17.10.2008
FOTORELACJA
Michał Herer: Wiktor właściwie otworzył już naszą dyskusję. Sam mam oczywiście w zanadrzu różne pytania i kwestie, na razie jednak powstrzymam się przed ich wydobyciem i zapytam raczej naszych gości o ich wrażenia i refleksje po tym wprowadzeniu i poproszę o odniesienie do tego, co przed chwilą usłyszeliśmy. Może niech zacznie Pan Profesor Kunicki.
Wojciech Kunicki: Może raczej Pan [wskazując na Jacka Szabana]. Wtedy odniosę się do tego, co Pan powie…
Jacek Szaban: Cóż, jestem w o tyle lepszej sytuacji, że wcześniej zapoznałem się już z tekstem Wiktora. Może tak: był taki człowiek jak Ajschylos, który – jeśli się nie mylę – brał udział w bitwie pod Maratonem. Było tam bodaj dwa tysiące Ateńczyków, którzy tarczami i mieczami zepchnęli do morza olbrzymią armię Persów. Nie ma sposobu, by Ajschylos nie brał w tej walce równie czynnego udziału, co wszyscy pozostali. Nie zginął jednak i został tym, kim wiemy – wielkim dramaturgiem, którego dzieło do dziś jest w naszej kulturze obecne. Jaka jest różnica między Maratonem a pierwszą wojną światową? Sam fakt, że Grecy wygrali, a nie przegrali, nie stanowi jeszcze wystarczającej różnicy. W obu przypadkach wygrało to, co z naszej perspektywy jest słuszne. Gdybyśmy żyli w cywilizacji zdominowanej przez – bo ja wiem – jakiś „czynnik azjatycki”, moglibyśmy żałować, że Persowie nie zwyciężyli w tamtej bitwie, a tak widzimy to trochę inaczej… Można się zastanawiać, co by się stało, gdyby Niemcy zwyciężyli w pierwszej wojnie światowej i jak interpretowalibyśmy dziś Jüngera gdyby – nie będąc przecież fantastą i zasadniczo trzymając się faktów – mógł on tamtą walkę opisywać jako rzeczywiście heroiczną. Bo z punktu widzenia doświadczeń frontowych tak ją przecież opisywał, przynajmniej do pewnego momentu, kiedy zredefiniowano rolę Niemców w Europie i napiętnowano ich jako tych, którzy rozpętali wojnę. Zwycięzców nikt nie sądzi – w tamtym czasie Niemcy, z ich nacjonalizmem, nie byli jeszcze napiętnowani tak jak dziś, ze względu na wydarzenia następnej wojny; Jünger miał właściwie wszelkie prawo uważać, że hasło, z jakim Niemcy szli do boju („Za Niemcy!”) było co najmniej tak samo dobre, jak hasła ich przeciwników, powołujących się – jak wiadomo – na pogwałcenie neutralności Belgii, na to, że niemieckie U-boty atakują neutralne statki, co stanowi naruszenie pryncypiów wolnego handlu na świecie, a w końcu także na fakt, że Niemcy były państwem nie do końca demokratycznym z punktu widzenia standardów Trzeciej Republiki, państwem, które rzuca wyzwanie zachodnim demokracjom. Jünger – nie bez pewnej racji – uważa hasło „Za Niemcy!” za w pewnym sensie czystsze intelektualnie. Można je odczytywać jako hasło wręcz nietzscheańskie… Ale co się dzieje z Jüngerem po wojnie? Pisząc swoje dzienniki wojenne relacjonuje, w sposób bardzo ciekawy – inna sprawa (i pytanie bardziej do Profesora Kunickiego) to problem kolejnych warstw Stalowych burz, książki, którą ja znam tylko w wersji ostatniej: zakładam, że pod względem tematycznym jest ona mimo wszystko reprezentatywna – wydarzenia związane z walką w okopach; jest to praca niemal naukowa, socjologiczna. Zwłaszcza gdy opisuje dni, w których nie dzieje się nic szczególnego – jakieś drobne potyczki, a poza tym zwykłe okopowe życie. Tu Jünger jest zdecydowanie na swoim miejscu, jako młody człowiek, który uważa, że walczy po właściwej stronie, i który swoje talenty literackie wykorzystuje do tego, by tworzyć cenne historycznie i socjologicznie i estetycznie zapiski. Co dzieje się później? Jünger musi się jakoś odnaleźć. Może nie wychodźmy od spuścizny Jüngera rozumianej jako Dzieło już zamknięte i zastanówmy się nad przyczynami, dla których w latach 20. tak silnie zaangażował się w działalność polityczną i w próby jakiejś socjologiczno-filzoficznej syntezy zjawisk współczesnych. Od razu chciałbym przy tym zaznaczyć, że za raczej marginalne i drugorzędne uważam dość oczywiste przyczyny psychologiczne: fakt, że musiał coś zrobić z tą klęską, w jakiś sposób odwrócić jej sens, tak jak wielu zaangażowanych w walkę, którzy po traktacie wersalskim żywili mniej lub bardziej odwetowe uczucia, jako że – z różnych powodów – nie czuli się pokonani. Psychologicznie rzecz biorąc Jünger chciał, by walka trwała nadal, by nie można było poprzestać na stwierdzeniu, że przegraliśmy i możemy iść do domu: „zginęły tysiące moich towarzyszy, ja sam byłem ranny, ale właściwie po co? był to jakiś czarny sen…”. To jest jedna rzecz, ale sądzę, że raczej drugorzędna. U Jüngera znajdujemy pewną głębszą, bardziej źródłową postawę, która wymaga czegoś takiego jak walka, a także czegoś takiego jak pewna ciągłość wydarzeń. Na froncie owa ciągłość była oczywista – od strony politycznej, ideologicznej, logistycznej, materiałowej itd. Oczywiście, Jünger miał swoje wątpliwości intelektualne; nie był to – nawet w młodzieńczym wieku – człowiek naiwny, który szedł na wojnę, mówiąc sobie wyłącznie: „my jesteśmy dobrzy, a oni są źli”. Potrafił je jednak przezwyciężyć, aby w ramach jakiejś szerszej, heroicznej postawy w pełni świadomie utrzymać jedność własnego doświadczenia i sensu tego, co się dzieję. A potem cóż? Mamy Republikę Weimarską – skądinąd to ciekawy, niedoceniany fragment niemieckiej historii, ale z perspektywy kogoś, kto brał udział w walce, kto był w nią zaangażowany fizycznie i duchowo, pojawia się potrzeba jakiegoś porządku, jakiejś konstrukcji. Tu należałoby chyba zadać pytanie o Robotnika, który jest główną pracą Jüngera z tamtego okresu, swoistą summą jego przemyśleń, w której próbował wprowadzić bardzo poważne pojęcie filozoficzne, tzn. postać Robotnika. Szczerze mówiąc figura ta chyba nie przyjęła się w filozofii, w odróżnieniu na przykład od Nadczłowieka, dziś nie uważamy jej raczej za pojęcie filozoficzne, a raczej za „projekcję” pewnych wyobrażeń Jüngera. Powstaje jednak pytanie: jaka postawa kryje się w gruncie rzeczy za wyobrażeniem Robotnika, co pchało Jüngera do tego, by wszystkie zjawiska współczesnego świata – a właściwie: współczesnych Niemiec, które może odrobinę na wyrost traktował jako reprezentację świata w ogóle – zsyntetyzować w jakiś spójny obraz, a następnie przejść do pewnych postulatów? Postulatów tak naprawdę już gotowych, które wynikały właśnie z owej postawy.
