Miklós Szentkuthy: Lustro Narcyza

Autor: 

Wprowadzenie do lektury "Lustra Narcyza"

I.

Monolog Alcybiadesa na balkonie.
Przejrzała jak puder cisza księżyca i muzealny potop kotar.
Ostateczny cel: nowe Nomen.
Kaskada kotar i paradoks.
Noc: wyrachowana orgia niepewności.
Pytanie i odpowiedź, życie i śmierć.
Pytanie: przeraźliwe spotkanie z konkretnymi granicami ziemskiego bytu.
W uniesieniu do Boga poczułem przywiązanie do ziemi: modlitwa nad modlitwami ‒ most.
Miłość każe nam przeczuwać, że jej temat jest tajemnicą.
Dlaczego miłość jest tak absolutna, dlaczego tak absolutnie niemożliwa?

Ktoś przyszedł; wyszedłem na balkon.

Pokój oddzielała od tarasu wielka, ciężka kotara, która nie przypominała wcale zwisającego płóciennego żagla o etykiecie agonii, lecz stopione i wrastające w siebie kolumny; każda opadająca fałda, każda kołysząca się fala była trzonem doryckiej kolumny, który przemoczony ginął w mnogości rozmnożeń i uścisków. Ledwo udało mi się przez nie przebrnąć: były łącznikami między żołnierzami piechoty, dzierżącymi tarcze wielkości człowieka, a falami, które w dali za okrętami układały się w coraz to ostrzejsze kształty przywodzące na myśl literę „V”. Mimo to, wychodząc zza tych kosmicznych fałd na balkon, przecinając poprzeczną warstwę płótna, nie miałem wrażenia prostopadłości tego ruchu; zdawało mi się, że wytyczam jakąś wężowatą i bezcelową linię, która zgodna jest z moim własnym kierunkiem, i która opuściwszy moje ciało rozciąga się dalej ku nieskonczoności. Noc, ze swoją nieoczekiwaną pustką, oślepiającą moje płuca otwartością i nonszalanckim potraktowaniem przestrzeni wplotła w mój oddech ‒ w regularność wzorów cyrkulacji tlenu ‒ wibrującą ornamentykę, niczym niespodziewany błysk promienia słońca, który w podszewce naszych powiek wyrysowuje zielone i fioletowe kwiaty. Księżyc, nagła odsłona jego bieli, przejrzała jak puder cisza… (w głębi swojej optymalnej godziny byt stał się napięty jak powstrzymywane w płucach powietrze: Ariel i pękające żyły)… zdawały się mimo to o wiele cięższe niż muzealny potop kotar, i chociaż wszystko wokół mnie było otwarte niczym świeżo rozkrojone jabłko, a ja zajrzałem do zalążni bytu, do zalążni czystego powietrza, czystych barw, czystego Księżyca, czystego nic, to i tak ta niespodziewana, kobieco intrygująca noc spadła na mnie, na moje ochrzczone przez kotarę czoło jak odrócona na wznak ołowiana beczka.

Wszystkie te porównania to dopiero wstęp; w istocie samo porównanie jest sensem mojego nocnego doświadczenia!

Co mnie najbardziej zaskoczyło w tej rozebranej i pornograficznie zgodnej z samą sobą nocy? Dlaczego podstępny cień mojego statku, cień o kształcie noża działał na mnie jak zdobyte w tajemnicy hasło, które nieodwołalnie potoczyło się zza zamkniętej łupiny spiskowców ku moim nogom? Czemu znajome mi przedmioty szeptały mi, bym na nowo je nazwał? ‒ tak jakby wszystkie ich znajome cechy i właśnie te najbardziej wyraziste (ich barwy, wonie, kształty) były tylko powiędłymi maskami, dziurawymi i brudnymi kokonami, z głębi których z motylą ambicją i z motylą niezdarnością wznosi się niczym ostateczny cel: nowe Nomen.

Sokratesie, gdybyś mógł mnie teraz widzieć, może nienawidziłbyś mnie jeszcze bardziej niż wówczas, gdy byliśmy razem: słowo za słowem przegramatyzowałem i bezwstydnie rozgramatyzowałem ten krajobraz, drżąc zarówno przed empirią, jak przed prawdą. Czemu wszystkie liście pragnęły podnieść swój byt do rangi imienia? Czy je znałem? A nieznane, dalekie rzeczy, obłudne skrzyżowania geografii i zabobonu stały się nagle moimi krewnymi, zaczęły mi się przymilać, lizać mi stopy, tak jak robią to moje ślady.

Ciężka kaskada kotar była jedynie chusteczką skrywającą wstyd obok mknącego dysku-problemu nocy. Byłem przyjacielem paradoksów, bo i lekarze powtarzali mi, że moje serce jest zarazem nie-sercem, usta ‒ nie-ustami, ‒ czemu więc nie mielibyśmy się przyjaźnić, skoro taka już moja anatomia? Nie dlatego to mówię, że to właśnie najwyższa otwartość nocy zdradziła mi zamkniętość ziemskiego życia i jego nieuleczalną ślepotę. Dławi mnie okalający wachlarz horyzontu; gwiazdy, które w swojej gwiaździstości rozlewają się jak kipiące mleko, gwiazdy unieruchamiają mnie: to wielkie matczyne łono rozwinięte niebiesko niczym papirus jest wszak więzieniem, to nie jego otwartość jest nieskończona, lecz pytanie, w które je wyolbrzymiono, pytanie zaś to śmierć i niewola.

