzące pokolenie jest w pierwszej kolejności zakorzenione w świecie ukształtowanym przez jego poprzedników, pozorna więc „nowość” danej stadnej rewolty często mówi więcej o świecie przez nią zastanym, o jego słabościach, czy kryzysie niż o niej samej (to jeszcze dostrzegają piewcy pokolenia próbując się czasem przejrzeć w lustrze swych następców, żeby siebie zrozumieć, by pojąć swój – czasem zgoła niesłusznie – przeczuwany upadek). Co jeszcze ważniejsze, to ujęcie nie docenia bezosobowych mechanizmów kultury i polityki kształtujących jednostki, ich sposób myślenia i ich język, mechanizmów, które wprawdzie „stworzył” człowiek, ale które alienują się od niego i nie do końca dają się objąć przez jednostki (nawet te wybitniejsze), które są na ogół zarazem bardzo wewnętrznie zróżnicowane i trwalsze niż okres biologicznej egzystencji dwóch stycznych ze sobą generacji. W ten sposób obydwa pokolenia, a zwłaszcza – lecz nie tylko – młodsze, potraktowane en masse, stają się bardziej statystami niż pierwszoplanowymi aktorami teatru ludzkiej kultury. I często okazuje się, że dostrzeżona przepaść między-pokoleniowa jest pozorna, sprowadza się często do kwestii obyczajów, i to raczej ich powierzchownej warstwy, a tej właśnie pozorności poszukują piewcy pokolenia, przeoczając zmiany, które być może naprawdę są istotne (np. od czasów kontestacji lat 60-tych kultura istotnie dosyć znacząco się zmieniła, ale raczej nie tam, gdzie się to najczęściej podkreśla). W tym momencie trzeba zaznaczyć, że niniejszy tekst nie odmawia w sposób ogólny wagi jednemu z podstawowych egzystencjalnych fenomenów, jakim pozostaje stosunek młodości do starości i na odwrót, a także poczucie przemijania i wymiany ludzkich mas, odchodzenia jednych ciał w niebyt i pojawiania się nowych. Chodzi tylko o to, że błędne jest przyjęcie samego tego fenomenu (z którym łączy się od razu masa komunałów, porzekadeł, banalnych powiedzonek na temat starości i młodości, upływu czasu, przemijania) jako podstawy do rozeznania i interpretacji konkretnych zmian zachodzących w kulturze w konkretnym miejscu i epoce.
Drugi zarzut dotyczy braku dostrzegania czynników indywidualnych. Z jednej strony mówienie o pokoleniu wskazuje na powrót w myśleniu do podmiotu (w wersji zwulgaryzowanej, popularnej, czy wręcz „populistycznej”) jako do głównego aktora kulturowych przemian, z drugiej strony indywidualność tego zhomogenizowanego podmiotu jest pozorna, mimo że przypisuje mu się cechy świadczące niby o rozbuchanym indywidualizmie (bunt, kontestacja, sprzeciw, pogarda, wreszcie – jakże by inaczej? – rozpacz). Skoncentrujmy się bliżej na tej kwestii i powróćmy jeszcze do samej istoty zachodzących zmian, żeby zwrócić uwagę na dosyć ważny problem: co dzieje się w przypadkach, w których skala daleko idących przemian w kulturze wydaje się być nieproporcjonalna wobec ich historycznego podłoża? Można się oczywiście spierać, o które konkretnie przypadki tutaj chodzi i w jakim zakresie miały/mają miejsce, gdyż „historyczne podłoże” jest szerokim pojęciem i zawsze dane fakty ex post mogą być rozmaicie interpretowane – zawsze da się „znaleźć” w danej epoce historycznej przyczynę uzasadniającą następujące procesy. O ile jednak nagle pojawia się jakaś zmiana, sprawiająca wrażenie czegoś „nieuzasadnionego”, „niewczesnego”, „nie znajdującego racjonalnego wyjaśnienia w zewnętrznych okolicznościach”, to – jeśli owo wrażenie nie jest z gruntu mylne – należy ją przypisać przejawom indywidualnej działalności, popartym uniwersalną refleksją, które dzięki tym czy innym sprzyjającym warunkom, zyskały choćby względny rozgłos i zaczęły