Kim jest Miklós Szentkuthy [miklo:š sentkuti]? Tak zapewne brzmi pierwsze pytanie polskiego czytelnika, biorącego do ręki tekst Lustra Narcyza. A zdziwienie to będzie być może jeszcze większe, gdy dowiemy się, że w taki sam sposób, takim samym pytaniem reaguje czytelnik węgierski: kim jest Miklós Szentkuthy? Doprawdy został on w dość dziwny sposób i za sprawą dość dziwnej argumentacji wykluczony z literatury węgierskiej (i za jednym zamachem z uniwersytetów): mówi się więc, że „nie stworzył szkoły”, że „brak w jego utworach kompozycji”, że „pisze zbyt pośpiesznie i za dużo”… Szentkuthy pozostaje gdzieś na uboczu historii węgierskiej literatury, będąc zarazem jednym z najciekawszych i najbardziej fascynujących i… najmniej węgierskich pisarzy XX wieku na Węgrzech. Ale będąc „niewęgierskim” przez to, że nie poruszył w swojej twórczości chyba żadnego z odwiecznych, a i dość jałowych problemów „węgierskości”, Szentkuthy jest zarazem „ultra-węgierski”, gdyż to w jego tekstach język węgierski osiąga stopień niebywałego piękna, stając się zarazem najlepszym i samowystarczalnym powodem do rozpoczęcia nauki języka węgierskiego.
Czy przyczyną odrzucenia, niechęci, tego, że na temat tak wielkiego pisarza pojawiło się względnie niewiele studiów, jest to, że pisząc o Szentkuthym ma się niejako wrażenie przegranej, a przynajmniej niedosytu? Trudno bowiem zmierzyć się z pisarzem, którego można by określić – jeśli do dyspozycji mielibyśmy tylko jeden wybrany przymiotnik – zaryzykujmy na razie to słowo: gigantycznym. Jest to trudność przede wszystkim materialna, gdyż zmagania z Szentkuthym zaczynają się od próby ogarnięcia gigantyczności samego materiału. Problem ten dotyczy i czytelnika, i tłumacza. Które dzieło wybrać do tłumaczenia? Debiutanckie Prae z 1932 roku (Szentkuthy miał wówczas 24 lata), które w formacie A5 liczy sobie ponad 1000 stron? Pisany przez całe życie dziewięciotomowy Brewiarz Świętego Orfeusza? Za 30 lat zaś będzie można otworzyć spoczywające w muzeum zapieczętowane sto tysięcy kart Dziennika, który, gdyby chcieć go wydać, ujęty musiałby być w 20 woluminów… Wydanie krytyczne z pewnością podwoiłoby tę liczbę: na marginesach dziesiątek tysięcy książek biblioteki Szentkuthyego porozsiewane są zapiski i odnośniki do odpowiednich stron dziennika, tak że dziennik i książki biblioteki wzajemnie się komentują… Ale, wciąż zakładając, że twórczość pisarza powinno się opatrzyć jakimś przymiotnikiem, czy „gigantyczny” jest rzeczywiście najlepszym z nich? „Wielkość” Szentkuthyego jest przecież z drugiej strony zrównoważona niebywałą skromnością, spokojem i prostotą… Wrócę jeszcze do kwestii odpowiedniego przymiotnika.
Tymczasem nie należy chyba epatować ilościami, skoro prawdziwym bogactwem Szentkuthyego jest jakość jego tekstów! Choć jego powieści można ogólnie określić jako niebywale gęste, barokowe, obfite w metafory i zbudowane z ciągnących się w nieskończoność metonimicznych łańcuchów, w ewolucji stylu Szentkuthyego dostrzec można cezurę, która przypada właśnie na rok 1933, rok powstania Lustra Narcyza. W druku było już wówczas debiutanckie Prae – quasi-traktat o literaturze, architekturze, fizyce, modzie, erotyce oraz lokalach i plażach w Cannes. Styl Prae jest matematyczny i strukturalistyczny: każde zdanie to analiza bądź synteza, enumeracje, definicje, koniunkcje i dysjunkcje, wszystko przesycone obsesją binarności, tak że nawet samo Prae posiada swoją parę Nie-Prae, czyli zapisaną kursywą „antypowieść”, która w kilku miejscach (określonych jako „przekątne”) przecina i neguje główny korpus tekstu. Prae to wielki traktat, ale traktat bez początku i końca, gdzie każde kolejne zdanie nie jest kontynuacją idei zdania poprzedniego, lecz dygresją na temat jego struktury lub stylu, podczas gdy wszystko uzupełnia całkiem fikcyjna bibliografia, której pozycje są same w sobie mini-dziełami sztuki. Nie mógłbym tu nie zacytować przynajmniej kilku z nich:
Klebenhayer, Erotische Syllogistik des Spiegels I-II, Göttingen, 1933.
