Rozdział 1
Pewnego letniego popołudnia, około godziny 17, siedząc na tarasie mokotowskiej klubo-kawiarni „Regeneracja”, Konstanty Kocur, urzędnik państwowy, lat trzydzieści dwa, uświadomił sobie (nie pierwszy raz w swoim życiu), że wydziela swąd. Co do zasady łatwo było odnaleźć jego źródła, a jednak niektóre z nich gubiły się w swoistych dwuznacznościach: Spod lewej pachy dolatywał swąd ostry, „punktowy”, można by powiedzieć – wystrzeliwał na zewnątrz niby nienaturalnie wydłużona szpilka, o bliskiej zera średnicy. To było jeszcze pół biedy, albowiem odór ten mógł przynajmniej zawierać w sobie jakąś zdrową, swoiście czystą męskość, która (gdyby jej nosicielem był ktoś odrobinę bardziej urodziwy niż K. Kocur – trzeba jednak nadmienić) mogłaby nawet zwabić parę pań, panien, jak również kilka panienek, może nawet dam – spośród tych, które mają często mokro w cipie oraz Kuku na Muniu. Czystość nie była tu słowem w pełni niewłaściwym, bowiem Kocur kąpał się co rano i co wieczór, a nawet szczotkował się mniej albo bardziej starannie, więc był pot ów naprawdę dosyć świeżo powstały, składając się na efekt mechaniczny wynikły z procederu pocierania ramionami o tułów podczas dosyć szybkiego marszu, temperatura powyżej trzydziestu stopni w cieniu. Jednak kilka zjełczałych kropel dezodorantu (marki Axis: Bold as Love, nabytego w sieciowej drogerii za cenę zdecydowanie niewygórowaną) mogło czynić i ten pod-pachowy zapach dużo bardziej nieznośnym, bardziej mdławym; a to, co mdłe, często bywa najgorsze, bywa na tym świecie kresem, upadkiem, zwiastunem nieszczęścia, mroczną klamrą…
W pochodzącym z jamy ustnej zapachu było już dużo więcej oboczności, dwuznaczności, zagadek. Przede wszystkim trudno było zlokalizować, jak również oszacować jego intensywność. Poczuł tylko, gdy odbiło mu się po wypiciu zbyt dużego haustu piwa marki Heineken, że z jego ust wydobywa się nieokreślony opar o lekko glonowatym posmaku (sam użył w myślach słowa „glonowaty”, co przywiodło mu na myśl akwarium, które był posiadał między 10 a 14 rokiem życia… tak, akwarium, zza szyby, zazwyczaj mętno-zielonkawej, wyzierało skupisko wodnej fauny, wśród której znajdowały się m.in. gupiki, sumiki, zazwyczaj przyczajone glonojady, tudzież przez lat dwa jeden mieczyk, posądzany o żarłoczność względem ww. gupików, co jednak nie zostało mu udowodnione ponad wszelką wątpliwość, albowiem nie udało się nigdy ustalić liczby gupików, która bytowała w akwarium, z dokładnością co do jednej-dwóch sztuk; ryb bardziej okazałych typu skalar albo rybka złota obiekt akwarystyczny nie zawierał).
Jakkolwiek to wrażenie in se nie było bardzo nieprzyjemne, a mogłoby nawet dawać poczucie określonej swojskości (jest się w sobie, pośród własnych wnętrzności, w krainie ich intymnych funkcji wydalniczych), choćby tylko pośledniego gatunku, to jednak pewien sygnał ostrzegawczy dobitnie mu wskazywał, że zidentyfikowany aromat, o ile subiektywnie niezbyt odrażający, ewentualnym postronnym, nawet tym intymnie nie spoufalonym, ale np. zwykłym stolikowym interlokutorom, mógłby dać się odczuć w dużo bardziej określony sposób, powodując, że z niesmakiem oddaliliby twarze, wraz z przypisanymi do tych na ogół estetycznych twarzy postaciami, od kociego, nieszczęsnego oblicza.
A przecież pozostało jeszcze tyle niezbadanych krain! Tych, w przypadku których rozziew pomiędzy błahą uciążliwością bądź zgoła całkowitą nieodczuwalnością wydzielanej woni po stronie tego, który woń wydziela, a piorunującym wrażeniem, jakie niesie ta woń dla osoby trzeciej, mógł być dużo bardziej rażący. Przecież – o ile pachy bywają szczególnym rezyduum potu – to jednak również większe powierzchnie jego ciała, w tym na przykład tułów, mogły zalać się ową przezroczystą (przynajmniej co do zasady, nauka zna też pot krwawy etc.) wydzieliną. Tak, czuł, że jego korpus zwilgotniał w nazbyt wielu miejscach – wzdłuż linii kręgosłupa, nad obojczykami, na udach i w pośladkach, nawet ręce potwornie się lepiły, nasuwając hipochondryczne myśli nt. zjawisk takich jak dyfteryt, dyzenteria, tyfus czy cholera, a przecież te ręce były myte stosunkowo niedawno. W kwestii stóp i odnóży mógł się czuć przynajmniej stosunkowo spokojny, dopóki okoliczności towarzyskie nie każą zzuć obuwia w obecności osób innych niż on sam, a takowych okoliczności nie spodziewał się. Skarpety, spodnie i półbuty były tu opakowaniem dosyć szczelnym – przynajmniej taką mieć można było nadzieję. Ale tułów wydał się już osobie jego posiadacza wielce podejrzany. „Na pewno cuchnie kurewsko, tylko tego nie czuję.” Niestety K. Kocur nabawił się lat temu parę nieładnego brzuszka, co w jego mniemaniu przekreśliło na zawsze możliwość zapisania własnego życiorysu za pomocą czcionki złotej bądź choćby pozłacanej. Odtąd zawsze, kiedy się spocił, wyobrażał sobie, że wraz z potem wylewa się na zewnątrz jego tkanka tłuszczowa, w ilościach wprawdzie śladowych (przez co nie można było mieć zbyt wygórowanych nadziei na zrzucenie uciążliwego balastu), ale wystarczających, by zabarwić pobliskie otoczenie wstrętną wonią łoju, przypominającą wyziewy z kuchni na stołówce Politechniki Mongolskiej Republiki Ludowej imienia tow. Czołbajsana. Wrażenie trafne bądź nietrafne, w każdym razie tak się jawiło to jemu samemu.
Trochę się powiercił, szurając jednocześnie krzesłem, co ktoś mógłby uznać za zachowanie nader ekscentryczne, tudzież infantylne, a nawet – być może jeszcze gorzej – drażniące zmysł jego (tj. tego kogoś) słuchu. Taki ktoś wszakże nie odnalazł się, chociaż taras zapełniało kilkanaście osób; co i rusz wchodził ktoś w głąb lokalu; kelnerki, ładne, wesołe, dwudziestoparoletnie, chodziły po tarasie w tę i w tamtą przynosząc zamówienia, jednak niektórym na tyle zależało na czasie, że udawali się bezpośrednio do baru, aby zamówić szklankę piwa czy dwie. K. Kocur siedział blisko przejścia, przy pojedynczym stoliku, co i rusz ktoś go mijał, tak więc łatwo było paść ofiarą ostracyzmu. Nie padł jednak ofiarą ostracyzmu, przynajmniej jak na razie.
Przetarł dłonią czoło, odgarniając w mniejszym stopniu pot, chociaż go frasował (to byłaby jednak walka z wiatrakami), w większym stopniu jeden z wielu lęków, jakie się czaiły w jego wewnętrznej menażerii; lęk jednak nie raczył ustępować, toteż bez szczególnej nadziei, że cokolwiek wskóra za pomocą tych gestów, przejechał (tą samą) dłonią po (tym samym) czole po raz drugi i trzeci. Podniósł znowu szklankę, znów upił trochę piwa. „Po chuju sprawa z tym piwem” – pomyślał Kocur Konstanty. „Prawie się skończyło, ja nic się od niego nie uspokoiłem, pomimo że zacząłem czuć się odrobinę senny”. Miał wrażenie, że kufel za chwilę spadnie na podłogę i rozbije się, nie tyle z powodu słabości jego dłoni (choć czasem w swoich urojeniach ją odczuwał), ale wskutek jakiejś utajonej Wartości Dodatkowej Powszechnego Ciążenia, która kryje się w wielu przedmiotach, akurat tych przedmiotach, które musi dzierżyć w swoich dłoniach.
Te zdradzieckie uroki siedemnastej latem – czy to nie jest przypadkiem ta sama godzina, o której niektórzy młodzi wiekiem i młodzieńczy duchem mieszkańcy tego miasta zebrali się w ściśle wyznaczonych (przez starszych wiekiem i starszych duchem, co nie znaczy, że duchem w pełni okrzesanych) jego zakamarkach, by rozpocząć ową rokosz sierpniową i wrześniową (część wrześniowa nie była planowana), rokosz straceńczą i (ponoć, na swój sposób) sentymentalną, która miała obrócić w perzynę tysiące domów i budynków, wśród których – nadmieńmy – znajdował się dom, w którym zamieszkiwał dziadek Konstantego, Henryk Kocur, położony w Śródmieściu przy ulicy Hożej (na miejscu obecnej tysiąclatki, vis a vis bocznego skrzydła Grand Hotelu), którą to stratę Henryk od czasu do czasu opłakiwał, mimo że udało mu się z biegiem lat uzyskać nienajgorsze mieszkanie w nienajgorszym miejscu na Kazimierzowskiej, dom, w którym zamieszkiwał brat Henryka Wacław – położony na Starym Mieście przy ulicy Piwnej – czego brat nie zdążył nawet zauważyć, ani opłakiwać, albowiem poległ dnia drugiego omawianych zdarzeń, w okolicach Placu Zamkowego – tudzież lokal mieszkalny jego babci Marianny Szuralskiej, położony przy nieistniejącej już ulicy Xiędza Siemca, na Powiślu (babcia po wojnie zamieszkała we Włocławku, jej usposobienie zarazem pragmatyczne i przyziemne oszczędziło jej nadmiaru opłakiwań).