Wojciech Kunicki: Jestem w ogóle zafascynowany, zafascynowany Państwa fascynacją i usiłuję cały czas, słuchając referatu, a potem następnej wypowiedzi, zrozumieć Państwa zainteresowanie postacią Jüngera. Próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, jakie są jego źródła… Ale może do samego Jüngera – to było raczej w charakterze podziękowania za zaproszenie… Chciałbym dodać tylko dwa słowa do tego, co Pan [do WR] tutaj – bardzo ładnie i sugestywnie zresztą – przedstawił. Sądzę, że trzeba by zrobić tu jedną dłuższą wycieczkę, i trochę poważniej potraktować kwestię stylu. To jest bowiem centralny punkt osobowości Jüngera – zarówno styl literacki, jak i ten, który realizował w życiu. Wyjdę również od owej znanej sceny: poziomka, szampan, dach Raphaela itd. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że bombardowanie, o którym mowa, dotyczyło zakładów Renaulta. Paryż jest ogromnym miastem – Jünger siedzi sobie na Avenue Kléber, na dachu hotelu Raphael i wie doskonale, że żadna bomba tam nie spadnie, spadnie natomiast na wspomniane zakłady, 20 km dalej. Inna sprawa: nie wiem, czy ktoś z Państwa był w Raphaelu – ja byłem. Jeden apartament za 3000 Euro – aż naszła mnie ochota, żeby zamówić, ale żona niestety nie pozwoliła…
Głos z sali: Trzeba było pojechać z kochanką…
WK: O nie, absolutnie! Jünger mieszkał oczywiście w Majesticu, w skrzydle przeznaczonym dla oficerów sztabu paryskiego… Trzecia rzecz, to że w owym dniu żaden taki nalot w ogóle się nie odbył. Wszystko to jest całkowita fikcja, styl. Przepraszam, że mówię to tak brutalnie…
WR: Coś podobnego sam chciałem właśnie zasugerować…
WK: Musimy tu respektować, pewną – powiedzmy – fikcjonalność postawy Jüngera, fikcjonalność która wpisana jest zasadniczo w postawę dandysa (takiego jak choćby Oscar Wilde). Dandys spogląda na rzeczywistość z dystansem, ale z drugiej strony zdaje sobie sprawę z faktu, że jest także uczestnikiem spektaklu. Ta podwójna perspektywa wynika oczywiście z perspektywizmu Nietzscheańskiego. Tu uważam, że należy podkreślić ważne dla Jüngera nietzscheańskie inspiracje. W kwestii tego, co Pan [do WR] powiedział na temat jego stosunku do kultury itd. byłbym raczej ostrożny. Sam poniekąd zawiniłem, pisząc kiedyś, że Jünger przechodzi na pozycje konserwatywne, nie precyzując, na czym ten konserwatyzm polega. Pan też zauważył, że nie chodzi o konserwatyzm „muzealny”, niemniej jednak sądzę, że Jünger, wchodząc w piekło I wojny światowej, nie wiedział, co się będzie działo. Pamiętajmy, że maturę robił – w trybie przyspieszonym – w trakcie wojny; gdyby nie wojna prawdopodobnie nie zrobiłby jej w ogóle – był bardzo złym uczniem i generalnie tylko czytał, to wojna pozwoliła mu uzyskać status człowieka wykształconego… W każdym razie dopiero po intensywnej lekturze Nietzschego zdał sobie sprawę z tego, że, oczywiście: walczy się „za Niemcy” (to też było), ale przede wszystkim wszystkie dotychczasowe wartości zostały rozbite w pył. Innymi słowy: Jünger traktował wojnę w gruncie rzeczy jako rewolucję. Wygraną czy przegraną – wszystko jedno: wszystko wylatuje w powietrze, później zaś przychodzi moment refleksji (w okopach Jünger czyta klasyków: Ariosta, Homera i innych, zbiera chrząszcze – nawiasem mówiąc: to bardzo ważne, on nie zbiera motyli, istot pięknych, trzepoczących skrzydełkami, tylko istoty opancerzone, które nabija na szpileczki…). Nadchodzi moment konfrontacji ze wszystkimi kwestiami politycznymi. Jednak najważniejszą rzeczą jest – powracam do tego – kwestia stylu: jak odnaleźć styl? Naturalnie, istnieje klasyczny styl niemiecki, bardzo, by tak rzec, głęboki, nurtujący, drążący, klasyczny styl, który narodził się jeszcze u Schillera, u Goethego, u wielkich klasyków weimarskich (także romantycy bardzo przyczynili się do rozwinięcia owego stylu). Styl swoiście ciemny… Lecz nagle pojawia się filozof, który dokonuje rebelii przeciw temu stylowi i przeciwko całemu systemowi. Jest to właśnie Nietzsche. Jest to jednak zarazem wyraźne nawiązanie do moralistów francuskich, do Chamforta, do Rivarola, jeśli chodzi o prawe skrzydło. Nawiązanie do tradycji konwersacji dworskiej, do elementu gry językiem. Jünger jest absolutnie dziedzicem spuścizny Nietzschego w tym aspekcie, a także dziedzicem moralistów francuskich. Moment „frankofilski” w jego dziele trzeba cały czas mieć na uwadze. Właśnie dlatego Francuzi są również zafascynowani Jüngerem – odnajdują w nim to, co obce, ale także całą masę tego, co swoje, I tak samo Niemcy – dawno już mogliby o nim zapomnieć, gdyby nie to ,że ciągle odnajdują w nim tę obcość… To bardzo istotny punkt. Mówiąc o jego poszukiwaniach z epoki Republiki Weimarskiej – kiedy był polityczny, a kiedy nie itd. – cóż, Jünger przestał być polityczny w okolicach roku 1927, kiedy zauważył, że właściwie ze wszystkimi tymi pomysłami zjednoczenia różnych grup związanych z tzw. rewolucją konserwatywną nie ma większych szans. Szanse mają wyłącznie partie masowe, takie jak NSDAP…
JS: Czyli konkurencja była za mocna?
