Moralność i literatura

Szanowni Państwo! Na początku wyrazić muszę swoją głęboką wdzięczność Redaktorowi Wolskiemu, który sprawił, że współpracuję z OM. Niestety, nie ma go dzisiaj z nami. Mój żal równy jest mojej wdzięczności.

 
Szanowni Państwo! Przedmiot mojego wystąpienia – niegdyś doniosły, dziś raczej niezrozumiały a jednak zawsze godzien przynajmniej chwili uwagi – to moralność a ściślej: jej stosunek do literatury. „Moralność a literatura” – zagadnienie ważkie dla pisarza XIX-wiecznego, pisarza przełomu wieków, może jeszcze dla powojennych intelektualistów zatroskanych upadkiem kultury i narastającym nihilizmem...
Nie chcę w żadnym razie wskrzeszać tamtych sporów i jęków! Są one już dawno nieaktualne, bardzo wcześnie już zresztą raziły anachronizmem. Proszę porównać takiego choćby Flauberta z Mannem, który kończy zwykle tam, gdzie ten pierwszy dopiero zaczynał. Zapewne nie powinno dziwić, że po wieku XIX, z jego toporną nieco, ale zdecydowaną męskością, z jego dogmatycznym brakiem złudzeń i trzeźwym naturalizmem, z całym jego naukowym światopoglądem i zdrową hipokryzją nawet, po wieku XIX wiek XX – bardziej chyba hermafrodytyczny aniżeli kobiecy, bardziej bezwzględny w swym fatalizmie, w swej słabości niezdolnej niczego przedsięwziąć a gotowej wszystko zaakceptować, bliższy światu, bo częściej przezeń napadany, ale z tego względu i przewrażliwiony, przy lada sposobności więc świata unikający, ciekawski, ale nie bardziej niż wymaga tego zbadanie powierzchni – nie powinno dziwić, że wiek XX – jako że pozostawał na powierzchni, wielokrotnie zajmował się problemami moralnymi, kompletnie głuchy i ślepy na to, co rośnie w jego własnym brzuchu.
 
Wróćmy jednak do samej moralności. Od początku był z nią kłopot. Der bestirnte Himmel über mir, und das moralische Gesetz in mir. Ale nad tamtym niebem jeszcze jedno, niezbędne, choć wyłącznie hipotetyczne. Pamiętają Państwo – Bóg jako konieczne założenie, gwarant moralności. To, że moralność musi być pobożna, oznacza, że jest ona – sama w sobie – niemoralna, że nie jest w stanie oprzeć się na samej sobie. Kant był myślicielem uczciwym: tylko Bóg gwarantuje stałość zasad, i tylko jako hipoteza. Hipotetyczny Bóg przyjmie – jak wiemy – różne wcielenia: rozum i państwo to dwa najpopularniejsze... Kant, pierwszy immoralista, odkrył zatem, że moralność nigdy nie była suwerenna i nigdy tak naprawdę nie będzie (choć ten wniosek przez usta Kantowi raczej nie przechodzi), że jest z natury słaba, bo musi szukać swych podstaw poza naturą, że tylko więc hipotetycznie jest niepodważalna.
Jak uniknąć tej pułapki, pułapki, w jaką wpycha nas uniwersalna, ale nieprawomocna moralność? Głosząc etyczny pluralizm! Jeśli Kant z racji swoich ambicji tkwił jeszcze głową w chmurach – urojonych, choć zasłaniających „gwiaździste niebo” – jego następcy nie tyle rozpędzili chmury, co ścięli samą głowę. Niby zeszliśmy na ziemię, ale chmury pozostały. Etyka, wartości itd. to odtąd wyraz obyczajów bądź przyzwyczajenia, interesu i sposobu życia. Nie pytamy już – jaka moralność, lecz czyja. Ta powściągliwość wcale nie odbiera nam wiary! Przeciwnie, brak nadziemskich uzasadnień zwiększa tylko siłę uczestnictwa. Przekonania są teraz bardziej bezpośrednie, autentyczne i irracjonalne. Etyka parlamentarna, medyczna, wędkarska... – owszem, nie ma w tym dawnego fanatyzmu; współczesne kulty są bez wątpienia „bezduszne” i inteligentne, ale nie mniej przez to zbliżone do tych najpierwotniejszych: zbiorowych i czysto fetyszystycznych. I to zresztą nie jest żadną tajemnicą – wiadomo od dawna, że w brzuchu wieku XX rozwijało się dzieło zmartwychwstania.
