Wzruszyć ciałami - rozmowa z Lady Laurą

OM: Twoje miniatury: „In umbra voluptatis lusi” i wciąż jeszcze otwarty cykl wakacyjny, spotkały się z bardzo dużym zainteresowaniem czytelników OM. Z czego, twoim zdaniem, wynika tak pozytywna reakcja na tekst wprost pornograficzny?

 

LL: Z samej jego pornograficzności właśnie. Nie chciałabym już na samym początku naszej rozmowy obrażać nikogo z czytelników tak szlachetnej inicjatywy, jaką jest Orgia Myśli, ale bądźmy szczerzy: nic tak nie przyciąga, nic nie wabi z tak mroczną, czasami wręcz fetyszystyczną siłą, jak obraz czy tekst pornograficzny. Oczywiście, warto zapytać, skąd taka właśnie fascynacja. Wydaje mi się, że stoi za nią nie tyle krytykowana przez moralistów czy idealistów brudna potrzeba seksualnego zaspokojenia, która ma jakoby prowadzić do alienacji sztucznie seksualizowanej jednostki, do uprzedmiotowienia ciała i płci, do zbanalizowania i zohydzenia całego piękna i finezji erotycznych relacji międzyludzkich, do wszelkich w ogóle społecznych nieszczęść i dewiacji. Gdyby moraliści i idealiści mieli rację, gdyby faktycznie wszystkie te klęski spadać miały na tych, którzy ulegają pokusie pornografii, można stwierdzić – z całą świadomością przesady, naturalnie – że zachodnia cywilizacja dawno już uległaby deewolucji i w najlepszym razie cofnęła się do stadium bonobo. Skądinąd niezwykle kuszącego, dodajmy. (śmiech) Tym zatem, co fascynuje w pornografii, jest o wiele brudniejsza w swej istocie potrzeba poznania Nagiej Prawdy. Ludzie mają w sobie jakąś dziwną skłonność do przeceniania intymności, jakby to właśnie w tej sferze kryć się miało samo sedno, Tajemna Istota seksualności czy wręcz fundament indywidualnej tożsamości. A ja doprawdy nie pojmuję, dlaczego więcej o mnie miałoby mówić to, w jaki sposób i z kim uprawiam seks czy jaki jest mój stosunek do seksu analnego na przykład niż to, z kim dzielę w pracy biurko albo jaki jest mój ulubiony smak jogurtu.

 

OM: Zaraz, zaraz, publikujesz u nas opowiadania pornograficzne, dodajmy: utrzymane w tonie intymnego wyznania, by teraz wmawiać czytelnikom, że tak naprawdę chciałabyś pisać o jogurtach?!

 

LL: Nie, nie, nie o to chodzi! Chciałam tylko na początku uchwycić bardziej ogólny problem: ludzie generalnie lubią pornografię i fascynują się seksualnością, ponieważ żyją złudzeniem, że jest to najbardziej prawdziwa, naga właśnie sfera życia. Jest gdzieś takie silne przekonanie, że uprawianie z kimś seksu w bliżej nieokreślony sposób ma odmieniać relacje międzyludzkie, czynić je bardziej jawnymi czy szczerymi. Taka naiwna konstrukcja myślowa: widziałeś mój orgazm, wiesz o mnie wszystko (w wersji dla moralistów: widziałeś mój orgazm, wiesz o mnie wszystko i teraz jesteś za mnie odpowiedzialny). Między innymi dlatego właśnie pornografia nie zaspokaja wyłącznie potrzeb seksualnych, ale także niezbyt w moim odczuciu szlachetną potrzebę poznania Prawdy o człowieku. Mnie natomiast nie interesuje Prawda i Głębia w całej ich roszczeniowości, ale raczej przygoda i powierzchnia. Zajmuje mnie to, co się przydarza, wielość komplikacji i urok prostych zetknięć. Nie chcę ani poznać ani odsłonić jakiegoś „wszystkiego”, ale po prostu rozkoszować się wielością, która pozbawiona jest moralnych obciążeń. I nie ukrywam, że marzy mi się, by pornografia traktowana była w taki właśnie, nieobciążony sposób.

