Zwolnij, zatrzymaj się – w zagonionym współczesnym świecie pędzącemu wciąż naprzód człowiekowi nie starcza czasu na refleksję, namysł nad sensem jego gorączkowej aktywności! Ileż razy słyszeliśmy ten dramatyczny apel z ust autorytetów, przemawiających zarówno z ambony, jak i na łamach kolorowych czasopism? Skupionym głosem wypowie go także poważny publicysta, człowiek nauki, poeta… Wszyscy są tutaj zgodni, i to przynajmniej w kilku, powiązanych ze sobą kwestiach. Po pierwsze – wyjątkowość czasów współczesnych. Niegdyś tempo życia było dużo mniejsze, nie czuło się ciągłej presji czasu. Po drugie – owo radykalne przyspieszenie staje się jedną z głównych przyczyn „duchowego ubóstwa” człowieka. Miarą tego ubóstwa jest – po trzecie – stopień bezrefleksyjności i utrata „sensu”, pojmowanego tutaj jako najwyższa wartość, bez której człowiek nie może żyć prawdziwie ludzkim życiem. Tyle, jeśli idzie o jawne tezy towarzyszące zazwyczaj wezwaniu do namysłu. Rzecz nie w tym, na ile trafnie opisują one rzeczywistość (trudno zresztą cokolwiek orzec na ten temat, może z wyjątkiem pierwszego stwierdzenia, ale to już zagadnienie dla antropologa), lecz – podobnie jak w przypadku innych komunałów – kto i z jakiej pozycji je wypowiada. By to ustalić, trzeba jednak sięgnąć do kolejnych warstw, do niewypowiedzianych wprost rozstrzygnięć, jakich pochylający się nad człowiekiem dokonują choćby a propos istoty „refleksji”.
Jak wyobrażają sobie oni „chwilę refleksji”, której tak bardzo nam brakuje? Jakiego rodzaju stan wchodzi tutaj w grę? Z pewnością jego osiągnięcie wymaga jakiegoś „wyłączenia się”, zawieszenia codziennej aktywności, dla której stanowi rodzaj przeciwwagi. Chodzi więc o rodzaj przerwy, wyłomu, zdarzenia wyjątkowego. Pozostając w „wirze życia” człowiek miałby być kimś w rodzaju somnambulika, którego nieznane siły pchają z miejsca na miejsce, zazwyczaj waśnie „wciąż na przód”. W chwili refleksji ów somnambulik (zwierzę, automat, kukła) doznaje jakby olśnienia, na moment staje się bytem samoświadomym (już nie manekinem, tylko w pełni ludzkim człowiekiem) – nie działa, lecz przygląda się samemu sobie i poszukuje sensu. Tu docieramy do kolejnej ważnej kwestii – co nadaje właściwy sens codziennej „gonitwie” nowoczesnego człowieka? W grę nie wchodzą, rzecz jasna, żadne przyziemne motywacje. Punktem odniesienia pozostają tu wartości; jeśli nie konkretne wartości, takie jak „miłość” czy „poświęcenie”, to przynajmniej pewna ich ogólna forma, pewna – by tak rzec – aura wartości, właśnie jako tego-co-nadaje-sens. Osobliwy splot: z jednej punktowość, momentalność refleksyjnych olśnień, z drugiej zaś – czysta tautologia, kontemplacja pustej formy wartości. Osobliwy jedynie na pierwszy rzut oka, faktycznie bowiem mamy tu do czynienia z doskonałą harmonią, znakiem rozpoznawczym integralnej bezmyślności.
