Dlaczego OM to najważniejsza inicjatywa patriotyczna od czasu filomatów?

 

- przemówienie i toast wygłoszony z okazji Pierwszego Wieczoru Myśli Orgiastycznej 25.05.2005

Drodzy goście! Aby stać się głębokim, trzeba umieć by­wać powierzchownym. Aby powiedzieć coś waż­ne­go, trzeba umieć bywać prostodusznym. A czasem na­wet wulgarnym, zwłaszcza gdy tematem jest oj­czy­­z­na...

Panie i panowie, rytm to za­w­sze pod­stawa, a żeby na­u­czyć się śpie­wać trzeba umieć cza­sem i zgrzytać, i piać. Ru­mor, bluzg, sko­­wyt psów należą do instrumen­ta­rium li­te­ra­tu­ry. Tak­że bełkot i łoskot. Ta­kże mla­s­­ka­nie i poranne os­ti­nato do­bro­są­siedz­­kich uderzeń młotka w ścianę - oraz zło­­wie­­szcze krakanie ga­wrona, które roz­­le­ga się e­chem po­­śród naszych pra­wie­cz­nych be­­to­no­wych komp­le­k­sów. Często je­szcze gier­ko­w­skich; - a cza­sem go­muł­kow­s­kich pus­ta­ków. One też mo­gą się stać bo­ha­­te­rami peł­nych świsz­czą­­cego szyderstwa pio­se­­nek hip­­ho­po­lo. I za­prawdę pię­­kne i słu­szne, godne i sprawiedliwe jest to szy­­­der­st­wo. To wołanie z nizin, to bluz­ga­nie prze­ciw ży­ciu. Słu­szne ono i zba­wienne, bo gdyby nie ono, to... – w ogóle nie mie­libyśmy lite­ra­tu­ry?.... (A przy tym rytm! Rytm jest za­­w­sze pod­­sta­wą, a rym ukłu­ciem w prze­po­nę, a prym wiedzie po­wtó­rze­nie, wpra­wia­­jąc w trans, i w tym cały trik... – proste?...)

Ja jednak aż tak prostoduszny nie będę, może w ogóle nie będę, a może będę jeszcze bardziej prosto­du­sz­ny? Sam nie wiem. Bo nie jest moim zamiarem zaba­wiać pa­nie i pa­nów wiel­­­kopłytowymi skandalami i ja­kże pocz­ci­wie bez­­zę­­bną pra­w­dą ry­mów. Jest mi w za­sa­dzie głu­pio, że od nich za­czą­łem, ale tak to jest, że jakoś za­­wsze coś nas pcha, byśmy się od­róż­nia­li przede wszy­st­kim od tego, co w głównym nurcie naj­bar­dziej po­pu­larne. Mó­wię w „głó­­wnym nurcie”, bowiem – chciał­­bym to mi­mo­chodem za­zna­­czyć – te­raz, zgodnie z na­tu­ral­nym pra­­wem cyklicznej wymiany materii, tzw. un­der­ground li­te­ra­cki to my, orgia myśli.
 
Proszę państwa, mimo wszystko lepiej byłoby jed­nak za­cząć od tego, że po­go­da dzi­siaj – sprzyja orgiom. I zacząłbym był od tego, gdyby nie to, że poczytano by mi takie otwarcie za pła­­skie. My Polacy nie potrafimy myśleć o pogodzie, umiemy tyl­ko na nią narzekać. Zre­sz­tą, ska­r­ga jest naszą jedyną modlitwą.
A przecież w ogóle pogodę ta wio­sna przy­nosi zwiastującą ja­ko­weś dzi­wy i nie­zwy­czajne wyda­rze­nia... Kli­mat zda­je się zwo­lna zmieniać... Coś prze­mi­ja, coś jakby za­czy­na pękać od śro­dka... Po drodze prze­staliśmy być na­ro­dem papieża...
Proszę o pozwolenie na małą dygresję na ten i po­kre­wne te­ma­ty. My Polacy rzadko wydajemy na świat glo­balnie znane fi­gury, a jeżeli już, to albo wywro­tow­ców, albo kapłanów. Pier­wszy znany rodak, Kopernik, był jednym i dru­gim. Chopin i Gombrowicz byli wy­wro­­towcami, fascynowała ich defor­ma­cja i cha­os. Po­do­bnie Wa­łęsa, oczywiście na swój prosty spo­sób. Miłosz za to kapłanował nam. Os­tatni zaś w tej oso­bliwej pro­­ce­sji to nasz świętej pa­mię­ci ar­cy­­ka­płan świata, wielki in­sce­ni­za­tor rechrys­tia­­­ni­zacji, ostatni mesjanista, ostatni ro­man­tyk. Gdy odszedł, pier­w­szą reakcją była bojaźń... i naro­do­wa au­to­mu­mi­­fikacja men­talna, choć dało się sły­szeć także pod­skór­­ny sar­kazm, jak zawsze sarkazm, bo przecież ter­tium non datur.
Ale oto w tym samym czasie – czyżby jakimś wyższym zrządzeniem? – wyłania się spośród mó­wią­cych w ję­zy­ku pol­skim grono osobników, któ­rym przyszło do głowy, żeby wy­stąpić pod nazwą „orgii my­śli”. Tak, tu nad żółtoburą Wisłą, tu pod tym zacharchanym nie­bem, w tej ziemi, ziemi zgry­ź­­liw­ców i zgryzotników, po­ras­ta­ją­cej po­krzy­wą, po­ja­wili się tacy, któ­rzy chcą gło­sić wartości, kró­­tko mó­­wiąc, dionizyjskie, któ­rzy są dość śmiali, by być na to dość naiw­nymi... O, zdu­mie­wa­jący roku 2005!...