 

OM: Czyli w jaki konkretnie? Czy chodzi o to, by skończyć z przekonaniem, że jest to społeczne „zło konieczne”, rzecz okropna i przebrzydła, ale przecież nieuchronna?

 

LL: O to również, ale przede wszystkim chodzi o to, by potraktować pornografię jako pewien sposób ekspresji, jako szczególny filtr, jeden z bardzo, być może nieograniczenie niemal wielu, oczywiście, przez który patrzeć możemy na rzeczywistość. Pornografia jest obecnie skrajnie werystyczna, chodzi w niej generalnie o rejestrowanie obrazów (również literackich) i ich mechaniczne powielanie. Pornografia mnoży klisze, które nie wnoszą już nic nowego ani do niej samej, ani do seksualności jako takiej. Tymczasem pornografia potraktowana jako intelektualne narzędzie umożliwia również manipulowanie rzeczywistością, wymaga aktywnego tworzenia i równie aktywnego odbioru, angażuje na różnych poziomach. Taka pornograficzna praktyka, może prowadzić do o wiele bardziej złożonego i po prostu nowoczesnego pojmowania seksu. Pornografia pozwala zerwać z podejściem skrajnie mechanistycznym, ale też z naiwnie sentymentalnym. Czyli: seks to nie tylko tarcie ciała o ciało, pozycje i konfiguracje, to nie tylko mistyczna więź czy miłosne zespolenie. Seks jest w moim przekonaniu praktyką ściśle intelektualną i wreszcie powinien zacząć być w tych kategoriach opisywany i pokazywany. Seks to sposób myślenia.

 

OM: Gdzie w takim rozumieniu pornografii miejsce na przyjemność?

 

LL: Dokładnie w tym samym: myślenie jest przecież takie przyjemne... (śmiech) Chodzi po prostu o to, by również na gruncie pornografii czy szeroko rozumianego stosunku do seksu zerwać z postromantycznymi schematami. Przyjemność seksualna nie stoi w najmniejszej nawet sprzeczności z racjonalnym myśleniem. To nie tak, że seks jest jakimś niepojętym żywiołem, jakimś powrotem do naszej zwierzęcej natury. Seksualne zahamowania, stłumienia i frustracje nie wynikają z tragicznej, pierwotnej i niemożliwej do przekroczenia dychotomii: natura/kultura, czucie/myślenie. Jestem skrajną materialistką: choć nie wiemy dokładnie, jak pracuje nasz mózg, to możemy stwierdzić, że myślenie jest procesem organicznym. Między pełnym wrzasku orgazmem a rozwikłaniem najbardziej złożonego matematycznego zagadnienia czy napisaniem jednego porywającego zdania powieści zachodzi niewątpliwie niesamowicie wiele różnic, ale żadna z nich nie polega na tym, że pierwszy z tych procesów zachodzi w „ciele”, a dwa pozostałe w „mózgu”. Dlatego też seksualne frustracje są związane przede wszystkim z niedowładem myślenia, jakim jest przywiązanie do pozornie obiektywnych kategorii i nakazów moralnych, które nie przystają do indywidualnych potrzeb i pragnień. Brak zaspokojenia może być postrzegany jako jeden z bardzo licznych przejawów głupoty...

 

OM: Czyli celem pornografii jest nie tyle serwowanie sformatowanych i zhomogenizowanych sposobów zaspokojenia, ale raczej skłanianie odbiorców do własnych poszukiwań w tym zakresie?

 

LL: Dokładnie! Sama bym tego lepiej nie ujęła. Chodzi o pobudzenie intelektualne, które nie jest zasadniczo różne od pobudzenia seksualnego.

 

OM: Przejdźmy może zatem do bardziej szczegółowych kwestii: czy gdy piszesz, myślisz o swoich czytelnikach? Czy chcesz ich celowo obudzić z seksualnego uśpienia, wzruszyć ich ciałami?