Godzina siedemnasta w słoneczny, upalny letni dzień ma w sobie bardzo niebezpieczną głębię. Z jednej strony, chociaż upał na ogół utrzymuje się, słońce już tak bardzo nie daje się we znaki. Powietrze jakby się rozmnożyło, jakby wolna dla oddechu i dla ciała przestrzeń powiększyła się, porównując ją z dantejskim marazmem wczesnego popołudnia, zwłaszcza tak dojmującym w tym mieście, kiedy poruszając się w wielkiej klatce zestarzałej nowoczesności okresu rekonstrukcji, czujesz się wyprażony słońcem, jakbyś znalazł się w podrzędnej, mimo uroszczeń do wielkomiejskości, a zarazem niebezpiecznej krainie, jakbyś znalazł się ograbiony przez zbrojnych w noże bandytów, porzucony na jakiejś estakadzie (z ukrytym skrzętnie plikiem ostatnich dolarowych banknotów o niskich nominałach) prowadzącej do dzielnicy biznesowej gdzieś w Nairobi. A potem przychodzi siedemnasta i jakże to wszystko łagodnieje! Upał – jeżeli tylko unikać miejsc zbyt nasłonecznionych, a temperatura nie przekracza trzydziestu stopni w cieniu, ani wilgotność nie jest zbyt wysoka (w przypadkach, gdy te okoliczności łagodzące nie zachodzą, wszystkie założenia, o których teraz się mówi + parę tych, o których się nie mówi i być może też później się nie powie, trafia szlag) – staje się przyjemny, przyjemny nawet w ciągle utrzymującej się trudności z jego wytrzymaniem; niesie z sobą zapach klonowego syropu albo dyskretny aromat mocnej kawy. To też pora, w której kobiety stają się najbardziej atrakcyjne, w której nawet co pośledniejsze fizycznie czy duchowo (dla K. Kocura „duchowo” jednak nie istnieje, jest jakby częścią fizycznego, które to „fizyczne” on jednak postrzega w sposób czasem dość daleki od przyjętych reguł) egzemplarze jednostek żeńskiej płci potrafią w sobie łączyć (tak przynajmniej je widział K. Kocur) obietnicę pełni zmysłowego doznania z cudowną kroplą melancholii ukrytą gdzieś w ich ruchach, osadzoną w głębinie niewidzialnych jezior ukrytych na powierzchni ich skóry, przyczajoną w odbiciach przeciwsłonecznych okularów.
To pora, w której można kochać, a przynajmniej można projektować i żyć.
Długi spacer nie sprawia już aż takiej mordęgi jak dwie godziny wcześniej, a pewne, wciąż jednak nieuchronne, wycieńczenie przynosi w sobie coś z niezaprzeczalnej rozkoszy, tej najwyższej rozkoszy, której może doznać ktoś, kto jest świadom, że jego ciało znosić musi jakąś przeszkodę, lecz pomimo niej, pomimo tego, że znosić ją nie jest aż tak łatwo, czuje się upojnie.
A jednak ten bezwzględny żar, ta gwałtowna zapowiedź słonecznego udaru (którą Kocur odczuwa, ilekroć tylko wyjdzie latem na ulicę, albo na chwilę się zjawi na balkonie) wciąż przebija się, odnajduje wciąż swój bezczasowy sygnał, jakby właśnie w tym momencie, w którym światło i spiekota zaczynają odpływać ku przejrzystej łagodności wieczoru (jak przejrzysty bywa często zapadający zmrok – latem, na ulicach tego miasta!), zależało mu, by podkreślić, że zawrót głowy porażonej słońcem nigdy nie przeminie, że będzie zawsze trwał. O tej godzinie pustynność letniej Warszawy zaczynając przechodzić w klimat bardziej intymny i ulotny, jednocześnie odbija się rykoszetem, niosąc w swoich akordach ostre dysonanse.
Tak właśnie urzędnik państwowy K. Kocur to odczuwał – tę dwuznaczność letniego popołudnia, tę dziwną ambiwalencję tkwiącą w jego pięknie. Być może też coś takiego udzielało się nieszczęsnym bojownikom batalionu Jeleń, którzy kilkaset metrów na północ, w okolicach Placu Unii zebrali się, by jeszcze tego samego dnia (przejrzysta łagodność wieczoru, przejrzysta łagodność wieczoru) zaludnić ostrzelanymi zwłokami chodniki Flory, Szucha, Klonowej, Bagateli, Marszałkowskiej, Litewskiej, Oleandrów... Być może to samo odczuwał ten nieszczęsny Wacław, kiedy wybierał się na zbiórkę z domowej roboty karabinem (co do dziadków: Henryk był inżynier, dość wrażliwy egzemplarz, a jednak szkiełko i oko, mimo wszystko; za to Wacek był podobno siekiera motyka bimber szklanka, ale – znów „podobno” – tzw. poetycki „duch” albo „dusza” – różnych słów używano w rodzinie przy okazji wspomnień), żeby znaleźć się następnego dnia, gdzieś koło czołgu-pułapki, bez karabinu, lecz za to w paru częściach.
Doznania, które powoduje cyrkulacja pór roku, odtwarzanie subtelnej atmosfery określonych miesięcy, dni i godzin, powracają epokami i wiekami, w rozmaitych wariacjach, chociaż mówić o ich odwieczności, to byłoby za dużo.
Był czas, przyjdzie czas, kiedy delectatio morosa letniego popołudnia nie będzie się udzielać niczemu i nikomu.
Dinozaury też przecież żyły kiedyś „wiecznie”.
(Ciekawym miejscem, w którym można podziwiać tę ich wieczność, jest np. gablota budynku położonego przy ul. Twardej, niedaleko Żelaznej, sam gmach, stosunkowo mało rażąca przeszklona plomba z początku lat dziewięćdziesiątych, o gabarytach starej kamienicy, jednak nowoczesnym urządzeniu fasady, w berlińskim nieco stylu, zdaje się nie zapowiadać innych atrakcji, niż związane z możliwością zarobkowania, jakie przybytki urządzone w tego typu gmachach zazwyczaj oferują. A jednak są tam wystawione nadzwyczajne dziwa.)
Być może jakieś impresje łączyły Konstantego i Wacława zakamuflowanym łukiem – związek to bardziej przyrodniczy i czasowy niż rodzinny w sensie społecznym czy psychologicznym, albowiem ten sam Wielki Niewidzialny Łuk łączyłby Kocura z dionizyjskimi melancholikami bardzo wielu epok, których nie jednoczyły ani więzy krwi, ani więzy rasy, ani więzy narodu, ani miejsca. Jednak Kocur Konstanty nie dźwigał żadnego pistoletu, może poza pistoletem ukrytym gdzieś w osobliwej spelunce urządzonej wewnątrz jego własnej jaźni, w spelunce w której głośno dudniła wystrzałami kocia nomen omen muzyczka – wtedy, kiedy trzeba było wydać wyrok śmierci na jedną z osób (albo rzeczy albo wspomnień), które mu podpadły – w pracy, w autobusie, na chodniku etc. (prowadził starannie swój notatnik osób, rzeczy, tudzież wspomnień, których nienawidził, narzędziem wykonania wyroków miały być wprawdzie zarazem bardziej wymyślne i bardziej barbarzyńskie narzędzia, niż stary, dobry, aczkolwiek zanadto pospolity pistolet). Kocur nie bronił żadnego budynku ani miasta, nic nie mogło tu być obrócone w gruzy – ani przez niego, ani przez jego prawdziwych bądź też wyimaginowanych nieprzyjaciół. Być może był tylko jeden budynek, od dawna bytujący pośród niewidzialnych zgliszcz, którego należało zarazem nienawidzić i bronić (także kochać, chociaż to uczucie nie trafiało się zawsze, rzadko się trafiało i to całe szczęście, to lepiej niż by się miało trafiać bardzo często, lepiej też – mimo wszystko – niż by się miało nigdy nie przytrafić), budynek, którego fundamenty zdawały się drżeć od dziesięciu dobrych lat, chociaż nawet gruz, żaden gruz nie osypał się z nieudolnie zabezpieczanej fasady. Co to był za budynek? To była jego własna osoba, jego ciało.
Ale nie, Kocur miał własne, odrębne dylematy: Po pierwsze utrzymać równowagę, zniweczyć to wrażenie osuwania się, powolnego staczania po pochylni, która w rzeczywistości jest nijaką płaszczyzną, miejskim trotuarem wzdłuż szosy prowadzącej z centrum kierunku anonimowej, monochromatycznej dzielnicy mieszkaniowej. Udar był tym, co ciągle tkwiło wewnątrz Kocura, był jego prywatnym wszystkożercą. Tak, to jednak tylko złudzenie, że jedynie upał tak bardzo go rozstraja. Wrażenie utraty przytomności przydarzało mu się zawsze i wszędzie – nawet kiedy pełen energii poruszał się ciągle w tę i we w tę w ekspresowym tempie. Wrażenie to było wyjściowo pozbawione swojego terytorium, niesprowadzalne do jakiegokolwiek z organów, chociaż pewną rolę (na ogół wtórnie, nie zawsze i kapryśnie) pełniły tutaj mięśnie (ze szczególnym uwzględnieniem mięśni kończyn dolnych), serce oraz głowa. Zwłaszcza głowa, pomówię może o niej parę chwil, tak, pomówię może o głowie:
Głowa
Uczuciem, które dało się oswoić (w sensie nazwania, opisania, bo nieznośność jego pod każdym niemal innym względem przybierała wymiar prawie absolutny), było swego rodzaju wrażenie makabrycznej lekkości, która miała się jakoby „lokalizować”, gdzieś tak dwa centymetry pod czołem. Nie był to tylko i wyłącznie zwykły brak ciężaru, poczucie pustki pod kopułą, ale coś w rodzaju Masy o Wartości Ujemnej, która wprawiała głowę, a wraz z nią całe ciało w dziwaczne rozproszenie i zawirowanie. Jego konsekwencje – śmierć, obłęd, śmieszność, utrata przytomności – były tu mniej ważne – w zasadzie było to doznanie, które wydawało się w swojej abstrakcji (nieodłącznej jednak od ciała) jednocześnie obejmować i poprzedzać procesy umierania, omdlewania, szaleństwa. Próbował to osaczyć. Myślał, że jeżeli by to uczucie Masy Ujemnej wewnątrz ciała spróbować jakoś bardziej precyzyjnie nazwać, a zwłaszcza je zlokalizować, być może ukazałoby całą swoją negatywną obecność czystej fikcji, omamu, tym samym się ulatniając. Próbował wiele razy tych eksperymentów, czasem nawet udawało się, jednak sukces przychodził raczej rzadziej niż częściej, a kiedy z kolei owo uczucie niby-a-jednak-nie-do-końca-omdlewania całkiem ustępowało, w odpowiedzi pojawiało się jakieś bardzo drażniące ni to drapanie ni pieczenie rozgrywające swój bój na wszystkich powierzchniach ciała i jego przyległości (tj. również ubrania, obuwia etc.), zaczerwienione oczy przymykały się w odruchu zniechęconej, pozornej zresztą (np. nigdy nie sypiał w ciągu dnia i nawet gdy próbował, nie mógł zasnąć) senności, tak że Kocur zaczynał wręcz niebezpiecznie tęsknić za tym swoim niedawno wyciszonym lękiem jako czymś, co przynajmniej czyni jego postać dynamiczną, otwartą, co wynosi ją poza to, czym jest, poza tę małość, którą jest się, tę małość, którą każdy jest, gdy jest tylko sobą i aż sobą… wydawało się to już znacznie lepsze, niż poczucie jakże marnego obrastania w nieforemną materię – proces, który czeka każdego z biegiem lat.