WK: Tak, ale poza tym działanie elitarne były zasadniczo nieskuteczne. Tu trzeba było działać tak, jak działał Hitler – wyjść i powiedzieć, że wszystkiemu winni są zachodni alianci, a jeszcze na dodatek Żydzi, zmobilizować masy, chwycić je za mordę i pogonić na front, by umierały za Führera i za Rzeszę… W 1927 roku następuje u Jüngera odwrót i pojawia się zainteresowanie tym, o czym Pan [do JS] wspomniał, to znaczy formą Gestalt, Kształtem życia. Tu znów powraca kwestia stylu – o ile wielkie ruchy rewolucyjne, typu nazizm czy komunizm przede wszystkim miały za zadanie kształtowanie mas (Führer miał być inżynierem ludzkich dusz, przewodnikiem, itd.), to dla Jüngera była to raczej propozycja nieciekawa. On zdawał sobie doskonale sprawę, że w takim momencie i w takim układzie pisarz, intelektualista, człowiek zostaje zredukowany do pewnego funkcjonalnego trybiku, staje się jakby jednym z elementów owej masy, która w gruncie rzeczy zachowuje swój stary, XIX-wieczny charakter. On sam uważa, że nowoczesność powinna doprowadzić raczej zasadniczych do przemian antropologicznych – człowiek przestaje być człowiekiem w sensie swej dawnej substancji, by stać się człowiekiem-maszyną. Naprzeciwko mnie siedzi bardzo piękna Pani, której aparat fotograficzny bardzo mnie fascynuje. Otóż w tym momencie staje się ona tym, co Jünger określiłby mianem „konstrukcji organicznej”. Oczywiście może to być również żołnierz z karabinem maszynowym albo człowiek wsiadający do samochodu czy tramwaju. Organiczna konstrukcja jest czymś, co zmienia nas wewnętrznie. Ta wewnętrzna przemiana, w odróżniania od „urabiania” od zewnątrz, ta przemiana antropologiczna powoduje, że zmieniamy nasz sposób myślenia i przechodzimy do zupełnie nowego etapu rzeczywistości – jest to właśnie rzeczywistość Robotnika. Skądinąd jest to wszystko bardzo klasyczne – cały proces dokonuje się jakby według dyrektywy Goethego. Zaraz na wstępie Jünger zaznacza, że nie chodzi mu o tworzenie całości mechanicznej, lecz o całość organiczną, opisywaną tak jak Goethe w pięknym i obszernym wierszu Die Matamorphose der Pflanzen opisywał rozwój rośliny. To był właśnie model refleksji Jüngera w Robotniku. Na koniec jeszcze dwa słowa w sprawie konserwatyzmu. Konserwatyzm Jüngera polega przede wszystkim na tym, że w 1927 roku wycofuje się on z polityki i zaczyna rozglądać się za zupełnie nowymi jakościami i wartościami w samej współczesności – przede wszystkim wykuwa hasło „totalnej mobilizacji”, przejmuje od Besta formułę „heroicznego realizmu”. Widzi, że żyjemy w zupełnie innym świecie; jest to świat całkowicie zmechanizowany, jesteśmy w pełni zależni od istniejących w społeczeństwie więzi komunikacyjnych. Zmienia się zupełnie cała sylwetka duchowa człowieka; następują radykalne przemiany. Jünger stawia sobie w związku z tym pytanie: co się dzieje z naszą kulturą? Dostrzega fakt, że owa kultura stara się pewne elementy czy obszary ustanowić jako obiekty muzealne – całe dzielnice znajdują się na przykład pod ochroną (dziś mamy UNESCO, parki narodowe – żubry, kwiatki, sasanki, Dolina Rozpudy itd.). Z drugiej strony widzimy mordowanie całych populacji. Makabryczna oboczność owego instynktu muzealnego i instynktu absolutnej agresji. Jünger mówi – nie tędy droga. Nie idzie o to, by chronić dotychczasowe wartości, przy jednoczesnej akceptacji tego, co dzieje się w rzeczywistości „obocznej”. Punktem wyjścia jest tu raczej, znów, postawa nietzscheańska. Skoro już dokonała się destrukcja wartości i nic ich nie wskrzesi, żadne rytualne zaklęcia, to należy je stworzyć samemu, nasza postawa musi być postawą twórczą. Tu pojawia się pytanie: w jaki sposób mogę sam tworzyć wartości, za które będę w stanie umierać, które będą mnie determinować itd. Jünger mówi: muszę poszukiwać przede wszystkim sytuacji granicznych; to właśnie w nich, w sytuacjach, które są sytuacjami zagrożenia, potrafię odnaleźć samego siebie, moje pierwotne instynkty – wielką miłość, nienawiść albo niechęć, akceptację śmierci (wszystko to, czego oducza nas właśnie kultura masowa „demokratyczna”). W latach 50. i 60. pojawia się oczywiście cała masa tego rodzaju doświadczeń. Już nie front, ale na przykład narkotyki (trzeba uwzględnić przyjaźń Jüngera z Albertem Hofmannem, wynalazcą LSD, jego ciągłe eksperymenty narkotykowe – przy braku uzależnienia zresztą – a także jego egzotyczne podróże, wchodzenie w różne niebezpieczne układy, wycieczki w stronę świata polityki, również w latach 50., skłonność do prowokowania opinii publicznej, choćby w przypadku przyznania mu nagrody imienia Goethego). Jünger zasadniczo jest rodzajem agent provocateur, który, tak jak dawniej dandys, bez przerwy stara się dostarczyć jakichś sensacji, by móc w stechnicyzowanym świecie – i w pewien sposób dzięki niemu – powrócić do swych najbardziej pierwotnych instynktów. Przepraszam za ten chaos… Chciałem zwrócić uwagę na to, jak ważny jest jednak ów impuls nietzscheański.