O tym jednak za chwilę. Najpierw zobaczmy, jaki obraz myśli (jakie wyobrażenie na temat tego, co znaczy: „myśleć”) stoi za apologią spowolnienia. Warunkiem wstępnym jest tu bezruch. W pośpiechu działamy; myślimy zaś tylko o tyle, o ile udaje nam się „przystanąć”. Nie chodzi więc nawet o spadek tempa, konieczny do skupienia uwagi na jakimś zagadnieniu, a więc o myślenie „analityczne”. Postulowana refleksja nie polega wszak na analizowaniu czy rozważaniu czegokolwiek, lecz na kontemplacji czystej formy „sensu”. Ta zaś odsyła do głębi poza wszelkim czasem, do ponadczasowych wartości, odwiecznych dylematów itp. Tak oto chwila namysłu okazuje się kawałkiem wieczności wyrwanym z czasu. Kontekst teologiczny jest tu nieprzypadkowy – refleksja nie ma nic wspólnego z rozważaniem takich czy innych aspektów działania, jest od niego oderwana, również w tym znaczeniu, że nie przekłada się na żadne strategiczne decyzje. Sens, zamiast wiązać się z „kierunkiem” i „zmysłem” pozostaje czystą formą, którą istota refleksyjna kontempluje, albo raczej: zaleca sobie do kontemplacji w chwilach „wyrwanych z codziennej krzątaniny”. W gruncie rzeczy zatem sama kwestia prędkości i powolności nie zostaje tu nawet postawiona. Zamiast sztuki, która – poza innymi parametrami – umiejętnie operuje tempem, rytmem itd., mamy tu do czynienia z myśleniem sprowadzonym do aktu nabożnej admiracji.
Trudno przy tym nie dostrzec komplementarności bezmyślnego „pędu” i – utrzymujących jedynie pozory myślenia – chwil refleksji. Nie chodzi tu nawet o pokojowe współistnienie, lecz o jak najściślejszą współzależność: z jednej strony działanie, polegające wyłącznie na realizacji danego z góry schematu, posłuszne trwanie w kieracie, podporządkowanie twardym regułom gry, obowiązującym na rynku pracy (dyspozycyjność, mobilność, odpowiedzialność), z drugiej – wzniosłe uczucia i nastroje, co do których moralne autorytety zapewniają, iż jako jedyne pozwolą nam w tym wszystkim zachować „godność osoby ludzkiej”. A zatem: kolejny epizod długiej historii sojuszu tronu (kapitału) z ołtarzem… Ten splot nie zdziwi zresztą nikogo, kto kiedykolwiek zadał sobie trud genealogicznej analizy obiegowych wyobrażeń moralnych. Najpospolitszy konformizm nigdy nie był wrogiem „wzniosłości” i „głębi”, wręcz przeciwnie – znajdował w nich właśnie swoje głębsze uzasadnienie, tudzież korzystał z nich jako ze swoich masek. W przypadku naszego komunału idzie jednak o coś więcej, o cały implikowany przezeń obraz działania i myślenia, a także o określone rozumienie prędkości i powolności, jakie się w nim zawiera. I jak zwykle problem polega na tym, że komunał, operując pół-prawdą i quasi-oczywistością, pozbawia nas możliwości wyartykułowania jakiegoś ważnego zagadnienia – tym skuteczniej, im bardziej udaje mu się zachować pozory słuszności. Jak się bowiem ma sprawa z prędkością i myśleniem? Czy nie należy uznać, że myśl faktycznie najlepiej rozwija się w żywiole powolności, podczas gdy działanie odsyła do dynamiki, szybkich decyzji i reakcji?
