Rozmowa

 

Pod brzozami zaznał odrobiny chłodu.

Nyska zatrzymała się przed otwartą, rdzewiejącą bramą, wśród tkwiących w piachu sosnowych szyszek. Skwar dokuczał jak dzień długi, pod rozpalonym dachem samochodu trudno było mimo opuszczonych szyb wytrzymać, a tymczasem mnóstwo było jeżdżenia po całej okolicy, załatwiania wszystkich formalności w dzień po zamknięciu festiwalu, spisywania i kompletowania raportu. No i na koniec ta sprawa tutaj, dobrze, że pod drzewami wiała nawet leciutka bryza, bo jednak trzeba było zapiąć mundur i poprawić krawat pod szyją zaraz przy wejściu na teren cmentarza. Nekropolia położona była na zboczu niewielkiego wzniesienia, w cieniu brzozowego zagajnika, wśród traw bujnych i soczystych z początkiem miesiąca sierpnia. Ścieżka prowadziła delikatnie pod górę. Groby były na ogół zadbane, ładne, głównie z marmuru. W powietrzu unosił się spokój. W pewnej chwili plecy pracownika administracyjnego idącego przodem zatrzymały się, a on sam obrócił się bokiem do podążającego w ślad za nim milicjanta, uniósł dłoń obciążoną pękiem kluczy i wskazał przed siebie. „O” wydobył z siebie jedną tylko głoskę. Chciał chyba jeszcze coś dodać, ale urwał pojmując, że widok, na który wskazuje jest dostatecznie wymowny. Kapitan zatrzymał się i spojrzał. Pierwszy z brzegu grób, od strony ścieżki, ukazywał swoje zmurszałe i ciemne wnętrze spod odsuniętej i częściowo połamanej płyty nagrobnej. Poza nią na wystrój nagrobka składał się jeszcze sporych rozmiarów kamienny dzbanek na kwiaty, obecnie pusty, obłożony mozaiką z czarnych i szarych, błyszczących kamyków, a także pionowa płyta z krzyżem, inskrypcją i zdjęciem. Koniarek machinalnie zapamiętał nazwisko. Spojrzał na stróża, a następnie postąpił bliżej. Na dnie grobu majaczyło wieko trumny. „Kobietę wyciągnęli” wyjaśnił kapitanowi jego przewodnik. W tym momencie podeszło dwóch mundurowych, którzy nieco dalej w górę ścieżki zajęci byli zabezpieczaniem śladów. „Koleiny prowadzą w stronę wyrwy w parkanie. Myślę, że nie będzie kłopotów z zebraniem materiału dowodowego” jeden z funkcjonariuszy, nazwiskiem Inżynier, zdjął czapkę i otarł pot z czoła. „Dobrze, kontynuujcie” odparł Koniarek. Nim odszedł spojrzał jeszcze raz w kierunku grobowca. „A jednak to świństwo, pomyślał. Zakłócać czyjeś miejsce ostatecznego spoczynku. Ten skrawek Ziemi gdzie człowiek kryje się sam z tą gorzką tajemnicą, każdy ze swoja własną, chociaż tą samą dla wszystkich”. Kapitan przesunął wzrokiem ponad linią nagrobków. W powietrzu szybowały zdaje się kawki, jedna z nich przysiadła nawet na moment na ramieniu sąsiedniego krzyża. „Niesmaczne. Grzebać komuś w najintymniejszym ze wszystkich momentów, kiedy spowity jedynie w lodowate przeciągi, płonie ze wstydu na myśl o wszystkich drobnych draństwach, których się za życia dopuszczał. Po to tylko żeby teraz tutaj…” Kapitan niemal uśmiechnął się z litością. Rzucił jeszcze raz okiem na napis na płycie. „Poza tym, żeby tak rozdzielać ludzi” dodał sam do siebie.

Za płotem cmentarza trop prowadził nadal ku górze. Była to słabo widoczna bruzda w podłożu, jaką pozostawili po sobie sprawcy ciągnąc po ziemi zrabowaną trumnę. Musiało ich być najwyżej trzech zauważył Inżynier. Nic dziwnego, pomyślał Koniarek. W takich przypadkach to najzupełniej zrozumiałe. Prowodyrów jest zawsze zaledwie kilku. Pozostali uczestnicy spektaklu stanowią masę, bez której udziału całe przedsięwzięcie nie miałoby sensu, ale przygotowaniem muszą się zająć osobiście przywódcy. To można wziąć niemal za pewnik. Ślady, które uda się zabezpieczyć na miejscu przestępstwa należeć będą do osób kierujących zajściem. Mógł na to postawić swoją służbową kaburę. Po przejściu kilkudziesięciu metrów milicjanci dotarli do niewielkiej polany usianej chudymi brzózkami. Mniej więcej pośrodku dostrzec można było jakiś ciemny kształt, przy którym kręciło się dwóch mężczyzn. W jednym z nich kapitan rozpoznał Filę, funkcjonariusza pozostawionego do zabezpieczenia, albo, mówiąc prościej, pilnowania miejsca. Niewiele miał do roboty. Drugi był laborantem. Niejaki Sówka. Kiedy zbliżyli się na odległość kilku kroków, ten ostatni porzucił swoje drobiazgowe zabiegi wokół trumny i podszedł do Koniarka. Wyjął papierosa i zapalił. Łódzkie, mimowolnie odnotował kapitan. Więc tak, zaczął laborant wypuszczając pierwszy kłąb szarego dymu. Przede wszystkim trumna, wykonał nieokreślony gest dłonią, w której tkwił papieros. Była otwierana, jednak same zwłoki są w komplecie. W szczególności, odkaszlnął, nie brakuje głowy - a w zasadzie czaszki. Zaciągnął się ponownie. To by jednak raczej znaczyło, że ta czaszka z koncertu… Tak wiem, wtrącił Koniarek, przywiózł ją w plecaku jakiś student medycyny z Wrocławia, już to ustaliliśmy. Świsnął podczas zajęć z magazynu. Aha, podjął laborant, to ciekawe. To byśmy tę kwestię mieli w zasadzie z głowy. Podrapał się za uchem. Jest jeszcze tylko pewien drobny szczegół. Pomyślałem, że to może cię zaciekawić. Głowa niby jest na swoim miejscu, na ramionach denata, tylko że leży… do góry nogami. Myślałem nawet, że ktoś mógł ją w takim razie podrzucić, jeśli by tamta…, no ale jak widzę ta wersja odpada. Tak czy owak zrobimy ekspertyzy w laboratorium skoro była odłączana. Tak, trzeba to będzie zrobić, mruknął Koniarek, mrużąc oczy w zamyśleniu. Co jeszcze, ciągnął Sówka. Na wieku trumny są liczne ślady, po co najmniej kilku substancjach. Wosk. Krew. Sierść. Jakieś wino. I właściwie to tyle. Jeżeli chodzi o teren, ogarnął ręką dookoła, na kilku drzewach są jakieś inskrypcje, to już chyba twoja robota. Kapitan skinął. Przyjrzał się z bliska trumnie i zwłokom, znajdującym się, trzeba było przyznać, w dość osobliwej sytuacji, następnie obszedł powoli teren zatrzymując się przy oznaczonych drzewach. Odwrócone krzyże, pentagramy. Greckie litery. A co z tym psem, zapytał. - Bezpański, kundel, raczej starawy. Zwłoki znaleźliśmy w pobliżu. Rzucili w krzaki. Rozcięta klatka piersiowa, wyjęte serce. Aaa…. czy ciało przekazać do badań specjalistycznych? Oficer machnął wymownie ręką: zakopać. - A serce? Też znaleźliśmy - Sówka, pochylony, grzebał w stojącej na ziemi torbie - Trochę się powalało… pokazać? - Laborant uniósł w ręku foliową torebkę z czymś ciemnym w środku. - Nie, nie trzeba, skrzywił się kapitan. Podczas gdy laborant powrócił do swoich czynności, a asystujący mu milicjanci zajęli się nieformalną rozmową, kapitan przechadzał się wokół polany klucząc w zamyśleniu za pierwszym rzędem drzew.

–Auu! A kuku! A Sza, a Sza, a Szata, a…. bęc! HAA! Hauuu!