Cień mojego statku, roztargniony i brzęczący jak pieniądze odpływ, drzewa, które rozpadły się na sieć nieuchwytnych imion, wszystko ułożyło się w kształt pytania, urosło w falę, która ogarnęła mnie ‒ tak zrozumiale, że już nie dało się sformułować pytania, nie mógłbyś tego zobaczyć, Sokratesie, nie mógłbyś usłyszeć. Może kiedyś wszystko ci to opiszę w liście, chciałbym cię zdemoralizować, czy na próżno? Czy mogę nazwać tę niespodziewaną i dojrzałą wbrew mnie chwilę nocy wyrachowaną orgią niepewności?

Dla mnie nie ma już wyjścia z ziemi: zawsze tak myślałem, zawsze tak czułem, ale nigdy tak nie istniałem. Wszystkie przedmioty, wszystkie kobiety, wszystkie kraje, wszyscy marynarze i perscy szachowie są mi absolutnie obcy, to dlatego jestem ich niewolnikiem, jestem niewolnikiem tych kobiet, tych marynarzy, tych cieni. Oczywiście istnieje prawdopodobieństwo, że jeśli dostatecznie długo kąsać będę NON ziemskich przedmiotów, to wówczas zostanę „podniesiony” z tej ziemi, przeprowadzony do wyższego, bardziej absolutnego świata, do platońskiego stołu rekompensacji, ‒ a przecież nie zdarzyło się tak nigdy, ponieważ czułem, że pytanie i odpowiedź nie przynależą do siebie, a jeśli już to tylko tak jak życie i śmierć: jest śmierć, nie ma życia, jest pytanie, nie ma odpowiedzi. I gdy wyszedłem w nocy na balkon, ponieważ do mojej kochanki przyszła kobieta z wiadomością, wszystko ułożyło się w kształt pytania: pytania, które nie jest gramatyczne, ani logiczne, ani liryczne, ani duchowe, lecz które jest po prostu przeraźliwym spotkaniem z granicami, z konkretnymi granicami ziemskiego bytu. Okolica była piękna ‒ piękna teologicznie i piękna zgodnie z upadłym porządkiem nieskończoności wiecznie ciągnącej się spirali ‒, to właśnie prowokujące czyste piękno było prawdziwym pytaniem i prawdziwą śmiercią.

W moim uniesieniu do Boga poczułem przywiązanie do ziemi: ujrzałem na własne oczy, że modlitwa nad modlitwami (i teraz rzeczywiście każda moja cząsteczka była modlitwą) nie jest pionową strzałą, lecz długim acz pochylonym mostem, którego pierwszym filarem jestem ja, ostatnim zaś piękna „nieskończoność” horyzontu, mimo że „nieskończoność” to tylko słowo, nieskończoność to ostatnia z metafor, cudowny niebieski mur, sferyczne więzienie, koniec. Owo ciche, niebieskie, uduchowione poczucie nieskończoności to niewątpliwie szczyt tego, na co mogę się zdobyć ja jako istota metafizyczna ‒ to właśnie oddech zagadki, ślepe pulsowanie tajemnicy tajemnic we mnie. Nie rozumiem, czemu ludzie nie popadają od tego w obłęd?

Zewsząd napływa tajemnica niczym błyskawicznie działające promienie zarazy: wysmukła poręcz, przypominające kobiece nogi kolumny ‒ oto moi wrogowie ‒ więksi, niż jakikolwiek człowiek, z którym kiedykolwiek walczyłem. Próżno byłoby mi uciekać samotnie między muszle lub kwiaty, spódnice niań czy orfickie amfory, wróg jest wszędzie tak samo obecny: pytanie, tajemnica wszędzie rozświetla swój zabójczy jad. I to właśnie znaczy porównanie: ziemski byt jako samoudręczenie zamkniętego, nieposiadającego wyjścia z samego siebie ciała tajemnicy, jego samozakażenie, asceza, pokora, próżność wszelkich oskarżeń. Jeden przedmiot odsyła do drugiego, ten zaś do trzeciego, czwartego, zawsze wkrąg i zawsze pięknie. O, dwie Parki negacji: krąg i piękno!

Moje życie znajdowało się pośrodku nieszczęścia tak jak pępek mojej kochanki na jej brzuchu: dla mnie był on maleńkim zagłębieniem, zredukowanym kielichem cielistego kwiatu kobiety, a roztaczająca się wokół tego karłowatego kielicha całość ciała przypominała leżący tam nazbyt rozwinięty półksiężyc płatka, oto bodaj najlepszy paradygmat centryczności. Wszystko wokół mnie jest tajemnicą, wszystko jest więc wrzeniem przyczajonych możliwości cierpienia: dokąd uciekać?

Wówczas pomyślałem, że w miłości nie chodzi nigdy o kochany przedmiot, lecz o relację z nim. Atawistyczna ostrożność miłości każe nam przeczuwać, że jej temat jest tajemnicą, a więc jedną z ról wiecznego Non, dziką czarą cierpienia, która w każdej chwili gotowa jest się przelać. Bo niespodzianka nocy nie była logiczna, lecz miłosna: każdy przedmiot był tajemnicą, lecz tajemnicą miłosną, nie epistemologiczną. Widać to od razu na dnie każdej głębokiej myśli: upuszczona do Morza Martwego biała bransoletka, krnąbrny „souvenir” z Atlantydy, problem miłości. Pod każdą powłoką miłości szaleje brutalna uniwersalność pocałunku. Drzewo-pytanie, cień-pytanie, hetera-pytanie, pytanie-pytanie: jakże mam was kochać? Czy kobiety, cienie, morza to tylko wulgarne burze, które przemijają i czy miłość to spóźniona tęcza ponad nimi, strojąca się w żałosne piórka nierealność?