Serce, Mięśnie
Serce czy mięśnie również miały – jak wspomniano jeszcze przed omówieniem przypadku kociej Głowy – swoje perypetie, które można określić mianem bardziej klasycznych zaburzeń nerwicowych. W pierwszym przypadku zjawiały się po prostu: nieznośne poczucia kołatania, czasem ciężar, czasem z kolei zamieranie („oho, będzie zawał, ho ho, może to tym razem nie fałszywy trop”), była to jednak, w gruncie rzeczy, nieznośność, którą z zasady dało się oswoić, czy raczej po prostu żyć, współ-bytować z nią. Raczej żyć z nią niż oswoić, mimo wszystko: to, czy organizm Kocura postępował ku jakiemukolwiek oswojeniu trapiących go przypadłości, było rzeczą bardzo dyskusyjną: bywały takie okresy, na ogół godziny, rzadziej dni (chociaż ze dwa razy trafiło się i po parę miesięcy), w których wszystko zdawało się iść w tę dobrą stronę, aż tu nagle regres – głupawy, prozaiczny, nieuzasadniony żadnymi okolicznościami, ani zewnętrznymi, ani wewnętrznymi (nawet jeżeli mówić by o bardzo głębokiej warstwie wewnętrzności, takiej, w której istnienie wierzą być może tylko szarlatani). W gruncie rzeczy bowiem to, co działo się na poziomie konkretnych jego organów, wydawało się być tylko jakimś pozbawionym szczególnego znaczenia atrybutem tego wszechogarniającego stanu, który zawsze lokalizował się w ciele, nigdy w duszy, będąc prawie-dowodem na tejże niewystępowanie u Konstantego Kocura. Kiedy nawet przeżywał stany dające się wyrazić słowami, słowami dość często używanymi, co nie znaczy, że zrozumiałymi dla kogokolwiek spośród tych, którzy międlą je w ustach, np. „strach”, „smutek”, „zniechęcenie”, „podirytowanie” – to nie jego ciało stawało się osaczone przez uczucia i słowa, lecz to jego słowa i uczucia nabierały ciała, jednak ciało to było jakby niewymierne, traciło swoje kontury, połowicznie oddawało ciężar jakiejś nieistniejącej, a jednak w tamtych stanach wiarygodnej „pustce” – excusez le mot... To było ciało, którego wnętrzności, a nawet – rzecz jasna, w mniejszym stopniu – zewnętrzna jego powłoka wydawały się całkowicie rozmywać, chociaż ciągle istniała pewna odrębna motoryka, która – na dobre i na złe – zapobiegała całkowitemu zjednoczeniu z otoczeniem, z jego mnogością form, bezosobowością. Z czasem trwania ataku mięśnie – teraz trochę o nich – nieco przystosowywały się do tej nieokreśloności... Nie odczuwał już w zasadzie żadnego nerwowego napięcia, raczej odwrotnie – odczuwał niemalże całkowity brak ciężaru. Brak też było jego członkom czucia – nie chodzi tutaj ani o swego rodzaju pozorny brak czucia, jakim jest odrętwienie, owe czucie szalone, zarazem wielokształtne i ubogie, często opisywane przez różne podręczniki neurologiczne, ani też o rzeczywistą nieodczuwalność rozmaitych bodźców – gorąca, zimna czy też zwłaszcza bólu, co również charakteryzuje niektóre patologie i to te bardzo poważnego kalibru. Nie, był to raczej brak, którego nie dało się łatwo zdefiniować, brak będący w zasadzie zaprzeczeniem braku (skoro wszystkie typowe formy odczuwania wciąż istniały, np. gdyby wbić mu w ciało rozżarzoną igłę, pisnąłby, choć może z niespełna sekundowym opóźnieniem w porównaniu z większością współ-obywateli poddanych takiemu zabiegowi), ale jednak wysuwał się na zgoła pierwszy plan, tak – wobec niego pozostałe postrzeżenia i doznania były drugorzędne. Rezyduum tego ni to odczucia ni to nie-odczucia, były zwykle stopy i podudzia, nie tak rzadko dłonie, czasem też szyja i ramiona. Częstokroć manifestowało się to w sposób wyjściowo dosyć oklepany – przez wrażenie absolutnej słabości, oczywiście nieprzystawalnej w żaden sposób do tego, jak słabość ta – patrząc z zewnątrz – manifestowała się w postaci K. Kocura: Szedł przez ulicę raźnym krokiem, mijając większość przechodniów, ręce swobodnie wznosiły się i opadały w niemalże infantylnych wymachach (czasem też tkwiły w kieszeniach, wariant rzadszy – częstszy w przypadku prawej dłoni), a jednak miał wrażenie że zaraz osunie się całkowicie bez czucia, nie zemdleje może (akurat to poczucie tkwiło raczej w czaszce, jak już wcześniej wspomniano, teraz wciąż opisuję mięśnie bohatera), ale przybierze raczej konsystencję ni to galarety ni ośmiornicy rozgotowanej przez nie obeznaną z przyrządzaniem morskich stworów kuchtę, w każdym razie konsystencję bytu niezdolnego do ponownego przybrania postawy wertykalnej, ani nawet do w miarę skoordynowanego pełzania, takiego na przykład, w którego ważną sztukę przynajmniej w teorii powinien być wprawiony żołnierz sił zbrojnych Najjaśniejszej Rz., tj. byt przećwiczony w czołganiu. „To było wredne, kurwa, wredne, kurwa, nie dało się zaprzeczyć.” Ale chyba gorsze były jeszcze te momenty, kiedy nawet nie dało się powiedzieć o jakimś iluzorycznym osłabieniu, lecz wspomniane poczucie czy to parowania czy to rozpuszczania się całej masy mięśniowej, nie mogło być wyrażone w żadnej zmysłowej kategorii, nawet tak mglistej jak „omdlewanie”, „osłabienie” czy „utrata czucia”, a mimo tego nie było tylko umysłową konstrukcją, przemieloną w obmierzłej machinie, jaką tworzy narcystyczny duet myśli i języka, nie było to może w ogóle konstrukcją umysłową (już przełknięcie śliny można było w większym stopniu nazwać umysłową pracą), było to coś materialnego par excellence, pozbawionego jednak źródła i określeń.
Stwierdzasz, że z tobą jest w porządku, ale jednocześnie przeszywa cię bezimienne, nieodczuwalne, pozbawione nerwowego przewodzenia (jakie więc są kanały, którymi to wrażenie się porusza?), poczucie odłączenia.
W tych właśnie stanach Kocur chodził po mieście, włóczył się w tę i z powrotem całymi godzinami. Bezruch był najgorszy, im bardziej żwawo poruszało się ciało, tym łatwiejsze to wszystko było do zniesienia, tym łatwiej było odnaleźć w tym niezaprzeczalną rozkosz, ten rewers dziwnej monety, ni to starej, nie to podrabianej, o nieokreślonych bliżej nominałach, którą był w takich stanach. No właśnie – dało się przejrzeć przez te wszystkie doznania na ich drugą stronę, żeby ujrzeć (niebezpieczną, niebezpieczną) wolność oszołamiającej nieważkości. Tu właśnie zwłaszcza te mięśniowe stany, szczególnie te zachodzące w odnóżach, przychodziły w sukurs. Przechadzki stawały się niemal urzeczywistnionymi snami o lataniu, snami, które Kocur śnił od bardzo bardzo dawna, a w których potrafił zatrzymać się w powietrzu na kilkadziesiąt sekund zawieszając u szczytu jakiś całkiem przypadkowy podskok (mający służyć np. ominięciu kałuży) bądź też sunął przed siebie o parę centymetrów nad ziemią. Sny te nauka ponoć potrafi wytłumaczyć prosto, bez uciekania się do jakichkolwiek ezoterycznych farmazonów: wynikają one ponoć z niedogrzania stóp podczas nocnego spoczynku.
(K. Kocur spożywa Drugie Piwo.) Ponieważ nie dzieje się z nim aktualnie nic bardzo ciekawego, skorzystam może z okazji, nie tyle żeby oddać komukolwiek sprawiedliwość, ile aby wyjaśnić pewną rzecz:
K. Kocur był w utrzymywaniu higieny osobistej zasadniczo poprawny. Gardził też nadmiernym kultem higieny, tą całą prysznicowo-dezodorantową (dodatkowo sun-tanned, chociaż słonko na ogół u nas dosyć sztuczne) faszyzacją; być może gardził dlatego, że obawiał się, że niektórym – nie tylko płaskim odbiciom na ekranie TV, ale także tym, którzy potrafili odbicia te skopiować we własnej cielesnej trójwymiarowości – udało się doprowadzić własną czystość aż do takiej perfekcji, że nawet wysiłek fiz. w duży upał pozostaje bezwonny; nie bądźmy jednak zanadto podejrzliwi, chociaż Kocurowi zazdrość – jak każdemu – nie była całkiem nieobca, tu raczej plasował się poniżej średniej. Niezależnie od tego, można jednak powiedzieć, że wstyd jego, wynikający z auto-konstatacji, że zaśmiardł odrobinę od zbyt szybkiej przechadzki w dzień upalny, nie miał wiele wspólnego z obsesją na punkcie czystości. Konstanty Kocur, mimo wszystko, za wszelką cenę starał się zachować tutaj umiar i ta „wszelka cena” nie była bardzo duża.
Chodziło raczej o to, że za wszelką cenę dążył do tego, żeby swoje w większej części niewidzialne dla innych cielesne perypetie ujrzeć – przynajmniej w niektórych natchnieniach i przebłyskach – jako stan uprzywilejowany, zwłaszcza że wiedział od pewnego czasu, że nawet gdyby udało mu się zwalczyć wszelkie koszmary, wątpliwą nagrodą za to osiągnięcie byłaby pospolita stateczność lat trzydziestu dwóch, okresu, w którym więdnięcie jeszcze jest powolne, ale nieuchronność jego da się dobrze odczuć. A żeby dostrzec przywilej we wszystkich swoich słabościach, musiał dążyć do tego, żeby ciało jego stało się na zewnątrz takim, jakim wydawało się sobie być w swoich skrajnych doznaniach: czymś nie ludzkim, jak również nie zwierzęcym, czymś co może być zarazem aniołem, kamieniem, rośliną i lalką z papier-mache, ale nigdy animalnym miękiszem, a już zwłaszcza niczym, co mogłoby wydzielać kwaśno-mdławą substancję zwaną potem. Tym większe było jego rozgoryczenie, że nie mniej w nim zwierzęcia i nie mniej człowieka (być może nawet – koniec końców – nie tak dużo mniej człowieka „uduchowionego”) niż w pierwszym lepszym osobniku, choćby tu i teraz, popołudniem, na tej całej mokotowskiej werandzie. A może nawet zaczął odbiegać od przeciętnej na minus? Kiedyś jeszcze wierzył w zbawienną anoreksję; przemiana jego materii, w różnych porach życia, bywała niezbyt regularna, na początku okresu wspominanych już wyżej perypetii stał się nadzwyczaj chuderlawy, chociaż sporo jadł, a badania przeprowadzone przez p. doktora medycyny ogólnej oraz pp. laborantów nie stwierdziły nic nieprawidłowego; dalszy rozwój wypadków, pośród których nie nastąpiło coś, co można by nazwać utratą żywota w potocznym zrozumieniu, kazał z kolei uprawdopodobnić, że wewnątrz organizmu nie utkwiło nic, co ww. specjaliści przeoczyli. Ale te względnie błogie lata niedowagi już minęły; miał wprawdzie ciągle cień nadziei, że kolejny okres wychudzenia niedługo znów nadejdzie, skoro się zdarzał w momentach niezbyt spodziewanych, ta faza jednak nie raczyła przyjść. Tak więc czuł się dość podle, patrząc jak przybiera tłuszczu (chociaż współczynnik BMI wciąż się mieścił w normie, ok. 23, przy granicy 25), jak jego kiedyś kredowa prawie twarz staje się nalana, jak jego włosy, kiedyś jasnoblond, choć nie predestynowane do przedwczesnej siwizny, nabierają dziwnie myszatego koloru. Eteryczne lęki wczesnej i średniawej młodości nie mogą za nic ustąpić, a jednak zewnętrzna powłoka (być może także ukryte w niej organy) postępuje swoim trybem, tworząc bezrozumny dysonans.