Jak spod ziemi wyrosła i jęła tańczyć przed oczyma milicjanta postać jakiegoś bardzo szczególnego pomyleńca. Osobnik ten był żylasty, kościsty, raczej wysoki. Liczył sobie lat około sześćdziesięciu. Odziany był ekscentrycznie: buty myśliwskie z klamrą i cholewkami oraz zaprasowane w kant spodnie od ślubnego garnituru uzupełniał roboczy waciak z wojłoku w kolorze blado liliowym, narzucony na, ni mniej ni więcej, tylko wystający spod spodu dziwaczny, kanarkowy, jakby podwędzony z teatralnej garderoby surdut, w rodzaju tych, jakie zwykle krążą po scenach w trakcie oklepanych inscenizacji Gogola. Jak jegomość ten wytrzymywał w takim upale, trudno było odgadnąć. Jego głowę przykrywała PGR-owska czapka uszatka, podbita misiem. Nawisała ona nad czerstwą twarzą o skórze spękanej, oblanej wykwitami łuszczycy, zaciętej szczęce i zapadłych ustach otoczonych pionowymi zmarszczkami. W szczególny zaś sposób wyzierały spod wypukłego czoła trawione zimnym blaskiem, obłąkane oczy. Wariat gestykulował gwałtownie. –A Szaaaa!!! -No co to ci dziadku, szepnął do siebie Koniarek. –Auuuu! A kuku! Starzec gdakał radośnie, kicając pomiędzy drzewami. Kapitan patrzył za nim zatroskany. –Halo, ejże, panie stójkowy… cudak przerwał niespodziewanie swój taniec i wychylając się niemal filuternie zza brzózki kiwał na milicjanta konfidencjonalnie i zarazem nagląco. –Panie stójka! Czuje pan? Pan władza ma chyba dobry nosek, co? Nic nie czujemy? Wariat rozejrzał się konspiracyjnie. Smród Diabła, wyszeptał wyraźnie wymawiając słowa. Jeszcze się unosi. Smród, wypierdziany spod diablego ogona. - Na potwierdzenie pociągnął nosem, poruszał nozdrzami jakby dla oceny. Wykrzywił się. Starzec omiótł wzrokiem pobliską ściółkę. - Niech pan władza uważa, tu w trawie można wdepnąć w gówno z czarciej rzyci. Można się poparzyć, pokiwał głową poważnie. Trzeba było przyjść w nocy, rzucił porozumiewawczo. To ci dopiero było widowisko. Ja widziałem, panie. Ja, panie tam, o, tam, wśród wilczych jagód plackiem leżałem. A tam na środku, panie, huczało z tego patefonu, z tego magnatofona, dyszało panie… Koniarek pilnie nadstawił uszu. Osobnik, który tak niespodziewanie zakradł się do zagajnika, cierpiał bez wątpienia na któryś z nieskończenie wielu rodzajów obłędu, a co za tym idzie, było mało prawdopodobnym, aby jego obecne wynurzenia mogły nadać się w przyszłości, jako zeznania świadka, na materiał dowodowy w sprawie. Niemniej, z punktu widzenia milicyjnego śledztwa, to naoczne, choć mocno oryginalne świadectwo mogło okazać się nadzwyczaj pomocne dla ustalenia poglądów kapitana na przebieg wypadków i, dzięki temu, ułatwić mogło na dalszych etapach dochodzenia zgromadzenie „twardych” dowodów. Należało wyzyskać nadarzającą się sposobność, jako że współpracownicy znajdujący się na polanie mogli w każdej chwili spłoszyć furiata. –Widział pan Szatana? – Kogo? Osobnik zaczął się nerwowo śmiać. Kiego tam Szatana, panie. Ja Szatana widziałem, ale nie tutaj, panie. Ja jestem sprzed wojny, oho. A tutaj, panie, paru diabełków sobie, przepraszam, w swoim kółku pierdziało. No może ten główny, wysoki, co miał szerokie ramiona, kapłan. Tak – szaleniec popadł w krótką zadumę, mięśnie twarzy chodziły mu przy tym nerwowo, do tego wyginał dziwnie palce, jakby coś sobie obliczał. – Tak, kapłan to byłby już niezły diabeł, to już… to już jest, panie, ranga. Ten duży… miał coś w sobie… ale co tam - wariat znów wybałuszył oczy. Coś, panie, próbują, panie, chcą żeby ich Szatan wysłuchał, żeby zwrócił uwagę, a tymczasem nie mają głowy do interesów… Wie pan –zniżył głos- zło wcale nie tak łatwo jest czynić, wie pan, to trzeba z głową, trzeba z planem. Myślisz, panie, że Szatan, to kogo prędzej usłyszy? Takiego gnoja przebierańca, na łysej polance, czy może takiego kogoś, co siedzi na wielkim fotelu, panie, całym z ludzkiej skóry, w takim budynku z kolumnami, do którego wchodzi o mroźnym świcie, prosto z czarnego samochodu, po schodach, owinięty płaszczem z wielbłądziej wełny, wydychając parę, aż szadź osadza mu się na szkłach okularów - i teraz siedzi, za biurkiem, cały spowity dymem z cygara, a w ręku czarna, lakowana słuchawka telefonu… Pytam, panie, czy tych pajaców, czy może tego kogoś prędzej wysłucha diabeł, jak ten ktoś właśnie wykręca na gorącą linię prosto na szafkę nocną w sypialni u samego Szatana? Pomyleniec zachichotał. Tak, panie, trzeba mieć głowę do interesów. Jak działać, to na duża skalę. Z tego muszą być pieniążki. Ja panie jestem sprzed wojny. Coś o tym wiem. Pferdemann, panie. Ten to kochał pieniążki. Jak chodził, cały spocony w tym gumowym płaszczu z żelaznymi odznakami, przez wieś, panie, to od chaty do chaty, od chaty do chaty, żadnej nie przepuścił, mimo że taki spocony. I tak mu zależało, żeby tam jaki chłop czego przez pomyłkę dla siebie nie zachował, że nie tylko geld geld, ale się nawet „pieh-niohnce!” mówić nauczył. A jak, panie, ktoś nie miał pieniążków, to się Zehnmännerführer Pferdemann tak denerwował, że takiemu od razu osobiście, na miejscu, kulką w czoło „Bach!”. Człowiek jak kłoda w błoto, a on sapał i świstał, naprawdę rozdrażniony i klął „Schweine!”, łapał się za czapkę i raz po raz nerwowo spoglądał na zegarek. Pieniążki układał w takiej walizce z przegródkami, każdy banknocik według waluty i nominału. Inne kosztowności, zbierał do worka jego adiutant Küchta, Zweimännerführer. Ten to nawet szczęki kazał rozwierać i z latarką patrzył. A jak wypatrzył, panie, złotego zęba, to go od razu obcęgami „Haps!” i do worka. Taki był skrupulatny, panie. Co ranga, to ranga. - Pokiwał głową, jakby z szacunkiem dla samej funkcji jako takiej, niezależnie od jej miejsca w służbowej hierarchii. -Tak, panie, ja jestem sprzed wojny. Ja, panie, wózkiem węgiel zwoziłem. -Tu popatrzył na Koniarka przenikliwie, starając się ustalić, czy ten ostatni dostrzegł rewelacyjne znaczenia związane z tym odległym faktem. -Ale to nie wtedy uwidziałem Szatana. A nie, nie, panie. To było później. To później było… Wariat umilkł. Odchylił głowę, pociągnął kilka razy powietrze węsząc w skupieniu. Spojrzał porozumiewawczo na kapitana.

-Diabeł, panie, musi mieć w pobliżu pieniążki. Jak gdzieś nie ma pieniążków, tam żaden szanujący się diabeł nie pójdzie. Nie panie - pokręcił głową, jak gdyby, rozważywszy sprawę raz jeszcze, ponownie upewnił się o prawdziwości wzoru na pole trójkąta albo twierdzenia Archimedesa – w biedzie nie ma diabła, w biedzie to może być, panie, anioł z połamanymi skrzydłami, anioł z podbitym okiem, w błocie unurzany, ale upadły? O, nie. Moja, panie, matka na przykład. Głową w dół, do studni wleciała. Coś ją tam widać pociągnęło… Ona w stawie za chałupą dzieci topiła, moich braci i siostry, zaraz po porodzie. No bo tak. Ją ojciec bijał za ten brzuch, co jej rósł, mówił, że suka. A którejś wiosny, jedno z tych dzieci parobcy w piątek zamiast ryby na wędce wyciągnęli. Sam widziałem. Ja pytam panie: skąd ono się na tym haczyku wzięło? Ki czort? – Stary zawiesił głos dla efektu, łypnął na swojego rozmówcę szybko i jakby podchwytliwie – Bzdura – podjął z lekką nutą triumfu. – Ku ku ku. - Machnął pogardliwie ręką – przypadek. Zresztą, co to za znaczenie? Może nawet i czort, chochlik, wie pan, z tych najmniejszych, co często w bagnach mieszkają, w stawach, mają takie błony między palcami. - Ale to panie jak drobnoustroje są, nie o tym przecież panu mówię. Ja mówię o mojej matce i ojcu moim. On miał inną na oku, to znaczy przed ślubem, tylko że, CIP CIP CIP: ona z ewangielików była. Ksiądz nie chciał słyszeć. SZAAA! Rodzina tak samo. KU KU KU! Ojciec się niby uparł, ale dziewucha po ciemku pieszo, do rowu - BĘC!, wpadła, kark skręciła. TRRRACH! Do niego szła. A później i matka moja, też na kark. Ojciec miał potem, po wojnie, wyrok - za pobicie ORMO-wca. Jak umierał, ja mu w lewe oko patrzyłem – stary pokiwał głową. – Ot, jakbyś w głąb studni spoglądał. Ki tam diabeł. To, to jest panie jedynie ludzka nędza, upadek. Bezradność ludzka. Ludzie są jak cienie panie, sami robią takie rzeczy, że się już diabeł trudzić nie musi. O, on to ma głowę do interesów. W drobne nieszczęścia to on nie wchodzi. Szatan jest, panie, wielmoża, ho, ho. Ja przedwojenny jestem. Wszystkie numery z loterii znam. U nas nasz burmistrz z miasteczka ze Złym się układał. Miał takiego brytana u siebie w biurze, w kolczatce, zaraz przy biurku, na dywanie leżał. Jak się kto napraszał ze swoją biedą, zaraz go nogą tylko lekko trąca. Nic nie mówi, panie, życzliwie patrzy, wąs wykręca, niby to słucha, chciałby zaradzić. A ten brytan od razu wstaje, podchodzi, powoli, panie, niby wącha tylko, łeb zadziera, ino, że, panie coś mu tam w gardle cicho burczy, cicho, panie, ale jakby narasta. Człowiekowi jakoś tak słowa od razu w gardle więzną, a burmistrz coraz serdeczniej, zachęca, no dalej Macieju, śmiało, wyłóżcie swą sprawę, a pieskiem, mówi, się nie przejmujcie, on nic nie zrobi, bawić się, mówi, chce. Niewielu miał petentów. Za to interesiki burmistrz robił rozległe. Ot choćby to złotko – stary zachichotał – z funduszu obrony ojczyzny, te karabinki RKM. A działka do wyposażenia „Łosia”? Ho, ho. Diabeł lubi pieniążki… Pferdemanna ostatni raz widziałem we wsi w 45-ym, gdy w okolicznych lasach siedzieli już czerwoni. Chłopi gonili go z widłami po lodzie, ale co mieli go dopaść, to jakoś tak dziwnie się podrywał i zostawiał ich trochę w tyle. Wpadł w końcu do kościoła i skrył się gdzieś za ołtarzem, ciągle ze swoją walizką w dłoni. Po chwili wyleciał niespodziewanie przez zakrystię, a za nim, z bagnetami na sztorc gnało wściekle czterech brodatych kałmuków w szpiczastych czapkach. Zaraz potem kościół stanął w płomieniach. Jego nędznego końca, panie, widzieć nie mogłem, bo akurat w tamtej chwili na placu wokół kościoła zaroiło się od czerwonych, rozległy się wrzaski, ciężarówki robiły żuuum, żuuuuuum, powstał kompletny zamęt.
Kapitan przekonał się, że opowieść pomyleńca nie przyda się dla celów śledztwa, mimo wszystko jednak uznał ją za pouczającą. –A Szatana kiedy pan widział?- Spróbował jeszcze raz, wiedziony ciekawością.