 

Jak wyjaśnić to niespodziewane wydarzenie? Jak zrozu­mieć groźną i głęboką niezwykłość tego przełomowego roku? Być może przyszedł czas, byśmy – po tej porażającej da­w­ce ka­płań­stwa i duszpasterstwa – stali się mniej poczciwą i edy­pal­ną trzodką, czyli, byśmy stali się rozwiąźli.

Albowiem edypalność, drodzy goście, jest tylko iluzją. Wystarczy przez chwi­lę szczerze chcieć, aby się rozwiała. Wymaga to tylko pewnego napięcia wewnętrznego... I o tym pragnę mówić...
Tylko... dlaczego nie chcemy, w pierwszym odruchu nie chcemy wcale, aby ta iluzja się rozwiała? Dlaczego wszystko się w nas buntuje przeciw zerwaniu z cierpięt­nictwem? Otóż daliśmy sobie wmówić, że jest ono głę­bo­kie. A tymczasem jest ono tylko – mętne. Daliśmy samym sobie się oszukać, że póki będziemy zgorzkniali, pó­ty za­cho­wamy duszę. Wciąż jeszcze wierzymy, że jest ona nieprzebranym źród­łem istotnych zna­czeń... A tym­cza­sem jest już tylko więzieniem i straciła sens, zużyła się i wyja­ło­­wiała – już Gombro nas przed tym o­strze­­gał. Jesteśmy przez to najbardziej skrępowanym i zasko­ru­piałym na­ro­dem Europy zachodniej. Od stu lat jesteśmy niezdolni do by­cia nowoczesnymi. To zna­czy, że od stu lat więzi nas nasza koncepcja wolności. To znaczy nasza zbyt odruchowa przekora i nasza gnuś­na pokora.
Pozwolę tu sobie powtórzyć jedną z myśli, które wy­po­wie­działa już Paulina, są to bowiem nasze wspólne myśli: polska świa­domość, jak każda świa­­do­mość, ma swoje bieguny odnie­sie­nia, ma swoje momenty głębi i swoje chwi­le płytkości. Dobrze jest nie oddawać pola tylko tym ostatnim, dobrze jest oddawać się głębiom, ale co z tego, gdy w tym kraju his­te­ry­ków za głęboką uchodzą jedynie albo roz­pacz, albo ironia, albo iro­­ni­cz­na rozpacz lub rozpaczliwa ironia..., z warian­ta­mi eks­tre­­­­­malnymi, czyli nienawiścią i samo­nie­na­wiścią tu­dzież po­gar­­dą i samo­po­gardą albo też szy­der­stwem i au­to-szyderstwem, tu­dzież gał­gań­stwem i bła­zenadą. Oto na­­sze sacrum: uważamy przy tym, że jadowitość jest do­­­wodem inteligencji, a impo­ten­cja – tragizmu. A na­sze profanum? Ponieważ sacrum tak nas u­szty­wnia i dła­­wi, po stronie profanum – sta­jemy się na­ty­ch­miast kap­ciowaci. Zakładamy krót­kie spo­denki. Roz­­cheł­sta­nie, by­le­jakość, nie­dba­łość, wrzaskliwość, de­­zyn­woltura to nasza codzienna litania. Nie­trzy­manie się pio­nu, bujanie się, ko­ły­sa­nie, wa­łęsanie, ga­wędzenie i glę­dzenie, oto co robimy, gdy „je­ste­śmy sobą”. Gra­nicą jest tu – oszołomienie umy­sło­we i nie­­­­mota, oczywiście nader gadatliwa; stupor i otępienie. Czyli w trzech sło­­wach: nasza kultura to albo dziady, albo dzie­ci­nada.
Wiem, panie i panowie, że mó­wię znane prawdy. Ale po­wtarzam je tylko po to, by po­wie­dzieć jedną inną rzecz: to już przestaje być śmieszne. Już to ro­ze­graliśmy na wszystkie spo­soby. Tak dalej nie można. Czy chce­my być naj­bar­dziej ponuro nudnym narodem Europy?
 