oddziaływać szerzej niż tylko w ramach jakiegoś prądu sztuki, nauki, filozofii etc. Jeżeli jakaś zmiana jest naprawdę twórcza, zasadnicza i jeżeli jest niezrozumiała z uwagi na jej obcość czy nieprzystawalność wobec zastanych wartości (co skądinąd wskazuje, że nie może tu z reguły chodzić o zmiany głośne, „rewolucyjne” w najbardziej powierzchownie politycznym sensie, gdyż im bardziej zewnętrznie polityczna jest zmiana – wojna, nowy ustrój, system gospodarczy itd. – tym silniej musi być ona zakorzeniona szerzej w licznych prądach zastanej cywilizacji; niekoniecznie przy tym w grę wchodzi zakorzenienie proste, logiczne i „nieuniknione”, o którym roiły prymitywne interpretacje heglistowskie, dowodzą tego wspomniane już przypadki rewolucji, które się pojawiły, chociaż „nie musiały”, oraz przypadki rewolucji, które się nie pojawiły, przynajmniej jak na razie, mimo że „powinny”), oznacza to właśnie, że jest ona najbardziej oddalona od tego, co jest istotą zmiany „pokoleniowej”, zaś przypisywanie jej charakteru „głosu” generacji jest wyłącznie klasycznym błędem doszukiwania się związków przyczynowych w tym, co jest jedynie „styczne” w miejscu bądź w czasie, jeżeli nie liczyć być może pobocznych aspektów danego nurtu, gdzie mogą mieć znaczenie czysto aktualne inspiracje. Najbardziej być może głębokie i jednocześnie nie dające się wytłumaczyć do końca czysto historycznymi okolicznościami postulaty przedefiniowania stosunku do kultury mają więc wyjściowo charakter stosunkowo najsilniej indywidualny, co ogranicza ich udział w pokoleniowej ciągłości. Czy Zaratustra przemawiał i oszalał w imieniu swojego „pokolenia”?
Indywidualizm ten rzadko bywa ahistoryczny i apolityczny, jeżeli historię i politykę ujmiemy bardziej szeroko (w przeciwnym razie bywa mało skuteczny, mało komunikowalny). Wywodzi się po prostu ze spojrzenia na świat przekraczającego horyzont przeciętnej (a nawet umiarkowanie ponadprzeciętnej) współczesnej jednostki, niezależnie od tego, czy zrobi się z niej masę opatrując ją wspólnym mianem „pokolenia”, czy też nada się jej inne miano, którego sens jest ostatecznie taki sam. Indywidualizm ten nie jest jednocześnie koniecznie „egotyczny” (tym bardziej ograniczałoby to jego komunikowalność i oddziaływanie na kulturę), po prostu jest skutkiem wcześniejszego niż w przypadku ogółu zorientowania się danej jednostki w świecie wobec niej zewnętrznym (a także w nowych możliwościach jego wewnętrznego przeżywania). Indywidualizm ów nie jest „metrykalnie bezczasowy”, jeśli chodzi o wiek autora tej czy innej koncepcji w chwili jej powstania. Co więcej – „bycie młodym” bądź „starym” (o ile jakiś nowator późno się ujawnił) może odgrywać pewną rolę w konkretnym dyskursie, są to jednak sprawy dotyczące prywatnego życia jednostki, bądź wpływające na ważne, mimo wszystko zazwyczaj nie stanowiące istoty dzieła kwestie, takie jak styl, temperament, tempo, usposobienie do tych czy innych barw, ornamentów etc. Owe kwestie młodości bądź starości nie wywierają zasadniczego wpływu na wagę i oddziaływanie na zewnątrz danej wypowiedzi, a w każdym razie nie do nich ich waga się sprowadza. Tak samo twórczy indywidualizm wypowiedzi nie wyklucza identyfikacji z doświadczeniami rówieśników, ta identyfikacja (często, chociaż niekoniecznie, będąca najpłytszym aspektem tego, co z danego wybitnego dokonania pozostaje) jest jednak jedynie czymś jakby czysto faktycznym, czymś, co danej postaci się przydarza (jak przydarzyło się jej urodzić w tym czy innym miejscu, wśród tych czy innych ludzi i przedmiotów), nie można natomiast do niej w żadnym razie sprowadzić istoty danego osiągnięcia.