Michał Herer: W związku z tym, że Profesor Kunicki podjął właściwie wszystkie istotne wątki, które powinniśmy omówić, zamiast dodawać kolejny wątek spróbujmy może w jakimś porządku przyjrzeć się bliżej niektórym problemom. Jest przynajmniej kilka kwestii. Po pierwsze kwestia stylu, ale też, szerzej: literatury i literackości w ogóle. Dalej kwestia tego, co można by określić jako „walor diagnostyczny” myśli Jüngera. Z tym wiąże się z kolei problem, poruszony przez Wiktora w jego wprowadzeniu, problem ewentualnej aktualności jego diagnoz. I wreszcie kwestia tak zwanego konserwatyzmu, sensu, jaki właściwy był owemu Jüngerowskiemu konserwatyzmowi. Proponuję, żebyśmy zaczęli może właśnie od diagnostyki. To coś, co – jak mi się zdaje – również upodabnia Jüngera do Nietzschego. Niezależnie od tego, że w wielu kwestiach mógł się on z Nietzschem nie zgadzać, na głębszym poziomie wspólny im był swego rodzaju etos myślenia i filozofowania, pewne założenie dotyczące tego, co to właściwie znaczy: myśleć. Myślenie, jakie proponowali i uskuteczniali, miało mieć właśnie ów sens diagnostyczny, miało być formułowaniem pewnej diagnozy. W przypadku wczesnego Nietzschego diagnozy tego, co często określa się mianem „kryzysu kultury”; później – jak wiemy – Nietzsche wypracował inne pojęcia, przede wszystkim pojęcie nihilizmu, będące właśnie pojęciem stricte diagnostycznym. Jünger miał oczywiście swoje pojęcia, choć posługiwał się także pojęciami Nietzscheańskimi, z pojęciem nihilizmu na czele. Można się zastanawiać, czy owe stworzone przez samego Jüngera pojęcia zachowały również dziś swój walor diagnostyczny. Moje bardziej szczegółowe pytanie odnosi się przede wszystkim do wypowiedzi Wiktora, ale wiąże się z pojęciem, które cały czas tu powraca – z pojęciem masy. Otóż kiedy uważnie czytamy Robotnika, widzimy, że pojęcie masy zostaje przez Jüngera wyraźnie porzucone, zdystansowane przez inne pojęcie (nawiasem mówiąc także Nietzscheańskie), mianowicie pojęcie typu. W nim właśnie zostaje niejako „zniesiona” tradycyjna opozycja między jednostką a masą. Jünger powiada, że doświadczenie pierwszej wojny światowej, ale i to wszystko, co nastąpiło później, sam ruch rzeczywistości znosi ową dawną alternatywę, by na jej miejsce wkroczyć mogło coś takiego jak typ. W typie zawiera się jakby jednocześnie to, co tradycyjnie należy do wymiaru masowości, czyli pewnego rodzaju funkcjonalizacja działań, jak – z drugiej strony – najróżniejsze cechy tradycyjnie przypisywane jednostce, to co sam Jünger nazywał na przykład „heroizmem”. Ale jeśli tak, to być może to, co Wiktor rozumie jako nawoływanie do przywrócenia masie „rycerskości”, ma zupełnie inny sens. Jünger nie porusza się już w obrębie tej tradycyjnej alternatywy. Nie idzie o to, jak wydobyć masę z jej pożałowania godnego stanu i „nadać” jej, jakby wtórnie, charakter bytu „rycerskiego” w tradycyjnym znaczeniu. Typ zawiera już w sobie, od samego początku, te dwa momenty. Proponuję, żebyśmy przez chwilę zastanowili się nad diagnozami Jüngera, nad jego podstawowymi pojęciami. Nie wiem, czy akurat pojęcie Robotnika jest rzeczywiście centralne; może raczej pojęcie typu albo pojęcie Postaci/Kształtu (Gestalt)…
JS: Dokonajmy więc syntezy tych dwóch rzeczy, Jünger mówił przecież właśnie o „typie Robotnika”.
WK: Dobrze – spróbujmy jakoś uporządkować tę faktycznie skomplikowaną terminologię. Jeżeli mówimy o stosunku Jüngera do masy, to musimy uwzględnić dwie sprawy: po pierwsze, jego nienawiść do masy „klasycznej”, czyli demokratycznej, XIX-wiecznej (dla niego masą był na przykład parlament albo zgromadzenie przypadkowych ludzi na partyjnym wiecu itd.), po drugie - dwa pojęcia, za pomocą których Jünger na nowo porządkuje otaczającą go rzeczywistość. 1) Nowoczesny ład technologiczny, który wpływa na fizjonomikę człowieka. Maszyna wymusza pewną typowość zachowań. Można to było zaobserwować już na froncie: zupełnie inni są żołnierze piechoty, a zupełnie inni lotnicy (absolutna elita, do której, nawiasem mówiąc on sam chciał należeć, ale mu nie wyszło – dopiero późnie, w latach 20. robił kurs pilotażu, a prawa jazdy nie miał przez całe życie…). Pojawia się tutaj pewien typ, także fizjonomiczny (słynne twarze w pilotkach, okularach itd.), wymuszany również przez rzeczywistość pracy. Rzeczywistość ta nie odnosi się wyłącznie do robotnika w fabryce, hucie itd., ale właściwie do każdego, kto – w obrębie świata nowoczesnego – wykonuje konkretną, wyprofilowaną czynność. Z tym wiąże się też tendencja do uniformizacji. Jünger określił to jako Arbeitscharakter, „charakter pracy”, który – w dalszym ruchu – prowadzi do wykształcenia się tzw. typu, typu związanego z pracą i z nową rzeczywistością. Na przykład rolnik – on również byłby typem, jako że kształtuje go praca na roli; z drugiej strony mieszkaniec miasta, na skutek swego charakteru roboczego, także wykształca pewną fizjonomię i pewien element uniformizacji. Im szersze kręgi zatacza owa uniformizacja, tym wyraźniej widać, że chodzi tu właśnie o typ. 2) Kolejnym etapem tego procesu jest przenikanie charakteru pracy do świadomości i tworzenie czegoś, co Jünger nazywa Gestalt. Nie oddziaływanie na masy z zewnątrz, tak jak chciała to robić rewolucja sowiecka, lecz oddziaływanie od wewnątrz, jako skutek rozwoju samego świata. Widzimy to nawet w codziennych sytuacjach. Kiedy poruszamy się zatłoczonymi ulicami naszych miast, jesteśmy typem szofera – wszyscy zachowujemy się tak samo, kiedy stoimy w korku, reagujemy agresywnie, a wysiadając z samochodu znowu stajemy się normalnymi ludźmi… Natomiast w pewnym momencie wytwarza się z tego Gestalt, całkiem nowy stosunek do rzeczywistości, możliwy jedynie na skutek immanentnego rozwoju (to jest coś, co różni Jüngera od narodowych socjalistów i innych ruchów antydemokratycznych)
MH: Może zanim Wiktor zabierze głos tylko jedno zdanie, bo mam wrażenie, że nie udało mi się dość precyzyjnie sformułować pytania pod jego adresem. Najprościej rzecz ujmując chodzi o to, czy rzeczywiście Jünger tkwi w dylemacie, rozpięty między konstatacją umasowienia (nawet pewnego rodzaju jego afirmacją), a – z drugiej strony – quasi-romantyczną tęsknotą za wzniosłością, lub heroizmem…