A w dodatku zaniedbywał się. Kiedyś lubił przy byle nawet okazji nosić garnitury, tylko ciemne, wierząc że garnitur dodaje mu pożądanej anonimowości, czyni go kimś ze świata marionetek albo ze świata cudownie zestarzałych filmów klasy B, że chociaż zatrzymuje go w początkowej fazie tej nieszczęsnej ewolucji obrośniętej oponowym tłuszczykiem, że przenosi go w świat, w którym wszystkie niewyrażalne szaleństwa, jakie rodzą się w czaszce, mogą znaleźć odpowiedni image w krainie zewnętrzności. Garnitury – to jednak stało się męczące, zwłaszcza latem (pot). Więc pospolitość znów go osaczyła, aż do reszty – tym razem z racji niedbalstwa. Tamtego popołudnia nosił (pomijam niewidoczne części garderoby) materiałowe spodnie beżowego koloru, wypuszczoną na wierzch piaskową koszulę, z krótkim rękawem, marki popularnej wśród studentów. Był to objaw zwykłego wygodnictwa, dość sprytnego, przyznać trzeba. Strój ten mógł, po wpuszczeniu koszuli i założeniu marynarki tudzież krawata (trzymał je na podorędziu w swoim biurze) sprawić wrażenie od biedy nieźle dobranego na służbowe spotkanie, mógł też jednocześnie – w stanie takim, jak właśnie opisano – sprawić wrażenie od biedy odpowiedniego na klubową imprezę, a w każdym razie jakąś bardziej swobodną, trunkową posiadówkę. Ceną tego było jednak, że w żadnej z wymienionych przestrzeni nie zaliczałby się do estetycznej czołówki, a raczej przekraczałby zaledwie próg akceptowalności. To właśnie mają do siebie wszystkie „złote środki” i dziwię się, że K. Kocur, człowiek – mimo swoich rozmaitych osobliwości – przenikliwy (krytykę „złotych środków” na bardziej abstrakcyjnym pułapie przeprowadził nie raz, podobnie zresztą nie ufał złotym rybkom), nie zauważył tego.
Półbuty były zamszowe, już nie pierwszej młodości, ale nawet od biedy dość stylowe, trzymały ogólną zasadę wyżej wspomnianego kompromisu – gdyby tylko kurz, który je pokrywał, nie przekraczał normy, do której można byłoby jeszcze zaklasyfikować obuwie świadomie lekko zaniedbane. Ceną za kompromis – także w kwestii stroju – była więc przeciętność i to nie ta z górnych sfer średnich stanów – ot po prostu styl zupełnie pomniejszego przedstawiciela nowej warszawskiej middle class, kogoś o dochodzie 3000 netto – patrząc z zewnątrz, patrząc na fakty takie, jakie są – to wszystko zresztą od biedy by się zgadzało.
Na przecięciu dwóch obrazów Kocura – kocura widmowego, gubiącego kontury i organy w przeróżnych niby-nieważkościach oraz Kota urzędniczo-państwowego, średniego/średnio-wysokiego wzrostu, trzydziestodwuletniego, wkraczającego na szeroko rozumiane pogranicza nadwagi, pozornie statecznego (pewnie mąż, pewnie ojciec rodziny, wyznający wartości raczej tradycyjne, czemu nie przeszkadza ochota na wypicie piwa albo dwóch, a nawet wręcz przeciwnie – mógłby rzec ktoś) – pojawiała się seria różnych gestów, które go czyniły postacią w nie najmniejszym stopniu karykaturalną. Jako to:
- wspomniane już przecieranie twarzy za pomocą dłoni
- wydymanie ust w świński ryjek
- odkasływanie czegoś, czego nie ma (tzn. ani plwociny, ani krwi)
- uderzanie krawędzią jednej stopy o drugą, gdy się siedzi w miejscu publicznym, wcale nie tak znowu bezgłośne.
Z pewnością pomniejszało to (jeżeli nawet nie niwelowało do końca) stateczny aspekt jego fizys, nie przynosiło jednak w zamian nic z tego wyrafinowanego gatunku odczłowieczenia i od-zwierzęcenia, o którym tak by marzył...
A więc pocił się i męczył wśród tych gestów... Nie tylko na ulicach, nie tylko na kawiarnianej werandzie, także np. w pracy – a była to Państwowo-Europejska Służba Wsparcia Rybołówstwa i Rybactwa. Tak, również tam się szamotał, szamotał z tymi niepokojami i gestami – bo sama praca nie była, jako taka, zbytnim obciążeniem, trudno zresztą wyobrazić sobie, żeby ktoś, kto otrzymał w ciągu 17 lat swojej edukacji tyle wyróżnień i dyplomów prymusa, poszedł po mniejszej linii oporu niż zatrudniając swoją postać w czymś takim.
Nie przeżywał też tak zwanego stresu, chociaż go dobijała czasem praca wśród swołoczy, wśród szamba watażków i półmózgów po-komunistycznych i po-solidarnościowych, wśród tej całej tłuszczy, której gesty, twarze, utuczone brzuszyska, sarmackie wąsy-potwory i inne atrybuty odsłaniają nikczemne, łapczywe i plebejskie – w sensie zgoła kosmicznym - podbrzusze nadwiślańskiej krainy. Fakt, że w tym tłumie barbarzyńców gdzieniegdzie można było wyłowić osoby o poprawnych, a może nawet więcej niż poprawnych kwalifikacjach urzędniczych, tudzież osoby budzące – na krótką metę przynajmniej – niekłamaną sympatię oraz nienajgorzej zbudowane damy w liczbie przynajmniej kilkunastu sztuk na całą, nie tak znowu dużą, instytucję (nie skosztował jak dotąd żadnej z tych urzędniczych rzyci, chociaż łącznie miał ze ¾, a może nawet 4/5 gratisowych okazji) niewiele tu poprawiał. Urząd i praca zasługiwały tylko na pogardę; mimo wątpliwego zresztą osiągnięcia, jakim był awans na stanowisko głównego specjalisty (gównego specjalisty – mawiał Kocur Konstanty), coraz częściej zastanawiał się nad czymś, co niejednemu na jego miejscu przyszłoby do głowy już na samym początku, zgoła przed przyjęciem oferty zatrudnienia: „czy ohydny nie jestem raczej ja, przez to, że się w tym babram?”
Całe szczęście, ledwie wybiła czwarta piętnaście po południu K. Kocur, przecisnąwszy się przy służbowym wyjściu przez tłumek urzędników, kłębiących się nerwowo przy portierni, by opuścić jak najszybciej miejsce pracy, ledwie fajrant nastał, przestawał myśleć (przynajmniej w dwudziestu siedmiu przypadkach na dwadzieścia osiem) o tej całej hucpie, pozostawała mu tylko, jako wieczne i fatalne trofeum, jego torba służbowa. Torba owa była wykonana z czarnego ortalionu, na klapie zapinanej za pomocą rzepa zawierała logo przedstawiające wielgachne tłuste rybsko, rodzaju bliżej nieokreślonego (jak jesteśmy nad Wisłą, to pewnie, latający śledź, nakirany w trupa smarem i benzyną), pomalowane do połowy w barwy biało-czerwone, a do drugiej połowy w barwy U. Europejskiej. Ciekawe, że kilka osób z tzw. kawiarniano-klubowej societe mogło się dać złapać na tę torbę, gdyby w porę odwzajemnił ich wstępnie szacujące spojenia grymasem ironicznym, a zarazem, na drugim planie, butnym. Mogła im się wydawać odpowiednio funky, ot co: takie fajniusie trofeum ekscentryka, należycie konformistycznego w swym poszukiwaniu rozpoznawalnych gadżetów. W istocie – o czym mało kto, w lokalach, w których przebywał, miał prawo w ogóle wiedzieć – był to zwykły szmelc służbowy, który należało traktować – jeżeli chodzi o jego związek z codziennymi obowiązkami nosiciela – jak najbardziej dosłownie. Tak, trochę wstydził się tego cholerstwa, ale myśl o łażeniu po sklepach i traceniu tam czasu, przytłaczała go.
Tak samo, jak w gruncie rzeczy przytłaczały go wszystkie lokale z wyszynkiem, a zwłaszcza bez wyszynku, a jednak ciągnął do nich... Wybierał oczywiście odpowiednie miejsca, sterylnie czyste sieciowe kawodajnie w samym centrum, z cholernymi wysokimi stołkami, czasem bez oparcia, a jeżeli z oparciem, to raczej niewygodnym, emaliowane powierzchnie wszystkich rzeczy, tudzież tryskający wypolerowanym na powierzchni zdrowiem bywalcy oraz bywalczynie... nie, w tych wnętrzach poczucie zapadania się było zbyt dojmujące, a pot pod pachami i na skroniach zbyt silny, żeby znaleźć w tym całym zamieszaniu te chwile, w których wszystkie nerwowe wykrzywienia jawią się pod postacią błogości. Znacznie bezpieczniejsze były takie tarasy, jak właśnie w lokalu mokotowskim: harmonijnie łączyły się z ulicą i z jej ruchem, oddzielone utkanym głównie z powietrza parawanem, tak że mógł chłeptać wszystko, czego pragnął, i wszystko, co uwielbiał, z tej huczącej scenerii nie takiego małego w końcu miasta, a przy tym dawały poczucie odosobnienia, które nie niosło jednak ze sobą ryzyka klaustrofobii: podłoże drewniane, lekki powiew wiatru, coś jakby bliżej natury i kosmosu... zawsze dało się (choć bywało z tym raz lepiej, a raz gorzej) jakoś przemieścić swoje ciało, „pustka” była w odpowiedniej ilości, żeby można było siedząc, bez nadmiernych obaw, podrapać się w przedramię, skręcić szyję w spazmatycznym grymasie, obrzucić przez chwilę spojrzeniem swoje dłonie, doskonale zdając sobie sprawę, jak bardzo nieistotne są ich wszystkie podobieństwa i wszystkie asymetrie między nimi.