Dlaczego miłość jest tak absolutna, dlaczego tak absolutnie niemożliwa? A może doświadczenie „miłości” to nic innego, jak pojawiający się w duszy, bezsilny, mechaniczny, negatywny powidok wrogiej struktury „Non” świata? Czy miłość otępiale spragniona tematu nie jest przy tym świadkiem koronnym i rzeczowym dowodem atematyczności? 

II.

Tragiczne ujęcie miłości. Alegorie na temat miłości.

Świt to kwestia przestrzeni, nie czasu.

Samotne poranne wesele pośród kwiatów: przedstawienie ofiary jako toczone w samym sobie zmagania Laokoona.

Walka Narcyza obserwowana przez dwoje sług.

Nader architektoniczna harmonia rozkoszy. Metafizyczne upojenie symetrią.

 

Takie ujęcie miłości z jej tragicznym ograniczeniem i uniwersalnością nie jest greckie. To chrześcijaństwo położyło po raz pierwszy miłość pod lupę, rzuciwszy ją z jednej strony na pastwę diabłów do dusznej uliczki grzechu i choroby, a z drugiej strony na pastwę aniołów jako przeuduchowioną technikę wznoszenia się do platońskiego boga. Od tej pory miłość: eros-agape stała się problematyczna także sama w sobie: nie ma już tylko nieszczęśliwych miłosnych historii (partnerów rozdziela woda, śmierć, inny partner: och, szczęście epiki!), są także i nieszczęśliwe miłości. Jeśli więc chcę przedstawić wewnętrzne Non miłości, muszę rzucić się w świat chrześcijaństwa à corps perdu. Może powrócę do połyskującej księżycową cyną maski Alcybiadesa, może nie.

Oto nadszedł dzień ślubu, oto narzeczony: Narcyz ‒ sam. Już świta, ale słońce jeszcze nie wzeszło. Narcyz leży wtulony w kwiaty, sam nad szaro-niebieską wodą. Oto jezioro, którego blask uwydatnia je na tle przedmiotów, powietrza i nieba, tak jak gdy spojrzawszy na tarczę zegara potrafimy na podstawie wzajemnej pozycji jej wskazówek orzec, że jedna z nich została siłą przekręcona (niebo jest na czwartej, jezioro na szóstej). Brzeg jeziora roi się od kosmatych błękitnych kwiatów: a każdy z nich to nie przedmiot, lecz zawisła na włoskach i pręcikach plama złudzenia wewnątrz powieki.

Pomiędzy dzienną a poranną dyspozycją kwiatów zachodzi istotna różnica: o ile za dnia może się jeszcze nam wydawać, że kwiaty istnieją dla nas i ku nam, i że w ich barwie kryje się niewiadoma nić kierunku, tak świt niechybnie je owej nici pozbawia. Wszystkie kwiaty, nie ma tu wyjątku, wycofują się do bezwymiarowego An-sich. Nie sposób odgadnąć, jak to robią: wszak to właśnie widzialność pory dziennej nadawała im kierunek Für-uns; świt zaś przecież niczego nie ujął tej nadzwyczajnej „obiektywności”, które kazała im, niekiedy nawet w dość natrętny sposób, szukać z nami związku. Każda cząstka kwiatu, choć nie oświetlają jej jeszcze słoneczne promienie, jest przecież doskonale widoczna, wszystko powinno więc być tak, jak za dnia, a jednak: pomiędzy nami, a kwiatem rozciąga się pusta przestrzeń, przestrzeń bez mostów i bez przejść. W takich chwilach uświadamiamy sobie, że za dnia to przedmioty „dyrygują” nami: że dzięki swoim niezbywalnym właściwościom Für-uns nawet najbardziej wyuzdana dalia daje naszym nogom oparcie w postaci wymiaru. Świt nie daje nam wiedzy o tym, gdzie jesteśmy i dokąd dziemy, płatki kwiatów pochowały przed nami swoje antropomorficzne macki niczym przestraszony ślimak (acz nie straciły przy tym na swej precyzyjności).

Narcyz wie, że dziś w katedrze ma się odbyć jego ślub, ale „dziś” jest najbardziej abstrakcyjnym słowem, jakie tu i teraz, bladym brzaskiem mógłby wymówić. Nie ma najmniejszego związku pomiędzy świtem, a dniem, który po nim następuje, dzień nie jest rezultatem świtu. Niebo powoli się rozjaśnia: jakże to nienaturalne, pomyślał Narcyz. Wieczór jest naturalny, świt ‒ nienaturalny: zmierzch ‒ w przeciwieństwie do świtu ‒ to nasz widok codzienny; dlatego na jakikolwiek naturalny mrok nasza wyobraźnia reaguje automatycznie, odprowadzając go w stronę konsekwentnego zmierzchania, nigdy zaś ku rozświetleniu. Świt zdaje się być błędem, coś dzieje się uparcie na odwrót, niż powinno. Wieczór to jedyny poważny fundament i etalon, wieczór i świt nie są równorzędne, jeżeli świt jest cokolwiek wart, to tylko w relacji z wieczorem.