Dziwak zapiszczał nerwowo. Pociągnął Koniarka za drzewo, złapał go za połę munduru, rozejrzał się dookoła, pociągnął nosem. Nagle spojrzał przebiegle z bliska w oczy milicjanta i wyszczerzył się cynicznie, niemal lubieżnie. – Uhu hu huuuuu! Panie stójka! Sza sza? Hu hu… - Nagle spoważniał. - Uwidziałem go. Uwidziałem. Ja mam rozeznanie. I nos mam – dotknął go palcem wskazującym - i uszy. Ja byłem u nich. Tak, panie, tam. – Wskazał za siebie kciukiem. - Stary już, a pojechałem - szwagier zaprosił. Młody człowiek. Mówi zobacz jak naprawdę się żyje, nie to, co u was, mówi, w Pegeerze. Mieszka w mieście Fressen. Tuż obok Spaarkasse. Jednego dnia, idę, a tam kobieta kapustę niesie. No to już wiedziałem, co z tego będzie. Zaraz za rogiem zbiegowisko, pochód panie, flagi czerwone, z zębatymi kołami i różnymi napisami, V, V i W i V. Szwagier mówi, że to Demonstration, że Sozialrecht nie takie jak trzeba. Że to jest ein Protest, że związki zawodowe. Flagami powiewają. Brzęczy jakiś głośnik. A tu nagle panie, zakotłowało się, tłum się rozstępuje i wyjeżdża, jakby z podziemi, czarna limuzyna - zaciemniane szyby i wszystko. Wysiada ze środka taki tęgi gość - nalany, niemłody już, siwy, spocony, panie, jak koń, na brzuchu marynarkę dopina. Jakiś znajomy mi się wydał, od pierwszego spojrzenia. Włazi na mównicę, dwóch takich skośnych zapaśników mu przy tym pomagało. Staje, rozgląda się, a mnie nagle zmroziło, panie, chociaż ciepły dzień był. Patrzę i aż szczękam zębami. Wokół jak makiem zasiał. Przywódca związkowy, wichtiger Mann, szepcą. A ja swoje widzę: Twarz jak Pferdemann, postura jak Pferdemann, wzrok jak Pferdemann. Głos jak Pferdemann. Ale to nie Pferdemann, panie. To Zły sam był - we własnej osobie, tylko pod tamtego wyglądem schowany. Ja mam rozeznanie. Węgiel i siarkę taczkami woziłem. Ja z przed wojny… Zły przemawia do mikrofonu, oczami toczy. Pięść wznosi. Ci z flagami, w czerwonych kombinezonach, klaszczą. Tamten prawie skończył, jeszcze tylko głos zawiesił, spojrzał w niebo, jakby coś w nim wyczytał. W końcu: „Gesellschaft, Gemeinschaft, Gewerkschaft” westchnął. Wzruszony był. Potem poszedł. Jak wsiadał do samochodu to mu gdzieś z boku walizeczkę z ludzkiej skóry podali. Wziął. Jakiegoś młokosa po policzku poklepał. Ja się z zimna trząsłem. A wie pan dlaczego?... Bo nie miałem surduta. Tyle zrozumiałem. W surducie, panie, ze złotymi guzami, nawet diabeł nie straszny. Jak On widzi surdut, taki co ma duże kieszenie i mocne guziki, to On od razu głową kiwa z uznaniem. „Interesy” myśli. W surducie cieplutko panie. W surducie nie zmarzniesz.

Stary nacisnął czapkę głębiej na uszy, przyłożył rękę do oczu, popatrzył w niebo. Jakiś ptaszek przeskoczył z jednego wierzchołka drzewa na drugi. - Pieniążki są bardzo blisko, panie, bliziuteńko. Tuż tuż. Całkiem miłe sporo pieniążków. Ruchome, złote piaseczki. Wędrujące wydmy. Wiatr z zachodu powieje i już tu są. Wiem, co mówię. Ja podróżuje panie. Rozeznanie mam. Coś niecoś widziałem, choćby i w mieście Szczeciu, koło portu. Paru takich w ciemnych płaszczach tam się kręci, czejndż many, oho. –Puścił do milicjanta oczko. –A tam składziki celne, towary zagraniczne, w kolorowych pudełkach, papierosy ładne, aromatyczne, butelki z Łiski, zegarki ze stopem i alarmem. O, to się rozejdzie - dyskretnie, a do kieszeni? Jak pan uważa - co? Szatan już kalkuluje, ooooooo! - Splunął. -Ja przedwojenny jestem, ja i ten milionik ton siarki pamiętam, co do Gdyni nie dojechał i inne takie... Szatan jest, panie, biznesmen pełną gębą, ha!

Dziadek spojrzał nagle całkiem po wariacku, wykrzywił się wulgarnie, zacharczał i wybiegł spomiędzy drzew na środek polany. Koniarek widział plecy odzianego w surdut i waciak nieszczęśliwca, gdy ten, z prowokującym wrzaskiem na ustach, skierował się wprost na zaskoczonych szeregowców. –CZEJNDŻ MANY! hi, hi, hi, CZEJNDŻ MANY! krzyczał. Brzmiało to bardziej jak polecenie, niż handlowa oferta. A Szaaa! A SZAAAAA!! Stary strącił czapkę z głowy Inżyniera i puścił się w czardasza wokół prowizorycznego katafalku. Po chwili, wśród szamotania i kopniaków wymierzonych w niebo piętami, został pochwycony i sprowadzony do parteru. Funkcjonariusz Fila nie omieszkał przy tym błyskawicznie dobyć zza pasa służbowej, gumianej pałki, którą zaczął gorliwie okładać wariata gdzie popadło, zanim interwencja nadbiegającego oficera nie powstrzymała tego histerycznego napadu agresji.  

 

Zakład Utylizacji Zwłok, przemknął mu przed oczami napis, ręcznie wykonany na planszy z dykty, wieńczącej jakieś szpetne zabudowania. Na prostokąt szyby nasuwała się z boku płachta spłowiałej, żółtej firanki w brązowy deseń, na który składały się literki „PTSz”. Państwowy Transport Szynowy. Pociągiem bliżej głosił zatarty slogan widoczny nad wejściem do przedziału, obok rysunku przedstawiającego spalinową lokomotywę, wypuszczającą pióropusz dymu. Na przeciwległą ścianę, tuż obok pękniętego lustra, uparcie wspinał się, budzący respekt swoimi rozmiarami, atramentowo-czarny karaluch. Owad zastrzygł w kierunku milicjanta swym długim niczym palec wskazujący wąsem.

Kapitan ponownie pochylił się nad leżącym na jego kolanach raportem.  

Ponieważ zawsze od razu precyzyjnie przyswajał sobie wszelkie niezbędne informacje zebrane i przekazane mu przez jego współpracowników, obecnie kartkował dokument raz jeszcze jedynie ze względu na przyjętą przez siebie w tej kwestii żelazną zasadę. A więc tak jak można się było spodziewać.

„W dniu 31 lipca 1986 r., w godzinach wieczorno-nocnych grupa ok. 20 osób w wieku od 17 do 36 lat, należących do ugrupowania wyznawców Szatana (tzw. Szatanistów) dokonała włamania na teren miejscowego cmentarza rzymsko-katolickiego, gdzie posługując się prymitywnymi narzędziami typu łom spowodowała otwarcie jednego z grobowców znajdujących się w obrębie cmentarza. W następstwie tej czynności sprawcy wydobyli z wnętrza trumnę ze zwłokami należącymi do osoby zmarłej Czesławy G. (tożsamość ustalona w toku późniejszej analizy laboratoryjnej) i przetransportowali ją na pobliską polanę. Sprawcy posłużyli się wyżej wymienioną trumną jako „ołtarzem” podczas przeprowadzonej ceremonii tzw. „czarnej mszy”, rytuału, którego przebieg i symbolika, jakkolwiek nie jest ona dotychczas w pełni rozpoznana, opisana została w materiale poglądowym, stanowiącym załącznik Nr 1 do niniejszego raportu. W przebiegu zdarzenia użyto także stuły, kielicha tzw. mszalnego oraz krucyfiksu (krzyża z doczepioną figurą Jezusa Chrystusa) skradzionych dzień wcześniej z kościoła w miejscowości Zombierzyce, leżącej na terenie sąsiadującej gminy. Jak ustalono w sposób operacyjny, trumnę otwarto, dokonując zbezczeszczenia znajdujących się wewnątrz zwłok, m.in. poprzez wielokrotną manipulację czaszką denata, jak również wprowadzanie jej w bezpośredni kontakt (na zasadzie polewania) z krwią psa, rytualnie uśmierconego i użytego następnie do przeprowadzenia opisywanego ekscesu. Źródło pochodzenia psa nie zostało ustalone (bezpański). Ww. ceremoniał po około 1 godzinie został zakończony, a jego sprawcy rozeszli się w kierunku obiektów festiwalowych, gdzie wmieszali się w tłum fanów powracających do miejsc zakwaterowania (pole biwakowe) po finałowym koncercie, zamykającym tegoroczny festiwal muzyki młodzieżowej. Na miejscu przestępstwa nie stwierdzono prób zacierania przez sprawców śladów dokonanych czynów o charakterze kryminalno-karalnym”.

Koniarek przekartkował załącznik poglądowy dotyczący charakteru i przebiegu czarnej mszy. Pokręcił głową na znak dezaprobaty. Materiał zawierał garść ogólnikowych i nieścisłych informacji - głównie domysłów i chaotycznych prób interpretacji, bez pogłębionej analizy przedmiotu. Terminologia, jaką posłużono się w opracowaniu budziła poważne wątpliwości, co zbytnio nie dziwiło zważywszy, że jego autor w licznych punktach nie radził sobie również ze słownictwem związanym z liturgią rzymsko-katolicką. Załącznik Nr 2 zawierał wyniki analiz laboratoryjnych zabezpieczonych śladów. Załącznik Nr 3 stanowiła mapka. 