Jeżeli Kocur nie cierpiał na narcyzm ani urojenia prześladowcze, przynajmniej nie tak, jakby cierpieć mógł, to chyba głównie dlatego, że szybko uświadomił sobie, że to On przede wszystkim (nie inni, ani nawet nie lustra, w które czasem zaglądał) jest swym własnym najsurowszym cenzorem. W gruncie rzeczy w nie aż tak dużym stopniu, jak by się mogło wydawać, zwracał uwagę na to, co też mogą sobie pomyśleć o nim (o jego zewnętrzności, w ogóle go nie obchodziło to, co myślą o jego tzw. osobie) jacyś „inni”, mniej albo bardziej policzalni... To On był tutaj tym najsurowszym innym, On to właśnie obchodził dookoła wszystkie werandy i stoliki kawiarniane, ustawiał się na tramwajowym przystanku przy ulicy, którą Kocur szczególnie często chodził, by obrzucić go (by obrzucić siebie) nader kusym spojrzeniem, to On sam w anonimowym przebraniu (szarawy garniturek, krawacik w skośne prążki) głównego specjalisty ds. kadr wkraczał do jego (do swojego) pokoju biurowego... Tak – Kot przyszpilał Kota (Kot Kocura), przyłapywał go, przytłaczał, gdzie się dało, oszacowywał, badał, wyśmiewał kocie słabości fizyczne i psychiczne (te drugie w wyraźnie mniejszym stopniu), stwierdzał beznadziejność kondycji człowieka, w którego życiu już nic szczególnego nie wydarzy się, chociaż może dużo mogłoby się wydarzyć, gdyby w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, domieszka kogoś innego, bardziej rozgarniętego i zdroworozsądkowego wkroczyła w kocie truchło, nieco przestawiając te czy inne jego ścieżki kociotrupie. Godny jeno wzgardy przeogromnej, a przede wszystkim o nadzwyczaj nieforemnej sylwetce: cholerna głowa – bulwiasta, nazbyt duża, zbyt częsta skłonność do zaczerwienień na policzkach, krótkie dłonie, zbyt wąskie, by złożyć się na postać mężczyzny nabitego i korpulentego, ramiona, których chudość ostatecznie pogrążała ww. głowa oraz raczkujący brzuch, przez co nie mogły znaleźć dla swojej wątłości handicapu, jakim byłoby wpasowanie się w postać anielsko wychudzonego na twarzy nieboraka, romantycznego pseudo-gruźlika nowych czasów, którym Kocur miał osobliwą nadzieję niegdyś zostać. Tak bezlitosne były obserwacje, tak bezlitosne były stwierdzenia i wyroki, te wszystkie protokoły.
Ów kontroler-Kocur, obserwator Kocur miał twarz nieokreśloną (często przewijały się wszak rysy umiarkowanie przystojnego blondyna o zaciętych wargach i wystających mocno, nordyckich jakby kościach policzkowych), postura też nie była dobrze znana, jeżeli chodzi o wymiary (budowa ciała średnio-mocna zdawała się przeważać, w większości momentów, w których Kocur-kontrolowany, Kocur-obserwowany, występował jako voyeur swego kata). W każdym razie ruchy tej postaci były bardzo zdecydowane, szybkie, bez odrobiny zawahania, lekko teatralne w swej chłodnej wyniosłości; wszakże była to tego rodzaju teatralność, która u niektórych osobników bierze się z najgłębszego źródła ich natury... Spojrzenia były nieodmiennie surowe, zawsze jednak rzucane kątem oka – nie jak ktoś, kto jest zbyt nieśmiały by wobec drugiego stanąć twarzą w twarz, lecz jak ktoś, kto ma w sobie nazbyt dużo wzgardy (a jeszcze więcej młodzieńczej dezynwoltury), by to robić.
Na twarzy Kontrolera gościł zawsze uśmiech – cyniczny, chłodny, a jednak rozluźniony.
Skąd się wziął w Kocurze ów niesławny kontroler-obserwator? Bo nie do końca z zewnątrz, w tym sensie, że nie z jakichś szczególnych norm powszechnych o charakterze moralnym, estetycznym czy też prawnym, które w sobie przyswoił nieświadomie, bezwolnie i których uchybienie miałby sobie podświadomie wyrzucać… Zapewne wziął się raczej z tych jego ruchów mięśni i sylwetki, na które był się zawsze w stanie zdobyć, czasem nawet nieświadomie. Z dłoni, które mimo małego wolumenu, należały onegdaj, w szkole podstawowej, do najmocniejszych w siłowaniu się, z przemyśleń bezlitosnych wobec samego siebie i całego świata, w których (bezlitosność nie miała tu w sobie nic z tonu apokaliptycznego) wzbijał się na wyżyny wicu i bon motu, z których w innych okazjach bywał z reguły wytrącony przez jakąś swoją wewnętrzną zagadkową niezborność, a przede wszystkim z tych triumfalnych przechadzek, gdy po przejściu ok. 10 kilometrów czuł, że nic nie może mu być z definicji równe, nie licząc tego, co sam sobie wymyśli, co sam w innych zobaczy.
Był więc jeszcze w tym jakiś Trzeci Kocur. Być może jego wizja odsyłała do stanów, które czasem czuło jego rzeczywiste ciało. Bywały takie momenty, kiedy czuł absolutną siłę, zew mięśniowy zadowolony posiadaniem wszystkiego, co dało się pomyśleć.
„Być może ja jedyny postawiłem na Władzę. Władzę niepodzielną i źródłową. Władzę nad własnym błogostanem”.
Tak, być może nie było nigdy niczego innego (i nikogo), czego Kocur bardziej pragnąłby niż Władzy. Władzy dodajmy absolutnej, tyrańskiej, nie liczącej się z żadną moralnością. Władzy jednak – wbrew standardowym wyobrażeniom na temat absolutnej władzy, które podsyłają nam historyczne kompendia etc. – nieokreślonej, wielokształtnej, eterycznej, niewymienialnej na żadnym targu towarowym,\ ani politycznym, niewymienialnej również na apollińsko-dionizyjskiej giełdzie sztuk pięknych oraz nauk, tudzież na towarzyskiej giełdzie komplementów i pochlebstw, ani nawet – najmniej już może dzisiaj oczywiste – na giełdzie seksualnych rozkoszy.
Tylko ciało, to jego potrojone ciało, w gruncie rzeczy potrafiło – jakkolwiek w dość ułomny sposób – nazwać te uczucia, nazwać je bez słów.
Czy to ów Trzeci-Kocur, Obserwator-Kontroler był tym, któremu udzielały się uczucia władzy? Czy to nie w tych uczuciach Trzeci Kocur przebijał z Kociaka pierwszego i drugiego?
Co tu jednak było pierwsze, co drugie i co trzecie? Który człowiek, która „osobowość” była oryginałem, która kopią? Czy pierwszy był ten Kot rozproszony, pozbawiony konturów, imienia i łatwej do określenia tożsamości – w chwilach gdy jego nerwy opanowywały dziwne niepokoje – czy może jednak ten Kot stricte materialny i uspołeczniony, o nazbyt określonych, a zarazem pokracznych dosyć konturach i tak samo określonej, a przy tym bardzo miałkiej identyfikacji urzędnika? A może to właśnie Trzeci Kot w istocie był tym pierwszym, być może Kot pierwszy i Kot drugi (niezależnie od ich wzajemnych relacji i hierarchii) były – także fizycznie, także wizualnie – tylko li jego wytworami, a zarazem ofiarami nienasycenia jego różnych żądz?
Być może właśnie należało zalać Kota pierwszego i drugiego Trzecim Kotem, sprawić, by nabrał własnego, niepowtarzalnego ciała, zniszczył tamtych dwóch, zawłaszczył swoją postacią, opanował. Być może właśnie niemożność uczynienia tego kroku, była głównym źródłem jego cierpień. Być może właśnie dlatego w szybkim marszu, wymachując bezwiednie urzędniczą torbą, Kocur Konstanty osiągał największą pewność siebie – przecież Trzeci Kocur był zawsze rzutki i zdecydowany, więc w tym marszu Kot Trzeci łączył się z Pierwszym Kocurem oraz Drugim Kocurem, obejmując nad nimi pełne przewodnictwo, a nawet czasem całkiem zatapiając je przypływami niewidzialnych fal chłodnej siły. W innych pozycjach niż maszerująca tego triumfu nie udało się – jak na razie – trwale uzyskać, mimo różnych prób; to znaczy Trzeci Kocur być może, tam gdzieś za kulisami, triumfował cały czas, jednak pozostali padali jego ofiarami wytwarzając w sobie opisywane już poczucie wzajemnej nieprzystawalności.
Nie znaczy to, że nie było bardziej „rzeczywistych” osób, zewnętrznych wobec niego, względem których Kocur żywił „rzeczywistą” wrogość. Od czasu do czasu (mniejsza z tym, ilu ich spotkał, czy ich w ogóle kiedykolwiek spotkał, czy tylko wyróżniał ich jako zjawiska potencjalne, według wszelkiego prawdopodobieństwa występujące w obfitości) nazywał ich Podejrzliwymi Obserwatorami. Chodziło o tych, którym wydawało się, że są zdolni przyskrzynić, rozmienić na drobne, skonfrontować ze sobą, rozpracować, sklasyfikować, tudzież zdiagnozować wszystkie jego gesty.