Pomijanie tego ostatniego wskazuje jednocześnie na kolejny aspekt całej sprawy i tutaj dochodzimy już do momentu, w którym przesąd „pokolenia jako podmiotu” króluje w całej swojej pełni, wywołując niepowetowane straty intelektualne. Otóż gra różnicy w wizji konfliktu czy przemian pokoleniowych opiera się na swego rodzaju selekcji, w której jako sztandarowe cechy następującego pokolenia, wyróżnia się te, które prowokując z jednej strony histeryczne napięcie (wszyscy mamy ochotę na dreszczyk niepokoju raz na jakiś czas – lekki i niegroźny), z drugiej strony umożliwiają oswojenie konfliktu. Z jednej strony w pokoleniu wyróżnia się cechy, które – zewnętrznie – najbardziej je odcinają od bezpośrednich poprzedników, nie dbając o to, na ile te różnice mają istotny charakter, na ile są tylko pozorne. Różnice te muszą być jednocześnie łatwe do nazwania, zdiagnozowania i pojęcia, a przede wszystkim muszą być tego rodzaju, żeby interpretacja pokoleniowa (interpretacja – koniec końców, jak wyżej wykazano – niezmiernie uspokajająca) dała się doskonale zastosować. Tworzymy niegroźne monstra, których niegodziwość jest oparta na bardzo prostym mechanizmie i między którymi różnica, dramatycznie skrajna w sensie zewnętrznych manifestacji, jest w dużej mierze pozorna. Taki stan myślenia tłumaczy przypisywanie ogromnej wagi tzw. kontrkulturom czy młodzieżowym rewoltom. Gdyby – rzecz jasna ironicznie – zastosować do tego stanu interpretację psychobiologiczną, należałoby powiedzieć, że starsze pokolenie zabezpiecza się wytwarzając w swej projekcji jak najbardziej skrajnie odmiennego następcę, którego odmienność jest jednak tak łatwa do oswojenia, że można zapewnić kontynuację swych wartości (i przesądów) w tych, którzy – pozornie – wydają się być jak najbardziej różni. Poświęca się być może w ten sposób tylko zewnętrzne „obyczaje”, „etykietę” i – w mniejszym stopniu – język, o które zresztą samemu za bardzo się nie dbało (zwłaszcza dopóki nie doszło do rodzinnej konfrontacji z tymi, co do których okazuje się, że dbają jeszcze mniej) i których zasad do końca się nie opanowało. Oczywiste jest, że klasowym pupilkiem niejednego belfra często jest właśnie „buntownik”, „indywidualista”, „kontestator”, czasem nawet „złośliwiec i grubianin” (byle ta jego złośliwość i grubiańskość była sympatyczna i wiązała się z ładną buzią – niekoniecznie będącą a nawet z reguły nie będącą przedmiotem ściśle erotycznej fascynacji), który w końcu okazuje się jednak być wrażliwym młodym człowiekiem o gołębim sercu, takim, który prędko wyrośnie ze swoich dziwnych zachowań i zajmie wartościową pozycję odrobinę powyżej stanów średnich. Tę poronioną filisterską manipulację ktoś oczywiście mógłby nazwać kompromisem pomiędzy postawą konserwatywną i otwartością na odmienność. W pewnej mierze to się zgadza, jednak jest to bardzo zły kompromis. Nawiasem mówiąc, jeżeli przyjrzeć się trochę bardziej na serio niż w przykładzie z belfrem i jego rzekomo non-konformistycznym pupilem ściśle rozumianej współczesnej pedagogice, kwestii „wychowania”, relacji starszych do młodszych, wówczas trzeba przyznać, że taki marny kompromis jest właśnie czymś powszednim. Z jednej strony strach przed czysto biologiczną zmianą i traktowanie pewnej grupy jako w miarę poważnego pytania i problemu (kulturowego, nie czysto prywatnego), tylko dlatego, że jest młodsza i zewnętrznie odmienna w ubiorze, obyczajach itd., dowodzi niezwykle słabego zakorzenienia tzw. wartości wielopokoleniowych, jeśli w gruncie rzeczy byle co, byle oczywistość, może poddać je w wątpliwość. Z drugiej strony każde naprawdę twórcze przewartościowanie w ten sposób jest również wykluczone, jako że to, co jest postrzegane (i „doceniane”) jako rewolta sprowadza się do tego, co wyraziste, atrakcyjne (z lekką dawką pozornych niebezpieczeństw) i łatwe do skatalogowania. Zresztą żadna poważna zmiana nie może być w szerokich kołach dosrzegalna, jeśli różnice postrzega się wyłącznie w perspektywie dwóch stycznych w czasie pokoleń A i B, abstrahując od wielości pokoleń je poprzedzających, a jednocześnie (od wysokiego prawdopodobieństwa) nastania być może jeszcze większej ilości następnych (no, oczywiście o ile kometa albo jakaś mega-bomba nie uderzy).
 
Byłoby to wszystko jedynie kuriozalne, gdyby nie fakt, że postrzeganie pokolenia jako pewnej całości, posługującej się własnym językiem, której specyfika wynika głównie z samego charakteru „bycia” pokoleniem, oddziałuje na zasadzie samospełniającej się prognozy na potencjalnych zainteresowanych. Obok nazywania grupy jednostek pokoleniem, pojawia się również, na ogół mgliście uświadamiana, „wola bycia pokoleniem”. W związku z tym każda istotnie nowa jakość, jaka może pojawić się w ramach naszej kultury, nie tylko jest już pomijana albo dezinterpretowana przez piewców „pokoleniowej” świadomości, ale może być również w sposób niemal bezpośredni wyeliminowana na zasadzie „intelektualnego mordu”, którego narzędziem jest zaszczepienie auto-identyfikacji pokoleniowej jako podstawowego czynnika (powierzchownie) wyróżniającego i (miałko) motywującego daną grupę aktywnych twórczo osób. Co więcej – może się okazać, że ktoś autentycznie nowatorski padnie w pierwszej kolejności ofiarą (na ogół wzruszenia ramionami, na bardziej brutalne reakcje na ogół nie jest nas stać) właśnie tych młodych rówieśników, którzy najbardziej poczuwają się do „nowości” czy „radykalizmu”.