Oczywiście nazwiska sprawców zbezczeszczenia zwłok oraz miejsca ostatniego spoczynku udało się bardzo szybko ustalić. Z dowodami także nie napotkano żadnych trudności. Sprawa właściwie na tym by się skończyła i dalszy udział kapitana Koniarka w dochodzeniu byłby najprawdopodobniej zbędny, gdyby nie alarmujące wyniki ekspertyzy laboratoryjnej. Czaszka znaleziona w trumnie, owa czaszka akrobatka, nie wykazywała mianowicie „podobieństwa cech morfologicznych w stosunku do zwłok zlokalizowanych w jej bezpośrednim sąsiedztwie w obrębie pudła trumiennego” –ależ się napocili, żeby to z siebie wydusić… Mówiąc krótko czaszka od zupełnie innego kościotrupa. Koniarek przygładził wąsy. Pierwszą myślą było oczywiście ustalić miejsce, z którego pochodziły podrzucone szczątki. Zgodnie z ekspertyzą chodziło o czaszkę osoby młodej, najwyżej 20 letniej. Do tego zmarłej zupełnie niedawno. To znacznie zawężało pole poszukiwań. Jednak pojawił się problem. Okazało się, że w całym województwie nie natrafiono na żaden zdewastowany grobowiec, który należałby do zmarłego w podanym wieku. Z drugiej strony, trzeba to było podkreślić, można było wykraść z grobu czaszkę, nie rozwalając wszystkiego dookoła. Zwłaszcza, jeżeli ktoś postanowił uczynić to dla samego chuligańskiego wybryku. Poza tym, istniały przecież groby ziemne, przez nikogo nieodwiedzane i niedoglądane, które czas i nielitościwe deszcze zacierały już po paru sezonach. Dalej przydrożne kapliczki, nagrobki rozrzucone tu i tam, nierzadko poza murami oficjalnych miejsc pochówku. No, może akurat w przypadku niedawno zmarłego to mało prawdopodobne, ale z drugiej strony… wszystkiego się można spodziewać. Do tego dochodziły jeszcze kostnice, prosektoria, laboratoria anatomiczne, krematoria, może nawet szpitale. Tak jak było z tą głową z Wrocławia. A uczestnicy festiwalu zjechali się z całego kraju, jak długi i szeroki. I bądź tu mądry. Tak więc jest, cholera, kłopot. Bo czaszka to wprawdzie nie całe ciało, ale jednak potencjalnie dowód zbrodni. A nawet ewentualne ustalenie tożsamości głowy, co wydaje się od biedy możliwe jedynie gdyby w grę wchodził ktoś zgłoszony jako zaginiony, nie wyjaśnia okoliczności zgonu - zwłaszcza czy nie dopomógł w tym także ktoś trzeci. Oczywiście próbowano wybadać tego „przeora” – Janusza. Ponoć bardzo trudna sztuka, szczwany, przebiegły, bardzo inteligentny. Trudno go podejść i jeszcze trudniej zastraszyć. Hm, kapitan uniósł wzrok z nad poznaczonego korektorem maszynopisu. Za oknem przemknęło jeden po drugim sześć biało czerwonych kominów, sięgających stalowego nieba. Pylice, przemknęła kapitanowi przez myśl nazwa gigantycznej elektrociepłowni, górującej nad jałową równiną ciągnącą się wzdłuż dolnego biegu granicznej rzeki Lub, pracowicie niosącej balast oleju do ponurej Zatoki Trawlerów. Elektrownia była dumą całego lewego górnego sektora kraju. W ogromnym, pilnie strzeżonym zakładzie znajdowały się rozmaite, owiane grozą instalacje, z których z całą pewnością przynajmniej niektóre nie służyły zaspokajaniu potrzeb grzewczych okolicznych mieszkańców. Całość wywierała bardzo ponure wrażenie, nawet na przypadkowych podróżnych, którym nie było nic wiadomo choćby tylko o conocnych kursach pancernych, towarowych pociągów, o określonych godzinach opuszczających wśród cierpliwego dudnienia i zgrzytów teren zakładu. Grozy obrazu dopełniał właśnie widok sześciu słynnych kominów, podobno najwyższych na kontynencie, wypuszczających swoje trujące tchnienie na zawrotnej wysokości, gdzie obojętne wiatry niosły je w skłębionych tumanach wciąż ku zachodowi ponad pochylonymi nisko głowami ludzkich milionów. Obecnie aktywne były kominy drugi, trzeci i piąty. Milicjant wzdrygnął się. Zupełnie nie wiedzieć dlaczego, przez ułamek sekundy przez umysł jego przemknął obraz matki w chuście na głowie, wracającej ze sklepu z torbą pełną ziemniaków, niespokojnie patrzącej na obcego mężczyznę w skórzanej kurtce stojącego w bramie. Potem pomyślał o nieformalnym kręgu, który w tej nadmorsko przemysłowej scenerii dopuszczał się niebezpiecznych bezeceństw, głównie po to, jak się zdawało, by móc się obnosić z gotycką aurą i określać owianym tajemnicą mianem Satanistów. Przez moment próbował sobie wyobrazić postać tego „przeora”. Przedział rozświetliło raz, potem drugi i następny światło rozpoczynającej swój mozolny rozruch zawieszonej pod sufitem jarzeniówki. W szybie pojawiało się naprzemian odbite wnętrze przedziału ze wpatrzoną w okno, zamyśloną i niewyraźną twarzą trzydziestoletniego mężczyzny w mundurze oraz tonąca w zapadającym zmroku równina, oznaczona, w pobliżu każdego mijanego silosu ze zbożem albo mostka nad jakimś kanałkiem, widocznymi w świetle przejeżdżającego pociągu znakami ZAKAZ FOTOGRAFOWANIA.

 

Na dworcu w Szczeciu, oczekiwała na niego Nyska, którą udał się do komendy. Szoferowi dopiero co urodziła się córka. Koniarek gratulował.

Na miejscu zaproponowano mu herbatę, ale odmówił, chcąc niezwłocznie przystąpić do przesłuchiwania inkryminowanego delikwenta. Na jego życzenie przesłuchanie miało mieć miejsce w celi aresztanta, a nie w pokoju przesłuchań. „By tak rzec, niedźwiedzia najlepiej poznasz w jego gawrze. Śledczy musi mieć coś z przyrodnika. Pokoje do przesłuchań. Jasne. - Dużo miejsca, ostre światło, można gościa zajść od tyłu i tak dalej. Brudne metody. Tymczasem, człowiek zupełnie inaczej mówi w miejscu, w którym się ze dwie noce przespał i to najlepiej ciepło i wygodnie. Udomowił otoczenie. Chciał nie chciał wyrastają mu od tego jak gdyby umysłowe bambosze. Robi się miękki i bezwolny. A i dyskretny półmrok pozwala lepiej słyszeć. Delikwent czuje się pewnie, bo nie widzisz dokładnie jego oczu i grymasów, a tymczasem uchem łowisz każdy ruch umysłu, gdy on z uporem buduje swoje kłamstwo”.

Na korytarzu, w drodze do celi minął jakąś emerytkę w jesionce. Kobieta posłała w jego kierunku ukradkowe spojrzenie, pełne wstydu, przestrachu i jakiejś okrutnej desperacji, jak u kogoś, kto nie może porzucić bezpowrotnie straconej nadziei. Koniarek pogładził mimowolnie wąs. Matka, odnotował.

Skręcili za róg. Idący z nim milicjant przystanął obok metalowych drzwi, pokrytych grubą warstwą żółtej farby olejnej. Rzucił szybkie spojrzenie przez wizjer. Odwrócił się do kapitana, stuknął obcasami, w milczeniu zarzucił głową w bok, wskazując na drzwi. Kapitan uniósł lekko brodę. Szeregowy odryglował. Drzwi zaskowyczały przeciągle. Kapitan wszedł.

Poczuł stęchły zapach celi. Męski pot, grzyb na ścianie i tak dalej. Janusz siedział w głębi, poniżej okienka, na zydlu. Rozległ się pomruk, który po chwili przeszedł w zdławiony chichot.

-Proszę, proszę! A to poczciwinkę mi tu przysłali!

-A, no widzi pan, inni by się do tego na pewno lepiej nadali, a tak na mnie padło i jakoś to tak już…

Koniarek podsunął sobie krzesło. Z półmroku powoli zaczęła wyłaniać się masywna, zwalista postać o szerokich barach, okrytych peleryną długich, połyskujących włosów. Janusz nalewał sobie kompot z termosu, przeżuwał wałówkę, której składniki leżały przed nim na brzegu pryczy, częściowo odwinięte z papieru śniadaniowego. Podczas gdy jego żuchwa chodziła tam i sam, przyglądał się rozbawionym wzrokiem swojemu gościowi.

-Może się pan władza poczęstuje? Prawdziwa kiełbaska jałowcowa, naprawdę rzadkość. No śmiało…

-No, może tego. Dziękuję, dziękuję, tak. Rzeczywiście smakowita. Domowa?

-Oho. Mamusia przyniosła, starowinka. Straszny cios ją spotkał. Słyszał pan? Syn jest przestępcą, do tego oskarżony o pakt z Dyjabłem. Może spalą na stosie, publicznie? A to by wstyd był, nieprawdaż? A może po prostu ksiądz, w kościele przy wszystkich na mszy mówił. No, to już można się pod ziemię zapaść, gdyby nie to, że tamtędy nam nie po drodze w nasze chmurki…

-Mama pana wierząca?

-Kłapie kobiecina co niedziela swoje bzdurki.

-Uważa pan, że źle robi?

-Dlaczego? Każdy potrzebuje jakiegoś teatrzyku… Wiadomo, świece, ornaty, piękna rzecz.

-Hm, no tak. Ale pana zdaniem wiara… nie na tym polega?

-A skąd ja mam wiedzieć? Może właśnie na tym? Jacy wierni taka wiara…

Koniarek poruszył niedostrzegalnie uchem, którą to rzadką zdolność wykorzystywał bezwiednie jedynie w chwilach wyjątkowego zaciekawienia. Chwilowo postanowił nie drążyć tej kwestii.

-Pan wie, w jakiej sprawie pana zatrzymano.

-Wiem tylko o jednej historyjce, która by mogła... Już mnie w tej sprawie wypytywano. Ale jakby pan władza był tak miły i mnie troszkę oświecił…?

Koniarek westchnął.

-Najsamprzód proszę pana, chodzi o oczywiście o Głodów. Ale nie tylko. Jest jeszcze coś.

Janusz był nad wyraz zaprzątnięty zeskubywaniem skorupki z wyjętego z paczki jajka na twardo.

-O, to ciekawe…? – rzucił obojętnym tonem, nie odrywając oczu od trzymanego w palcach jaja.

-Ciekawe, prawda? - Koniarek uniósł się na stołku. – Czy mogę jeszcze odrobinę kiełbaski? Bardzo mi posmakowała…, dziękuję, troszkę pana objadam… - Wie pan,– Koniarek żuł kiełbasę, posapując z zadowolenia – okazało się – podjął po dłuższej chwili- że głowa, którą znaleziono w trumnie – oblizał metodycznie kciuk i palec wskazujący, w których trzymał kiełbasę - jest nie od tych zwłok – zakończył bezradnie.

-Niemożliwe! Przecież sam ją trzymałem… - w głosie Janusza dało się słyszeć jakby rozluźnienie po poprzedzającym je stanie napięcia – Skąd się tam w takim razie wzięła?

-Sądziłem, że pan mi pomoże odpowiedzieć na to pytanie. Otworzyliście trumnę… chyba pan nie zaprzecza?

Janusz pochylił się, rozłożył szeroko dłonie. - Stało się - pokiwał głową.

-A, więc otworzyliście trumnę, pożonglowaliście znajdującą się wewnątrz czaszką i hokus-pokus? Nagle się podmieniły?

-Dlaczego od razu podmieniły? A może tam już wcześniej była nie ta czaszka - taki cmentarny bubel?

-To raczej dałoby się wykluczyć. Rodzina, świadkowie pogrzebu, stan grobowca przed waszymi „odwiedzinami”.

