"Jeśli Boga nie ma, to wszystko jest... itd." - NOWOŚĆ edycji 10.

„Bóg – niedojda”

Markiz de Sade

I.

Zaprawdę, niełatwo powiedzieć, co w tej formule odpowiada za jej podejrzaną popularność, za jej wyświechtanie nieznośne, pragnienie ciągłych do niej powrotów i nieustannych przewrotów – ażeby raz na zawsze stwierdzić, jak to jest, „jeśli...”. Może zresztą nie chodzi o stwierdzenie tego „raz na zawsze”, a jedynie o wyciąganie kolejnych konsekwencji czy wręcz wyciąganie ich wciąż na nowo, już niemal w znaczeniu „każdemu jego >jeśli Boga nie ma...<!” Czy po to, aby spoczywać przynajmniej w cieniu Nieistniejącego? W nadziei, że te niekończące się Zaduszki dziwnym trafem okażą się rytuałem oczekiwania czy nawet wywoływania?

Trudno rozstrzygnąć, które słowo – „jeśli” pełne zapowiedzi złowrogich? zawsze skuteczne Imię Najwyższego? bałamutne „wszystko”? – winno w nas budzić szczególne zniechęcenie. Czy jednak w jeszcze większym stopniu nie irytuje spór o zakończenie tej ni to klepsydry, ni ostrzeżenia, o owo „itd.”? Tzn. fakt, iż tym samym akceptuje się całą resztę, całe wprowadzenie, zwłaszcza jego ton: na pozór warunkowy, w istocie diagnostyczny, a w gruncie rzeczy apokaliptyczny? Postawmy tę kwestię nieuczciwie: czy ten ton, zdradzający pewien przymus – przymus, by wypowiedzieć raczej założenia niż konkluzje – nie świadczyłby o obojętności wobec tych drugich? Konkluzje byłyby tu jedynie pretekstem do ogłoszenia tezy wyjściowej. Ale przecież – by powrócić na uczciwą drogę – nie doszłoby wówczas, i to w najmniejszym stopniu, do nadużycia. Zakończenie nie ma znaczenia. I to nie tylko dlatego, że głosicielom prawdy o „jeśli...” po prostu bardziej zależy na jej pierwszej niż na drugiej części (bo są, powiedzmy, rozgoryczeni czy smutni). Już prędzej dlatego, że wyprowadzane wnioski pod pozorem sprzeczności kryją wspólną prawdę na temat przesłanki, której to prawdy przesłanka ta nie wypowiada. Więcej nawet: spór o wnioski – jakie jest wszystko, jeśli Boga nie ma?! – skutecznie odwraca uwagę od rozstrzygnięć bardziej zasadniczych, którym owe wnioski służą za wsparcie i potwierdzenie. Najkrócej można to określić jako „dyskursywne narzędzie forsowania zasad z wykorzystaniem troski o fakty”.

II.

Wiadomo, że istnieją przynajmniej dwie wersje, dokładnie przeciwstawne, prawdy o „jeśli...” – wszystko jest albo dozwolone, albo – na odwrót – zabronione. Wątpliwości budzić może założona uprzednio koncepcja Boga. W innych nieco czasach trzeba by wręcz upomnieć się przy tej okazji o więcej subtelności, komplikacji, więcej odwagi i poważania, a mniej bezczelnej pobożności.

„Wszystko dozwolone” – a więc żadnych reguł; zniesienie granic i ograniczeń; nieokreśloność: brak gwaranta, czyli źródła sensu; żadne „cokolwiek” nie jest w stanie się utrzymać, co znaczy również, że nic nie ma raz na zawsze zdefiniowanych odniesień i relacji; rzeczy nic nie wiąże, świat traci spójność, nie tworzy już sieci stosunków, przestał być nie tylko substancją, ale też strukturą.

Ale jak w ogóle może istnieć „coś” takiego?! Kim musiał być zatem Bóg, skoro zapewniał porządek, a jego zniknięcie/nieobecność nie eliminuje automatycznie wszystkiego? Czy wbrew tradycji należy uznać, iż nic trudniejszego, jak wyobrazić sobie świat, w którym Go „nie ma”?