Czy jednak nie oznacza ono wreszcie nastania autentycznej moralności, tzn. autonomicznej, bez zewnętrznych uzasadnień? Przyjrzyjmy się dwóm głównym typom w świecie współczesnej etyki i pogaństwa: „fragmentarystom” i „spryciarzom”. „Fragmentaryści” to zwolennicy kompromisu: skromni i ugodowi, mylą się podwójnie. Sądzą bowiem, że każdy dobrze wie, czego pragnie, że interesy są wyraźnie określone, co więcej – należy je bezkonfliktowo uzgodnić. „Spryciarze” z kolei oszukują się w mniejszym stopniu, ale za to silniej. Również wierzą w jakieś z góry dane plany, zadania bądź interesy, przede wszystkim własne. Usiłując je zrealizować, potwierdzają zwykle aktualny stan kultury, do której odnoszą się z ironią równą naiwności „fragmentarystów”. Innymi słowy: „fragmentaryści” nie wierzą w siebie, „spryciarze” w świat. Oczywiście konkretni ludzie doskonale łączą w sobie oba typy, czyli wierzą i nie wierzą zarazem, w siebie i w świat jednocześnie. Są zatroskani i ironiczni. Czują się związani, ale tego, co ich wiąże, nie traktują serio. Rzeczy są od nich niezależne – wszystkie są na zewnątrz, ale żadna nie jest tak naprawdę samoistna, już prędzej lekka, zwiewna i nierzeczywista. Trwa wieczne teraz, tyle że w oczekiwaniu na jutro. Ta permanentna i boleśnie odczuwalna nierzeczywistość to współczesna wersja niemoralności – to, jak mamy żyć, już dawno się rozstrzygnęło, ale życie toczy się gdzie indziej. I przed jednym, i przed drugim człowiek pada na kolana. Dlatego radość sprawia mu wyłącznie to, co zdaje mu się realizacją dziecięcych marzeń – przy czym nie tyle marzenie się urzeczywistnia, co człowiek ucieka z rzeczywistości w świat marzenia. Innymi słowy: niemoralność naszej kultury tożsama jest z jej zgrzybiałością. Kto lepiej niż starzec łączy tępą wierność z zaświatową już niemal wyrozumiałością?...
Szanowni Państwo,
co ma wspólnego z tym wszystkim literatura, a w szczególności OM? Nietrudno zgadnąć, że jest pośród tego wszystkiego powiewem młodości, że w miejsce zatroskania i ironii proponuje beztroskę i powagę, że zrywa ze współczesną powściągliwą religijnością, zrywa już na początku z całym wiekiem XXI, od razu postulując inną moralność – powszechną, choć bez zewnętrznych uzasadnień, prawdziwie samoistną. Jest to, rzecz jasna, ta sama co zawsze walka o sens, którą również XIX- i XX-wieczna literatura podjęła w obliczu „kantowskich” i podobnych schematów. Dzisiaj, w odmiennych warunkach, walka toczy się o sens odmienny.
Nieco w uproszczeniu można by powiedzieć, że literatura modernizmu (a przynajmniej najważniejsza jej część), od Flauberta do Becketta, walczyła z dziedzictwem i licznymi wcieleniami pseudo-moralności w imię natury i stylu, prawa i formy. Zamiast zewnętrznej sankcji poszukiwała ścisłej reguły immanentnie rządzącej światem. W miejsce dowolnych i chaotycznych wyobrażeń, sądów i interesów ustanawiała pełen rygoru wyraz artystyczny. A więc jasne „co” i wyraźne „jak” – oto odpowiedź modernizmu. Przypomnijmy receptę Musila – należy postępować „najbardziej obciążoną drogą”, tzn. dbać o każdy szczegół. To zapowiedź stylu. Obok tego jednak trzeba zawsze pokazywać „umotywowane kroki” – w ten sposób ujawnia się prawa. W sumie – łącząc formę i regułę – możemy odtworzyć (o ile interesuje nas akurat problem bohatera, jego duchowa rzeczywistość) „przeżycie wzorcowe bez jednego martwego pola”. W polu tym nie ma miejsca na niesuwerenną moralność. O tyle właśnie Musil jest wielkim twórcą moralności, i to bardziej nawet jako pisarz aniżeli ewentualny orędownik mistycznego kazirodztwa, o którym czytamy w Człowieku bez właściwości.