Narcyz-narzeczony spogląda w niebo: wieczorne kolory chmur i świateł; gdyby zatem nie wiedział, że natura zmierza teraz ku jasności, sądziłby z pewnością, że zmierzcha. Świtanie myśleć można jedynie jako pewną nierealność, której przeciwstawiona jest realność wieczoru. Patrząc na kolory nieba, zmuszeni jesteśmy stwierdzić, że po raz kolejny nadchodzi wieczór. Minęła już przenikliwa ciemność nocy, acz nie po to, byśmy przesunęli się w czasie ku nowemu dniu, lecz byśmy powrócili, na wzór repetycji w muzyce, do minionego wieczoru.

Świt (o ile rozważamy nie jakiś dłuższy okres, lecz konkretny punkt w czasie) jest czymś czysto „logicznym”: niebo jest na wskroś wieczorne; wiemy, że jest rano, ale nie widzimy tego. Ciekawa jest różnica dwóch półmroków: nieba i przyczajonych na ziemi kwiatów: cicho jarzące się krwawe plamy za chmurami oznaczają jasność w optycznym sensie; natomiast jasność skupiona bezpośrednio przy powierzchni ziemi jest „filozoficzna”, taka, na którą natknąć się możemy w jakiejś gnoseologii. Sen ma wówczas wyjątkowy smak.

‒ Czym jest sen? ‒ spytał się pan młody ‒, tym, że kwiaty w swojej nienaruszalnej całości i w swoim dziewiczym tomizmie realności pozostawały faktycznie w ciemności? Byłby więc przeciwieństwem tego, co fantastyczne? Kwiaty są dobrze widoczne: czy należą do porządku snu, czy mu zaprzeczają? ‒ W międzyczasie wciąż świtało: światło narastało stopniowo, wiecznymi okresami przejścia; mimo to każdy, choćby tylko chwilę trwający stan, odczuwamy jako ostateczny i wyraźnie odgraniczony, tak jak wyizolowany przez kształt klawisza dźwięk fortepianu. Co chwila wzdychał z ulgą:

‒ Teraz ‒ ta jasność jest doskonała ‒ a za chwilę (beztrosko przecząc niemożliwości) jasność stawała się jeszcze doskonalsza.

Co ma właściwie znaczyć skłonność do klasycznie pojmowanej „pełni”? Co do jasności: wyładowuje się ona w każdej wyobrażalnej chwili. Dziś ma być jego ślub, dzisiaj, dziś, dziś! Lecz gdzie jest owo „dziś”? Rozwidnia się, ale nie ma to nic wspólnego z czasem: czas stoi w miejscu, to pole widzenia się rozszerza: świt to kwestia przestrzeni, nie czasu. Zamiast czuć się coraz bliżej katedry, kobiety, południa, coraz bardziej się od nich oddalał; im bardziej się rozwidniało, tym bardziej wzmagał się ruch jego horyzontu, w którym wydarzenie i jego termin ginęły bez śladu, choć jeszcze w ciemnościach nocy wydawały się tak oczywiste. Ten, kto czuwa i ten, kto wstaje wczesnym świtem, budzi się w przestrzeni, dostaje w posagu niemal całą przestrzeń świata.

Oto klęska Narcyza: nie ma przejścia z przestrzeni świtu do czasu dnia! Nie, ta klęska niezależna jest od świtu: z jego narzeczoną nic go nie łączyło ‒ wszak na imię było mu Narcyz. Narzeczona była dla niego wszystkim, tylko nie panną młodą. Niemal upajała go świadomość bezsensu własnego ślubu: nonsens, tragizm i triumf Parek przyprawiały go o zawroty głowy; zdawało mu się, że nie może lepiej uczcić a tym samym wydrwić dnia własnego ślubu, jak wstępując samotnie między poranne kwiaty i wyprawiając wśród nich wesele z własnym ciałem, z przeznaczeniem, z niebem i z kwiatami właśnie. Trawa była zimna jak lód, ale choroba przyda tylko stylu jego ofierze.

Trzeba poruszyć tu kwestię egoizmu. Narcyz wiedział, że pełnię miłości poczuć może tylko wobec samego siebie, każda kobieta, narzeczona itd. może być tylko parodią głębokiego etycznego buntu, który nazywał miłością, i który sam teraz do siebie odczuwał. „Sam do siebie?” ‒ to tylko niewydolność języka ‒ przecież nie tyle kochał on samego siebie, co po prostu będąc sam oddawał się (cieleśnie i duchowo) mistycznej rewerencji wobec przeznaczenia oraz falująco-burzliwemu współczuciu wobec człowieka (a te dwie rzeczy nazywał właśnie miłością). Zresztą żeby w pełni odczuć miłość, należałoby znać ‒ i to w dużym stopniu ‒ przedmiot miłości, a razem w równie dużym stopniu go nie znać. Magiczną miksturę poznania i tajemnicy i ich boską proporcję można poczuć tylko względem siebie; możemy znać kogoś tylko na trzy sposoby: albo bardzo dobrze albo bardzo źle albo proporcja poznania i tajemnicy jest niewłaściwa.