Kleberhain, Beiträge zur neupositivistischen Lacrymologie.
Hartländer, Über morbide Hyperontik und polylineare Zeroskopie als neurotische Dual-Konstanten, Greifswald, 1933.
Karl F. Langhofer, Hamilton’sche Differentialrechnung der trans-erotischen Liebe oder die symmetrischen Koeffizienten der Raum-sexualität und die antisymmetrischen Koeffizienten der anti-vitalen Bio-sexualität, Leipizig, 1929.
Ale Prae to być może przede wszystkim przepiękne metafory i porównania, w których Szentkuthy łączy życie prostytutek w nocnych lokalach w Cannes ze współczesną fizyką, teorię literatury z modą, architekturę lat trzydziestych z filozofią… Prae jest do pewnego stopnia „nieczytelne”, a w każdym razie kwestionuje ono tradycyjnie pojmowane czytanie (przypominam: jesteśmy w latach trzydziestych zeszłego wieku!). Powieść wielokrotnych wejść: ponieważ akcja zredukowana jest do minimum (tu pojawia się kolejny częsty zarzut: „nic się nie dzieje”…), ponieważ ani pierwszy rozdział nie jest zasadniczym wstępem, ani ostatni – zakończeniem, ponieważ dygresje ciągną się przez setki stron i wreszcie: ponieważ w Prae nie ma zdań prostych, zdań-łączników, zdań „niepotrzebnych”, powieść tę możemy zacząć czytać właściwie w dowolnym miejscu (sam Szentkuthy zresztą nam to proponuje). Ale pulsujący rytm przebiegu tematów nie oznacza zarazem monotonii: tematy i struktury układają się za każdym razem w nową i zaskakującą konstelację. Prae ukazało się w roku 1934 i wywołało skandal. Być może dlatego Szentkuthy nigdy nie próbował wydać (i nigdy też nie wspominał) mini-powieści Misterium na dwóch scenach, którą napisał w 1933 roku, podczas gdy nad Prae pracował już zecer. Dopiero po śmierci Szentkuthyego rękopis odnalazła jego sekretarka i współpracowniczka, Mária Tompa, która – wedle jej własnych słów – pragnęła dowiedzieć się, co Szentkuthy napisał bezpośrednio po Prae. Książka została wydana w 1995 ostatecznie pod zmienionym tytułem Lustro Narcyza.
Dlaczego wybrałem ten właśnie tekst? Strapiony gigantycznymi rozmiarami pism Szentkuthyego i trudnością ich tłumaczenia, postanowiłem wybrać dzieło mniejsze i skromniejsze, o krótszych rozdziałach i krótszych dygresjach… Ale istnieje o wiele ważniejszy powód: po Prae Szentkuthy nigdy nie powrócił do swojego strukturalistycznego i teoretyzującego stylu. Zmieniła się także tematyka jego powieści: mniej teorii literatury, mniej mody, bauhausu i kubizmu, mniej nocnych lokali w Cannes, a za to więcej historii, baroku, Wenecji, kościelnego przepychu i perwersji… Obsesja binarności odradza się w nowej postaci, ale już nie w formie opozycji: oto więc religia i seksualność, katolicyzm i pornografia, asceza i perwersja, ujęte nie jako walka albo przełom (czyli nie jak na przykład w twórczości Poulenca, który ze swojej paryskiej seksualności nawrócił się na katolicyzm – Stabat Mater w miejsce kabaretu), lecz jako nieco groteskowy, mityczny i hipnotyczny „święty kabaret”. I tu zarysowuje się szczególna pozycja Lustra Narcyza jako dokumentu świadczącego o ewolucji stylu. Jest tu krystaliczny chłód Prae, rozmyślania na temat literatury, chłód analizy i chłód świtu (większa część Prae dzieje się o świcie), a zarazem: seksualność spleciona z religijnością, groteskowość opisu, rozpasanie stylu, i wreszcie: akcja! (która w pełni zaczyna