(Drodzy goście, chcę wam wyznać, że wiem o tych rzeczach z auto­psji, bo jako młodociany pisarz siedem lat temu de­biu­to­wałem w cza­so­piśmie „Twór­czość” opo­­wia­­da­niem prze­­peł­nio­nym nie­­­­­na­wi­ścią i lautreamontowskim bun­tem w obli­czu ohydy i po­­ni­żającej szarości i zjeł­­cza­łości serc, opo­wia­da­niem o ta­kiej da­w­ce amoku skie­ro­wa­ne­go przeciw bliźniemu jako takiemu, że...
Jest to zre­sztą naj­le­pszy do­wód na to, iż po­cho­dzę z krwi i z ko­ści te­go narodu i przyjąłem nabożnie wszy­st­kie jego sakramenty. Po­zwo­lę sobie na­wet nad­mie­nić, że dzia­dek mój, do któ­rego jestem po­dobny jak dwie krople wody, był sa­­na­cyjnym majorem rezerwy i bo­jo­w­nikiem o kresy wscho­dnie.
Od czasów mego debiutu jednak prawda rozpaczy i ironicznej wście­kło­ści interesuje mnie coraz mniej. Chcę za­zna­czyć, że to nie o­zna­­cza, iż je eliminuję. Wolę jednak inne style patosu. Wolę in­ne prawdy. Mówi się na przy­kład, że żyjemy w świecie dehu­ma­nizacji. Bardzo mnie ta prawda interesuje, interesuje mnie to, czy może być nie­banalna. Otóż sądzę, że może, o ile odkry­je­my jej po­zytywne wydarzenia. Ale: „pozytywne” - to słowo w moim języku nie ma nic wspólnego z „pozytywnymi wibra­cja­mi”. Pozytywne nie znaczy płaskie. „Dehu­ma­ni­za­cja”? Spójrzmy więc np. na to, jak człowiek staje się nieludzki, aby stać się sobą i móc szcze­­rze kochać. Odkryjmy jego burz­liwą, ale klarowną i po­zba­wioną resentymentów głębię. Pa­mię­taj­my, że jego prawda nie musi być histeryczna, on drży i pęka, ale nie kurczy się w sobie, nie staje się koniecznie karłem ten człowiek, który staje się nielu­dz­ki. Samo­tność w wielkim mieście? Czy nie najcie­ka­w­sze w niej jest to, jak każda sekunda życia zamienia się w kamień, żwir albo diament, jak każdy brud ulicy może przeistoczyć się w orgiastyczną epifanię?)
 
Drodzy goś­cie, zanim podniesiecie do ręki kieliszki z winem, które wypijmy za pomyślność ducha roz­wią­zło­ści z du­chem polskim i za owocność tego egzotycz­ne­go uwie­dze­nia, na jakie się między nimi zanosi, chcę, że­byście po­my­śleli o tym, że my Polacy musimy po pier­wsze nauczyć się inaczej być pi­ja­kami. „Orgia” jest też i po to, byśmy bardziej eks­ta­ty­cz­nie, a mniej wisielczo pili.
A na koniec, cóż, jeszcze jedna uwaga. Wiem, że my Polacy dobrze wszyscy wiemy, że wszy­scy dobrze wie­my, że naszą duszę trzeba zde­kon­stru­ować (o ile do zde­kon­struowania coś jeszcze pozostało) i zre­kon­stru­ować na nowo, co więcej, wszyscy dobrze wiemy, że wszy­scy doskonale zdajemy sobie sprawę, że takie słuszne skądinąd deklaracje warto co prawda zawsze skropić, ale potem wiadomo jak będzie: dalej będzie tak, jak zawsze. Ale chcę zaskoczyć panie i pa­nów deklaracją, że oto Orgia myśli chce przekroczyć ten zaklęty krąg świętej impotencji.
 
Igitur gaudeamus et tu gaude, mater Polonia!