Wiersze St. Mallarmégo w nowych przekładach przedstawia Filip Sikorski

Autor: 

[Gdy wraz z świetlistym pięknem…]

Gdy wraz z świetlistym pięknem dni, które nastały,
W popłochu skrzydeł zda się, że pryśnie pokrywa
Zamkniętego wśród śniegu jeziora, gdzie bywa
Dreszcz i przejrzystość lotów, tych, co nie istniały!

Łabędź przypomni wówczas, że to on, wspaniały,
Próżno się z niepamięci dziś do lotu zrywa,
Bo i nie śpiewał w kraju, gdzie pieśń ust dobywa,
Gdy zima roziskrzała spleen pusty i biały.

Może ocali szyję od bieli konania,
Rozświetlonej w przestrzeni, tej, której się wzbrania,
Lecz sam podda się grozie, co skrzydła w lód skuwa.

Więc cień, że go w to miejsce, jego błysk miarkuje,
Z wolna się w drżące śnienie pogardy osuwa,
Co w nadaremność losu Łabędzia ujmuje.

 

 

 

[Le vierge, le vivace…]

Le vierge, le vivace et le bel aujourd'hui
Va-t-il nous déchirer avec un coup d'aile ivre
Ce lac dur oublié que hante sous le givre
Le transparent glacier des vols qui n'ont pas fui !

Un cygne d'autrefois se souvient que c'est lui
Magnifique mais qui sans espoir se délivre
Pour n'avoir pas chanté la région où vivre
Quand du stérile hiver a resplendi l'ennui.

Tout son col secouera cette blanche agonie
Par l'espace infligée à l'oiseau qui le nie,
Mais non l'horreur du sol où le plumage est pris.

Fantôme qu'à ce lieu son pur éclat assigne,
Il s'immobilise au songe froid de mépris
Que vêt parmi l'exil inutile le Cygne.

 


 

Trzy sonety z 1887 roku

I.

Dogasa wzniosłość wieczoru
Pochodnia gestem zgaszona
Tam, gdzie odwieczny blask kona
Dla zmierzchu, nie dla oporu!

Dawna komnata splendoru
Wykwintnych bogactw miniona
Nie zadrży, choć odwiedzona
Przez dawny cień Pana dworu.

W męki niechybnej przeszłości
Jak szpony, gdy bez litości
Szarpiąc grobowiec zwątpienia,

Z marmuru blat nie pozwoli
Na żar innego płomienia
Niż światła błysk na konsoli.

II.

Podniósłszy się po załomie
Kształtem zwiewnego szkła skoku,
By nie zakwitać w czas zmroku
We wpół przerwanym wazonie.

Że się ust para – wiem o niej –
Matka z kochankiem u boku
Nie spotka w jednym uroku –
Ja, sylf na chłodnym plafonie!

Ten, co go ponad pragnienie,
Nie dręczy inne spełnienie
Flakon nie zdradzi, a zginie,

Na przekór ust naiwności!
Oddechu, co róży imię
Położyłby wśród ciemności.

III.

Firanki ruch przekreślania
Gry ciał wątpliwości chwili
Jak świętokradztwo rozchyli
Odwieczną nicość posłania.

Po białej linii zrównania
Koronka z sobą się myli
I nim się szybie przychyli
Zadrży (lecz drżąc nie zasłania).

Aż gdy się do snu ugina
Powieka i mandolina
Znikoma, pusta i dźwięczna,

Tak gdzieś po okna obwodzié
I podług własnego wnętrza
Niczym potomek się rodzi.

 

*

I.

Tout orgueil fume-t-il du soir,
Torche dans un branle étouffée
Sans que l'immortelle bouffée
Ne puisse à l'abandon surseoir !

La chambre ancienne de l'hoir
De maint riche mais chu trophée
Ne serait pas même chauffée
S'il survenait par le couloir.

Affres du passé nécessaires
Agrippant comme avec des serres
Le sépulcre de désaveu,

Sous un marbre lourd qu'elle isole
Ne s'allume pas d'autre feu
Que la fulgurante console.

 

II.

Surgi de la croupe et du bond
D'une verrerie éphémère
Sans fleurir la veillée amère
Le col ignoré s'interrompt.

Je crois bien que deux bouches n'ont
Bu, ni son amant ni ma mère,
Jamais à la même Chimère,
Moi, sylphe de ce froid plafond!

Le pur vase d'aucun breuvage
Que l'inexhaustible veuvage
Agonise mais ne consent,

Naïf baiser des plus funèbres!
A rien expirer annonçant
Une rose dans les ténèbres.

III.

Une dentelle s'abolit
Dans le doute du Jeu suprême
À n'entrouvrir comme un blasphème
Qu'absence éternelle de lit.

Cet unanime blanc conflit
D'une guirlande avec la même,
Enfui contre la vitre blême
Flotte plus qu'il n'ensevelit.

Mais chez qui du rêve se dore
Tristement dort une mandore
Au creux néant musicien

Telle que vers quelque fenêtre
Selon nul ventre que le sien,
Filial on aurait pu naître.


 

Toast

Niczym - tą pianą - tą linią
Nie kreślić nic nad rozcięcie
Gdzie się syreny w zamęcie
Na wznak obróciwszy giną

Płyniemy, moja drużyno
ja z tyłu trwam na okręcie,
A wy l’avant w fal objęcie,
Gdzie burze, kry was nie miną;

Pięknem upojeń porwany
Nie bacząc na grunt rozchwiany
Dłoń moja toast ten wzniesie

Samotność, blask, rozbitkowie
Ktokolwiek wart tego, że się
Po białym płótnie opowie.

 

*

Salut

Rien, cette écume, vierge vers
A ne désigner que la coupe
Telle loin se noie une troupe
De sirènes mainte à l’envers

Nous naviguons, ô mes divers
Amis, moi déjà sur la poupe
Vous l’avant fastueux qui coupe
Le flot de foudres et d’hivers; 

Une ivresse belle m’engage
Sans craindre même son tangage
De porter debout ce salut 

Solitude, récif, étoile
A n’importe ce qui valut
Le blanc souci de notre toile.

 

tłum. Filip Sikorski