Wśród Postronnych Obserwatorów Kot wyróżniał Socjo-funkcjonalistów i Animalistów. Oto, w miarę możliwości, wyrażona słowami zbliżonymi do jego własnych (dość mglistymi, przyznaję), krótka charakterystyka grup obydwu:
1. Socjo-funkcjonalistami można nazwać tych, dla których Obserwowany przedmiot-podmiot (tak zawsze widzą podglądacze obserwowanego, na przykład właśnie K. Kocura, przedmiotowy i podmiotowy charakter obserwowanego podczas prawdziwie podejrzliwej obserwacji sięgają szczytu, te szczyty jednak łączą się w nierozdzielne kontinuum) jest w gruncie rzeczy zjawiskiem czysto wirtualnym, czymś na kształt płaskiego obrazu w telewizji. Jednak socjo-funkcjonaliści – ci skurwiele – nie byliby w stanie przyznać, że ich wizja drugiego jest wyłącznie tylko ich własnym urojeniem. Zatem, nie będąc w stanie podchodzić do drugiego jako do ciała, ażeby uprawomocnić przeświadczenie o rzeczywistości swoich obserwacji, odnajdują oni źródło wszelkich dziwaczności obserwowanego w jego psychice, osobowości, charakterze, postawie obywatelskiej etc., słowem w tym, co pozostaje niematerialne, lecz ponoć występuje. Innymi słowy, dla socjo-funkcjonalistów nie istnieje ciało, przynajmniej w ścisłym sensie. Człowiek, choć ma obraz i ten obraz zewnętrzny jest dla nich najważniejszy, jest istotą społeczną, psychologiczną, podlegającą normom tzw. kultury, rozumianej zarazem wąsko i rygorystycznie. Wierzą oni, chociaż żaden z nich tego by nie przyznał, że każdy gest ludzkiej sylwetki, poza tymi czysto odruchowymi, bezwarunkowymi (już na wstępie, są więc, jak się wydaje, dość niekonsekwentni) jest zjawiskiem o wymiarze społecznym i etycznym, a jednocześnie zależy od wolnej woli tej, a nie innej postaci, tego, czy pożytkuje jej dar w sposób godziwy, czy też nie za bardzo... Dla socjo-funkcjonalisty każda zewnętrzna manifestacja życia danej jednostki świadczy wyłącznie o wychowaniu, kulturze, inteligencji, światopoglądzie, cechach charakteru, rozmaitych przymiotach etycznych bądź ich braku. W konsekwencji każdy ruch ciała jest manifestacją cech charakteru, stopnia roztropności, rozmaitych strapień i kompleksów. To, że może istnieć w ciele opór materii, zupełnie pomijają, nie licząc – o tym za chwilę – przypadków ekstremalnych. Nie uwzględniają, że w ciele może istnieć jakiś mikro-opór, który przydaje konkretnym jego obyczajom właściwości innych od tych, które chciał wytworzyć sobie posiadacz tego ciała i które mają w gruncie rzeczy niemal całkowicie przypadkowy charakter, zakorzeniając się być może na poziomie jakichś cząstek migrujących wariacko tu i tam, niemal bez żadnej określonej zasady.
Największym podstępem socjo-funkcjonalistycznej obserwacji ludzkich gestów, przez który jest ona aż tak bardzo niebezpieczna, że żaden człek przytomny nie powinien się wahać nad wymazaniem z powierzchni ziemi, za pomocą jednego naciśnięcia różowego guzika, tych, którzy ją praktykują, gdyby tylko pojawiła się taka możliwość, jest jej tandetny i fałszywy humanizm. Socjo-funkcjonaliści starając się dodatkowo uczłowieczyć człowieka odbierają mu ciało (wraz z jego poziomem odruchów między-cząsteczkowych), a następnie sprowadzają pole badania jego wszystkich problemów do relacji pomiędzy normami społecznymi i kulturalnymi a zewnętrznym obrazem, przez co w istocie umniejszają go. Odbierają mu broń i usprawiedliwienie dla własnej niewinności, jakim może być drobny opór materii. Chociaż Konstanty stwierdził kilkakrotnie – na przekór wszystkim witalistom, do których zabobonów przejdziemy podczas omawiania teorii animalistycznej – że najlepiej by było, gdyby nikt ciała w ścisłym sensie nie miał, właśnie analiza szarlatanerii socjo-funkcjonalistycznej, nawet jeżeli była daleka od precyzji, podpowiedziała mu jak obłąkane miałoby to konsekwencje.
O przypadku człowieka, którego gesty nie zawierają w sobie żadnego zewnętrznie widocznego rozdarcia, socjo-funkcjonaliści nie mają do powiedzenia nazbyt wiele. Ten ktoś, można by przyjąć taką tezę, jest po prostu i zwyczajnie jednym z nich. Przypadki ekstremalne jak fizyczne kalectwo czy może nawet niektóre formy szaleństwa (pod warunkiem, że są ewidentne, nazwane i sklasyfikowane) uświadamiają z kolei bezgraniczną hipokryzję tych kołtunów. Otóż nazwać ślepego, chromego czy też beznogiego ekscentrykiem czy wewnętrznie nieprzystosowanym, to nie mieści się w głowie. Socjo-funkcjonalista nigdy nie nazwałby kaleki dziwolągiem czy głupcem, nawet jeśli byłby świadom, że 10-20 % przypadków fizycznego kalectwa – podaję tu szacunek więcej niż ostrożny – wynika z niefrasobliwości (jako to: skok na główkę do wody o nieustalonej bliżej głębokości, przejście pieszo na czerwonym świetle przez ruchliwą ulicę w stanie wskazującym na spożycie, wypicie metanolu etc.), którą w przypadku tych, u których nie miała aż tak skrajnych konsekwencji, potępiłby z zapałem Torquemady. Dlatego też popada tu z reguły w podejście całkowicie przeciwne do wyjściowych założeń – nagle wszystkie te gesty i postawy, wynikające przecież ze zwyczajnej ułomności ciała, zaczynają nabierać określonego sensu, ludzkiego i społecznego, stając się szlachetnymi i na miejscu, zasługującymi na najwyższe współczucie.
Skoro więc socjo-funkcjonalista nie dopuszcza – z jednej strony – nieprzyzwoitości choroby czy kalectwa, a nie może uznać tego za kwestię w dużej mierze (jeżeli chodzi o moment przytrafienia się tej czy innej osobie) przypadkową, uciekając się w zamian do taniego miłosierdzia, ani – z drugiej strony – nie potrafi dostrzec w szablonowych gestach zdrowia i życiowej zaradności nic nienormalnego, cała jego nienawiść – przeogromna, bezbrzeżna, podszyta nieskończonymi resentymentami – skupia się na tych, którzy swoim zewnętrznym zachowaniem odbiegają dalece od przyjętych standardów (wliczając w to standardy, jakim jest ekscentryzm w jego przejawach stereotypowych), nie mając jednak w sobie usprawiedliwienia w postaci choroby dość poważnej i obiektywnie stwierdzonej. Trudno powiedzieć, czy Kocur tak naprawdę zaliczał się do tej kategorii pośredniej pomiędzy sprawnością a kalectwem, pomiędzy poprawnością a aberracjami, w każdym razie sam czasem miał wrażenie, że bywa do tej pośredniej kategorii przez socjo-funkcjonalistów zaliczany. I dlatego węszył spisek socjo-funkcjonalistyczny życząc sobie, by ktoś (Kot Trzeci?) podjął w końcu w tej sprawie radykalne środki, eliminując to całe tałatajstwo za pomocą dobrej trutki na myszy.
Oj, potrafi czasem przyszpilić socjo-funkcjonalistyczna hołota tych pośrednich, tych z ciałem rozdartym różnymi sprzecznościami, a jednocześnie nie posiadających obronnych argumentów w postaci ciężkiej choroby, wypadku etc.! Ferują wtedy wyroki, rzecz jasna zasadzające się na argumentach z zakresu najbardziej tandeciarskiej psychologii, czasem tylko uzupełnione o porady z zakresu gimnastyki, diety, kosmetyki etc. (tu skądinąd widać, że i te ostatnie zalecenia nie odnoszą się w żadnym razie do ciała, ale do kształtowania określonej funkcji społecznej, za pomocą sportu, jedzenia...). Ich psychologia jest zresztą badylarsko-tandeciarska: złe dzieciństwo, egocentryzm, toksyczne cechy charakteru: to zwykle orzeczenia pod adresem ich ofiar. Od wyroku nie ma żadnego odwołania, żadna instancja nie uchroni cię przed upadkiem w ich oczach, jeśli tylko nie przyjmiesz narzuconej pokuty. A pokuta bywa dwojakiego rodzaju: Możesz, z jednej strony, przyjąć dyscyplinę, która umożliwi ci powrót do świata pełnej normalności – przypadek jest to trudny (opór, opór materii) i sam socjo-funkcjonalista nie robi ci nazbyt wielkich nadziei, że ci się to uda; jeśli nawet się uda, nie masz nigdy gwarancji, że będą ci zapomniane dawne grzeszki, choć zawsze niby możesz trafić na wspaniałomyślnych. Druga opcja jest opcją przyznania i pokuty. Możesz wyznać, że należysz do kategorii osób tzw. dysfunkcjonalnych, że miałeś albo miałaś nieszczęśliwe dzieciństwo, że cierpisz na problemy osobowościowe, że doskwiera Ci depresja endogenna bądź poporodowa. Następnie wyznasz swe winy, zrobisz rachunek krzywd, jakie wyrządziło ogółowi twoje zachowanie, wystąpisz o glejt przyznający Ci prawo do bycia nieszczęśliwym, zapiszesz się na odpowiednią terapię. W ten sposób wiele Ci będzie wybaczone przez socjo-funkcjonalistów, jednakże taryfa ulgowa zawsze będzie względna, nigdy nie będziesz równy z tymi, wobec których nie zgłaszali zastrzeżeń od początku, ani z tymi, wobec których czują, że mają obowiązek im współczuć, chyba że w tym drugim przypadku papiery, które zdobędziesz od lekarza psychiatry bądź speca pokrewnego (może być wiedza niekonwencjonalna, jednakże certyfikat bądź przynajmniej zawodowa renoma wśród inteligentów zarabiających od dwóch razy ponad średnią krajową będą wymagane dla uwiarygodnienia tego specjalisty), nadadzą twoim przypadłościom dostatecznie poważnego charakteru.
Mówiąc prościej niż Kocur: socjo-funkcjonalista przejdzie do porządku dziennego, zarazem kłaniając się z wyrazem konwencjonalnie głębokiego współczucia, nad pacjentem płucnym odkasłującym krwistą wydzielinę. Socjo-funkcjonalista natomiast nigdy nie wybaczy okazjonalnego skręcania kulek z tego, co zalega w nosie – ukradkiem, choć w potencjalnej bliskości innych osób. Socjo-funkcjonalista nie zrozumie prawdy, dotyczącej może przypadków specyficznych i rzadkich, a jednak osobliwie istotnych, że nawyki takie nie wynikają z braku wychowania, ani z infantylnego ekscentryzmu, ani też z nerwicy ściśle rozumianej, ale ze swego rodzaju przymusu właściwego danej cielesności, równie, a nawet bardziej niepohamowanego, niż w przypadku odkasływania krwi przez gruźliczego wieszcza epoki niby-romantyzmu, że są w naszym ciele drobne oboczności, niewidzialne przyspieszenia oraz spowolnienia, które łącznie, w mnogości, przechodząc z poziomu cząsteczkowego na poziom fragmentów większych i widzialnych, składają się na objawy drobnej szajby. Im bardziej przy tym dany np. dłubacz nosa będzie ogólnym swoim dossier zaprzeczał stereotypowym diagnozom jego przypadłości, tym dla niego gorzej.