‒ Kim jestem? ‒ spytał Narcyz patrząc na siebie, patrząc na swe lustrzane odbicie wśród błękitnych kwiatów o drżących watowatych wargach. Dobrze znał każde zagięcie swoich mięśni, każdy zryw nieposłuszeństwa swoich nerwów: absolut przyzwyczajenia na dobre zagnieździł się w jego samopoczuciu i w jego świadomości. A przecież wszystko to jest grą, opuszczoną i z pewnością także bezsensowną enigmą przeznaczenia. Tu się właśnie lubi gnieździć Eros: w atawistycznych korytach przyzwyczajeń, w odwiecznym pomruku irracjonalności. Współczucie: bez niego nie było miłości; jego pełnię Narcyz czuł tylko wobec siebie samego. Egoizm? Jakże daleko mu było do egoizmu! ‒ nigdy chyba nie czuł się tak uniwersalnie i tak abstrakcyjnie człowiekiem, jak wówczas, gdy troszczył się tylko o siebie. Śmierć podmiotowości: voilà szczyt hipochondrii! Być hipochondrykiem to tyle, co w każdym fizycznym bądź duchowym drżeniu odczuwać „ludzki” los; hipochondryk nigdy nie troszczy się o siebie, wręcz przeciwnie: traktuje siebie samego jako symbol „ludzkiego życia”, „losu” i za nie właśnie cierpi. Niezdolny jest troszczyć się o siebie, zawsze popada w uniwersalizmy. Jeśli boli go brzuch, od razu winterpretowywuje się w ramy uniwersalnych problemów cierpienia.

Narcyz miał opinię: 1) hipochondryka i 2) histeryka. Histeryka ‒ o tyle, o ile nieustannie popadał w skrajności: miłość i nienawiść, asceza i ekstaza, upojenie i spleen. Czymże jednak innym jest histeria (jeśli rzeczywiście mówimu tu jeszcze o histerii), jeśli nie radykalną realizacją, konkretną inscenizacją takiego stanu rzeczy, w którym niemożliwe jest przyjęcie uczuciowej postawy wobec jakiegokolwiek przedmiotu: na świecie nie ma rzeczy jednoznacznych, w kwiatach, kobietach i książkach świata nie znajdziemy powodu do miłości czy nienawiści. To chorobliwe, zwykli uważać ludzie, gdy ktoś bez przyczyny popada w miłość lub nienawiść. Ale primo: nie dzieje się to bez przyczyny i secundo: w gruncie rzeczy uczucia in ultima analysi nigdy nie mogą mieć przyczyny. Są przedmioty i są tzw. uczucia, czyli ruchy duszy. To zaś, w jaki sposób te dwie grupy się spotykają, jest kwestią czystego przypadku. Nie ma tu mowy o żadnym przyciąganiu (zwłaszcza „usprawiedliwialnym” i uzasadnionym). Toteż zarówno hipochondria jak i histeria są nader cnotliwymi i intelektualnymi przymiotami, żeglującymi po najgłębszych płaszczyznach bytu.

Postanawiając samemu urządzić sobie wesele o świcie, Narcyz złożył poniekąd ofiarę: przeznaczeniu lub miłości (co zresztą na jedno wychodzi). Miłosne zajęcie Narcyza mogło z daleka wydawać się walką Laokoona; tak, było nią, ale z jedną różnicą: podczas gdy Laokoon próbował oswobodzić się od węża, Narcyz pragnął w taki sposób miąć, skręcać i ściskać swoje ciało, by w końcu wyzwolić z niego węża ‒ cielesną rozkosz.

W dzień swojego ślubu Narcyz wstał skoro świt; obudziło go jego własne dziwactwo, obudziła go ciekawość „ostatniego” miłosnego „współ”-życia; w domu jego ojca niejeden sługa był już wówczas na nogach, ma się rozumieć: przygotowywano wielko święto. Dwoje sług w dali zaczaiło się na niego jak dwóch starców na Świętą Zuzannę. Ale zmagania ciała Narcyza nie tylko w nich sprawiały wrażenie padaczki albo walki z wężem. Sam Narcyz dobrze wiedział, że chodzi tu o walkę; walkę, która nie rozczłonkowuje ciała, lecz która je koncentruje i ujmuje w kompozycję. Wartość samomiłości polegała na połączeniu nieskończoności miłości z nieskończonością kompozycji ciała, rozkosz przydawała członkom ciała nader architektonicznej harmonii rozkoszy. Nie było to tępe, hedonistyczne samozaspokojenie duszy, lecz w ścisłym tego słowa znaczeniu: inżynierskie poczucie kompozycji,  jego tożsamość ze łzami współczucia. Poszukiwanie rozkoszy było poszukiwaniem nowej anatomii, nowych użebrowań, a być może również ‒ w diagnostycznym tego słowa znaczeniu ‒ opukiwaniem i poszukiwaniem trawers powszechnego ludzkiego losu we własnym organizmie. Sic nascitur geometricus: wiele już razy leżąc na łące widywał swoje nogi w pozycji równoległej, teraz jednak, gdy naszkicowany wąż rozkoszy zaczął ubiegać się o laokoońską precyzję, równoległość ta jawiła mu się jako płonący monogram Ananké, a rozkosz była niczym innym jak geometryczną i grawitacyjną transpozycją regularności ciała w boską wolę.

Są dwa powszednie porządki ciała: lustrzana korelacja prawej i lewej strony dwojga rąk, nóg i oczu oraz swoista harmonia biologii wewnętrznego funkcjonowania. Samotne wesele Narcyza wydobyło natomiast z ciała metafizyczne upojenie symetrią, a dokładniej (o ile słowo „dokładnie” ma jakiś sens): orfickie przeżycie symetryczności, jakie w owej chwili było zdaniem Narcyza jedyną możliwą formą metafizyki. Centrum, a wokół skrzydła – szaleństwo dwóch elementów w ciele Narcyza.