 

LL: „Wzruszyć ciałami” – bardzo piękne sformułowanie. Po pierwsze: gdy piszę, jestem czytelnikiem i myślę głównie o sobie. Generalnie myślę wyłącznie o sobie (śmiech) Ale tak całkiem poważnie, to nie czuję się pisarzem, i dlatego zapewne trudno mi wyobrazić sobie moich potencjalnych czytelników. Nie ukrywam, że działalnością literacką zajęłam się niedawno, choć – tutaj specjalny wtręt dla poszukiwaczy Prawdy o mojej osobie (śmiech) – mój wiek jest raczej mało debiutancki. Dlaczego napisałam pierwsze opowiadanie? Chyba dlatego, że jestem do pewnego stopnia ekshibicjonistką. Tylko od razu zastrzegam: również ekshibicjonizm pozwalam sobie rozumieć „autorsko”. Otóż, jak dla mnie, ekshibicjonizm wynika z pewnego poczucia przepełnienia, niemieszczenia się w sobie, może być jednym z ciekawszych sposobów maskowania się i odsłaniania jednocześnie, podobnie jak nagość, to jeden z bardziej fantazyjnych i dobrze skrojonych ubiorów...

 

OM: Dotykamy powoli kwestii, która, jak mi wiadomo, szczególnie nurtuje naszych czytelników. Zapytam wprost: czy to wszystko zdarzyło się naprawdę?! (śmiech)

 

LL: Choć na pewnym poziomie to wyjątkowo naiwne pytanie, jesteś usprawiedliwiony. Również wielu moich znajomych zadaje mi to pytanie, więc już zdążyłam się przyzwyczaić. Przyznaję nawet, że jest to jednocześnie całkiem podstępne pytanie, nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Jeśli powiem, że opisałam nagie fakty, czytelnik będzie miał pełne prawo poczuć niedosyt i rozczarowanie; jak wiadomo, rzeczywistość to zawsze za mało... Jeśli natomiast przyznam, że wszystko to wielka konfabulacja i fikcja literacka, czytelnik może zacząć podejrzewać mnie o chroniczne niezaspokojenie (śmiech) Szczęśliwie jednak, nie czuję się zobowiązana do udzielania jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Zwłaszcza, że moje miniatury ukazały się właśnie na łamach Orgii Myśli. Pamiętam, że jakoś w okolicach mojego debiutu, czytałam wywiad z Wami w „Lampie” i absolutnie najbardziej ujęliście mnie determinacją, z jaką forsowaliście ideę literatury jako „produktu wysokoprzetworzonego”. To naprawdę bliska mi koncepcja. Nie ma znaczenia, co przeżyłam, a co pomyślałam, skoro literacka intensywność tych doznań traktowana musi być łącznie. Nie wspominając już o tym, że fikcja, podobnie jak fakty, może być porywająca i podobnie jak one niewyobrażalnie nudna i jałowa. Chodzi więc zawsze o selekcję i przetworzenie.

 

OM: Zdecydowałaś się jednak na formę lirycznego wyznania. Filip Sikorski określił nawet twój cykl miniatur mianem „jeszcze nowszej Heloizy”...

 