„Wszystko dozwolone” – to jak gdyby na świecie pozostała sama wolność bez jakiejkolwiek substancji, bez „prawdy”. Tylko dlatego nic wolności nie ogranicza. O tyle nasza wyjściowa sentencja (1) zakłada już rozdzielenie wolności i prawdy (czy – ściślej – uznawania-za-prawdę). Zarazem (2) utożsamia wolność z absolutną niezależnością. Być wolnym to nie podlegać determinacjom (nie być częścią żadnej „sieci”, „struktury”, nie wchodzić w „relacje”). Wolnym można być wyłącznie w sposób „bezwarunkowy”. W tym sensie wolność nie ma żadnej treści i formalnie jest nieskończona. W dawnych czasach, jeszcze za rządów Opatrzności, wolność, równie bezwzględna jak potem, i prawda, przemożna jak zawsze, szły ręka w rękę. To, co nie wikła się w żadne odniesienia, i to, czego niepodobna pomyśleć inaczej niż w postaci jakiegoś związku (o czym najdobitniej świadczy gramatyka), w pełni sobie odpowiadało. Co więcej, ta odpowiedniość mogła przyjmować nieskończenie wiele form. Choć brzmi to dziwacznie (relacja odpowiedniości pomiędzy siecią odniesień a czymś odniesień pozbawionym), pozwala jednak głosić wszem i wobec, że „jeśli...”

Wolność – zarówno boska, jak i ludzka – była bezwarunkowa i nieskończona, ale nie wszystko było dozwolone. Przeciwnie – nic nie zachodziło w świecie bez boskiej sankcji (kapitana słusznie nazywano „kapitanem”, nawet jeśli niesłusznie tę rangę otrzymał). Wolność bowiem równoznaczna była z wolnością woli, która zawsze podąża za prawdą (ściślej: tym, co za prawdę w danej chwili się uznaje). Mamy tu (1) starą koncepcję władz (władza poznania, władza rozstrzygania bądź sądzenia itd.), w ramach której (2) wola z natury jest dobrą wolą (nie można chcieć kłamstwa, tak jak nie można chcieć nie wiedzieć tego, co się wie, nie uznawać tego, co się uznaje – krótko mówiąc: w istotny sposób być nieracjonalnym). Wola jest wolna bezwzględnie, ponieważ polega wyłącznie na akcie potwierdzenia jakiegoś spójnego fenomenu, jakiegoś związku bądź relacji. To relacje są uwarunkowane – ich wybór jednak absolutny, suwerenny i niepodważalny. Do następnego razu i nowego rozpoznania prawdy... Wolność jako wola jest w człowieku elementem szalonym, jest nadmiarem albo brakiem, zawsze już aktywnym i akceptującym: czymś na kształt swędzenia duszy, które coś (lub ktoś) zawsze już zdążyło ukoić. Człowiek z tego punktu widzenia to zwierzę żyjące w prawdzie – mające roszczenie do prawdy – i dlatego zwykle pozostające w błędzie. Tylko w przypadku Boga, którego wola niczym nie różni się od ludzkiej – jest absolutnym wyborem i natychmiastowym potwierdzeniem prawdy, bezwarunkowym aktem suwerennej władzy potakiwania – tylko w przypadku Boga rozstrzygnięcia są całkowicie trafne, tzn. każdorazowo potwierdzają porządek i spójność wszechświata. By ująć to w klasyczną formułę: wolne postanowienia Boga są aktami kontemplacji ładu stworzenia jako ostatecznej Prawdy.

Prawda ostateczna jest w założeniu tym samym co prawda o „jeśli...” – dziura w niebiosach oznaczałaby wszak wyzwolenie szalonej i nieskończonej władzy spod panowania prawdy. Z jednej strony powstałaby rzeczywistość bez porządku, poza jakimkolwiek ustrukturowaniem, swego rodzaju strumień atomów bez związku – z drugiej jałowa i niezaspokojona (jałowa, bo niezaspokojona) wolność, będąca dokładnym przeciwieństwem woli Boskiej, bo ani o niczym nie postanawia, ani niczego nie kontempluje.

Czy jest to jakkolwiek do pomyślenia? Czy po jednej stronie nie mielibyśmy raczej wielkiego „nic”? Czy po drugiej z kolei – całkowitej niemocy? Na cóż takiego mogłaby sobie nagle pozwolić wola, skoro wciąż i z natury oddawała się tylko prawdzie?

Stąd już tylko krok do drugiej wersji naszego twierdzenia, stanowiącej zarazem próbę uniknięcia końcowej niekonsekwencji wersji pierwszej przy jednoczesnym zachowaniu jej podstawowych intuicji. W pewnym sensie błąd pierwszej wersji polegał na tym, że nie pozwalała ona, by Boga mogło nie być, tzn. czyniła taką sytuację niewyobrażalną na gruncie własnych założeń (poza wyobrażeniem wielkiej pustyni impotencji). Źródłem tego błędu była, rzecz jasna, teza o istnieniu pierwotnego porządku i spójności, czyli w zasadzie teza o istnieniu Tego, Który Jest. Całkiem słusznie natomiast związano wolność z potwierdzeniem i afirmacją Boskiego ładu.