WR: Myślę, że sprawy nie należy zbytnio upraszczać, ale w pewnym sensie odpowiedź tkwi w pismach politycznych Jüngera. Na pewno diagnoza typu jest słuszna i zasadniczo również dzisiaj aktualna. Nie powiedziałbym, że pojęcie typu jest tu świadomie użyte w opozycji do pojęcia masy – jest raczej pewną funkcją porządkującą. Choć z tezą o awersji wobec klasycznej wizji masowości muszę się zgodzić. Można oczywiście, posługując się niektórymi jego pismami teoretycznymi, odczytać Jüngera przede wszystkim jako diagnostę i zapomnieć o pewnych jego wycieczkach politycznych i stylistycznych. Z tego punktu widzenia można by powiedzieć, że nie istnieje dla niego również opozycja między masą a kulturą. Z drugiej strony jest jednak prawicowa publicystyka, a także osobność jego stylu, które wyraźnie wskazują na to, że od pewnego rodzaju nostalgii Jünger mimo wszystko uciec nie potrafił… Jeśli nie ma u niego relacji masa/jednostka w sensie tradycyjnym, dialektycznym, to jednak jest obecne napięcie, bardzo istotne, między jednostką w samotności a jednostką w tłumie. Widać to wyraźnie w jego pamiętnikach frontowych, zwłaszcza w jego zarzutach przeciwko myśli pacyfistycznej. Owszem – na poziomie jednostkowym wojna była nieszczęściem, ale pojawiła się też możliwość pozytywności jakiegoś doświadczenia kolektywnego. Jest też esej O bólu, który odczytywać można jako obronę pewnego rodzaju kolektywności jako tego, co broni człowieka przed cierpieniem indywidualnym. Nie było więc problemu: elita/masa w najbardziej tradycyjnym sensie, było natomiast niewątpliwie rozróżnienie między doświadczeniem jednostkowym i kolektywnym. Kolejna kwestia, do której chciałbym się odnieść, to kwestia stosunku Jüngera do Nietzschego. Obstawał był jednak przy tym, że u Jüngera, zwłaszcza tego późnego, pojawia się coś takiego jak potrzeba zdystansowania od Nietzschego. Być może wynika to z prostego mechanizmu – każda wybitna postać chce sobie „ustawić” wszystkich innych, tak by okazało się, że poprzednicy jednak czegoś nie zauważyli, nie dopowiedzieli itd. Ale nie tylko. Chodziło także o ograniczenie pewnych niebezpieczeństw, które mogą się zrodzić z myśli Nietzscheańskiej. Tu znów kłania się klasycyzm. Jünger odwołuje się w istocie do myśli przednietzscheańskiej, obecnej także w tradycji francuskiej, z La Rochefoucauldem, Rivarolem i Chamfortem. Jeśli coś takiego pojawia się u samego Nietzschego, to raczej w jego pismach sprzed Genealogii moralności, tam, gdzie wprost odwoływał się do klasycystycznego dziedzictwa. Pytanie, które powinniśmy sobie zadać, dotyczy problemu, jaki mógł mieć z Nietzschem człowiek należący do pokolenia Jüngera – zjawiska nihilizmu. Jeśli wrócimy jeszcze na moment do drugiej wojny światowej, zobaczymy dwie różne postawy, poza które Jünger chciał koniecznie wykroczyć. Po pierwsze – postawę pacyfistyczną. Jünger postrzegał wojnę jako rewolucję – i właśnie jako swoistą „kontrrewolucję” negował pacyfizm. Stało się coś, co być może stać się nie powinno, ale wycofanie się z pola walki jest w gruncie rzeczy nihilistyczną próbą przekreślenia możliwości odnalezienia w tym czymś, mimo wszystko, czegoś pozytywnego. Pacyfizm odbiera język pokoleniu, które przeżyło to, co przeżyło. Poza tym jego zarzuty wobec pacyfizmu były natury czysto psychologicznej. Jünger pisał na temat Barbusse’a (choć można by odnieść to także do Remarque’a), że naturalizm był dla niego jedynie wyrzutem przeciw kulturze: okrucieństwo wojny to coś, co do czego doprowadziła być może zdegenerowana polityka, ale w pacyfistycznym procesie chodzi o coś innego. „Protestujecie przeciw temu duchowi, ale tak naprawdę chodzi wam tylko wrażenia własnych nerwów”. Otóż tutaj, być może, Jünger ma rację. Pytanie, rzecz jasna, jak ktoś, kto zasadniczo ma rację, może się jednak pomylić politycznie… Drugi punkt widzenia na wojnę to ten przedstawiony, dość konsekwentnie przez Céline’a. Céline nie pozostawia najmniejszej szansy poza tą, którą, skrajnie cynicznie, zdaje się sugerować doktor Destouches: „pytacie mnie o nadzieję – oto ona: dopóki macie ciało wolne od ryzyka śmierci korzystajcie z niego na tyle, na ile się da, ale ze sceptycyzmem, bądźcie przy tym rozważni”. Inna odpowiedź Céline’a, bardziej metafizyczna, to Rabelais’owski śmiech, śmiech z głębi trzewi. Jakkolwiek nie wiązałbym Céline’a z Nietzschem, to jednak doświadczenie Célinowskie, mówiąc metafizycznie: po rozpadzie wartości, jest doświadczeniem po katastrofie, która nastąpiła. Być może Jünger chciał wydobyć się z tego katastroficznego doświadczenia i stąd jego swoisty konserwatyzm. Nie chodzi o to, że powstrzymuje się przed zrobieniem jakiegoś ostatniego kroku, który robi Nietzsche, ale być może nie chce jednak wyciągnąć konsekwencji, idących zbyt daleko, które z myśli Nietzscheańskiej dają się wyprowadzić. Między Nietzschem a Jüngerem pokazał się świat, w którym zaznaczyła się już fatalna możliwość tego rodzaju kroków. U Célina z wartości pozostają jedynie flaki – to już nawet nie jest żadna nicość; tymczasem Jünger chciał znaleźć jakieś wyjście pozytywne z katastrofy. Gdybyśmy przeanalizowali różnice stylistyczne między nimi, z filologicznego niemal punktu widzenia punktu widzenia zbadali ich obraz wojny, znaleźlibyśmy, jak sądzę wiele argumentów na poparcie tej tezy…
MH: Właśnie – może w takim razie przejdźmy do kolejnej rundy, czyli do kwestii stylu i literatury. Mam takie wrażenie, nie wiem, czy Panowie się ze mną zgodzą, że – oczywiście – mówimy o Jüngerze jako o pisarzu, styliście, itd., zdajemy sobie sprawę z tego, że był autorem nie tylko dzieł teoretycznych, ale też dzieł literackich w ścisłym sensie tego słowa, a mimo to trudno zlokalizować wyraźnie w doświadczeniu Jüngera coś takiego jak „miejsce” literatury czy pisania. Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że Jünger w ogóle nie jest „typem pisarza”, kimś, komu kwestia pisania, tego, czym jest pisanie, czym jest to, co robię, kiedy piszę itd., spędza sen z powiek. Owszem – pisze, ale funkcja, miejsce pisania i literatury nie są tu jakby zasadniczym problemem. Nie jest to na przykład typ Kafki…
JS: To zupełnie fundamentalna sprawa. I nie chodzi wyłącznie o styl czy o stosunek Jüngera do pióra – ostatecznie posługiwał się różnymi narzędziami, czasem miał w ręku pióro, czasem karabin, a czasem…
WK: …strzykawkę.
JS: Myślałem raczej o latach 20. i 30… Tak więc: nie jest to już nawet kwestia wąsko rozumianego stylu, ale właśnie czegoś takiego, jak funkcja pisania w jego życiu. Czy Jünger był w ogóle pisarzem? Czy znamy jakąś jego książkę, która byłaby w ścisłym sensie i wyłącznie literacka? Ja znam tylko jedną – Niebezpieczne spotkanie. Stalowe burze i Szturm to książki literackie tylko dzięki bardzo specyficznemu zbiegowi okoliczności – Jünger znalazł się na wojnie, a więc „materiał” miał jak gdyby gotowy… Natomiast po powrocie –cóż? Szturm jest znakomitym kawałkiem prozy, ale przez całe lata zapomnianym. Skądinąd to chyba jedyny fragment, gdzie obok opisu wojny pojawiają się również jakieś przewidywania na temat tego, co może się stać z żołnierzem z pierwszej linii frontu po powrocie do miasta. Chodzi wszak właśnie o mieszczan. Mamy tam trzech młodych ludzi, którzy nie bardzo potrafią się odnaleźć. Od razu widać, do czego zmierza tutaj Jünger – nie da się już żyć tak „po porostu”. Choćby uciekało się w świat rozrywek, seksu (jako innego sposobu realizacji funkcji wojownika, funkcji zdobywania itd.) – wszystko to w kontekście doświadczenia czegoś nieskończenie bardziej totalnego okazuje się ostatecznie płytkie. Ewidentnie nie można znaleźć w takim życiu niczego, co byłoby konkurencją, w sferze doświadczenia, dla wrażeń i emocji, które odnalazło się na froncie, w okolicznościach bardzo osobliwych, niemniej jednak prawdziwych. Dla mnie Stalowe burze są oczywiście dziełem literackim, tyle że wojna nie jest czymś, co ma się na co dzień. Co więcej, inne czysto literackie próby Jüngera również wiążą się z doświadczeniem wojennym. Mam tu na myśli jego dziennik z podróży na Kaukaz, tym razem pochodzący z okresu drugiej wojny światowej. Tu Jünger nie uczestniczy bezpośrednio w walce – ten moment widziałbym, zarówno w sensie estetycznym, jak i biograficznym, jako swego rodzaju odpowiednik słynnej poziomki w szampanie. Może w mniejszym stopniu idzie tam o figurę dandysa, który ze spokojem kontempluje zagrażającą mu w każdej chwili śmierć, a bardziej o czystość, klarowność opisu walk, które Jünger obserwuje z dystansu, bodaj nawet przez lornetkę (był tam jako sztabowiec z Paryża i miał po prostu złożyć raport; zdaje się, że była to nawet misja pół legalna, quasi-szpiegowska – chodziło o to, żeby się rozeznać i zorientować, „w co myśmy tam wdepnęli”…). Tak jak pierwsza wojna była koszmarem rzezi, szczurów w okopach i fruwającego naokoło mięsa, tak tu walki również się toczą, ale Jünger występuje już w roli „konsula” (postać, która pojawia się zresztą także w Heliopolis). Z tamtej wojny nie powrócił jak młody Rzymianin, rozpoczynający, w chwale zwycięzcy, karierę polityczną, zgodnie z akceptowanymi szanowanymi w tamtym społeczeństwie regułami. Był właściwie nikim – zmuszony gdzieś tam gardłować, przebijać się w tej całej publicystyce. I oto nagle wreszcie znów odnajduje się jako żołnierz. Jaki był zawód Jüngera? Zawód żołnierz… Na początku lat 20. układał, zdaje się, regulaminy wojskowe, ale pokłócił się ze wszystkimi, twierdząc, że nie mają pojęcia, jak wygląda służba na pierwszej linii frontu. Oczywiście od razu wyleciał… W każdym razie: jak widać, droga Jüngera do bycia pisarzem, do literatury jest raczej bardzo okrężna. Tak naprawdę staje się pisarzem najbardziej wtedy, gdy staje się żołnierzem, względnie pod koniec swego życia, kiedy z kolei staje się stylistą, klasykiem, w sensie pewnej postawy dystansu wobec świata, postawy kogoś, kto eksperymentuje z pewnymi możliwościami wypowiedzi, i to w bardzo dwuznaczny sposób – sam [do WR] nazwałeś te próby, w nawiązaniu do Eugeniusza Sue, pastiszem, etiudą stylu. Co jest bardzo charakterystyczne, to że nie jest to proza traktująca o młodych przedstawicielach klasy średniej w Republice Federalnej, tylko dzieje się gdzieś w XIX-wiecznej Francji, z bretońskim arystokratą w roli głównej. Mimo pewnych czystych form, charakterystycznych może dla francuskiej kultury dworskiej, w końcu wychodzi z niego klasyczna męskość, w wyniku czego na reaguje w sposób, zdawałoby się, niezgodny z regułami jego klasy… Jünger znów pisze prozę wtedy, gdy może oprzeć się na jakiejś ciągłości, wynikającej z ciągłości sytuacji, w której sam uczestniczy albo z odniesienia do pewnych systemów wartości zakorzenionych w kulturze. Są jeszcze, oczywiście, Marmurowe skały i Heliopolis – dwa dzieła w pewnym sensie, literacko – tu można by powrócić do zarzutów pośledniejszych „realistów” w rodzaju Bölla czy Grassa – kuriozalne, naszpikowane metaforami politycznymi i kulturowymi. Gdybyśmy nie wiedzieli, że Marmurowe skały jednak odnoszą się do pewnej radykalnej sytuacji historycznej, moglibyśmy się zastanawiać, czy książka, w której głównym wydarzeniem jest walka dwóch sfor brytanów, czerwonych i żółtych, których przywódcy, mający takie a nie inne imiona i skaczą na siebie – czy to jest to, o co chodzi w trzeźwej, awangardowej prozie… Czy nie mamy tu do czynienia z prozą fantasy. Heliopolis jest też trochę w tym duchu…
MH: Profesor Kunicki w jednym ze swoich esejów mówił, jeśli dobrze pamiętam, o swoistym symbolizmie Jüngera.
JS: Tak, jak najbardziej – jest to czysty symbolizm. Nie w sensie dosłownym, nie żeby każdy brytan musiał coś symbolizować, ale…
WK: Byłem wtedy w Panów wieku, więc proszę, z łaski swojej, ostrożnie obchodzić się z tym moim symbolizmem…
JS: W grę wchodzi raczej symboliczna relacja z okresu pobytu w Paryżu i z rozgrywek, jakie wtedy miały miejsce, między generalicją a partią.
MH: Muszę teraz zdecydowanie wystąpić w swojej właściwej roli, czyli w roli moderatora. Widzę, że robi się późno – może Profesor Kunicki chciałby powiedzieć coś w kwestii stylu i literackości i na tym zakończymy tę rundę…
WK: Tylko dwa słowa. Tak właściwie, to w całym opus Jüngera, gdyby wyabstrahować to, co napisał on na temat pisania, pisarstwa, roli pisarza itp., to na osiemnaście tomów wyszłoby pewnie ze sześć… To jeden z najbardziej autorefleksyjnych pisarzy w kulturze niemieckiej. Nawet Mann tyle nie napisał o sobie… Jeśli chodzi o Szturm, jest tam taki moment, kiedy bohater zastanawia się, jaką drogę wybrać: działacza-aktywisty czy pisarza. To również jest książka autorefleksyjna. Następnie mamy dwa ciągi powieściowe. Ciąg realistyczny: Szturm, Gry afrykańskie, Szklane pszczoły i Die Zwille oraz cykl mistyczno-filzoficzno-symboliczny, czyli Na marmurowych skałach…
JS: W związku z tym tylko jedno pytanie. Wymienił Pan, zaraz po Szklanych pszczołach jeszcze jeden tytuł – czy obie te rzeczy odnoszą się do biografii Jüngera?