LL: Orgia Myśli nie przestaje mnie zaskakiwać. Ostatnio przeczytałam, że Wasza redaktor naczelna uznała „In umbra...” za opowiadanie tendencyjne, a teraz dowiaduję się, że redaktor Sikorski sugeruje mi jakieś postroussowskie inklinacje. Jeśli dodać do tego jeszcze wypowiedź mojego znajomego, który upewniał się, czy pseudonim Lady Laura nawiązywać ma do „tej Laury od Filona” (odpowiadam: nie ma!), to wychodzi na to, że niejako mimo woli tworzę pornografię pozytywistyczno-sentymentalno-epistolograficzną... Mogę chyba tylko być z siebie dumna! (śmiech) Trudno mi wypowiadać się o własnych tekstach... Na pewno „In umbra...” zdecydowanie różni się od wciąż jeszcze nieskończonego cyklu miniatur wakacyjnych. Może spróbuję wyrazić tę różnicę nieco metaforycznie: „In umbra...” jest próbą narcystycznego spojrzenia na pewną materię seksualną. Nie chodzi o jakąś permanentną fiksację i zaślepienie, ale o świadome koncentrowanie uwagi na samej sobie, na moich doświadczeniach. To „spojrzenie Narcyza” sprawiło – paradoksalnie – że mnie samej w tym opowiadaniu nie widać, że nic nie wiadomo o „podmiocie lirycznym”. Pamiętam jednak: gdy pisałam ten tekst, miałam intensywne wrażenie, że przeglądam się w samej sobie. Miniatury, które teraz piszę, są bardziej „orfickie” niż „narcystyczne”... Można powiedzieć, że rzucam za siebie spojrzenia, które przywołują pewne miłosne epizody, ale w tym samym dokładnie momencie znoszą je, zacierają. Stąd tak krótka, krystaliczna forma. Nie chodziło mi tym razem o zagłębienie się, o zapatrzenie w siebie, ale właśnie o to jedno spojrzenie, jeden rzut okiem, który niejako uśmierca moje wspomnienia. O tyle rzeczywiście jest w tym sporo sentymentalizmu, pozwolę sobie jednak stwierdzić, że jest to raczej twardy sentymentalizm. Wracając jeszcze do jednego z poprzednich pytań: tak, pisząc teraz te miniatury, zdarza mi się myśleć o czytelnikach. O tych kilku czy kilkunastu osobach, dla których pewne słowa czy obrazy zawarte w tym tekście są jednoznaczne, są namacalne i konkretne.

 

OM: Być może zatem kolejna twoja rzecz będzie już „dla wszystkich” i „o wszystkich”?...

 

LL: Skoro patrzyłam już wzrokiem Narcyza i Orfeusza, to zostało mi już tylko spojrzenie Meduzy... A to raczej nie powinno uderzać we wszystkich, nie sądzisz? Mam jednak wrażenie, że trochę za dużo powiedziałam już o sobie. Proszę więc o pytanie ogólne!

 

OM: Może najpierw jeszcze pytanie „pół-ogólne”: dlaczego literatura pornograficzna, a nie film, zdjęcia czy inny projekt audiowizualny? Czy kierowałaś się jedynie technicznymi ograniczeniami czy za tym wyborem stoją również jakieś twoje określone preferencje pornograficzne?

 