 
Obok oczywistego niebezpieczeństwa, jakie rodzi ten stan, jak każdy stan przedkładający wydumaną świadomość stadną nad doskonalenie postawy indywidualnej, jednocześnie zmuszając jednostkę do kultu masowej pseudo-indywidualności, która nie pozwala zorientować się w unoszących jednostkę wartkim nurtem procesach bezosobowych, każąc jedynie poszukiwać istoty sprawy „w sobie” (czyli w sztucznie zaszczepionym pseudo-wnętrzu, które jest z gruntu nieautentyczne), pojawia się tutaj jeszcze kilka bardziej specyficznych zagrożeń, wynikających z popularności tego rodzaju przesądu.
 
Po pierwsze, co wynika z powyższych spostrzeżeń, każda istotna zmiana, każde nowatorstwo wpasowane zostają w ramy zwykłego sprzeciwu wobec wyłącznie aktualnego (bądź w każdym razie niedawnego) stanu rzeczy, sprzeciwu zuniformizowanego i dającego się łatwo zaszufladkować. „Sprzeciw” (wobec świata, społeczeństwa, kultury, „systemu” etc.) charakteryzuje się dziś manifestowaniem różnic najłatwiej postrzegalnych (i stąd często pozornych) pomiędzy postulatami danej grupy a domniemanymi zwolennikami status quo, na który niezgodę akcentuje się szczególnie namiętnie, kolorowo i hucznie. Nawet jeżeli ktoś w takiej sytuacji zakłada bardziej uniwersalną, podszytą często „metafizyką” bądź „egzystencjalizmem” (lepszego bądź gorszego sortu) niezgodę wobec kondycji człowieka bądź kultury, wówczas i tak ta niezgoda będzie często obarczona fundamentalną naiwnością, gdyż – o ile nie wyjdzie się ponad perspektywę pokolenia – tylko poprzedzająca generacja, w sposób na ogół najzwyczajniej błędny czysto historycznie, zostanie utożsamiona z całością dotychczasowej tradycji, tak jakby ta tradycja była niezróżnicowana i z grubsza przypominała przeszłość stosunkowo niedawną[3]. Odwołując się do konkretnych przykładów, zobaczyć można doskonale jak np. w dyskusji o obyczajowości czy o nowoczesnej sztuce obie strony pozornego konfliktu, tak „tradycjonaliści”, jak i „postępowcy”, popełniają zasadniczy błąd utrzymując, że przed momentem domniemanego kryzysu wartości były zgoła statyczne, a to, co było właśnie „tuż przed” kryzysem, jest ich najlepszym wyznacznikiem. Każdy autentyczny przejaw nowatorstwa w każdej niemal dziedzinie (tylko tzw. nauki ścisłe mają szczęście polegać na względnie autonomicznych kryteriach odkrywczości) wymaga nie tyle wyabstrahowania od aktualnej sytuacji i nie tyle ahistorycznej, ile raczej „trans-historycznej” perspektywy, zarówno prześwietlającej wielość przeszłych doświadczeń, jak również eksperymentalnie otwierającej się na możliwość sprawdzenia swojej siły w hipotetycznej przyszłości, sięgającej dużo dalej niż trwanie generacji, do której dana twórcza jednostka przynależy. Z kolei postawa konserwatywna wymaga również, na podobnej zasadzie, innego, szerszego, nastawienia niż obrona tradycji niedawnych, stosunkowo znanych, o których „ponadczasowości” nazbyt pochopnie się domniemuje.
Krytyka ta jest o tyle aktualna, że jednym z najistotniejszych problemów współczesnej kultury pozostaje równoczesna niemożność postawy konserwatywnej (wobec przekonania o ciągłym, zarazem cudownym i fatalnym naporze sił młodości), jak również „awangardowej” (wobec faktu, że każda zmiana zostaje sprowadzona jedynie do zmiany „obyczajowej” i z zasady nietrwałej, wymienialnej w następnym ciągu pokoleń, co nie satysfakcjonuje chyba żadnego zwolennika awangardy nawet w bardzo szerokim sensie tego słowa). Zarówno „klasycyzm”, jak i „modernizm” wydają się dziś niemalże nierealnym postulatem.