-Dobrze- uniósł głowę- widzę, że przed panem władzą nic się nie ukryje… - aresztant uśmiechnął się szeroko.- Główkę przywiozłem ze sobą. Kolega na poligonie wykopał, jak szukał niewypałów. Kolekcjoner. Idiota, nawiasem mówiąc. Pewnie poniemiecka… Poważnie? Niedawno zmarły? To da się to tak zbadać? Więc jakiś nieszczęsny poborowy? Pan władza nie ma pojęcia, co się podczas tych ćwiczeń wyprawia… Smalczyku?

-Bardzo chętnie. I mówi pan, że sobie tak w ziemi sama czaszka leżała?

-Wie pan, nie pytałem. Zresztą kto wie, pan rozumie, jak takiego rekruta jakoś wyjątkowo paskudnie rozerwało… Nawet rogatywkę mogło przecież zdmuchnąć, w nieznanym kierunku… A tak, w ogóle – Janusz ściszył głos, rozejrzał się jakby odruchowo i lekko pochylił w kierunku przesłuchującego go oficera – jeśli tam była jakaś wpadka, no wie pan, błąd ludzki, albo jeszcze gorzej: kompromitacja sprzętu państwowej produkcji… W końcu armia odpowiada za ludzi, których ma, że tak powiem, na stanie… Więc gdyby coś nie tak – Janusz zatrzepotał prawą powieką – mogli wpaść w panikę i… główkę tam, nogę gdzie indziej, a oficjalnie mówi się o samobójstwie albo ucieczce i tragedii przy próbie ujęcia przez ŻW.

 

Kapitan uśmiechnął się. –Rozumiem, że kolega jest teraz za granicą?

-Eee, nie sądzę… Ale pan władza rozumie, on tam, na tym poligonie, dłubał nie do końca ten… więc jednak wiąże mnie jakaś lojalność. Ja wiem, że dla mnie to może niekorzystne… Prawda, mówiłem, idiota - idiota, ale jednak kolega. Z dawnych lat. Razem żeśmy z procy, że tak powiem, niejednemu ptaku oczko ustrzelili…

Koniarek słuchał nie bez przyjemności, jak zawsze wtedy, gdy podejrzany dawał dowód dużej inteligencji, zręcznie zacierając ślady. Im zręczniej tym bardziej podejrzany, nawiasem mówiąc…

-No dobrze. A co z tamtą pierwszą głową, tą z grobowca? 

-No właśnie-? Bo my zostawiliśmy dwie. Słowo. Mówi pan, że tej drugiej nie było? Może pies zwędził?

-Piesek. Na pewno. A… po co dwie czaszki w jednej trumnie, jeżeli wolno wiedzieć?

-Wie pan, zaskoczono nas, musieliśmy zwiewać, troszkę spanikowaliśmy… przyznaję…

-Aha. Więc zamierzaliście zostawić tylko jedną? Akurat tą, której teraz, za sprawą pieska brakuje? A drugą przynieśliście jej dla towarzystwa?

-O! Jest i makrelka wędzona! rozpromienił się znienacka Janusz. Mama pamiętała, że jej kocurek lubi ryby! – Jaka dorodna - cmoknął z uznaniem – no, może faktycznie z tą paniką troszkę przesadziłem. Cóż. Poddaję się, muszę wszystko wyśpiewać: My chcieliśmy sobie zakpić. Z religijnego dogmatu. Pokrzyżować szyki opatrzności. Bo tak: leży sobie nieboszczyk w poświęconej ziemi, w spokoju oczekuje końcowego gwizdka Sędziego, a tu nagle pojawia się nieczysta siła i dodają mu jedną głowę. Co dwie głowy to nie jedna, jak mawiają, ale w tym wypadku właśnie idzie o to, żeby nie być za sprytnym. Tu, w dniu sądu trzeba być prościutkim i jednoznacznym, nagutkim i bez niedomówień. Zresztą, może i tak „wszystko zmartwychwstanie”? Jest taka koncepcja. „Wszystko” to brzmi bardzo wzniośle. Tylko, że to w istocie oznacza „każdy”, a jak dodać np. zwierzątka - pan rozumie? z tym psem to też chcieliśmy przetestować – można powiedzieć „każda żywa istota”. No i właśnie jest takie kłopotliwe pytanie, to znaczy, gdzie się coś zaczyna i kończy, pan rozumie. Bo albo tu działa jakiś naprawdę Wielki Komputer, który za naciśnięciem „enter” i przy dźwięku trąbki od razu poskłada wszystko do kupy, w jeden mig, jakby miał wszystko od zawsze obliczone; wszystkie te kostki od razu pokwapią się same na swoje miejsca i tak dalej - a wtedy cały nasz psikus, choć rzekomo karygodny, okaże się tak całkowicie bez znaczenia, że nawet nie warto o nim wspominać; albo może jednak oprócz dobrych chęci pana programisty, działa tu jeszcze jakaś niesforna siła, która każe rzeczom samorzutnie mieszać się ze sobą, dzielić i wędrować po świecie we wszelkich możliwych postaciach, a wtedy mogłoby się okazać, że przy najlepszych chęciach i wysiłkach nie wyjdzie z tego na końcu Adam i Ewa tylko Ada i mewa, a przypuszczalnie jeszcze coś o wiele bardziej skomplikowanego - i wówczas nasz żart okaże się absolutnie niewinny, mimo że to właśnie w tym wypadku jego efekty nie zostaną cierpliwie zniweczone, jak klocki pozbierane z podłogi i poukładane w pudle przez pedantycznego rodzica, a przeciwnie, wywrą nieskończenie znikomy, ale jednak konkretny wpływ na cały dalszy bieg rzeczywistości. Nasz dwugłowiec będzie się więc przechadzał w świetle dziennym po Ogrodzie Rozkoszy na takich samych prawach jak np. postaci herosów z totalitarnych portali. Potem oczywiście uparty programista podejmie kolejną próbę i cała szampańska zabawa, jak w kalejdoskopie, będzie się ciągle zaczynać od nowa… Tak więc, te dwie główki na jednym karku to miała być, słowem, taka -łamigłówka. Pytanie postawione znalazcom. A teraz zdaje się, ten cerberek bezpański już zupełnie wszystko namotał…

Ucho kapitana Koniarka drżało jak igła kompasu.

-No, to teraz pan mi trochę wyjaśnił. – Odezwał się po dłuższej chwili. Pokiwał kilka razy głową, jakby układał sobie zasłyszane informacje i upewniał się, że do siebie pasują. – Zastanawia mnie tylko, pan wybaczy, bo to może nie jest pytanie ściśle należące do śledztwa, po co w takim razie ta cała oprawa, ten „satanizm” i tak dalej? Przecież to dało się zrobić bez świadków…

Janusz nadgryzł okazałego ogórka konserwowego i przewrócił chytrze oczyma.

Zdusił w zalążku atak błazeńskiego chichotu. –Już mówiłem -każdy potrzebuje jakiegoś teatrzyku… Pan nie lubi się czasem powygłupiać? – rozłożył ręce, sugerując zakłopotanie.

-O. Teatrzyk. A więc jednak chodzi o potrzebę duchową?

-Może raczej o słabostkę…

-A. Więc po prostu nie mógł się pan oprzeć, żeby nie przeprowadzić całej hecy na oczach dwudziestu ludzi. Pieska pan oprawił osobiście?

Janusz podrapał się po karku. – jakby to powiedzieć? Osobiście i bezosobiście. Jako przeor wykonałem rytualne cięcie. Potem odstawiłem całą resztę…

-Piesek piszczał?

-Cichutko. Patrzyłem mu w ślepia. Zaufał mi.

 

Koniarek zasępił się. Sprawa zaczynała wyglądać niestety bardzo poważnie, tak jak się tego obawiał.

-No, to by chyba było tyle, westchnął kapitan prostując się na stołku, w każdym razie od strony służbowej, kryminalnej, to pana zeznania już są… ale, no, muszę powiedzieć, że bardzo się zaciekawiłem, tym, wie pan, Satanizmem i tak dalej. Sam się pan z tego przecież, jak widzę, naśmiewa, właściwie drwi - chyba mogę tak powiedzieć? No bo, jeżeli chodziło panu głównie o metafizyczny psikus z tymi głowami, a reszta, jak rozumiem, była po to, żeby się ponaigrywać kątem oka z tych długowłosych małolatów, odurzonych atmosferą grozy i święcie przekonanych o filozoficznej głębi tych waszych rytuałów, innymi słowy zupełnie nie jarzących, że to jaja - to znaczy, że nie traktuje pan tego zbyt poważnie… Chcę powiedzieć, nie będzie się pan chyba zarzekał i udawał, że obowiązuje pana w odniesieniu do tej satanistycznej szopy jakaś przysięga dochowania tajemnicy, jakieś wieczyste ślubowanie na łeb kozła albo coś w tym guście?

Janusz wyszczerzył radośnie zęby, popatrzył na milicjanta z uznaniem, poczym wywrócił oczami, jakby w tiku, strzelając gdzieś pod sufit krótkim spojrzeniem aligatora, przyglądającego się bydełku maszerującemu w znojny dzień do wodopoju. Milcząc przybrał bezczelną i oczekująca pozę.

Jesteśmy chełpliwi, no proszę, pomyślał Koniarek.

-Chodzi mi o wiarę i liturgię. O tej pierwszej coś nieco słyszałem, ale że tak powiem z piątej ręki, więc to są w sumie dosyć sprzeczne hasła … Natomiast co do liturgii - tu już dysponuję garścią faktów… Intryguje mnie na przykład, że ten, hm, obrządek, nawiązuje mniej lub bardziej wyraźnie do form spotykanych w kościele, katolickim. No weźmy pana rolę – przeor, stuła, podobno oryginalna? Ano właśnie…

-Już mówiłem. Kościół wypracował naprawdę fajne rytuały, garściami z tego można czerpać. Na przykład to picie krwi przez kapłana, po przemienieniu. Naprawdę bomba. Tylko coś niecoś zmodyfikować musieliśmy. No bo jednak są między nami różnice - doktrynalne, chyba nie muszę przekonywać? Etyka, jaką kościół głosi, jakkolwiek kompletnie fałszywa i nienadająca się w ogóle do konsekwentnego stosowania, nieprzerwanie dominuje, przynajmniej jako zbiór przesądów, i dlatego, siłą rzeczy, musi pozostawać punktem odniesienia. A że pewne tezy trzeba było tu odwrócić, najlepiej zasygnalizować to na przykładzie kościelnej symboliki.

-No ale skoro to są tylko gesty?