się w czwartym rozdziale…) Cała powieść zaś to katalog miłości i studium grzechu. Jest więc tu samomiłość (wielkie nieszczęście tłumacza, gdyż Szentkuthy pisząc o niej używa pięknego i nieprzetłumaczalnego słowa önnász – czyli dosłownie „samo-gody”, „wesele samego ze sobą”), miłość homoseksualna (biskup, który ma udzielić Narcyzowi ślubu, jest jego byłym kochankiem), dla której Szentkuthy znalazł piękną definicję (Radość miłości dwóch chłopców jest taka sama jak radość połączonych wspólnym szczęściem dwóch pijących; czerpią swoją radość z własnych kieliszków, dokładnie przy tym znając wpływ tegoż środka (kieliszka wina) na swego towarzysza), miłość ojca do syna (ojciec Narcyza biczuje go do krwi, dowiedziawszy się o porannym onanizmie, a następnie w obłędzie adoruje go jako Chrystusa), miłość kobiety i mężczyzny (hiszpański król i księżniczka, która zostaje zasztyletowana po tym, jak niczym Ewa zrywa zakazany owoc – śliwkę…), nie wyczerpuję tutaj tego katalogu.
Prezentowany przeze mnie tekst to trzy pierwsze rozdziały powieści. Rozdział I to monolog Alcybiadesa, który jak klamra będzie również zamknięciem powieści. Rozdział II to faktyczne rozpoczęcie akcji. Rozdział III to typowa dygresja-autokomentarz (ciekawe, że u Szentkuthyego nigdy nie wiadomo, kto dany tekst mówi: głos narrator zawsze zlepia się z głosem bohaterów). Trzeba ponadto wspomnieć o ulubionym gatunku literackim Szentkuthyego – spisie treści! Powróćmy na chwilę jeszcze do Prae. W pierwszym wydaniu powieść otrzymała format A4, a w jej gęstym tekście brakowało akapitów i rozdziałów (kolejny argument za nieczytelnością…) To za sugestią swojej żony Szentkuthy sporządził pieczołowicie spis treści, który wydał już osobno jako dodatek. Ale ów spis treści to właściwie przepiękny katalog tematów i pomysłów, którego lektura jest czystą przyjemnością… Od tego czasu Szentkuthy – z wielką pasją katalogowania – opatrywał wszystkie swoje dzieła szczegółowymi spisami treści. Jednak ponieważ nie zamierzał wydawać Lustra Narcyza, spis taki nie powstał; dopiero później zestawiła go – na wzór innych – jego współpracowniczka Mária Tompa, która miała już doświadczenie z pracy nad drugim wydaniem Prae (1980), gdzie to ona podzieliła tekst na rozdziały i akapity, kierując się wytycznymi spisu treści. Ponieważ zatem spis treści jest zawsze istotną częścią dzieła, załączam go na początku każdego rozdziału, podobnie jak ma to miejsce w Prae (ale nie powtarzam spisu na końcu „książki”, właśnie dlatego, że prezentuję tu tylko trzy pierwsze rozdziały).
Po tym koniecznym wstępie nie nastąpi analiza: kontakt z tekstem czystym – nietkniętym przez analityczne oko literaturoznawcy – to wielki i rzadki komfort! Zresztą: czy nie wystarczy, że tekst będzie sam siebie analizował (rozdział III)? I co więcej, o powieściach Szentkuthyego można powiedzieć, że niekiedy analizują one samego czytelnika… Mój wstęp zakończę wnioskiem, że spośród licznych przymiotników, jakimi można by określać dzieło Szentkuthyego (przy czym najczęściej przeciwieństwo danego przymiotnika jest również prawdziwe), zasługuje ono przede wszystkim na jeden. Nie waham się stwierdzić, że Szentkuthy – i być może w optyce działania Orgii Myśli stanie się to właśnie teraz, w roku 2008 szczególnie zrozumiałe – to pisarz orgiastyczny.