Opisywać to wszystko jest ‒ przyznajmy ‒ rzeczą dość idiotyczną. Bo skoro już: sic nascitur geometricus, to czy nie należałoby go zbudować? A zatem po pierwsze: pokój na planie elipsy, niby przekrój wypukłej soczewki. Dwie czarne jak smoła przeciwległe ściany: naprzeciw jednej z nich wisi wielka ludzka noga z pomalowanego marmuru, niby-fragment Parthenonu. Wzdłuż drugiej ściany ciągnie się krwistooczerwona kanapa (jeden jej kraniec dotyka końca nogi, który zmierza w kierunku pachwiny, drugi łaskocze palce), nad którą białą linią na czarnej ścianie starannie są wyrysowane kontury wiszącej ‒ i nieco zgiętej w kolanie ‒ nogi olbrzymiego posągu. Tam, gdzie łuk kanapy przecina pachwinę, wznosi się aż pod sufit świetliste ciało złożone na wzór gęsiego pióra z setek neonów: tu z Narcyza tryska na poły ołowiana, na poły elektryczna fontanna rozkoszy. Obraz masturbacji skryty pod demaskującą osłoną architektury („składanie przeciwieństw w jedno staje się u niego rutyną”) jest zawsze lepszy niż przestylizowana epika.

 

III.

Pytanie o gatunek literacki; najbardziej niepojęta tajemnica: jak wyczerpać lub wybudować pojedynczy temat w pojedynczym stylu ‒ tytan duchowości.

Dwa bieguny: utwór albo ja. Temat  nie wie o obrazie, obraz nie wie o temacie.

Niewierność szczegółów wobec całości. Antytematyczny bunt szczegółów nie ma końca.

 

 

Kiedy wreszcie uporamy się z pytaniem o gatunek literacki? Post-proustowski opis świtu, spędzone płody psychologicznych studiów hipochondrii i histerii, schematyzm figury Narcyza, predylekcja do nieskromnych karykatur à la Rabelais/Goya, punkty styczności z architekturą: czysta możliwość, czysty styl, czysty gatunek: co będzie z nimi dalej? Oto jedna z najbardziej niepojętych mi tajemnic: jak wyczerpać, albo inaczej: jak wybudować pojedynczy temat w pojedynczym stylu. Konsekwencja w pisaniu: aby otrzymać jej dar, musiałbym zapewne zastygnąć w zbroi tytana duchowości; wszak związek, który łączy mnie z tematem jest za każdym razem inny; i to właśnie jest najbardziej fundamentalną realnością; gdy tylko ‒ zapragnąwszy kontynuować temat w duchu zapoczątkowanej już maniery ‒ wykluczam wszelką możliwość ukazania nowego stosunku, jaki rysuje się pomiędzy mną a nim, staje się on (temat) zabawnie sztuczny i zgoła niedorzecznie wyizolowany; jest jak kłamstwo, które muszę porwać na strzępy i któremu muszę ze stanowczością zaprzeczyć.

W każdym jednak wypadku wymyślony przeze mnie temat pozostaje we mnie: w mojej duszy, w mózgu, w trzewiach, ‒ jest składnikiem mojego organizmu, tak jak trawiony przeze mnie pokarm. Przystępując do wyrażania tematu, utrwalam tym samym formę, jaką aktualnie przybiera on w moim ciele: temat i całość mojego organicznego (ze)wnętrza to jedyny przypadek homogeniczności. Gdy porzuciwszy ów trud ekspresji, z czasem zapragnę jednak go „kontynuować”, wpadające przez okno światło słońca ‒ załóżmy, że jest popołudnie ‒ jest już inne, w swojej skórze czuję całkiem nowy, obcy smak słonecznego ciepła, które w zgoła inny sposób spiętrza moją krew, poddaje ją nowej fermentacji, a w moim żołądku tętni przypływ i odpływ nowych, nieznanych potraw: wszystko to w naturalny sposób pociąga za sobą zmianę ‒ „tematu” lub ewentualnie zaintonowanego przez ów temat stylu ‒ wszak poza mną temat ten nie istnieje, nie wisi w powietrzu, lecz tkwi utajony w moich trzewiach, w moim sercu i w intrygujących torpedach hormonów. Temat i jego styl są zawsze składnikami ‒ ba, organami! ‒ ciała; ciało zaś jest wiecznym falowaniem.

Pojawia się tu kwestia pisarskiej ascezy: wielki pisarz to taki, który przezwycięża powstałe w jego ciele, podlegające wiecznym transformacjom i deformacjom wariacje tematu, i który zamiast podążać drogą tkwiącej w jego wnętrznościach „mimesis ciała”, w pocie czoła stara się wytrwać w przywiązaniu do zewnętrznego wobec siebie utworu. Dla mnie jest to całkiem niewykonalne; nie interesują mnie utwory: literatura jako taka jest mi całkiem obca. Nie mógłbym choćby na milionową część sekundy skupić się na żadnym utworze, ponieważ utwór (wyszarpany z organizmu pisarza) nie stanie nigdy w nieskończonej bliskości z Bogiem, wiecznym niepokojem nadchodzących raz po raz fal biologicznej i organicznej oscylacji. Konsekwencja ‒ literacka czy architektoniczna ‒ to rzecz doczesna: mogę z uporem Racine’a łamać sobie głowę nad tym, jak „upchnąć” akcję do drugiego aktu, podczas gdy w głębi duszy akcja ta (na przykład pod wpływem wspomnianych już promieni popołudniowego słońca) już dawno rozrosła się w kolorowy wachlarz dwóch kraczących papug: wówczas jednak ciężko grzeszę (trzymam się planu ludzkiego, a nie „boskiego”), a wręcz bluźnię przeciwko Duchowi Świętemu: wszak „kapryśne” wahania nastrojów mego organizmu są bezpośrednim dziełem Boga.