III.

Zaczynamy, o ile w teorii mamy tradycyjne prawo do imaginowania początków, od sytuacji impasu – nic i niemoc. Geneza polega na (1) spotkaniu tych dwojga i (2) ucieleśnieniu tego spotkania. Wówczas rodzi się – jednocześnie – realny pozór porządku i jego korelat, źródło oraz efekt, czyli wolność.

Sytuacja więc wygląda na pierwszy rzut oka podobnie jak w przypadku pierwotnej prawdy o „jeśli...” – z tą jedynie różnicą, że to, co wcześniej miało status „substancjalny” i obiektywny, teraz okazuje się – dosłownie – zawieszone w próżni. Być może nawet jest fikcją, snem, złudzeniem. Po co jednak w ogóle „podcinać” pod zjawiskami gałąź obiektywności? Czy sama zmiana charakteru – tak, wszystko, co widzimy, jest dokładnie tym, czym nam się wydaje, ale niczym więcej, tzn. jest właśnie tym, czym nam się wydaje – cokolwiek tu zmienia? Znowu spytajmy nieuczciwie: czemu ma służyć to „unicestwienie”? Dlaczego chce się go dokonywać? Na co się w ten sposób reaguje?

Uczciwie powiedzmy, że zmienia się sporo. Tradycyjnie podcięcie gałęzi i zawiśnięcie w próżni służy najpierw silniejszemu i bardziej istotowemu związaniu tego, co z prawdy zostało, ściślej: jej pozoru, z wolnością. Obowiązuje tu generalna zasada, że pozory wiążą silniej. Jak gdyby na „prawdziwym” drzewie można było siedzieć lub zeń spaść, ale na „urojonym” raczej się siedzi. Nie ma prawdy, którą „potwierdza” (nawet jeśli nieuchronnie i automatycznie) wola, ponieważ od początku istnieją jedynie zjawiska będące zarazem reprezentantem obiektywnego porządku i efektem wolnego wyboru. Na tym polega trafność koncepcji wyimaginowanej genezy – nigdy bowiem nie mamy do czynienia z bezpośrednio danym brakiem porządku czy absolutną wolnością, które następnie się łączą. Ujmując rzecz w kategoriach ekonomiczno-ontologicznych: każdy byt jest już wynikiem twórczej inwestycji w jego warunki, tzn. wynikiem założenia o istnieniu struktury, w którą jest on wpisany, która nadaje mu spójność i sens, a przy okazji i jednocześnie obarcza odpowiedzialnością wszystkich swoich współudziałowców, czyniąc ich tym samym wolnymi. Mnóstwo tu oczywiście paradoksów – najciekawszy i najważniejszy polega bodaj na tym, że owa inwestycja jest i musi być traktowana jako wtórna, czyli jako odpowiedź na wezwanie do uczestnictwa ze strony Czegoś wprawdzie jedynie reprezentowanego, obecnego zatem pośrednio i nie „we własnej osobie”; ale ów pośrednik – to, z czym mamy akurat do czynienia – traktowany jest serio jako reprezentant jedyny i najwłaściwszy, krótko mówiąc: prawdziwy, tzn. prezentujący niczym medium bądź wcielenie porządku i samego  Najwyższego. Innymi słowy: niezależnie od naszych przekonań i deklaracji Bóg był i jest nam dostępny tak naprawdę tylko w formie, w jakiej przedstawia go pierwsza wersja naszego powiedzonka. Co więcej, wszystko wokół dowodzi takiego właśnie Jego istnienia.

Czy w ten sposób nie unieważniliśmy jednak – wbrew zapowiedziom i trochę za szybko – różnic między obiema wersjami? Czy podzieliliśmy włos na czworo po to tylko, aby stwierdzić, że zwykle i w zasadzie występuje w całości – jako włos? Że co prawda Boski porządek nie istnieje, ale tylko w taki sposób, że coś, co jest, istnieje jako efekt ustanowionych warunków i przyczyn, dla których jest zarazem jedyną racją istnienia (wypełnieniem ich braku albo zasadą spójności), a to dzięki temu, że samo – jako zaistniałe i istniejące – zakłada już konstytutywne zaangażowanie wiernych, które nieustannie też u nich wzbudza? Że w sumie mamy zwykle „raczej coś niż nic”, tzn. i wiernych, i Boga – wolność i porządek?