Niewątpliwie wszyscy socjo-funkcjonaliści powinni zostać jak najszybciej zgładzeni. Że się tak nie dzieje – oto dowód – nie pierwszy zresztą, ani nie ostatni – że Święta Kurwa Natura ociąga się z wykonywaniem swoich powinności. Oczywiście, są wyjątki, co najmniej jeden wyjątek przebywa na tym świecie. Na przykład M. Mruczek – ów Kot Czwarty, będący jednocześnie Anty-Kotem albo Kotem Ujemnym oraz Kotem Zerowym, którego przypadek być może będzie wymagał jeszcze omówienia – jeden z bardziej wartościowych, może nawet najbardziej, obywatel polski, jakiego Kocur kiedykolwiek spotkał, jest socjo-funkcjonalistą par excellence. Jest być może najbardziej socjo-funkcjonalistycznym typem wśród socjo-funkcjonalistów. Może to dlatego, że socjo-funkcjonalizm mruczkowy pozostał w rozrośniętym stadium estetycznym, ocierającym się niekiedy o pewną religijność, jednak bez pośrednictwa w postaci jakiejkolwiek etyczności. I tak na przykład Mruczek tym wszystkim nieszczęśnikom-bez-ich-winy nigdy nie wybaczał. Ilekroć widział głuchego, beznogiego, kuternogę bądź człowieka z przeogromną naroślą zwieszającą się z twarzy, zagryzał usta w uśmiechu sarkastycznym zarazem i badawczym, patrząc nań jak na przykład osobliwego gustu, specyficznej mody, określonego charakteru i sznytu. Analizował więc styl, charakter, artystyczny smak, które powodują, że człowiek beznogi (czy raczej obraz jego, jakim Mruczek go widział) nie posiada nogi i wydawał sądy estetyczne, słynące (choć nie zawsze tak było, czasem potrafił pochwalić np. danego beznogiego, że akurat „wybrał” brak kończyny lewej, co jego zdaniem było kompozycją w przypadku danej osoby wcale wyśmienitą) z zaiste nadzwyczajnej surowości. Mruczek był wyjątkiem. Choć i przecież Mruczek potrafił zajść mu za skórę, wejść pod sierść – oj jak często! Na czarnej liście wrogów, którą skrupulatnie prowadził nasz zadziorny Kocurek, imię i nazwisko Mikołaja Mruczka pojawiało się (i znikało – jak z tego jasno wynika, dodajmy tylko, że zniknięciom tym towarzyszyło, od przygody wprawdzie, poczucie przeogromnej ekspiacji) często, nawet kilka razy w ciągu jednej doby, choćby Kocur w przeciągu danej doby Mruczka w ogóle nie widział i nawet ani razu o nim nie pomyślał.
(Ściśle rzecz biorąc, to było trochę inaczej, Kocur nie widział Mruczka Mikołaja od paru ładnych lat. To zdarzyło się latem - można powiedzieć, że doszło wówczas do pewnego rozbratu, chociaż to pojęcie również by nie było bardzo ścisłe: Mruczek, jeszcze w trakcie studiów, postanowił zastosować swoje dość radykalne koncepcje nt. rzeczywistości wizualnej, angażując się, bardzo intensywnie, z sukcesem i na stałe, choć wyjściowo robił to niby tylko „dla eksperymentu”, w pracę zawodową w bardzo dochodowej branży związanej z kształtowaniem obrazu – można rzec. Od tego momentu ich stosunki rozluźniły się. Znowu, trochę inaczej to wszystko wyglądało - również wcześniej ich relacje były dość okazjonalne, nigdy nie były jakieś bardzo kumplelskie, a już na pewno nie nader częstotliwe. Natomiast po latach jak gdyby znowu się spotkali i w przeciągu jednego, również sierpniowego – co ciekawe – wieczoru – coś pomiędzy nimi (przy udziale jeszcze innych osób) zaistniało, coś takiego, że ich spotkanie wyglądało na bardzo przełomowe, na swój sposób nawet dramatyczne… można było zatem odnieść wrażenie, że chodzi o parę szczególnie bliskich znajomych z dawnych lat, których wcześniej łączyła niejedna wspólna tajemnica, w związku z którą zaistniałe zdarzenia, co do zasady dosyć pospolite, nabrały dodatkowej głębi. I być może, w jakiś sposób, tak było, chociaż - pozostając w sferze ściśle rozumianych faktów - trudno wskazać na jakąkolwiek konkretną tajemnicę, choćby tylko jedną.
Od tamtej chwili Kocur myśli bardzo często o M. Mruczku, zapewne bez żadnej wzajemności, chociaż również Mruczek jest osobą, co do której nie wszystko tak wygląda, jak na pozór się zdaje. Można powiedzieć, że o tym zainteresowaniu zadecydowała m.in. skrajność socjo-funkcjonalistycznego nastawienia M. Mruczka, którą Kocur odczuł na sobie w zasadzie tylko w jednym, ale dosyć znamiennym w konsekwencje epizodzie. K. Kocur przechodzi bardzo płynnie w analizowaniu różnych typów ludzkich (w tym samego siebie) od swoich największych, a zarazem najsilniejszych nieprzyjaciół, ku swoim sobowtórom, jak również ideałom, tak że czasem nie widać, który ma być którym. M. Mruczek jako socjo-funkcjonalista, którego teorie były w tej kategorii najbardziej radykalne, a zarazem aż tak radykalne, że przemieniały się w swoje przeciwieństwo, wkraczając w dziwne, porośnięte bajecznie kwitnącymi ostami, królestwo Myśli Wolnej i Czystej, o której sam Konstanty mógłby tylko marzyć, był mu zarazem nikczemnym wrogiem i aniołem. Może tutaj przesadzam i to ostro (nie gardzę przesadą i kiczem, tu jednak, w miarę możliwości, badam tylko fakty), może po prostu było tak, jak w przypadku Beduina, który myśląc o zwierzęciu w ogóle, myśli siłą rzeczy głównie o wielbłądzie. Być może Kocur, drogą dziwnej, niewykluczone, że czysto przypadkowej asocjacji skojarzeń, o której więcej bym wiedział, gdybym pisał na 7 tomów i to po francusku, zapamiętał dokładniej tylko (domniemaną) osobowość M. Mruczka, tak, że spośród wielu niejednoznacznych postaci, które mógł był spotkać, Mruczek był jedyną, którą jeszcze pamiętał, do której mógł się odnieść prowadząc w swojej głowie dziwny dialog z Kimś Drugim (miał taki dziwny nawyk), podczas gdy cała reszta stała się Pustynią, jakkolwiek na tej przeludnionej, wielkomiejskiej pustyni, przemierzał liczne szlaki, przecinając swe trasy, a czasem nawet konwersując z wieloma od biedy i barwnymi, choćby tylko z wierzchu, indywidualnościami.)
2. Inaczej rzecz się ma z animalistami. Tu zamiast relacji obraz-psyche-kultura, występuje uporczywe poszukiwanie 4 x Z; tj. Zwierzęco-Zmysłowych Źródeł Zachowania. Animaliści zwracają - w gruncie rzeczy - uwagę bardziej na ekspresję niż na obiekt i zawsze doszukują się w niej fenomenów czysto przyrodniczych.
Animalistą jest na przykład ten, który wyłapuje z człowieka zapach jego perfum, zapach wody kolońskiej, albo potu, ten który wśród choćby z pozoru bardzo komunikatywnego monologu wyłapuje głównie moment, w którym głos twój nabrał specyficznej barwy, ciekawie się zawahał, albo rozdzielił na iskrzące alikwoty niczym w recitalu śpiewaczki środkowo-azjatyckiej. Z uścisku dłoni, który wymieniłeś z osobą animalistyczną, ta zapamięta głównie wrażenie ciepła czy zimna twoich rąk, nie samą siłę uścisku, a już zwłaszcza nie kontekst sytuacyjny, w którym on nastąpił. Zapamięta twoje gesty i uśmiechy, sposób w jaki wybałuszasz oczy, drapiesz się za uchem – zapamięta to jako coś w rodzaju czystej naoczności, wstępne założenia nie będą zbyt widoczne. Animalista nie zważa zbyt na słowa, nie zważa na role i maniery, poszukuje natomiast obsesyjnie jakiegoś silnie zmysłowego aromatu, z którego specyfiką by kojarzył daną postać.
Można powiedzieć, że animalista to ten, który obserwuje cię głównie jako ciało, który odnajduje w tobie jakąś cielesną jakość, która go ewentualnie przyciąga lub odpycha. W gruncie rzeczy jednak chodzi bardziej o doznania, o jego własne doznania, niż o jakąkolwiek eksplorację materii, która także i tu bywa zapoznana (m.in. dlatego ciepło albo zapach badanego obiektu, tudzież dźwięki przezeń wydawane są daleko ważniejsze niż dokładny kształt, rozmiar, czy też ciężar, jak to na przykładzie uścisku dłoni wykazano). Animalista to taki bąk nieokrzesany, którego może przyciągać zapach kwiatów, jednak istoty tego, czym jest kwiat, nie jest dane mu zgłębić, bądź też broni się przed tym rękoma i nogami. Braku tej istoty też nie stwierdza. Animalista w gruncie rzeczy to zagubiona, arcy-ludzka istota, która pod wpływem rozmaitej witalistycznej propagandy, pragnie myśleć i postrzegać ciało poprzez ciało, jednak ciało, tak jako podmiot, jak i jako przedmiot obserwacji, jest dla niego enigmą. Dlatego próbuje się uchwycić tak zwanej mowy ciała – w istocie przypadkowych tropów, interpretowanych według dość banalnych kanonów – żeby w jakiś sposób przygwoździć i wyzyskać tę nieznaną cielesność. Zwierzę bywa niekiedy znacznie mniej animalistyczne, niż niektórzy ludzie, zwłaszcza tzw. esteci, libertyni, liberałowie, nonkonformiści i sprośnicy w jednej i tej samej osobie. Być, może – etologia coś może o tym powiedzieć – niektóre zwierzaki są nienajgorszymi funkcjonalistami społecznymi. Kobiety są, rzecz jasna – jeśli uogólnić – lepszymi, a w każdym razie częstszymi animalistkami. Rzeczą mniej jasną może być, że ta ich przewaga niekoniecznie jest aż tak bezdyskusyjna, jak się może wydawać. Niewątpliwie jednak, o ile u mężczyzn typy najbardziej obmierzłych cenzorów-podglądaczy, przedstawiają typ skrajnie funkcjonalistyczny, to w przypadku kobiet, socjo-funkcjonalistki (pomijając przypadki kobiet skrajnie histerycznych i do tego oziębłych), są na ogół niezbyt groźne i mało rzucające się w oczy, natomiast animalistki potrafią zadać bobu! Oj potrafią, potrafią. Z drugiej strony jednak, musiał Kocur przyznać, że te skrawki (czasem nawet niemałe) erotycznych ekstaz z udziałem drugiej osoby, jakich dane było mu dostąpić na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, zawdzięczał najprawdopodobniej animalistkom, które dopatrzyły się, często zresztą mylnie, jakichś zmysłowych znaków-atrakcji w jego nie najbardziej (przynajmniej jego zdaniem) ponętnej cielesności (jednej na przykład bardzo spodobało się, że K. Kocur wydzielał zapach cytrynowego mydła z gliceryny i dlatego w następstwie trunkowego wieczoru udostępniła do jego dyspozycji swoje łono, co świadczy, dodam mimochodem, że nie zawsze jego plany zachowania czystości spełzały tak zupełnie na niczym). Kocura to wszystko bardzo bawiło, jako że miał podstawy by przypuszczać, że te damy w swojej tylko połowicznie cielesnej próbie poszukiwania jakiegoś doświadczenia „ultra-cielesności” zamotały się trochę odnajdując w jego zewnętrznej brzydocie te cechy, które w istocie nie zasługiwały na jakiekolwiek uznanie, jednocześnie nie zauważając tych aspektów (nie mylić z tzw. częściami, choć czasem to może się pokrywać) jego ciała, które pomimo dominujacej nie-atrakcyjności istotnie mogły być szokująco piękne.