LL: Złożyło się na to kilka różnych kwestii, ale o wszystkim i tak zdecydował w dużym stopniu przypadek. Jak już wspomniałam, seks to, moim zdaniem, sposób myślenia i to myślenia nie tylko „aktualnego”, ale również „historycznego”. A myślenie historyczne, jak wiadomo, to nie tylko opowiadanie o przeszłości, ale przede wszystkim jej reorganizowanie, strukturyzowanie, selekcjonowanie, to budowanie celowych, zazwyczaj ideologicznych konstrukcji ponad rzeczywistością. W przypadku myślenia historycznego skupionego na rzeczywistości seksualnej walor ideologiczny bywa zastępowany przez walor estetyczny: myślenie pornograficzne to również umiejętność tworzenia pewnych obrazów mentalnych. Wydaje mi się nieskromnie, że taką umiejętność posiadałam od dawna, ale wykorzystywałam ją wyłącznie właściwie na użytek prywatny. Przyszedł jednak taki moment, gdy pewne obrazy zaczęły układać się w bardziej rozbudowane ciągi i zdałam sobie sprawę, że warto je w ten czy inny sposób, z czysto ekshibicjonistycznej pasji upublicznić. Literatura była dla mnie formą nie tylko najłatwiej dostępną, ale przede wszystkim najbardziej naturalną. Jakkolwiek by to zabrzmiało, powiem, że z literaturą czułam się zawsze najbardziej zżyta. Zawsze też wyżej ceniłam literaturę czy nawet siermiężne teksty pornograficzne niż filmy porno. Ma to też zapewne związek z moim, wyrażonym już wcześniej, sceptycyzmem wobec Prawdy. Nie interesuje mnie kompletnie, czy to, co widzę na ekranie, faktycznie i namacalnie miało miejsce, a już najmniej obchodzi mnie to, czy bohaterka miała orgazm czy tylko udawała. (śmiech) Po pierwsze: umiejętność udawania orgazmu jest równie cenna, jak umiejętność posługiwania się sztućcami, czyli nie ma oczywiście wpływu na fizyczne zaspokojenie głodu, ale może mieć decydujący wpływ na relacje społeczne, których niestety nie można uniknąć, jeśli chce się uprawiać seks. (Co więcej, jeśli posiadasz już tę umiejętność, to zazwyczaj wcale nie musisz z niej korzystać; metoda Stanisławskiego jest w łóżku niezastąpiona!) Po drugie: seks to wbrew panującym przekonaniom aktywność głęboko niejednoznaczna i jedynie z pozoru podporządkowana wyraźnym rygorom czy scenariuszom. Tymczasem nie ma przepisu na seks, a wszelka ars amandi to w moim odczuciu jedynie pewna towarzyska zabawka, której urok może być oczywiście kuszący. By odwołać się raz jeszcze do metaforyki spożywczej, która – inna sprawa – we mnie samej budzi już spory niesmak: z doświadczenia wiadomo, że można z kimś przez dwie godziny zmagać się w najbardziej wyuzdanych seksualnych formach i nieprzerwanie myśleć o jogurcie, a można też jeść z kimś (lub samej!) ów jogurt i czuć swoje ciało na wskroś seksualnie. A zatem, wracając już do głównego tematu, seks jest tam, gdzie nim myślimy, a dla mnie najbardziej pornograficzna była zawsze literatura. Fascynuje mnie pornografia orgiastyczna (w rozumieniu, które, jak sądzę, bliskie jest OM), bogata, zindywidualizowana, myśląca. Słowo ma dla mnie zawsze o wiele większą gęstość, więcej warstw i załamań, niż werystyczny obraz, jakim w zdecydowanej większości posługuje się film pornograficzny.        

 

OM: Czy mogłabyś w takim razie wskazać na jakieś konkretne cechy gatunkowe pornografii, które pozwalają wzbogacić czy urozmaicić repertuar środków wyrazu literatury? Czy w ogóle, twoim zdaniem, możemy mówić o poetyce tekstu pornograficznego?

 

LL: Na pewno możemy, choć nie wydaje mi się, byśmy mieli tu do czynienia z całkowicie sformalizowaną poetyką zasadniczo odmienną od poetyki tekstu literackiego. Ciekawe jednak jest to na przykład, że w przypadku tekstu pornograficznego dominuje narracja pierwszoosobowa, konwencja wyznania, o której już rozmawialiśmy. Oczywiście, ten model narracji nie jest obcy literaturze jako takiej, ale w wersji pornograficznej może mieć ciekawe zastosowanie. Chodzi mi tutaj o ten szczególny pornograficzny liryzm, o to, często wyłącznie pozorne, zmniejszenie dystansu między narratorem a dosłownie dotykaną, czy macaną przez niego rzeczywistością. Innym formalnym aspektem, który uważam za charakterystyczny dla tekstu pornograficznego jest eksploatowanie relacji spojrzenie – ciało. Pornograficzny narrator jest w szczególny sposób „sfokusowany” na ciało, na organy, na płyny i ruchy fizjologiczne. Choć nie cenię przesadnie filmów porno głównego nurtu, to mają one jednak pewną cechę stylistyczną, która pozostaje wyjątkowo kusząca również dla literatury pornograficznej czy docelowo literatury w ogóle. Mam tu na myśli zbliżenia, ginekologiczne niemal plany filmowe, które wspaniale zmieniają proporcje ciała. A ta właśnie zmiana proporcji, odkształcenie ciała, tworzenie „organicznych mutantów” może ciekawie uzupełniać czy wręcz zastępować klasyczną już powieściową charakterystykę bohatera.

Przede wszystkim jednak literatura pornograficzna to literatura przyjemności. Przy czym prawdziwe przyjemności nie bywają oczywiste.