Uwaga: nie twierdzę przy tym, że oto każdy „kaprys” ludzkiego organizmu miałby wieścić, że trzeba nam wierzyć w nasze nastroje jako w zbawienne i przewodnie prawdy ‒ o nie! Na tym właśnie polegał błąd Romantyzmu: w przewrotności organicznych kaprysów (np. w zygzakach i spazmach tłumionego pożądania) widział „program”, „sens” życia itd. Ja zaś, nie rozpoznając w nich żadnej ponad-intelektualnej wartości, a cóż dopiero tendencji, która mogłaby zainspirować mnie do działania lub np. do sformułowania zasad etyki, po prostu je kopiuję, nadsłuchuję ich, pytam je, z niepewnością i pokorą śledzę ‒  a nuż pewnego dnia coś się z nich okaże? Artystyczna lub naukowa „twórczość” nie jest bynajmniej moim zamierzeniem: piszę i buduję z braku lepszego zajęcia; w ten sposób przy okazji uwieczniam to, czego dowiem się ze swojego organizmu. Są więc dwa bieguny: utwór albo ja ‒ czy też innymi słowy: „świat doczesny” (czyli utwór) albo Bóg (czyli biologiczne falowanie mojego organizmu). Jedyny sensowny rezultat otrzymam wówczas, gdy, odrzuciwszy pokusę alchemii chaotycznych mieszanin, z pełną surowością wykluczenia wybiorę jedną tylko możliwość. Rezultat ten zaś, o ile będzie jeszcze tu można mówić o literaturze bądź architekturze, zawsze będzie paradoksem, będzie pełen wewnętrznych sprzeczności, wreszcie zaś: będzie przeciwieństwiem samego siebie: żywić się będzie wyłącznie biologią i teologią i w ich stronę będzie się przemieszczać; by go zrozumieć nie trzeba „literatury”, konstrukcji utworu, „książki”; znacznie bardzie przydatną okaże się znajomość ruchów najbardziej pierwotnych zwierząt, tudzież etycznego planu Boga w stosunku do człowieka.

Weźmy temat: wolterowski, swiftowski, rubaszno-satyryczny:

W głębi parku jest jezioro. Rankiem widzimy w nim Narcyza (oto dzień jego ożenku) i jego obłąkaną piastunkę. Kobieta kąpie go; myśli, że Narcyz to wciąż jeszcze ten sam nieświadomy i nieuświadomiony chłopiec, którego zwykła była otoczać opieką.

Wspomniałem wcześniej powody, dla których niemożliwe wydaje mi się ujęcie czegoś w konsekwentne ramy pojedynczego gatunku i pojedynczego stylu. Teraz dodam jeszcze: oto więc temat, obserwuję go, śledzę każde jego drgnięcie i każdy odcień jego zmiany. Pozostając w swiftowskim nastroju, przejdźmy do opisu pana młodego w chwili, gdy onanizuje się on o poranku w dzień własnego wesela. Choć temat ów dopiero co przyszedł mi do głowy, przed zamkniętymi oczyma pojawia mi się już całkiem inny obraz (o ile można tu w ogóle mówić o „obrazowości” obrazu), niż wówczas, gdy rzeczywiście zasiadam przy biurku i atramencie, by móc ów temat obserwować z bliska. Gdzie i jak mam zacząć? okazuje się, że nie dość, że wcale nie obserwuję tego tematu z bliska ‒ to jeszcze, jeśli w jakikolwiek sposób pragnę go rozwinąć, muszę po prostu wymyślić coś absolutnie innego. Przykładowo: aby wyobrazić sobie nagiego Narcyza, mózg mój musi osiągnąć stopień niezwykłej intensywności; wszak w chwili, gdy wymyślałem temat, nie było jeszcze mowy o takim przybliżeniu obrazu. Wymuszam więc z siebie: nagi Narcyz! Lecz podobnie jak temat nie wiedział o obrazie, tak i obraz nie wie o temacie, a to czyni go absolutnie egoistycznym. Egoizm ten objawia się następująco: nagie ciało, jako podający właściwy ton obraz nie podejrzewa nawet, że jest częścią satyrycznej opowieści à la Swift i, że w ten sposób w mojej fantazji jawi mi się jako ciało poetyckie ‒ piękny Narcyz: a zarazem niesie w sobie grecką mitologię, wiersze Valéryego, obrazy El Greco, kwiat narcyza, martwe ciało, staw wraz z możliwymi woniami asocjacji, których nie mogę od siebie odpędzić, i z których przyczyny projekt swiftowskiej satyry staje się raz na zawsze niewykonalny.

Jest tylko jeden przypadek, w którym możliwe jest konsekwentne utrzymanie mojego satyrycznego tematu w jednolitej tonacji: stanie się tak, jeśli zapisując go (lub budując) nie będę nań patrzeć, innymi słowy wezmę pod lupę szczegóły, te zaś nie będą wierne całości i, co za tym idzie, nie będą jej częściami ‒ tak jak cebulka włosa w tysięcznym powiększeniu nie jest częścią twarzy pięknej kobiety.