Drugim niebezpieczeństwem, związanym ściśle z ideologią tzw. młodości, czy raczej „młodzieżowości” (która jako zjawisko przynajmniej w pewnej mierze odrębne od zasadniczo szerszego zjawiska „pokolenia” powinna być w OSK osobno omówiona), jest rozwarstwienie kultury i powstanie swego rodzaju jej surogatów, skierowanych do rozmaitych grup wiekowych. Jest oczywiste i normalne, że styl życia, zwyczaje, a co za tym idzie pewna estetyka, zależą od pokolenia (w znaczeniu tym razem ściśle metrykalnym), że młodość nie tylko ma inne obyczaje niż starość i dzieciństwo, ale również – co już ważniejsze i historycznie może nie zawsze aż takie oczywiste – różne od wieku średniego. Nie chodzi o to, żeby tworzyć kulturę „zuniformizowaną” wiekowo (pewną przemysłową matrycę atrakcyjną na równi dla wnuczka i dla dziadka), co byłoby nieomal sprzeczne z fizjologią, ale o uniknięcie niebezpieczeństwa, w którym tak przecież mistycyzowane witalne siły młodości, skupiają się w swojej własnej niszy, w której mają pozostać. Chodzi o to, żeby ewentualne radykalne zerwania związane z „pokoleniową zmianą” były dokonywane w ramach tej samej kultury „wysokiej” – chociaż to dość wieloznaczne i często niebezpieczne słowo – a nie wiązały się z manifestacją tzw. kultury „młodzieżowej”, bądź „kultury ściśle pokoleniowej” w szerokim sensie. Oczywiście, w praktyce granica bywa płynna, nie można nadmiernie teoretyzować – nie jest z góry tak, że w ramach przekazu, który z zasady przeznaczony jest dla młodszych, czy w ogóle konkretnie jakiejś grupy wiekowej (społecznej, kulturowej etc.), nie da się powiedzieć czegoś ważnego, uniwersalnego i nieprzemijającego. Widać jednak z zasady różnicę między np. genialną nowatorską, „rewolucyjną”, tchnącą wręcz biologiczną świeżością muzyką stworzoną przez bardzo młodego wiekiem muzyka, a muzyką „dla młodzieży” – zresztą jest to współcześnie znacznie szerszy problem, nie dotyczący tylko pokolenia, ale w ogóle wskazujący na obsesję jakiejś cząstkowej identyfikacji, która często prowadzi do wulgaryzacji przekazu, kultu „sztuki prywatnej” i ograniczenia maksymalnie uniwersalnego charakteru twórczości. Tak samo można odróżnić wybitną powieść napisaną przez geja o jego erotyzmie i jego środowisku od „powieści gejowskiej” (subkulturowej), powieść napisaną przez alkoholika i traktującą o nałogu od „powieści pijackiej”, powieść napisaną przez kobietę o jej uczuciach, potrzebie niezależności, o odnajdywaniu się jej cielesności we współczesnym – niech będzie – „patriarchalnym” świecie od powieść „feministycznej”.
Jeżeli powrócimy tutaj do obsesji, jaką przejawia współczesna świadomość zachodnia w odniesieniu do wieku, starzenia się, przemijania pokoleń, szybko zobaczymy, jak dodatkowo ta obsesja wzmaga „pokoleniową segregację” (zachodzą tu zresztą złożone wzajemne sprzężenia jednego i drugiego), i jak żałosne są tego stanu skutki. Nie dość, że bardzo trudne są próby ucieczki poza wąski horyzont aktualnych uwarunkowań ku perspektywie, którą się określiło jako „transhistoryczną” (perspektywę taką zapewnia jeszcze nurt nazywany umownie „post-modernizmem, jednak, po pierwsze, jest on coraz częstym przedmiotem krytyki – czasem słusznej, ale częściej chyba zabobonnej – po drugie zaś, co znamienne, koncentruje się coraz bardziej na kwestiach tekstu, abstrahując np. od próby trans-historycznej refleksji ontologicznej czy egzystencjalnej), ale nawet w refleksji dotyczącej świata aktualnego brakuje uniwersalizmu, który – nie oznaczając uniformizacji, utopijnego znoszenia różnic – jest niezbędnym warunkiem, żeby przekaz, tak „nowatorski”, jak i „konserwatywny”, mógł wywrzeć większy realny wpływ. W najbardziej witalnym (biologicznie) okresie życia, w młodości, jak również we wczesnym wieku średnim – a górna granica tychże, jak wiemy, coraz bardziej się „podwyższa” – znaczna część twórczej energii zostaje skoncentrowana w formach wypowiedzi „przeznaczonych dla danego wieku” (kontrkultury, rozrywka itd.), należących jakby z założenia (chociaż w pojedynczych przypadkach udaje się to przezwyciężyć) do „kultury niższej”. Jednocześnie jednak, ponieważ właśnie młodość otaczana jest zabobonnym kultem połączonym ze strachem, te „niższe”, „marginalne” formy wypowiedzi stają się w praktyce dominującymi. Starcy też adorują kulturę młodzieżową – tę z okresu, gdy sami byli młodzi; czasem nawet próbują (na ogół, rzecz jasna, narażając się na śmieszność) przekonać się do kultury swoich wnuków; w ten sposób zresztą, uciekając od starości, od form, z którą starość się kojarzy, stają się tym bardziej strupieszali i śmieszni (czy jest coś bardziej żałosnego na tym świecie niż sześćdziesięcioletnia gwiazda pop à la Paul McCartney?; wyjątki, jak np. Keith Richards, potwierdzają tylko regułę).W tej sytuacji nie dziwi opór, jaki może budzić samo wyrażenie: „kultura wysoka”, gdyż przynajmniej jako pojęcie jest ona na ogół pół-trupem, próbującym mizdrzyć się pretensjonalnie. W obecnym układzie „kultura wysoka” jest niemal nieobecna, nie w tym sensie bynajmniej (odrzucić trzeba każdy katastrofizm), żeby w ogóle nie istniały wypowiedzi, które tak można by zakwalifikować, ale dlatego, że wyznacza się jej – jako postulatowi – podrzędne miejsce i brak jest refleksji nad jej nowoczesnym ujęciem. Często, zwłaszcza w krajach prowincjonalnych, jak np. Polska, jest ona postrzegana jako swego rodzaju akademickie, „urzędowe” zjawisko, co doskonale widać na przykładzie nadawania statusu wręcz „twórców państwowych” i oficjalnego celebrowania przeżywających od dawna kryzys artystyczny postaci takich jak Penderecki , Górecki, Wajda czy Zanussi. [4]
Z „pokoleniem”, dodajmy akurat w tym przypadku dla ścisłości: „młodym pokoleniem” i jego pseudo-dialektyczną i „pseudo-naturalistyczną” zarazem opozycją wobec poprzedników (jak również w pewnym stopniu potencjalnych następców), wiąże się też bardziej szczegółowy mit, mimochodem już wcześniej kilkakrotnie wspomniany, dotyczący tzw. buntu jako postawy cechującej jakoby nowatorstwo. W tym przypadku główne niebezpieczeństwo postawy tzw. buntowniczej (obok wielu innych) polega na tym, że jest ona oparta na subiektywnych przesłankach (dodajmy: pseudo-subiektywnych w tym sensie, że stadnych i kształtowanych przez narzucane z zewnątrz stereotypy czy wręcz swego rodzaju „zapotrzebowanie”), która nie ułatwia, a nawet często uniemożliwia bardziej konsekwentną krytykę. To ostatnie przeciwstawienie nie oznacza skontrastowania emocjonalności (buntu) i racjonalizmu (krytyki), co z kolei odsyłałoby do innego mitu dotyczącego tej sprzeczności. Chodzi tu natomiast o pogodzenie z emocjonalnością, która – przynajmniej jeśli chodzi o sztukę – jest (koniecznym, lecz nie wystarczającym) źródłem wszelkiej wartościowej wypowiedz, pewnego racjonalizmu, niekoniecznie jednak na poziomie światopoglądu, ale bardziej „techniki” czy „taktyki”; chodzi o umiejętność zawieszenia czasem prostych stwierdzeń: „tak” bądź „nie” i umiejętność zapytania: „co?”, „co dokładnie?”, „jak to działa?”, „jak to zdemontować?”, „do jakiego stopnia ten demontaż ma sens, a w jakim stopniu jest jedynie marnowaniem twórczych sił?”. Chodzi o racjonalizm, który każdemu nowatorstwu zapewnia w istocie większą trwałość i skuteczność.
 
To, że – zgodnie z rozkładem intensywności obecnych mitów i bardziej patrząc w przyszłość, niż próbując reedukować weteranów – skupiamy się głównie na micie dotyczącym „młodego” pokolenia, nie oznacza wcale, że i stare nie popada w gębę pokoleniową. Przeciwnie – mamy tu tak samo do czynienia z samo-ograniczającą auto-identyfikacją „starszych”, „doświadczonych” generacji (na ogół dowodzi to mierności czy rozczarowania własnymi doświadczeniami, skoro podciąganie ich pod wspólny mianownik „pokoleniowego przeżycia” jest niezbędne, aby je komunikować jako coś ważkiego, a czasem może wręcz po to, by zachować je w pamięci). To pierwszy krok do uznania swojej bezsiły; w naszym kraju wskazuje na to specyficzna zbieżność skłonności do identyfikowania się znacznej części średniej czy starszej generacji jako połączonych wspólnymi doświadczeniami historycznymi determinującymi zbiorczo ich postawę (etos „Solidarności” etc.) i niemalże absolutnej niemocy intelektualnej dawnych „elit” po 1989 roku.