Różnica między dwiema wersjami prawdy o „jeśli...” ujawni się po raz wtóry, skoro tylko wygłosimy jej przesłankę. Jeśli Go nie ma, nie znika bynajmniej porządek, a wolność nie staje się tym samym wszechpotężna, czyli nie oznacza to wcale – jak widzieliśmy – panowania martwego chaosu i niemocy. Być może świat sprzed „jeśli...” wyglądał w obu wersjach tak samo, ale na pewno rządziły nim inne zasady. W drugim przypadku Bóg był jedynie sugerowany, przy czym sugestia ta – jakkolwiek wątła – wynikała z samego faktu naszego udziału w grze świata, naszej odruchowej powagi (bądź naiwności, jak kto woli). Ta fundamentalna ufność nie jest wszakże pierwotna – pierwotne jest sprzężenie pomiędzy ufnością a sugerującym porządek, pierwszym napotkanym bytem, który (wbrew swej prostocie) wiąże w sobie naszą wolność, grę świata i Imię Stwórcy.

O ile w pierwszej wersji prawda o „jeśli...” to kres porządku, wymazanie Imienia, o tyle druga zwraca uwagę raczej na zagładę wolności. „Jeśli...” należy w gruncie rzeczy wykładać jako: „jeśli straciliśmy ufność...”. Tak naprawdę to nie świat się rozpadł, lecz to my przestaliśmy weń wierzyć. Dopiero w drugiej kolejności, w trybie konsekwencji, zniknął Bóg, co oznacza też, że znikli jego reprezentanci, czyli... dokładnie wszystko! Nie ma już nic? Nie ma już nic wokół nas, obok, w pobliżu – z pewnością dlatego, że to my wszystkiego unikamy, choć zdaje nam się, że wszystko przed nami ucieka, osuwa się, chowa... Bynajmniej nie w niebyt. Przeciwnie – w absolutną i nienaruszalną suwerenność. Świat po prostu nie potrzebuje już naszego zaangażowania, nie musimy w nic inwestować. Tym samym jawi się nam on jako zarazem obiektywny i nierzeczywisty, jak kamień i jak urojenie. I właśnie dlatego jeśli Boga nie ma, wszystko jest zabronione.

Bo nie ma jak i nic nie można.

IV.

Jakim prawem jednak dość subtelne przecież koncepty i koncepcje uznajemy za komunały? To jasne – sama złożoność nie chroni jeszcze przed wpisaniem do słownika frazesów. Ale czy w tym przypadku rzeczywiście popada się ostatecznie w prostactwo?

Otóż niechybnie; a rozstrzyga o tym naszym zdaniem charakter i znaczenie wyjściowej przesłanki, wspólne dla obu wersji – tak iż druga jest co najwyżej zgrabnym ufundowaniem pierwszej. Obie demaskuje:

koncepcja transcendentnego źródła sensu – w pierwszym przypadku to oczywiste: ziemski porządek jest synonimem Boskiego Imienia; w drugim wprawdzie jako punkt odniesienia dla pozoru, ale jednak każdorazowo zakładany – „transcendencja” oznacza tu w istocie inną nazwę całości albo spójności;

związana z powyższym koncepcja dwóch stosunków – podstawowa zasada brzmi: „nie istnieje jeden stosunek”: każde odniesienie jest – jak to się mówi – naddeterminowane, albo przez Najwyższą Sankcję, albo realną sugestię jej konieczności;

koncepcja Boga – element z zasady prosty i dlatego nieuchronnie spajający; nawet jeśli sam „wybrakowany”, to Jego ingerencja ma charakter „wiążący”;

koncepcja aktualnej sytuacji („jeśli...”) – generalnie istnieje przepaść, pęknięcie pomiędzy nami a światem, pomiędzy wolą i porządkiem; w związku z tym nieubłagana problematyczność wszelkich prób buntu; w pierwszej wersji dowolność i ryzyko jej reprodukcji, mimo pozorów odbudowywania jakiejś prawdy, może poszukiwań – choćby i w ogólnym chaosie – bezpośredniego kontaktu z Bogiem (co już samo w sobie – niezależnie od pychy itp. – grozi zerwaniem zasady dwóch stosunków i brakiem sankcji: nigdy zatem nie ma pewności, czy kontakt został osiągnięty, czy Bóg potwierdził naszą więź z Nim – niepodobna tu uniknąć postępu w nieskończoność); w wersji drugiej – z racji oderwania od w pełni samodzielnego, a zatem urojonego świata – ciągłe podejrzenie o eskapizm, o nieskuteczność, o potwierdzanie, reformizm itp. Tylko zmiana całości, jej warunków, może nas uratować. 


antpol