WK: Tak – oczywiście nie idzie tu o biografie w ścisłym sensie, ale Gry afrykańskie jak najbardziej odnoszą się do takiego zdarzenia z życia Jüngera jak ucieczka do Legii Cudzoziemskiej. Z kolei Proca (Die Zwille) opowiada o latach szkolnych (bardzo urokliwa proza zresztą). Jeśli chodzi o pisarstwo i symbolizm, chciałbym przytoczyć tu słowa Benna (niby pisał dla Jüngera wiersze itd., ale także naśmiewał się z niego): w utworze Besuch auf Godenholm, napisanym jako rodzaj protokołu z odjazdu narkotykowego (wspaniały zresztą – choć może nie powinienem…), jest taki piękny obraz narastającej fali; trudno wyobrazić sobie lepszą alegorią fallusa. To prawdziwe przenikanie się światów – cielesnego i duchowego.
WR: Coś w rodzaju barokowej korespondencji…
WK: No, niezupełnie – raczej to, co sam Benn uprawiał w swojej twórczości: przenikanie słowem rzeczywistości i ustanawianie formy. W każdy razie – mamy tu do czynienia z absolutnie ważnym problemem, wręcz centralnym dla Jüngera. Mam na myśli problem literackości…
JS: Problem wykracza przy tym jednak poza samą autorefleksję Jüngera i dotyczy także tego, jak my, niejako z zewnątrz i po fakcie postrzegamy ową rolę pisania i literatury w jego dziele. Jak i w którym momencie Jünger stawał się pisarzem, dlaczego stawał się nim tylko niekiedy?
Marek Sobczyk: Chciałbym tylko wtrącić jedno pytanie. Chodzi o podtytuł tego spotkania: „Brunatny – kolor literatury i doświadczenia”. Po pierwsze, nie wiem, jaki to kolor – ten brunatny. Po drugie – gdzie to w ogóle wypłynęło, w tym całym expose?
WK: A kto to w ogóle wymyślił? Nie ja – ja jestem niewinny… Trzeba natychmiast znaleźć winnego i go osądzić, kolektywnie!
MH: W takim razie poprosimy twórcę tego hasła o wyjaśnienie…
Mateusz Falkowski: To ja byłem twórcą…
WK: Acha! No to mamy winnego!
MF: Cóż – chodziło prostą rzecz, która zresztą już tutaj wypłynęła, poniekąd. Zderzenie wszystkiego tego, co Jüngera kojarzy się, powiedzmy, z militaryzmem, co nazwać można, w cudzysłowie, wątkami „niebezpiecznymi”, z jego osobistym doświadczeniem (przede wszystkim doświadczeniem I wojny światowej) oraz z kwestią literatury. Nic więcej.
MS: Ale czy w pierwszej wojnie występował jakiś kolor brunatny? Jaki to jest kolor – piaskowy (w stylu SA) czy może ciemniejszy…
WK: Mi ten tytuł wydaje się również niepokojący, ale cel został osiągnięty. Nawiasem mówiąc: ciągle się zastanawiam, dlaczego Państwo tak się fascynują tym facetem?
MH: Fascynacja leży w naszej naturze…
WK: Dobrze, ale mi chodzi o coś innego. Sądzę, że wy wszyscy tęsknicie, podobnie zresztą jak ja, żeby znaleźć się na ostrzu noża, na grani… przecież nie chodzi o spotkanie kilku facetów, którzy adorują Adolfa, kolor brunatny itd.
WR: Ale czy Jünger rzeczywiście sam stawiał się na tym ostrzu noża? Poza sytuacją, w której został postawiony w młodości. Przy czym nie chodzi mi wyłącznie o kwestię biograficzną – czy Jünger zmyślał, czy nie (tak jak w akcji z poziomką). Problem leży głębiej, gdzieś na płaszczyźnie duchowej.
WK: Naturalnie. Za co Jünger dostał Pour le Mérite? Otóż za umiejętność skutecznego wycofywania się z pola walki i ochrony swoich własnych ludzi… Nie za to, że atakował, tylko za to, że się wycofywał. Sztuka nie tyle awangardy, ile wycofywania się na pozycje, z których można obserwować życie i rzeczywistość. My też zresztą jesteśmy w sytuacji całkiem bezpiecznej…
MH: W postaci Jüngera jest chyba rzeczywiście zakodowana ta dwuznaczność. Jest tam moment, powiedzmy, anarchiczny. Nawiasem mówiąc – to ciekawy problem: jak ta jego anarchiczność wiąże się z rzekomym konserwatyzmem? Z drugiej strony mamy jednak także coś takiego jak poszukiwanie miary. Również w jego podejściu do narkotyków te dwa aspekty wyraźnie dają znać o sobie. We wspomnieniach Alberta Hofmanna z ich wspólnych eksperymentów z zażywaniem LSD i innych halucynogenów przeczytać można właśnie coś takiego: z jednej strony wynikało to z silnej u Jüngera potrzeby jakiegoś doświadczenia skrajnego, maksymalnej i intensywności itd., z drugiej strony – on sam uważał, że tego typu doświadczenia przeprowadzać należy z wielką, może nie: ostrożnością (bo nie chodzi o żadne proste asekuranctwo), ale uwagą. Muszą się one odbywać zawsze w jakoś zaaranżowanych i zaplanowanych okolicznościach…
WK: Przede wszystkim w obecności lekarza…
MH: No cóż – pierwsza sesja faktycznie była zaaranżowana w ten sposób…
WR: Może Jünger podchodził do narkotyków trochę jak przyrodnik, szczery i prawdziwy, to znaczy: nie skrępowany mieszczańską, policyjną moralnością przyrodnik, który poznaje naturę i jej różne możliwości. Ale jeszcze w innej kwestii: jeśli Pan profesor mówi o postawie Jüngera jako postawie dandysa: dlaczego Jünger stylizował się w taki czy inny sposób? Ostatnio wpadły mi w ręce Gry afrykańskie. W trakcie lektury myślałem często o Célinie: obaj rozstają się z pewnymi złudzeniami dotyczącymi rzeczywistości Czarnego Lądu, ale jaka nieprawdopodobna dyscyplina opisu u Jüngera w porównaniu z Célinem! Ten ostatni zresztą już wcześniej pozbywa się wszystkich iluzji, by później tylko potwierdzać ten swój stan, opisując administrację francuską w Afryce jakby entomologicznie, jako kolejne gatunki ludzkiego robactwa… Obok kwestii „ostrza noża” fascynujące jest to, w jaki sposób Jünger właśnie nie dopowiada pewnych wątków, kwestia jego w gruncie rzeczy „klasycznego” ducha.