 
W związku z tym warto by się zwrócić z małym ostrzeżeniem do „młodych” i do „starych” – z radą (prośbą, apelem?), żeby walczyli z pokoleniową gębą jako jednym z najgorszych i najbardziej pospolitych ograniczeń. Co w zamian – konkretniej? To bardzo długa opowieść; w tym miejscu tylko w skrócie warto zauważyć, że jeżeli mamy dziś do czynienia z triumfem „dyskursu pokoleniowego” (nawet jeżeli mówi się, że „dzisiejsze pokolenie” jest „bezideowe” a nawet „wewnętrznie sprzeczne” czy „zatomizowane”, nie przestaje się umniejszać wagi tego pojęcia, a może nawet przeciwnie), warto zauważyć dwóch prawdziwych przegranych – konserwatystów i modernistów w najlepszym ich wydaniu. Autentyczny, rzetelny intelektualnie konserwatyzm to poszukiwanie mocnych, trwałych fundamentów dla kulturowej ciągłości, afirmacja hierarchii w obrębie danej kultury, połączona z pragmatyzmem i świadomością zmian – płynnych, ewolucyjnych, przeciwnych każdej fundamentalistycznej rewolcie; jest on przy tym daleki od bigoterii i prostego kultu tego, co (często pozornie) znane i (często tym bardziej pozornie) sprawdzone. Modernizm w znaczeniu szerokim to poszukiwanie tego, co istotnie nowe, nieznane, wyzywające, czasem niebezpieczne (nie tylko nowinkarskie i powierzchownie burzycielskie), tego, co wynika z popędu ku odkryciom, a nie z resentymentu wobec status quo. Postawienie dawnych przeciwników (oczywiście skądinąd z tym przeciwieństwem nie zawsze – na szczęście –bywało tak znowu jednoznacznie) na jednej linii przegranych może być tyleż znaczące politycznie, co zgoła nic nie mówiące. Może jednak właśnie potrzebujemy prób takiego paradoksalnego zjednoczenia, w których obydwa nurty (również same nie będące bez winy, jeżeli chodzi o przyczynienie się do ich współczesnej słabości) miałyby jednocześnie okazję oczyścić się z własnych mętów. Skuteczny czy nieskuteczny, nie byłby to najmniej ciekawy eksperyment. Nad tym wszystkim powinno w każdym razie unosić się hasło, które oczywiście trzeba wypowiadać niezbyt często, pół-żartem, bez śladu piany na ustach: młodzi wiekiem (i duchem) artyści, naukowcy, myśliciele (i nie tylko) – pokażcie, że nie jesteście żadnym „pokoleniem”!
 

nissur



[1] Jeżeli Orgiastyczny Słownik Komunałów przyjąłby konwencję flaubertowskiej zwięzłości (i wieloznaczności) można by wtedy zdefiniować młode pokolenie jako „to, o czym mówił Piotr Pietrowicz Łużyn, że doskonale to rozumie”.
[2] Być może jednak dojdzie niedługo do bardziej otwartej konfrontacji dwóch postaw popularnej pseudonaukowej antropologii: psychologicznej (wywodzącej się z dodatkowo zwulgaryzowanej psychoanalizy, wzbogaconej o quasi-empiryczne formy wiedzy jak seksuologia etc.) oraz biologicznej (wywodzącej się, jeżeli chodzi o odległe korzenie, z darwinizmu społecznego, wzbogaconej o nad-interpretację szczątkowych na razie w omawianym zakresie odkryć genetyki). „Ciekawe” jest nie tyle to, która opcja wygra, ale jakie nowe zawirowania i jakie w konsekwencji nowe zabobony wynikną z tego starcia.
[3] Innym przejawem naiwności, charakterystycznej raczej dla postaw bardziej akademickich, będzie z kolei połączenie najbardziej doraźnych obserwacji z próbą spojrzenia z perspektywy całkowicie „ahistorycznej”, „odwiecznie ludzkiej”, pozbawionej na ogół wiedzy na temat dziejów ludzkich kultur, jak również elementarnego rozeznania filozoficznego.