Pozostawmy na boku sprawę działania. Jest skądinąd jasne, że „chwile refleksji” doskonale uzupełniają się jedynie z pewnym jego rodzajem – z działaniem rutynowym i automatycznym, z wykonywaniem odgórnie narzuconych obowiązków (nawet jeśli należy do nich przejawianie tzw. „twórczej inwencji”) itd. Równie jasne jest to, że istnieją inne tryby, inne rodzaje praktyki, zakładające nie tylko aktywność myśli, ale i zasadniczo inny rytm, czynności, których nie da się wykonywać inaczej niż powoli i ze skupieniem. Ważniejsza i mniej oczywista jest kwestia myślenia. Komunał do pewnego stopnia trafnie rozpoznaje sytuację: myśl coraz częściej utożsamia się z inteligencją, rozumianą jako rodzaj „refleksu”, umiejętność szybkiego reagowania, celnej riposty itp. Za model służy tu telewizyjna „debata” albo quiz (kto szybciej pomyśli, naciska przycisk…). Jednocześnie przeciwwagę dla tego „komunikacyjnego” modelu moraliści widzą w refleksji, która okazuje się zaledwie kontemplacją pustej formy metafizycznej wzniosłości. Prawdziwa apologia wolno-myślicielstwa w pierwszym kroku musi albo całkowicie zerwać z tą alternatywą, uwolnić myślenie zarówno od jej związków z komunikacją, jak i od wzoru refleksyjno-kontemplacyjnego, albo dokonać jakiejś zdecydowanej redefinicji wszystkich tych trzech terminów. Inaczej będziemy wciąż krążyć między czysto użytkową „inteligencją” a rzekomą „mądrością”, co do której słusznie będziemy podejrzewać, że jest równie bezmyślna jak ta pierwsza. Mówiliśmy już o tym przy innej okazji (komunał o „człowieku inteligentnym”).
Trzeba by też na nowo zdefiniować relacje między myśleniem i prędkością. Nigdy bowiem nie jesteśmy bardziej w ruchu niż wtedy, gdy myślimy; tak samo jak nie ma nic bardziej statycznego, pozbawionego pędu i dynamiki niż owo „zabieganie”, na które narzekają krytycy współczesności, rosnącego „tempa życia” itd. Nie należy mylić jałowej cyrkulacji w sformatowanej przestrzeni, w którą wtłaczają nas zwłaszcza stosunki zawodowe, przerywanej snem lub epizodami „czasu wolnego”, z lotem, który sam wyznacza swoją trajektorię i który dopiero umożliwia rozwinięcie prędkości. Prędkość jest tu ściśle związana właśnie z rodzajem ruchu, ze swobodnym przyspieszaniem i zwalnianiem, wynikającym jedynie z wewnętrznej konieczności samej myśli, z rodzajem i oporem „materii”, którą ona nawet nie tyle eksploruje, ile wytwarza jako swój nieodzowny korelat. Jeśli w myśleniu faktycznie niewskazany jest „pośpiech”, to tylko ze względu na ową konieczność, której w ten sposób można się sprzeniewierzyć. Myślenie pospieszne zawsze jest tylko rodzajem kompromisu z bezmyślnością. Z drugiej strony nawet „kontemplacja” rozwija własną prędkość, co więcej – zwłaszcza ona wymaga prędkości zawrotnych, bliskich nieskończonej; złudzenie spoczynku bierze się w jej przypadku właśnie z tego rozpędu, ze zdolności myśli do przemierzania z nieskończoną prędkością pewnego obszaru, ustanawiania równoległych połączeń (komunikacji) między najbardziej odległymi punktami. To samo dotyczy refleksji, jeśli widzieć w niej rodzaj „kontemplacji samego siebie”.
Właściwy sens wolno-myślicielstwa nie odsyła więc do żadnego porządku bezwzględnych wartości; nie idzie koniecznie o to, by myśleć „powoli”, tylko o autonomiczne rozwijanie prędkości (mniejszej lub większej) – a zatem, tradycyjnie, raczej o wolność niż powolność. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli „dzisiejsze czasy” nie sprzyjają wolnej myśli, to raczej ze względu na tendencję do jej ponaglania. Dlatego, ze strategicznego punktu widzenia, powolność również bywa istotna. Próbom wtłoczenia myśli w „telewizyjny” schemat bodźca i reakcji (a więc nie tyle nawet ponaglania myśli, ile jej prostego unicestwienia), zaprzęgnięcia jej do pracy takiego czy innego rodzaju i uczynienia jej dyspozycyjną musi się ona przeciwstawiać równie zdecydowanie, co próbom zawłaszczenia ze strony moralistów i orędowników wiecznego spoczynku. Myślenie nie wymaga wcale „chwili oddechu”, rozwija się w innym trybie niż wszelkie rutynowe działania.
A zatem bez obaw: nie zatrzymuj się! Nie zwalniaj – chyba, że wymaga tego konieczność...
MH