Antytematyczny bunt szczegółów nie ma końca ‒ kładę na łące białe ciało Narcyza, podczas gdy ono już dawno wyzbyło się swej tematyczności. Teraz jednak niechaj owo piękne ciało na powrót stanie się tematem, który mam za zadanie opisać. Np. jego głowę. Ale ta nie ma już nic wspólnego z ciałem: intensywność obserwacji znów budzi we mnie kolejne asocjacje ‒ skrwawiona głowa Jana Chrzciciela na tacy, Salome, Hamlet z czaszką, żarty Lavatera, rozdział Hegla nt. Schädel-Lehre, przyrodoznawstwo masek, różnicę opisów twarzy w paszporcie i w metaforach poezji, w orzeczeniu lekarskim i w taniej psychologii z czasów Jane Austen itd. Wystarczy, że na coś popatrzę: już oddalam się od pierwotnego planu.

Popatrzę? Ale być może wieczna antytematyczna herezja szczegółów bierze się właśnie z tego, że wcale nie patrzę na szczegóły i zamiast je widzieć zawsze wyznaczam sobie abstrakcyjny program: „zacznijmy od nagiego ciała Narcyza”. Zresztą dotąd wcale nie miałem ani natchnienia, ani poetyckiej wizji ciała ‒ w mojej duszy było tylko jedno, ot, ten prosty pomysł: pan młody onanizuje się o świcie na kilka godzin przed swoim ożenkiem. Co do nagiego ciała: wydobyłem je z mętnego magazynu moich wspomnień: ponieważ pomysł tematu nie mógł zmienić moich dalekich i abstrakcyjnych wspomnień i obrazów „nagiego ciała”, kształt, w jakim wspomnienia te ukazują się w świadomości na mój rozkaz (bo nie ma tu mowy o natchnieniu), jest taki, w jakim pierwotnie się tam zjawiły, lub w jaki zmieniła je głębia mojej duszy, w żadnym jednak przypadku nie dostosowują się one do swiftowskiego tematu. Swiftowski temat zaś to tylko swiftowski temat: a że moja fantazja nie wie, czym może być nagie ciało według Swifta, w swojej wielkiej bezradności opisuje całkiem już prawdziwe poetyckie ciało à la Keats lub tylko być-może-prawdziwe piękne białe ciało à la Wilde. Źródłem opisu ciała jest urywek obrazu wspomnienia, pisarz widzi go niewyraźnie ‒ i właśnie dlatego, że, nie widzi on tego, co opisuje, zmuszony jest analizować, gromadzić szczegół za szczegółem, by ten sposób siłą wprowadzić w swoje pole widzenia niewyraźny i daleki obraz „nagiego męskiego ciała”.

Oto jedyne źródło zdziczenia wizualizacji stylu: pisarz nie widzi, niedowidzi i gestem krótkowidza mruży oczy. Powstałe w ten sposób zmarszczki (och, pauvre rhétoriqueur!) to metafory i analizy. Analizować można więc jedynie nic (na odsiecz Prawdzie ruszają paradoks i blef…), nigdy zaś nie można analizować czegoś. Natomiast poza pierwotnym swiftowskim pomysłem w mojej duszy było i jest „nic”, nic, które wymusza analityczność stylu (np. opis świtu, por. wyżej), który z kolei jest zabójczy dla rubasznej atmosfery typu Swift-Goya.

Toteż jedną z przyczyn analizy jest chęć zastąpienia nie-widzenia-niczego i wypełnienia próżni. Drugą przyczyną jest prawda, rzeczywistość.

Gdy tylko staję w obliczu obrazu lub sytuacji, z absurdalną niezbywalnością automatyzmu zastanawiam się, co w owym obrazie jest najprawdziwsze, co najbardziej rzeczywiste, w jakim stopniu wyraża on naturalną, życiową prawdę, co jest w nim zasadą i esencją. Co zresztą oznacza „Nagie ciało”? Czyje „nagie ciało”? Lekarza, kapłana, poety, kobiety? Wszystkich z nich po równo? ‒ i wówczas zjawia się cały molierowski fakultet i wszystkie realne miłosne nowele, by zakryć i otoczyć to ciało: wystarczy brak jednego elementu: czegokolwiek, co współtworzy „prawdę” i rzeczywistość tego ciała, by asymetrycznie zawisło ono w mojej duszy, a potem upadło, rozbiło się w własnej niedorzeczności.

Ciekawe, że są to właśnie dwa dominujące źródła analityczności stylu (oraz śmierci Goyi): absolutnie niewyraźny i niewidoczny byt pierwotnych konceptualnych przedmiotów i pojęcie przedmiotów jako absolutnego kompleksu „prawdy”. Co do tego ostatniego: przedmiotowi, majestatowi rzeczywistości należy się bezkresna pokora. „Nagie ciało” ‒ skoro nie da się go samowolnie i bezkarnie powołać na aktora swiftowskiej komedii, trzeba przeanalizować, czym takie nagie ciało jest w swojej istocie i ‒ w swojej naoczności! Gdy tylko pojawia się przede mną nagie ciało (jako przedmiot), od razu zapominam o literackim temacie i ze świętym zaślepieniem interesuję się już tylko pełną ciała, jego niezależną, samodzielną „prawdą” ‒ rzeczywistością! Jestem ogrodnikiem, którego już pierwszego dnia wyrzucono z Wersalu, bo choć podczas królewskiego levée zaprezentował on plany i rysunki najbardziej fantastycznych kwietnych piramid, zabrawszy się do pracy, by rwać prawdziwe kwiaty i budować z nich „zamki” własnej samowoli, nie jest w stanie ‒ wbrew temu, co przewidywały plany ‒ zerwać najmniejszego płatka niezapominajki: tak bardzo imponuje mu rzeczywisty kwiat.

tłum.: Filip Sikorski