-Ich wartości też nie można lekceważyć, jeśli stoi za nimi jakaś treść. Wie pan. Każda nowa kultura wytwarza właściwe sobie formy… Oj, pan władza drwiąco się uśmiecha. Pan uważa, że zarżnięcie psa na wykopanej z grobu trumnie mówi samo za siebie, jeśli chodzi o poziom tej kultury? No, nie, nie tak pochopnie. Po pierwsze symbole mają w pewnej mierze wartość absolutną, oderwaną, pan władza nadąża? Po drugie skąd pan wie, jak to w ogóle wyglądało? Nie było pana przy tym, a szkoda. Mogłoby się spodobać. Poważnie. Ja naprawdę bardzo pięknie wszystko odprawiłem. Z wielką dbałością. Osobiście uważam, że coś zaiskrzyło, udało się zbudować atmosferę. Chłopcom oczy się świeciły, kilku nawet wystąpił rumieniec. Słowo daję – Janusz znów uśmiechnął się niby to rozbrajająco. – Zresztą i ja w sumie uważam, że rozpruwanie psów to trochę chała, ale co robić?

-Oho. A wasze tezy?

-Wie pan, chrześcijańska koncepcja dobra tak idiotycznie jest skonstruowana, że wychodzi na to, że światem kręci zło, z której strony by nie spojrzeć. No, więc oto i pierwsza myśl, naprawdę prosta: to coś, co światem rządzi, trzeba czcić w miejsce Boga.

-To ciekawe, pogładził wąsy Koniarek, ale jeśli dobro, Bóg, czy jak to zwał, jest jedynie niefortunną konstrukcją - to by jednak znaczyło, że może i światem rządzi coś zupełnie innego, ale na pewno nie akurat Zło, które w zasadzie ma sens tylko jako przeciwieństwo tej błędnej jak się okazuje, a przez to i pustej idei…
-Nie inaczej. W pierwszej kolejności trzeba jednak w wyraźny sposób zaznaczyć, podkreślić rytuałem i tak dalej, jedną główną tezę: najważniejsza idea nie ma nic wspólnego z tym, co wciska nam religia krzyża… i że nie należy się więc, przy okazji, wcale dziwić, jeśli będzie przez tamtą jak najostrzej zwalczana. Na tą ideę najważniejszej idei trzeba położyć nacisk. Potem można przejść już do konkretów.

Kapitan pokiwał głową.

-Rozumiem, że Szatan to wielki pragmatyk?

-Coś w tym rodzaju. Pan władza dobrze kombinuje. Nie da się tak naprawdę żyć według zasady ustawicznej pomocy słabym, zaangażowania w podtrzymywanie tego, co samo nie jest zdolne do rozwoju. W jeszcze większym stopniu niż jednostki dotyczy to każdej społeczności, każdej -za pozwoleniem - kultury. Powie pan, że to oklepane tezy, z końca XIX wieku? A wie pan, widziałem taki program w telewizji. To o dwugłowcach było. Poważnie. W Ameryce są takie bliźniaczki. Już dorosłe. Zrośnięte głowami. Wie pan, w jaki sposób? Czołami - ale pod kątem. Obie patrzą trochę w dół, jedna do tyłu, druga do przodu. Albo odwrotnie- jak pan woli. To znaczy każda zezuje w swoją prawą stronę. Nawet zabawny widok. W sumie wesołe dziewczęta. W końcu to Stany. No i jedna z nich serwuje taką przemowę: jesteśmy normalnymi ludźmi, mamy prawo żyć tak jak inni, szanujcie nas i tak dalej. – Janusz popił wody. – Wie pan. Tu nie idzie o to, żeby je jakoś specjalnie krzywdzić. Są natomiast dwie kwestie. Po pierwsze, to one jednak nie są takie same, jak każdy inny człowiek. Ja nie mówię o duszy, tej abstrakcyjnej jednostce duchowej esencji, którą niebiańscy buchalterzy wpisują w swoje rejestry. Dusza jest ze swojej definicji taka sama u każdego, więc ta kwestia do naszej rozmowy nic nowego nie wniesie. Rzecz leży raczej w tym, że życie to nic łatwego. Człowiek, który ma tak zwane „zwyczajne” dwie ręce i nogi musi się sam przebijać i tak czy owak - to czy będzie przez innych szanowany, czy będzie się dla kogoś liczył, czy będzie miał dla innych jakąś wartość zależy przede wszystkim od niego. Świat jest różnorodny i naprawdę to mogą być różne cechy, wie pan, siła, rozum, zwinność, uroda lub talent. Spryt. Poczucie humoru. Nawet współczucie może się przydać w pewnych okolicznościach. W każdym razie czymś trzeba się wykazać. Niech pan spojrzy. Jaka jest największa siła dwugłowca? W rozumnych czasach, dwoje ludzi zrośniętych głowami, miałoby z tego jedną oczywistą przewagę. Wyjątkowość. Od razu znaleźliby zatrudnienie, jako kuriozum, na czyimś dworze albo w obwoźnym teatrze. Dlaczego od razu twierdzić, że byłoby w tym cokolwiek niewłaściwego? A w tym telewizyjnym programie, to niby z jakiego powodu się ten przypadek pojawił? Może do jednej z nich przyszła ekipa z kamerą, bo to wybitny spec od promów kosmicznych? Albo międzynarodowej sławy ekspert od schorzeń prostaty? A wie pan, że w tym wypadku wystarczyłoby, żeby któraś z nich tylko przeciętnie się na czymś znała? Mogłaby mieć własny program w TV. Analiza najnowszych wydarzeń na Wall Street, raz w tygodniu, dajmy na to… Zostawmy to. Ja sobie myślę, że taka szczególna sytuacja jest czymś, co powinno chyba skłaniać do myślenia. Hartować. Mówi się, że człowiek ma przyrodzoną godność. No więc to jest gadanie. Albo ma albo nie ma. To po prostu zależy. Robienie za kuriozum jest w sumie świetną okazją, żeby zwrócić uwagę na prawdziwe zdolności, jeżeli ktoś takie posiada. Wie pan - sprawiedliwi cyrkowi siłacze, mądre i kochające życie karzełki. Kto miałby coś przeciw takim ludziom? Krótko mówiąc to przecież możliwe, że przyrodniczy ewenement okazuje się po prostu bystrym, fajnym facetem, z którym warto przestawać. A tutaj próbuje się to wszystko zakłamać. „Niezbywalną godność ludzkiej istoty” i tym podobne frazesy wykorzystuje się po to, by takich dziwaków odizolować, zabronić im niezależnego spojrzenia, uczynić na zawsze nieużytecznymi, oprócz roli przekaźnika podobnych formułek, uzależnionymi od litościwych odruchów i pozorowanej sympatii - zamiast od gestów naturalnej przyjaźni, którą mogliby sobie sami zaskarbić, tak jak każdy, bez odwoływania się do abstrakcyjnych idei. Bezmyślnie i straceńczo wmawia się nam, że tacy ludzie są „normalni”, „zwyczajni” i tym podobne, choć każdy widzi, że zwyczajni to oni akurat nie są i nie ma sensu upierać się, żeby swą słabą stronę przedstawiać jako silną. Tu trzeba się zmierzyć ze śmiesznością (lub zgrozą), którą się w pierwszym momencie wzbudza. Co taki ktoś ma do stracenia? Można skończyć w roli dwugłowego głuptaka wytykanego palcami, ale można też zostać czymś w rodzaju wyroczni – dwugłowego bóstwa z pogańskiej epoki, coś w klimatach filmu Satyricon - oglądał pan może? Szkoda. Tak sobie teraz myślę, że i do czarnej mszy tacy dwugłowi mogliby nieźle pasować. –– Uśmiech Janusza utonął w łyku wody. Pijąc przymknął oczy. Odstawił szklankę na stolik. – Dochodzę za to teraz do drugiej kwestii, która jest dla litościwców jeszcze mniej przyjemna. Wie pan gdzie leży kłamstwo? Że taki człowiek, to znaczy dwugłowy, ma dla społeczności sam z siebie taką samą wartość, jak ktoś, kto nie odbiega w tak spektakularny sposób od normy. Niech pan więc sobie wyobrazi jakąś naprawdę skrajną sytuację, konieczność jakiegoś autentycznego wyboru. Ja mam szacunek dla swoich przyjaciół i mógłbym dla nich narazić życie, wszystko jedno czy mieliby jedną czy nawet dwie głowy. Ale to musiałby być ktoś z moich przyjaciół. Niech pan kapitan sobie teraz wyobrazi piersiastą mamę, którą jakaś dramatyczna sytuacja zmusza do wyboru. Czy poświęcić „zwykłe” potomstwo, czy „dwugłowe” – przy ogólnym założeniu, że charakterem i rozumem żadne z nich się niczym nie wyróżnia? To jest oczywiście sztuczna sytuacja, bo w praktyce nie ma ludzi duchowo idealnie równych. Tym bardziej sztucznym jest twierdzenie, że ta rzekoma równość jest podstawą do równego traktowania wszystkich i wszystkiego. Powiem panu – Janusz nagle przysunął się nieco ze stołkiem. – Jeśli ten dwugłowy to nie jest jakiś naprawdę wielki mózg - taki, żeby w razie czego cała społeczność unosiła go wśród pożarów i zarazy na złotej lektyce, jego szanse są niewielkie. On po prostu nie jest samodzielny. Nigdy nie będzie. W obliczu ostatecznego zagrożenia, pod bezpośrednią groźbą przemocy, żadna matka nie poświęci dla dwóch zrośniętych jednego tzw. normalnego dziecka.

-Żadna, którą pan uważa za rozsądną.

-Za rozumną. Głupota nie zna oczywiście granic. Ja mówię o naprawdę ostatecznym zagrożeniu. Może i niejedna matka woli zginąć sama niż stać przed koniecznością takiego wyboru. Tylko, że może być i tak, że jej własna zguba przypieczętuje od razu los całego jej potomstwa i co wtedy? To są hipotetyczne sytuacje, ale konkretne okoliczności można sobie wymyśleć. Katastrofa samolotu na Syberii. Ucieczka przed niedźwiedziem na Alasce. No, wie pan. Nie musi to być od razu spalenie Troi.

-Rozumiem. A więc spośród licznych cech, którymi może się ktoś wyróżnić, akurat ta zdolność do współczucia jest z rozumem sprzeczna?