Wygłosiwszy te czy inne zastrzeżenia, należy jednak zwrócić animalist(k)om odrobinę honoru: O ile u socjo-funkcjonalistów granice między patologią a normą, a co za tym idzie m.in. pięknem a brzydotą, moralnością bądź niemoralnością, rozumem a obłędem, atrakcją a repulsją, są bardzo ściśle określone, to w przypadku animalistek i animalistów sprawa jest dużo bardziej otwarta. Mowa ciała, którą obserwują te indywidua, składa się z gestów oraz doznań, tyleż rozpoznawalnych, co w wyjściowej fazie dość ambiwalentnych. Czy dane zachowanie ciała było dla obserwatorki K. Kocura (siedzącej względem niego twarzą w twarz) pociągające czy odpychające – to wyjściowo nie było wcale takie jasne. Przede wszystkim w tym sensie, że odnaleziony trop sam w sobie nie implikował jakiejkolwiek bardziej jednoznacznej oceny. Wyroki (nawet jeśli były wydawane pospiesznie, a niekiedy pochopnie - niemal zawsze zapadały po paru sekundach, bądź minutach, tym krócej, im bardziej dana animalistka wierzyła w posiadanie tzw. kobiecego instynktu) odnosiły się raczej do całokształtu sytuacji; miały za podstawę wzajemną relację wszystkich gestów, ich związek z otoczeniem, porą roku, a czasem i ewidentnym kaprysem osoby obserwującej. K. Kocur myślał i nie były to myśli koniec końców gorzkie, że właśnie najbardziej ewidentnym kaprysom zawdzięcza fakt, że mimo wszystko parę kobiet za darmo i całkiem dobrowolnie rozłożyło przed nim swoje nogi. Paradoksalne może wydać się, że tu właśnie charakter, intelekt, szpas czy bon-ton mogły pomóc obserwowanemu w wyrobieniu sobie przyzwoitej marki u obserwującej go animalistki, jako pewien dodatek, który pozwolił zinterpretować pozytywnie czasem sprzeczne tropy, jakie animalistka wydobyła z ciała, podczas gdy dla socjo-funkcjonalistów wszystkich płci i ras, te walory dodatkowo pogrążały obserwowanego, o ile tylko pierwsze spostrzeżenie było niekorzystne.
Tak właśnie mogło być. To wszelako dowodziłoby pozorności znawstwa, jakie sobie przypisują w odniesieniu do fenomenu cielesności (ludzkiej i nie tylko) praktycy oraz praktykanci, a zwłaszcza praktykantki szkoły animalistycznej.
„Bo koniec końców, również i animaliści – w ostatecznym rozrachunku – zasługują jedynie na zniszczenie.” – podsumował pewnego dnia K. Kocur. Tak już sprawa wygląda. To w gruncie rzeczy – spójrzmy historycznie – specyficzna mieszanka teorii w rodzaju frenologii Galla ze spuścizną po zwolennikach różnych wyzwolicielskich ekscesów zmysłowo-artystycznych – tych wszystkich Lawrencach i Millerach. Dwie strony tego wszystkiego – totalitarny nadzór nad ciałami oraz apoteoza wyuzdanej rozróby zlały się w miałkim kompromisie neo-dzieci-kwiatów i innych zwolenników lewicowo-kawiorowych orgazmów. Wiadomo, że kasta cierpiących na nadmiernie rozbudzone: wrażliwość, zmysłowość oraz spostrzegawczość, łączy w sobie pięknoduchostwo hamletyzującego ni to pacyfisty ni to hedonisty z totalitarnym sznytem strażników Ogrodu Przymusowych Rozkoszy. Tak już jest.
Czy jednak, gdyby wyeliminować animalistów i socjo-funkcjonalistów, ktoś na tym świecie by pozostał? Najprawdopodobniej, np. szeroko rozumiane chłopstwo, z całym tego stanu przekleństwem i błogosławieństwem. Lecz być może nie byłoby już nikogo w świecie kocim nikogo, kto by uosabiał dla niego tę wielką, zatrważającą, a jednocześnie tragicznie atrakcyjną inność ludzkiej masy. Być może Kot zostałby na bezludnej wyspie znajdując zamiast Piętaszka postać Kota Trzeciego – tego wielkiego ludo(koto)żercy, który może wymyślił od początku do końca tę całą bujdę z socjo-funkcjonalistami i animalist(k)ami, żeby tym silnie upokorzyć pozostałe warianty swojej własnej postaci.
***
Jednak myślał też – i to myślał od bardzo, bardzo dawna – że może właśnie należy stać się takim, jakim cię widzą, niczym (a zwłaszcza nikim) innym. Być może właśnie całkowite przyjęcie na siebie bycia grubawym urzędnikiem we wczesnym wieku średnim – a zakładał (być może dyskusyjne założenie, jego sprawa), że tak go postrzegają – byłoby ostatecznym wyzwoleniem. Nie dlatego wcale, że – jakby powiedziały najparszywsze gnidy ze szkoły socjo-funkcjonalistycznej – przyjąłby wreszcie na siebie prawdę o tym, kim wyłącznie jest i zapoznał wszelkie swoje roszczenia i kompleksy. Nie, Kocur był również jeszcze kimś innym niż on sam, tych innych było zresztą w nim o wiele więcej i tego rodzaju pogodzenie się z zewnętrznym obrazem samego siebie (zwłaszcza że ten obraz był również auto-karykaturalny i jakby jeden z wielu) byłoby bardziej specyficzną redukcją niż odsłonięciem źródłowej, niepodzielnej prawdy. O to raczej chodzi, że wtedy miałaby szansę się objawić minimalna i zarazem jednoznaczna forma (być może po prostu lepsza taka niż żadna), która ułatwiłaby koncentrację sił.
„Jest coś takiego jak dobre wykonanie maski” – myślał Kocur Konstanty. Maska, o której myślał, byłaby wielce specyficznym zjawiskiem. Coś jak forma powtarzająca dokładnie całe twoje ciało, aż po wszystkie włosy, tudzież włoski, po wszystkie jego linie papilarne, w najbardziej dosłownym odbiciu, które jednak przez to, że jest tylko odbiciem, że jest tylko formą, że jest czymś wobec ciebie zewnętrznym, nadaje ci zupełnie odmienny wymiar. W ten sposób możesz stać się własnym arcydziełem, coś jak martwa natura, w przypadku której na płótnie – dzięki odpowiedniemu odwzorowaniu – nader pospolity przedmiot, nie „tracąc” nic z rysów swej pospolitości, jawi się pod postacią wieczystego piękna. Tak jak sztuka filmowa czyni wzniosłym zwykłe, bezwolne przemijanie czasu. Kocur nader często potrzebował wrażenia, że sceny, które się rozgrywały wokół niego – jakiekolwiek sceny – rozgrywają się w kinie, na ogromnym ekranie (będąc jednocześnie reminiscencją i obietnicą jakichś przyszłych zdarzeń; nigdy tzw. czas teraźniejszy!), a on jest jedynym widzem oraz twórcą filmu. Ta filmowa sztuczność uwznioślała przestrzeń, którą widział dookoła siebie, przemieniała każdą konfigurację jej fragmentów w niesłychane piękno, właśnie poprzez niewidzialną barierę, która powstała między tzw. rzeczywistością a jej mechanicznie precyzyjnym odwzorowaniem, urojonym w głowie. Jak jednak odwzorować samego siebie również w sobie, jak stać się własnym zewnętrznym wizerunkiem, własnym portretem, własną fotografią, fotografią pozbawioną retuszy, realistyczną, o wiele bardziej niż realistyczną i przez to przenoszącą ku wieczności? Być może – wpadł na taki trop – trzeba uwydatnić w sobie jakieś linie, które obramowałyby każdy kontur ciała, linie niewidzialne, a jednak podskórnie wyczuwalne... A może zrobić tak, jak malarz uwydatnia niektóre kontury, a zaciera inne (w tym przypadku chodziłoby jednak o robotę nadzwyczaj dyskretną), nie po to, żeby przeistoczyć postać modela w coś innego, ale po to „jedynie”, żeby rozkład sił, ukrytych wewnątrz portretowanego, był dla widza możliwy do pojęcia.
Kocur dość był nicponiem, żeby nie uznać, że to wszystko zbyt wydumane i zbyt trudne. A jednocześnie zbyt był – wstyd to może przyznać – marzycielem, żeby nie kusiła go ta wizja, w której być może każdy z Kotów zjednoczyłby się w jednym wizerunku. Ale może jednak spróbować tej dziwacznej gry? Gry w stawanie się sobą dzięki auto-redukcji do własnej zewnętrzności, jaką widzą ją oczy niekoniecznie bystre, przypadkowe, cudze. Może wypróbować prostszy wariant tej gry? Może po prostu stać się takim, jakim widzą cię (najprawdopodobniej) policzalni inni, ci nazwani, z którymi współ-bytowałeś.
Kim jednak ci policzalni są? Ja ze swojej strony nie wiem, jak wyglądałaby ta maska (pozornie od jego ciała nieodróżnialna), którą on sam z siebie by uczynił. Być może widzę go inaczej niż on sam: aczkolwiek moje dane już nie są w tym momencie w pełni aktualne; być może ten osobliwy akrobata rozciąga się i niknie, wciąż zmienia swój własny wizerunek, a raczej coś zmienia go bezwolnie, coś zmienia ustawicznie jego wzrost, jego wagę, kolor włosów i oczu... Pamiętam go, sprzed jakiegoś czasu, jako osobnika dosyć tęgawego, zgoła potężnego – takiego, który widziany z pewnej odległości wydaje się być większy niż postrzegany z bliska, chociaż tak czy inaczej nie jest zbyt ułomny – o wyrazie twarzy jakby jednocześnie rozmytym i zaciętym. Widziałem go trochę innym, niż on sam się widzi, jednak wielu szczegółów nie pamiętam... Wtedy nie nosił chyba torby z rybą, przynajmniej nie na co dzień.
To była chyba teczka, ze skóry, posrebrzane sprzączki.
Ale oto naprzeciwko K. Kocura zasiada, nie pytając o przyzwolenie z jego strony, nieprawdopodobnie atrakcyjna blondynka. Dotyka dłońmi jego kolan, dotyka kostkami jego kostek.
„Cześć” – powiedziała blondi, kiedy już od kilku chwil siedziała naprzeciwko niego, na krzesełku, które sama sobie podsunęła.
Koniec rozdziału 1
fragment powieści pt. Kanibale w Kongo