Święta pornografia

Szanowni Państwo,

zapewne nieraz zwróciła Państwa uwagę swoista jednoznaczność, jaką zwykle wiążemy z seksem i seksualnością. Jeśli coś – jakieś zachowanie, słowo, gest – ma znaczenie seksualne (niezależnie od konkretnej orientacji, jaką możemy mieć akurat na myśli), to jest ono – to znaczenie – z gruntu proste. Seks jako znaczenie nie ma w sobie żadnego pęknięcia, żadnej rysy – jest czymś z zasady integralnym: owszem, można nadawać mu zewnętrzne określenia (seks kobiecy, męski, lesbijski, queerowy itd.), ale on sam – jako seks właśnie – nie jest niczym wewnętrznie złożonym. „Seksualność”, „sfera seksualna” albo – po prostu – „seks” mogą być uwikłane w najróżniejsze konfiguracje (personalne bądź polityczne) – zawsze jednak chodzi jak gdyby o to samo. Być może wynika to ze związku seksu z przyjemnością (która – jako taka – wydaje się trudno „rozkładalna”: cóż powiedzieć można o samej przyjemności? podobnie jak: co powiedzieć o bólu?).

Ta fundamentalna prostota, jaką odnajdujemy w seksie, wyraźnie daje o sobie znać w przypadku fetyszyzmu, który – mimo całej złożoności i wieloaspektowości, mimo tak fascynujących form i sposobów ekspresji – ujmowany jest w perspektywie tak właśnie prosto pojętego seksu. Seks wyjaśnia fetyszyzm: jest jego sensem, jest jednością jego wielości, prostotą jego komplikacji.

To rzeczy dobrze Państwu znane – bardzo szybko kończy się to rozciągnięciem sfery seksu na całą rzeczywistość: seksualność – właśnie dzięki swej prostocie – doskonale funkcjonuje jako uniwersalny kod, dzięki któremu można bez trudu rozszyfrować nasze najbardziej nawet niewinne gesty czy słowa. Seks staje się idealnym substytutem, jako znaczenie jest w stanie „zastąpić” wszystko. Jest tak nawet i zwłaszcza wówczas, kiedy mowa o „sublimacji”, tzn. kiedy zaprzecza się wszechobecności seksu i np. podkreśla autonomię sztuki bądź kultury w ogóle. Bo nawet i zwłaszcza wówczas uznaje się za oczywiste, że to seks uległ sublimacji, że to seks porzuciliśmy, aby udać się do pracy, poświęcić nauce czy rzucić w wir polityki.

Seks jako proste i uniwersalne znaczenie – jako nierozkładalny kod – to fenomen z gruntu religijny. Jest niczym opatrzność zawsze gotowa do ingerencji, wszechobecna, choć nieuchwytna, ponieważ zbyt prosta i jednoznaczna, tzn. że zawsze też zrozumiała. To – by tak rzec – strukturalne pokrewieństwo „seksu” i religii nie jest już dla nikogo niczym zaskakującym – ktoś pewnie stwierdziłby, że takie rozumienie seksu po prostu wynika z religijnej przeszłości człowieka, ktoś inny, że – przeciwnie – człowiek jako istota seksualna (seksualna inaczej niż zwierzęta, tzn. zdolna do seksualizacji wszystkich obszarów życia i kultury) staje się automatycznie istotą religijną. Mniejsza o to, co było najpierw: seks czy Bóg – przyjrzyjmy się raczej, w jaki sposób wkracza między nich pornografia.

Porno to jak gdyby jednocześnie ruch objawienia i ograniczenia. Seks wychodzi na jaw, oddaje się w całej okazałości a dzięki temu przestaje już straszyć gdzie indziej. Jest to ruch poniekąd analogiczny do instytucjonalizacji religii, tzn. ustanowienia oficjalnej organizacji Kościoła – tak jak w przypadku Kościoła wiadomo, że jest od tamtych spraw, tak samo w przypadku porno wiadomo, że chodzi w nim o te rzeczy. I podobnie jak ustanowienie kościoła zawsze oznaczało ruch ku zdrowemu i trzeźwemu, tzn. pragmatycznemu zarządzaniu ziemską wspólnotą wiernych, tak samo porno w nie mniej oświecony sposób zajmuje się ludzką rozkoszą. Mówiąc nieco na wyrost: wierni Rzymowi jezuici przeciwko nawiedzonym i szczerym jansenistom, którzy chcieliby, aby prawdziwa wiara przenikała całe ludzkie życie. Światła pornografia (nawet i papieżyce by się znalazły) przeciwko świętemu seksowi, roszczącemu sobie prawa do wszelkich naszych zachowań. I tak jak z perspektywy Kościoła najbardziej nawet autentyczne ruchy odnowy rodzące się poza instytucją niemal automatycznie stają się heretyckim odstępstwem, tak w świetle porno poszukiwanie seksu jako ukrytego znaczenia codzienności trąci niezdrową i zgubną nerwowością.

A jednak powszechnie wiadomo, że tego rodzaju separacja może być złudzeniem czy wręcz oszustwem, że porno – zwłaszcza dziś – tylko na pozór jest doskonale oddzieloną instytucją, obszarem udomowionego i zdrowego seksu, od którego sakralnych form uwalnia zarazem wszystkie inne aktywności, że tylko na pozór – samo światłe – czyni też światłą naszą powszedniość.