MH: W takim razie może teraz ostatnia runda, czyli pytanie o „anarchiczność”. To ciekawe: człowieka, którego określa się mianem konserwatysty, wyraźnie charakteryzuje pewien anarchiczny, „antysystemowy” rys. Ale na czym on dokładnie polega? Kim jest Jüngerowski „anarcha” – tajemnicza figura, która od czasu do czasu pojawia się w jego wywodach i do której on sam zdaje się aspirować? Są tu jakby dwa tropy. W jednym z wywiadów Jünger powiada na temat „anarchy”, że „pozostawia rzeczy ich własnemu biegowi” – byłaby to zatem figura wycofania, przejścia do rezerwy. Z drugiej strony, parę linijek wcześniej, ten sam anarcha, jawi się zupełnie inaczej: bynajmniej nie przechodzi do rezerwy, ale prowadzi walkę – walkę podjazdową, partyzancką. Pojawia się tam postać zwana przez Jüngera Leśnym Wędrowcem: „Leśny wędrowiec zna swoje przymusowe schroniska, kryjówki uciskanych, zna mniejszości wyczekujące nadejścia właściwej godziny. Prowadzi swoją małą wojnę wzdłuż nitek torów i szos, zagraża mostom, kablom i składom. Leśny wędrowiec nie dysponuje większą ilością środków walki. Ale wie, jak śmiałą akcją zniszczyć broń kosztującą miliony”…
JS: Słyszałem o tym fragmencie, pochodzącym bodaj z lat 50., że Jünger zachęca do dywersji na tyłach alianckich baz wojskowych itd. To oczywiście głupota, coś, co należy z góry wykluczyć…
WR: Ta postawa „anarchy” jest niewątpliwie intrygująca w swojej dwuznaczności… Niewątpliwie u Jüngera jest coś takiego, co można wyabstrahować jako postawę zbliżoną do postawy Kierkegaardowskiego „rycerza wiary”. Chodzi mi tu o problem maski i strategię, w której wywrotowe działanie ujawnia się tam, gdzie teoretycznie wcale go nie ma – w różnego rodzaju mikroodruchach. Jest nawet swego rodzaju niewidzialnością, w przypadku kogoś, kto właściwie całkowicie idzie na współpracę ze światem. Taka jest też różnica, dla Jüngera, między anarchą i anarchistą – anarchista jest wywrotowy otwarcie, podczas gdy anarcha pozostaje na płaszczyźnie duchowej. Owszem – przytrafiają mu się manifestacje oporu, może dokonywać prowokacji itd., nie potrzebuje jednak w zasadzie otwartej konfrontacji. Tak jak Kierkegaard opisuje rycerza wiary jako mieszczanina kupującego śledzie na kopenhaskim bulwarze – w tym sensie, przynajmniej z estetycznego punktu widzenia, anarcha to ktoś, kto uprawia sztukę cichej dywersji. Skoro już zostałem wywołany do tablicy, podeprę się cytatem (pewnie można by znaleźć inne, przeczące temu, co zaraz przeczytam): „Anarcha może siedzieć jako drobny urzędnik za biurkiem, wieczorem idzie do domu. Diabli wiedzą, co wtedy robi. Co do mojej żony i do mnie, jesteśmy lojalnymi, ale nie zachwyconymi obywatelami Republiki Federalnej. Dla nas Rzesza Niemiecka to wciąż rzeczywistość. Mówiąc między nami, żyjemy w końcu w takich układach, że można sobie pozwolić niemal na wszystko. Jeśli chodzi o aktualną władzę, to żyję z nią dobrze”. Myślę oczywiście przede wszystkim o pierwszych dwóch zdaniach…
WK: Tak – anarchista to rodzaj rebelianta, który jest w gruncie rzeczy komunistą-utopistą. Marzy o doskonałym świecie i właśnie w imię tego świata wysadza w powietrze złe, istniejące społeczeństwo. Anarchista zawsze jest niezadowolony, ciągle protestuje itd. Dla Jüngera jest on w sumie emanacją indywidualizmu, który sam z kolei stanowi przeciwwagę dla dawnej, demokratycznej masy. Postawa indywidualistyczna, która na pierwszym planie umieszcza ego i stara się to legitymizować wielkimi, pięknymi czynami – to jest właśnie postawa anarchistyczna. Tymczasem anarcha postępuje zupełnie inaczej. On przede wszystkim obserwuje, bada rzeczywistość, rządzące nią reguły. Nawet wtedy, gdy rzeczywistość myśli, że kieruje anarchą, to on tak naprawdę kieruje nią. Anarchą może być kamerdyner wielkiego władcy – czasem dodanie małej ilości alkoholu wpływa na bardzo istotne decyzje… Anarcha zdaje sobie sprawę z wielkich możliwości jednostki, która może, przy dobrych układach, wysadzić w powietrze elektrownię atomową. Z drugiej strony – nie włącza się w żadne szersze układy, do solidaryzmu z jakimiś ideologiami itd. Buduje sobie obszary wycofania, jak bohater powieści Eumeswil. Trzeba mieć taki obszar, w który można się wycofać, gdy rzeczywistość staje się nie do zniesienia – w Heliopolis i w Marmurowych skałach idzie o wycofanie poza próg własnej śmierci…
JS: Ale czy anarcha pojawia się już w latach 20. i 30.? Czy Robotnik może być anarchą?
WK: Naturalnie. Anarcha jest korelatem typu Robotnika. Proszę zwrócić na postawę Jüngera opisaną w jego dziennikach paryskich (nawiasem mówiąc – on nie mógł odrzucić tego awansu, musiał zostać kapitanem, sorry…). Z jednej strony jest żołnierzem, bierze udział w walkach, z drugiej – buduje sobie coś w rodzaju chaty, w której siedzi. To nie jest oznaka elitarnego dystansu – każdy wie, że ten facet pisze itd., musi mieć miejsce do wycofania się, rodzaj azylu, na który jednak trzeba sobie zapracować… Pojawia się to już w okresie I wojny, W Awanturniczym sercu I Jünger opisuje, jak leżał w lazarecie i czytał Tristrama Schandy. Piękna melodia słów tworzy kontrapunkt z odgłosami toczącej się na pobliskim froncie bitwy. To nie jest romantyczna ucieczka, tylko właśnie rodzaj wycofania się. Oczywiście kryją się za tym całe pociągi idei – Max Stirner i polemika Marksa ze Stirnerem itd. Ale chyba musimy już kończyć…
MH: Cóż – w takim razie zanim udamy się na z góry upatrzone pozycje, proponuję, byśmy jeszcze przez chwilę kontynuowali dyskusję w mniej oficjalnym trybie. Dziękuję zarówno naszym gościom, jaki i wszystkim Państwu...