-Bardzo dobre pytanie. Naprawdę znakomite. - Otóż ja czegoś takiego nie powiedziałem. Co innego zdolność do czegoś, co innego niezdolność do powstrzymania się od tego, prawda? Brak zdolności do współczucia też jest rzecz jasna swego rodzaju ułomnością. Może nie najgorszą z możliwych, ale przecież. Współczucie to też jest pewna sztuka. Wszystko polega jak zawsze na tym, żeby odpowiednio nim, wie pan, dysponować. Komu go nie szczędzić, na kogo z kolei nie trwonić. Jak, gdzie i dlaczego. To jest bez wątpienia kwestia rozumu. Ludzie przepełnieni współczuciem po brzegi, niosący swą litość na lewo i prawo, cierpią w mojej opinii na pewna przypadłość neurologiczną. Na jakąś przedziwną drażliwość, która nie pozwala im w pewnych przypadkach spokojnie rozważyć sens takiej reakcji. Ja nie mówię tutaj o hipokrytach, o kaznodziejach litości, ale o przeczulonych kobiecinach, o ludziach żyjących wyłącznie cudzym cierpieniem. Oni są jak ten facet z ochotniczej straży pożarnej, który sam rozniecał pożary, żeby móc się wykazać. Podobno był szaleńczo oddany, narażał życie ratując ofiary. Prawdziwy bohater. W każdym razie, ja twierdzę, że tego typu miłosierna nerwowość akurat z inteligencją pogodzić się nie da. Nie przeczę, że nawet z głupich pobudek może niekiedy wyjść coś dobrego, to nawet starożytna logika już potwierdza. Ale stawianie tego typu cnót na szczycie duchowej hierarchii… pan wybaczy.

Kapitan przez dłuższą chwilę milczał.

-Więc ma pan przyjaciół? Chyba niewielu? Nie pytam w sensie faktów, żadne nazwiska ani adresy. Tak w pańskiej ocenie?

Janusz, w geście ekumenicznym, rozłożył dłonie. – Wszystkich ludzi dobrej woli –wyrecytował prymasowskim tonem. Po chwili nie wytrzymał jednak i zacharczał ze śmiechu. – Wie pan, to takie trudne pytanie –dodał z usprawiedliwieniem. -Na kogo można liczyć w tych podłych czasach? Czasem wydaje się, że nikt człowieka nie rozumie. Jak słowo daję. Owszem, mówiłem, że za przyjaciół choćby w ogień, tylko pan rozumie - miałem na myśli jakieś możliwe sytuacje, takie w życiu, kiedy zawsze wchodzi w rachubę jakiś rachunek, jakaś skala wartości. Konflikty mogą być różne. Powiedzmy jeszcze, że między sobą moi kumple nie walczą. Tego nie toleruję. Ale nie jestem nianią. Kto mi zagwarantuje, że ten lub inny nie zadrze gdzieś na własną rękę z kimś lepszym od siebie? Kto zaczął i w czyim imieniu? Miał rację, czy nie miał? To jest cała polityka. Mówię panu. Studiował pan historię średniowiecza? Fascynująca epoka. Ale wracając do pana pytania – ja uważam, że nie ma naprawdę po co tego w ten sposób stawiać: abstrakcyjnie, na chłodno. Oczywiście tylko głupiec nie ma jakiegoś rozeznania, wyczucia, na kogo można liczyć i w jakiej sprawie. Ale wszystko to się weryfikuje w praktyce. Tworzą się kolejne kręgi. Czy te najbliżej nas obejmują najmniejszych zdrajców, czy najbliższych przyjaciół? – Janusz wyprostował się, wypiął pierś. - Zawsze głośno i stanowczo twierdzę, że przyjaciół. No, ale człowiek jest tylko człowiekiem – na niespodzianki z tym związane trzeba być przecież przygotowanym…

Wewnątrz celi zrobiło się obecnie zupełnie ciemno. Gdyby oczy rozmawiających nie przywykły na przestrzeni kilku ostatnich kwadransów do gęstniejącego zmierzchu, nie byliby w stanie widzieć nawet ciemnych plam swoich sylwetek.

-Czasem się nad tym zastanawiałem – podjął Janusz powoli, głosem zaskakująco matowym. – Co ludzi w ogóle zbliża? Czy jest w ogóle coś takiego? No chyba tylko poczucie humoru. Nic tak nie łączy. O, za wybuch śmiechu warto naprawdę umierać. Nie wiem czy najgłębszych, najważniejszych rzeczy można doświadczyć z kimś wspólnie, wszystko jedno czy w śmiechu, czy w przerażeniu. Na pewno jednak można je przeżyć równocześnie. – Janusz skrobał paznokciem kawałeczek ściany celi. -  Dla mnie to wystarcza. A przyjaciół nie wiem ilu mogę mieć. Pewno tylu ilu możliwych wrogów. – Janusz wydał się nagle zmęczony -To wszystko jest kwestia stopniowania – kręgi. Kręgi…

 

Milczeli.

 

Janusz mówił:

Kiedy zaczynam myśleć, każdy lśniący mit tej głupiej ludzkości rozpada mi się w garść trocin - pod ciosami bezwzględnej logiki, z jaką życie… drąży swoje ścieżki w oślepiającej nicości. – Janusz zachichotał, szybko jednak urwał. Spoglądał na wnętrze swoich dłoni. Zniżył głos do szeptu. - Myślę, więc burzę. Mam jakiś rentgen na oczach.  – Pan na przykład – ocknął się -przyszedł tutaj w konkretnej sprawie, jestem pewien, że pośrednio wiele się na swój sposób o mnie dowiedział. Teraz pan dostrzega – prawda, jakie to dziwne – że ta rozmowa obchodzi pana bardziej, niż śledztwo przeciwko mnie, być może bardziej niż wszystkie rozmowy… Może pan nie mieć skrupułów. Do tego, co pan sobie na mój temat potwierdził, mógł dojść, w interesującym was zakresie, bodaj każdy oficer śledczy na pana miejscu. Nawet sto razy prymitywniejszy psycholog… W sumie bardzo miło się z panem władzą rozmawiało. Może będziemy jeszcze mieli przyjemność, w innym miejscu i czasie. Można by wtedy jakoś tak po ludzku, z napitkiem do jedzenia, przy porządnym stole z nakryciem, a nie tak… - Janusz powiódł dłonią dookoła. Wydął usta z nieopisaną pogardą pod adresem lichego stanu wyposażenia więziennej celi, które zdawał się zresztą dopiero w tej chwili po raz pierwszy jako tako dostrzegać. – No, ale zostawmy to – machnął ręką – nagle zniechęcił się wyraźnie. Zbrzydło mu otwieranie i zamykanie ust, skinął więc ręką w niedookreślony sposób i odwrócił się ku oknu. Wychodząc Koniarek wyłuskał z kieszeni zmiętą paczkę „Mocnych”. Papierosy te cieszyły się na ogół opinią nieco lepszą od dostępnych również w sprzedaży „Extra-Mocnych”. Wsunął jednego do ust. Stanął w drzwiach. Paczkę wraz z resztą papierosów położył na brzegu pryczy. Już na korytarzu przyszło mu do głowy, że dobrze byłoby rzucić palenie.

Kapitan M.O. Roman Koniarek, pomimo sympatycznych pozorów opisanego spotkania, zdawał sobie doskonale sprawę, że miał do czynienia z nadzwyczaj przebiegłym przestępcą, który świetnie orientował się, o co i w oparciu o jakiego rodzaju dowody może zostać oskarżony i konsekwentnie nie zamierzał się tych obciążających go okoliczności wypierać. Oczywiście, bezczelna otwartość, z jaką odnosił się do tych kwestii, jakkolwiek leżała wyraźnie w charakterze podejrzanego, miała również za zadanie maskować inne jeszcze okoliczności, związane z jego udziałem w czynach, których potworności przesłuchujący go milicjant mógł się jedynie domyślać. Zręczność, z jaką Janusz Gut manewrował uciekając się nawet do błazenady wyraźnie potwierdzała tylko istnienie jakichś spraw, które starał się utrzymać w ukryciu. Trzeba było przyznać, że aresztant wiedział, że jego zachowanie wzbudza daleko idące podejrzenia, czemu dał nawet jawny wyraz. Wolał jednak niemal wprost oskarżyć się o jakieś enigmatyczne zbrodnie, jednakże bez zdradzenia jakichkolwiek konkretnych okoliczności, niż udając niewinnego, tak jak robi to większość przesłuchiwanych podejmować się niespójnych i na dłuższą metę łatwych do podważenia prób wyjaśnienia wątpliwych kwestii. Nie zaniechał przy tym wcale subtelnej gry psychologicznej, albowiem zważywszy na mroczną otoczkę sprawy, jego postępowanie mogło jednak, w przypadku nie natrafienia przez śledczych na żadne mocniejsze poszlaki, zostać ostatecznie uznane za przejaw pomylonych fantazji nawiedzonego satanisty i w końcu zbyte machnięciem ręką. Za tą umiejętność inteligentnego kluczenia wśród celowo wieloznacznych tropów kapitan podziwiał Janusza może nawet bardziej jeszcze niż za lotność jego myśli i filozoficzne inklinacje. Sęk w tym, że Gut był zbyt inteligentny.

Podejrzenia kapitana Koniarka były następujące: Czaszka młodego człowieka, którą odnaleziono na polanie w Głodowie została przywieziona przez Satanistów, a pochodziła najprawdopodobniej z dokonanego przez nich rytualnego morderstwa, którego ofiarą stosunkowo niedawno padł jakiś młody mężczyzna, być może wyznaczony w tym celu członek grupy. Obecność tego mrożącego krew w żyłach dowodu mordu przynosiła niewątpliwą korzyść przywódcom sekty. W pierwszej kolejności cementowała wąski krąg wtajemniczonych znający prawdę o jej pochodzeniu. Po drugie pomagała wytworzyć złowrogą legendę, silnie oddziałującą na umysły werbowanych sympatyków, co było rzeczą bardzo istotną biorąc pod uwagę rywalizację, jaka istniała wśród wiodących grup satanistów, działających w różnych ośrodkach. Zwłaszcza posługiwanie się ta właśnie czaszką podczas inscenizowanych „obrzędów” wywierało na pewno silny efekt psychologiczny. Jednocześnie jednak Janusz, przywódca i inspirator działalności grupy nie był na tyle nieostrożny, aby mniej lub bardziej jawnie przetrzymywać w swoim posiadaniu koronny dowód świeżej jeszcze zbrodni. Oczywiście mógł on podmienić czaszkę bez wiedzy pozostałych członków bandy, dyskretnie, w innym miejscu i czasie. Dlaczego tego nie zrobił. Tu właśnie potrzebne było wyczucie. Zrozumienie dla charakteru Janusza, dla tego wszystkiego, co odróżniało go od zwykłego, racjonalnego przestępcy, chcącego tuszować ślady zbrodni. Ten niekonwencjonalny umysł musiał odczuwać to jako szczególną, iluzjonistyczną igraszkę i diabelski triumf, aby podmienić obie czaszki, nie kiedy indziej, jak właśnie w trakcie możliwie licznie obsadzonej czarnej mszy, i to w jej kulminacyjnym momencie. Zrobić to na oczach wszystkich uczestników zdarzenia - tak, aby nikt się nie spostrzegł – musiało to być wyjątkową próbą własnego opanowania i przewagi nad audytorium, któremu w rezultacie narzucić można, jak się okazuje, dowolny obiekt adoracji, jeżeli tylko potrafi się wprowadzić jego członków w stan odpowiedniego opętania. Janusz przypuszczalnie nie pierwszy już raz chciał w podobny sposób wypróbować swoje zdolności. Cóż. Okazało się, że potrafił. W pewnym sensie rzeczywiście ten człowiek miał rogi. Właściwie wszystko poszłoby dalej swoim torem, gdyby nie drobny szczegół, polegający w istocie na tym, że czaszka, którą tak sprytnie podłożono do trumny była czaszką mężczyzny, podczas gdy towarzyszący jej szkielet bez wątpienia należał kiedyś do kobiety. Od tego tak naprawdę wszczął się cały alarm, bo „analiza cech morfologicznych” nie miała oczywiście nic wspólnego z żadną genetyką i tak dalej, gdyż takie rzeczy robiono wyłącznie w centralnym laboratorium w Warszawie i to jedynie w kardynalnych sprawach. Po prostu milicyjny ekspert od razu spojrzał się jakoś dziwnie, wziął czaszkę do ręki, potarł palcami kości miednicy, podniósł wzrok i chrząknął znacząco.