Odwołam się w tym momencie do militarnego modelu pornografii, którego nie jestem wprawdzie twórcą, który jednak dla większej jasności chciałbym przedstawić w ramach autorskiego pokazu multimedialnego. Będzie to skrócona i uproszczona dla naszych potrzeb wersja tej teorii.

Punkt wyjścia to analogia między seksem w obszarze jednostkowym a przemocą w obrębie zbiorowości. Pornografia to najbardziej ambiwalentna forma seksu (rys. 1),

tak jak wojna – najbardziej ambiwalentna forma przemocy (rys. 2).

Na czym polega ta ambiwalencja? Przede wszystkim na relacji między skrajnymi biegunami: łagodnym i brutalnym, ludzkim i nieludzkim, na określeniu, co jest pierwsze i naturalne. Znają Państwo powiedzenie, że wojna jest polityką prowadzoną innymi środkami (rys. 3).

To samo da się powiedzieć o pornografii – to po prostu seks, pewien typ „czystych” stosunków międzyludzkich, uprawiany innymi środkami, nie zmieniający wcale natury tych stosunków (rys. 4).

Ale jeżeli wolno odwrócić tezę nt. wojny i powiedzieć, że – przeciwnie – to pokojowo prowadzona polityka stanowi tak naprawdę przebiegłą i tym bardziej okrutną i bezwzględną, bo zawoalowaną formę wojny (rys. 5),

wolno to powiedzieć o seksie, którego największe nawet subtelności ukrywają brudne – a im bardziej niejawne, tym brudniejsze – porno (rys. 6).

Innymi słowy: zawsze i wszędzie toczy się zimna wojna, zawsze i wszędzie odchodzi hardcore’owa rypanina (rys. 7 i 8).

 

Zauważmy, że ta ostatnia opcja dotyczy zwykle sytuacji, która najbardziej nas tutaj interesuje, a na dodatek wysuwana jest w odniesieniu do czasów współczesnych. Zazwyczaj bowiem teza o „polityce jako wojnie prowadzonej innymi środkami” pojawia się w związku z postępującym upaństwowieniem narzędzi przymusu – od kilkuset lat w zasadzie to państwa prowadzą wojny, wojna jest pewną instytucją: poza nią, tzn. kiedy jej nie ma, trwa jakoby pokój, przede wszystkim pokój wewnątrz państwa, gdzie uprawiamy cywilizowaną politykę. Tymczasem przeciwnicy takiego podejścia twierdzą, że pokój i polityka nie oznaczają zawieszenia broni – że chce się nam to wmówić, że ustala się jakiś porządek rzeczy, służący jednej ze stron, którego następnie broni się jako pokoju, że – co więcej – wznieca się wojny „gorące”, aby prowadzić i zarazem ukrywać te „zimne” (wewnątrzspołeczne), że „gorące” są tak naprawdę przedłużeniem „zimnych”, którym nadaje się wzniosłe miano „bezpieczeństwa narodowego”. W sytuacji wyjątkowego zagrożenia – a wszystko zmierza ku stanowi permanentnego niebezpieczeństwa – można nawet utrzymywać wszystkich w stanie podwyższonej mobilizacji, jak gdyby za moment mieli się wybrać na „prawdziwą” wojnę, choć tak naprawdę unieszkodliwia się ich w wojnie niewidzialnej, ale jedynej rzeczywistej.

I podobnie rzecz ma się z pornografią. Niby światła instytucja będąca wyjątkową formą kontynuacji, przedłużeniem zwyczajnych stosunków między osobami – tak naprawdę jest złudzeniem-„podróbką” tego, co faktycznie dzieje się zawsze i wszędzie. Istnieje jako alibi i ma nas przekonać, że poza nią nic nie jest pornograficzne, że – co więcej – jako odrębna przestrzeń pozwala nam zachować czystość gdzie indziej. Tam, gdzie promuje się partnerstwo, zdrowe stosunki albo szczęśliwe życie, i oczywiście miłość – odpowiednik „bezpieczeństwa narodowego” w sferze prywatnej. W sytuacji wyjątkowej – tu przyjmuje ona postać frustracji, impotencji, wszelkiego rodzaju zaburzeń itd. – należy utrzymywać wszystkich w stanie podwyższonej mobilizacji, w tym wypadku ekscytacji i podniecenia, ciągłego zainteresowania rozkoszą i natychmiastowym dostępem do rozkoszy. Już nie światła pornografia, lecz pornografia jako nieustanne oślepienie. A w miejsce uświęconego i jednoznacznego seksu-znaczenia niesamowita mnogość najprzeróżniejszych porno-kultów walczących o uznanie kolejnej formy nie mniej jednoznacznej przyjemności.

Czy jesteśmy skazani na wybór pomiędzy tymi trzema pozycjami – świętą, światłą i oślepiającą (albo: tajemniczą i jednoznaczną – złudną – jednoznaczną i nachalną)? Nie, o ile byłoby możliwe takie odstępstwo, tzn. taki queer, który różnicowałby samą rozkosz, pozbawił ją jednego znaczenia, nie ograniczając jej przy tym do jakiegoś organicznego (np. genitalnego) albo instytucjonalnego obszaru, a do tego nie walczył pod sztandarem tożsamości (choćby i najbardziej zamazanej), porzucił w ogóle to zagadnienie (zawsze związane z tym, co natychmiastowe: dane lub zadane), i był zdolny do rozwijania bądź tworzenia takich form i konfiguracji, w których rozkosz byłaby zawsze jedynie elementem składowym, nigdy zaś oferowanym celem, realizowanym w trybie natychmiastowym.