[4] Można by zaproponować 3 najważniejsze kryteria (które muszą być spełnione łącznie) odróżniające kulturę wysoką od niskiej, czy „powszechnej”; przydomek „wysoka” użyty jest tu w wartościującym, do pewnego stopnia mocno „nietzscheańskim” sensie, nie zaś w celu podkreślenia stopnia powagi nastroju czy pietyzmu, z jakim miałaby być traktowana, co jest charakterystyczne dla dawnych wielko-mieszczańskich i akademickich postaw. Definicja ta najbardziej pasuje do nauk, powiedzmy to ogólnie, „humanistycznych” (z nieco mniejszą wagą kwestii formy i stylu) i (w całej rozciągłości) do sztuk typowo narracyjnych (literatura, film, teatr), chociaż można by ją rozciągnąć, po pewnych doprecyzowaniach (szczegółowe wyjaśnienie możliwości szerszego niż potoczne zastosowania pojęć „tematu” czy „problemu”, co byłoby zbyt obszerne jak na ramy tego tekstu), także na muzykę, sztuki plastyczne, czy architekturę:
 
1. Uniwersalny punkt widzenia, który – jeśli chodzi o treść – nie polega na postawie skrajnie ahistorycznej i niedoceniającej różnic kulturowych w świecie oraz faktu, że nie wszystkie różnice da się na raz objąć, ale opiera się na ujęciu tematu danej wypowiedzi jako problemu ogólnego, „wszechświatowego”, będącego częścią „kosmosu”, a nie tylko lokalnego światka (choćby przestrzennie dany światek obejmował większość Ziemi), w którym problem ów może być zrozumiany tylko przez dobrze już sprawdzonych, mało wymagających amatorów danego typu przekazu, mówiących tym a nie innym slangiem czy dialektem. Tematy same w sobie absolutnie nie muszą być „ciężkie gatunkowo” (skrajny przesąd) ani zwłaszcza poruszane tonem patetycznym i posępnym (jest jeszcze dziś ktoś, kto by tak uważał???). Uniwersalna, abstrakcyjna (choć nie uciekająca od konkretu w szczegółach i nie „absolutystyczna”) perspektywa uwydatnia w nich za to istotne problemy.
2. Traktowanie formy, stylu i języka jako kwestii autonomicznych (co nie znaczy, że do tych kryteriów ma być sprowadzony dany przekaz, chociaż były też takie aberracje), samych w sobie, nie poddających się bezrefleksyjnie powszechnie spotykanym, przyswojonym schematom – forma może być na pozór mało indywidualna i w pełni typowa dla danej epoki, jak to zwłaszcza miało miejsce dawniej (forma sonatowa, perspektywa etc.), w każdym jednak razie jej znaczenie powinno być uwydatnione, nie może być przyjęta „z automatu”, zdegradowana do roli bezrefleksyjnie wyuczonego i powielanego rzemiosła.
3. Adresowanie wypowiedzi do wyjściowo nie policzalnej i niedefiniowalnej grupy odbiorców (w żadnym razie niekoniecznie z założenia wąskiej), przy pragmatycznym pogodzeniu się z faktem, że w praktyce może być to grupa dość nieliczna, nie zaś albo a) celowo do jak najszerszego odbiorcy za cenę znaczącego poświęcenia indywidualności w kwestiach, o których mowa powyżej, albo b) do ściśle określonej policzalnej grupy, a właściwie tylko do tego, co w niej wewnętrznie tożsame i dla niej specyficzne (twórczość pokoleniowa i „subkulturowa”).
 
Oczywiście te – doraźne – kryteria opierają się na pojęciach dość ogólnych i mogą być różnie interpretowane, wliczając w to (tu ich największa słabość) konieczność tropienia intencji autora danego przekazu. Niniejszy tekst nigdy jednak nie zmierzał do stwierdzenia, że granice między kulturą wysoką i niską są „absolutne”. W praktyce wątpliwość może powstać, jeżeli chodzi o zdecydowanie, czy coś należy raczej do „drugoligowej” kultury wysokiej, czy jest jednym z bardziej udanych przejawów kultury popularnej; szczegółowe rozstrzyganie takich kwestii byłoby absolutnie niecelowe i akademickie – mówiąc eufemistycznie; pomijając jednak te graniczne przykłady, rozróżnienie to wydaje się mieć zasadnicze znaczenie i podane jego kryteria, powinny, wypada mieć nadzieję, dosyć dobrze działać. Jeżeli kiedykolwiek pojawi się jakieś dzieło, co do którego nie będzie można na podstawie ww. kryteriów stwierdzić, czy „to przejaw kultury elitarnej z najwyższej półki”, czy też „coś co nie ma z kulturą wysoką zupełnie nic wspólnego”, uznam, że warto było żyć, żeby doświadczyć czegoś tak nieprawdopodobnego. Być może Andy Warhol osiągnął taki efekt, w bardzo wąskiej działce, być może też komedie Chaplina i Keatona.