Spytajmy: czy może to być również rozwiązanie nasze? Czy jest to rozwiązanie autorów OM? Czy wystarczy dziś owo „co”, nawet jeśli miałoby zmierzać w stronę braku wszelkich reguł, w stronę czystej materii? Albo owo „jak”, choćby i ono oznaczało w końcu samą tylko zabawę lub grę konwencjami? Wydaje się, że takie zabiegi – choć nierzadko płodne i interesujące – nie są w stanie wykroczyć poza rekonstrukcję jednej ze współczesnych „etyk”, „sposobów życia”, zatroskanych i ironicznych quasi-moralności, z ducha religijnych. Taka literatura zawsze będzie miała w sobie coś z katechizmu.
Bardzo łatwo postawić ten zarzut autorom OM. Bardzo trudno bowiem nie stosować tu starych kryteriów rzemiosła i przesłania. Tymczasem nowa moralność literatury – wroga już nie wobec zewnętrznych uprawomocnień, ale współczesnych i nadchodzących mikro-religii, wobec starczej kultury troski i ironii – nie poprzestaje na odsłonięciu reguły i kreacji stylu. Chodzi raczej o wytworzenie swoistości (perspektywy) w imię niespotykanej dotąd konfiguracji świata.
Kiedy Wiktor Rusin konstruuje swego „bohatera charyzmatycznego”, postać tyleż dziwaczną i wyrazistą, co wewnętrznie pustą i niejasną, rzecz nie w samym rygorze formalnym konstrukcji, lecz – przeciwnie – w tym pełniejszym i zaskakującym rozwinięciu materii powieściowego świata, która dzięki temu działa niezgodnie z tradycyjnymi prawami. Charyzma stanowi tu więc funkcję spotęgowania i destrukcji a Wakacje to właśnie ruch od kompozycji do rzeczywistości.
Inaczej Jacek Dobrowolski – weźmy choćby 120 godzin. U niego „bohater naszych czasów” albo „radykał” nie tyle działa, co kontempluje. Ten element kontemplacyjny – przemieszczający się w obrębie powieściowego świata – staje się tym samym miejscem zapisu i spotkania światowych porządków, co nieuchronnie prowadzi w końcu do wybuchu. Pustka bohatera jest funkcją konfrontacji i eksplozji. 120 godzin opisuje właśnie ten ruch od kontemplacji do rozsadzenia.
Obaj bohaterowie – i charyzmatyczny, i radykalny – to, oczywiście, współczesne wersje Musilowskiego Ulricha. Przy czym u Rusina w punkcie wyjścia jest to raczej człowiek bez właściwości (decyduje o tym jego wyłącznie zewnętrzna wyrazistość). U Dobrowolskiego natomiast mamy do czynienia z właściwościami bez człowieka (ten jest tylko punktem atrakcji świata). Różnica się jednak zaciera, o ile pierwszy bierze swe atrybuty prosto ze świata a drugi cały czas zachowuje swą niepowtarzalność i autonomię.
W obu wypadkach – co widać od razu – zasadniczą rolę odgrywa moment konstrukcyjny: jakiego rodzaju charyzmę zaprojektować? jakimi drogami poprowadzić radykała? Ale jeszcze istotniejszy wydaje się efekt konstrukcji, jedyna miara nowej moralności, a mianowicie spoistość. Czy opisana destrukcja rzeczywiście wynika ze skonstruowanej charyzmy? Czy dana eksplozja faktycznie wiąże się z tak a nie inaczej postępującą kontemplacją?
Istnieją dwa zasadnicze niebezpieczeństwa: drapieżny realizm oraz stylistyczna prowokacja – demaskacje, interwencje, krytyki, fajerwerki językowe tym bardziej pozorne, im silniej porażające itd. Następuje tu rodzaj bezpiecznego wycofania na pozycje modernistyczne, ale w istocie utrata spoistości oznacza katechizację.
To niebezpieczeństwo – w jeszcze większym stopniu – grozi czytelnikom, wychowanym we współczesnej nie­mo­ral­ności pisarstwa odważnego i sprawnego. Cóż, bez wątpienia OM jako przedsięwzięcie moralne jest za­razem ini­cjatywą pedagogiczną. Pierwsza nauka, jaką można wysnuć z tych wstępnych rozważań, byłaby może taka: w czasach wszechobecnej religijności niczego nie powinniśmy się strzec tak bardzo jak tego nowego „kla­sy­cyzmu”, produkującego książki prawdziwe (treściowo i językowo), czyli – jak słusznie się je nazywa – kultowe.