Koniarek miał poza tym przeczucie, że Janusz maczał palce w innych jeszcze niewyjaśnionych zaginięciach i morderstwach, jakie miały miejsce w ostatnich latach w lewym górnym sektorze kraju. Wśród zbrodni, które miał na uwadze jeszcze przed spotkaniem z zatrzymanym, najbardziej przerażające były przypadki zniknięcia pozostawionych bez opieki małych dzieci, porwanych o zmierzchu niemalże z progu rodzinnego domu. Były takie sprawy. Ciał nigdy nie odnaleziono. Koniarek miał zawsze w pamięci zarysy takich niedokończonych śledztw. Sceptycznie odnosił się do uogólnień, ale doświadczenie mówiło mu, że nierzadko jakiś szczęśliwy traf pozwalał niespodziewanie zdemaskować za jednym zamachem kilka pozornie niepowiązanych zbrodni.

Oczywiście dowodów nie było żadnych. Powyższe rozważania oparte były jedynie na ciągu hipotez, czy też, można by powiedzieć, psychologicznych symulacji. Taktyka Guta miałaby więc prawdopodobnie wszelkie szanse powodzenia, gdyby nie to, że przypuszczenia wysnute z przebiegu tego dziwnego przesłuchania wkrótce zaowocowały wzmożonym śledztwem, które skierowano teraz na nowe, bardzo konkretne tropy i osoby.

Na wyniki nie czekano długo. Przestępców zdradziła czarna nić od spodni. Pozostawił ją w pewnym nad wyraz ponurym miejscu jeden z najbliższych kompanów Janusza. Śledztwo było długie i bardzo drobiazgowe. Wykonano moc czynności operacyjnych, w wyniku których zgromadzono w końcu niezbite dowody. Proces przygotowywano z wielką starannością. Wyznaczono główną salę w Sądzie, pouczono prasę, wykluczono udział publiczności. Akta sprawy zajmowały kilka tomów. W dniu pierwszej rozprawy, na dziedzińcu aresztu wprowadzono głównego oskarżonego do więziennej furgonetki pod obstawą sześciu funkcjonariuszy wyposażonych w specjalne, dłuższe pałki oraz czapki ze skórzanym paskiem zapinanym pod brodą. Milicjantów tych przygotowano więc na każdą okoliczność. Dzień był słoneczny i gorący. Gdy oskarżony przechodził przez podwórzec, z jednego z zakratowanych okienek w górze popłynęły dźwięki knajpianej melodii. To gwizdał któryś ze współwięźniów na znak nieokreślonego buntu. O godzinie 11 rano więzienna karetka przejeżdżała na sygnale przez tory tramwajowe na Bulwarze Książąt Pomorskich. Jak zwykle zawinić musiał człowiek, w tym momencie doszło bowiem do niezbyt groźnej kolizji. Tramwaj wykoleił się nieznacznie. Wysypał się z niego tłum rozkrzyczanych obywateli, głównie emerytowanych. Niektórzy rozcierali siniaki. Obywatele pachnęli starym mydłem toaletowym, masłem, naftaliną na mole. Nosili koszule w kwiatki, brązowe przeciwdeszczowe jesionki, w dłoniach trzymali ceratowe torby i rządową prasę. Furgonetka utknęła wsparta ukośnie o słup semafora. Ani kierowca ani żaden z eskortujących funkcjonariuszy nie odnieśli istotnych obrażeń. Gdy otwarto tylne drzwi stwierdzono natomiast nie bez zdziwienia, że człowiek wieziony na sąd zginął na miejscu. Krzyczało dziecko i dzwonił klakson. Janusz wyglądał niepodobnie do siebie – jakoś wesoło i niewinnie, tak iż milicjanci zaczęli się zastanawiać, czy czasem i tym razem nie zastosował jakiejś diabelskiej sztuczki, aby niepostrzeżenie podmienić się z inną osobą. Szybko jednakże poniechali podobnych domysłów.

 

 

Wiadomość o tym zastanawiającym zdarzeniu zastała kapitana Koniarka w Szczyrku, gdzie zajmował się nad wyraz przykrą sprawą dyrektora pewnego pensjonatu oraz przyległego doń zakładu gastronomicznego. Mężczyzna ten w celu maksymalizacji zysków, i tak pokaźnych, z racji udanego sezonu po zimie stulecia, całkowicie świadomie podawał w swoim bufecie cynaderki zakażone włośnicą. Skutkiem było dziesięć przypadków śmiertelnych. Wśród ofiar było kilkanaścioro dzieci z okręgów górniczych przebywających w pensjonacie w charakterze wycieczki szkolnej. Cała historia wyglądała wyjątkowo paskudnie.

Kapitan pociągnął łyk wody mineralnej „Jan”. Zmrużył powieki, powiódł wzrokiem po wyniosłych turniach. Czym jest zło? Przed oczami stanęła mu postać Janusza. Cyniczny morderca? Tak. Człowiek bez skrupułów? Poniekąd. Coś jednak musiało być w nim niejasne, coś niezbadane, coś, do czego nawet on sam, wówczas gdy się spotkali, nie potrafił już sięgnąć. Owszem, Janusz zabił z premedytacją, dla intelektualnej roszady, dla teorii i eksperymentu. Jego pobudki nie były zresztą do końca czyste, co do tego kapitan nie miał wątpliwości. Janusz nie był wolny od wodzowskich, a nawet kapłańskich zapędów. Zamordował z niewątpliwym okrucieństwem, w każdym razie, jeżeli miarą tego ostatniego ma być poziom zimnej krwi niezbędnej do dokonania mordu. Okrucieństwem nazywamy w sumie zdolność do konfrontacji z określonym i odpowiednio skoncentrowanym w jednym czynie lub geście ładunkiem grozy; odporność na straszne napięcie, którego wartość wyznacza bezpośrednie sąsiedztwo życia i śmierci ujawniające się w całej pełni w odpowiednio krótkim odcinku czasu. Otwarta rana jest czymś podobnym do rozdartej izolacji na przewodzie pod wysokim napięciem. Koniarek przypomniał sobie na pół fantastyczne historie o psychopatycznych zabójcach, porażanych atakiem padaczki w chwili spełniania krwawego czynu. O dawnych kapłanach, lewitujących na pograniczu obłędu w chwili składania ofiary. Szczyty górskie lśniły w oślepiającym słońcu. Ponad jednym z wierzchołków cierpliwie szybował orzeł bielik. Kapitan upił kolejny łyk wody „Jan”. A przecież o ile wszelkie obrzędy napawały Koniarka niesmakiem, to jednak nie dało się zaprzeczyć, że w samej bliskości zabójcy i ofiary jest coś bardzo ludzkiego, jakieś wzajemne podstawienie i zamiana. Z oddali dobiegł go dźwięk seraficznej piszczałki. Białe owce dzwonkami dzwoniły na szerokiej hali. Kto wie - jeżeli przemoc jest nieodłącznym składnikiem rzeczywistości, czy morderca w jakimś nieogarniętym dla człowieka sensie nie poświęca siebie, tego, co w nim indywidualne, dla jakiejś ogólnej i pierwotnej mocy? Może to właśnie próbuje po swojemu wyrazić ta młodzieżowa estetyka, te czarne, upiorowate stroje i długie, barbarzyńskie włosy? Milicjant spojrzał ku dolinom. W pewnym sensie Janusz rzeczywiście wdział na siebie wilczą skórę, wcielając się niemal dosłownie w patetyczną rolę tego, którego imię pobożny lud wymawia szeptem przy domowych ogniskach - w mroźne księżycowe noce, kiedy biały słup dymu unosi się pionowo z kominów zagubionych pośród płaskich pól… Tego, przed którym bezwiednie drżą matki, dotykając swego brzemiennego łona… Z całą pewnością dużo było w jego historii durnej błazenady – czy jednak los tego człowieka, niechby nawet był on prawdziwym diabłem, nie był mimo wszystko tragiczny? Powietrze przeszył pisk. Kapitan uniósł wzrok, w porę by dostrzec jak orzeł z łopotem wypuszcza się za rączą kozicą… Pudło. Nagle przypomniał sobie postać Szaleńca w Surducie. Tak. Nie sama przemoc jest najgorsza. Najgorsza jest ta tchórzliwa pogarda, z jaką ktoś, w świetnym samopoczuciu, nie waha się, w imię małych, przyziemnych celów, jednym pociągnięciem ołówka zadawać, jako efekcik uboczny, niedające się policzyć cierpienie ludziom, zamienionym w liczby na wykresie. Koniarek solennym gestem nałożył na głowę służbową czapkę. Wychylił ostatni łyk „Jana” i odwrócił się od balustrady w kierunku ozdobionego kwiatami tarasu, skąpanego w pięknym majowym słońcu. Trwał posiłek. Szczęśliwi, wypoczęci wczasowicze w błogich nastrojach zasiadali przy nakrytych białymi obrusami stołach, krzepiąc się potrawami z miejscowego bufetu. Serdecznie i z entuzjazmem, dbając, aby niczego nie zabrakło, nadskakiwał im uśmiechnięty szeroko, nowo mianowany dyrektor zakładu.