Dodano 06.05.2009
Z moim pałacem, to też już niedługo się zmieni. Zrobią tam jakąś instytucyjkę od kultury, fundację, zarząd, Muzeum Rogatywki, albo koncerty w niedzielę na flet i klawesyn. Ale to mało prawdopodobne. Raczej dobiję targu, parafę postawię, a potem wyjdę sobie, ukradkiem, tylnymi drzwiami, do tego pogmatwanego ogrodu. Za to od frontu, całkiem jawnie i z rozmachem zaczną się wielkie i bardzo ciekawe zmiany. SS Diamond. Aha. SS. Diamond. Tak, to ci. Absolutny lider, nowe branże, nowe horyzonty. Niemniej specjalizacja to będzie jednak handel. Handel przestrzenią reklamową. - Skupujemy np. po dwie godzinki dziennie u dwustu osób po złotówkę za kwadrans. Odprzedajemy z zyskiem i dalej jest tak: rozmawiasz sobie z kimś, z bratem z siostrą albo żoną, a tu o przepisowej porze ona zaczyna cię przekonywać do doskonałej jakości szwedzkich mebli C6AB* (wstawić wiodącą markę producenta szwedzkich mebli), choćby to było akurat, wiecie, w trakcie… „Kochanie C6AB są doprawdy znakomite, no, przestań, skup się na chwilę… Oni mają wspaniałą ofertę, na pewno znajdziemy tam coś dla nas!". I tak dalej, że jak już masz garniturek EK11, musisz sobie kupić neseser XP7* (podstawić wiodącą markę producentów neseserów). Że… Wtedy ty jej odpowiadasz dyskretnie, tonem chłodnym, ale bezwzględnym dajesz do zrozumienia, że jak chce ciebie dalej podniecać, to musi sobie sprawić jakieś cacuszko na tyłeczek i biust, w sklepie Z12* (wiodący sklep danej branży), zresztą tego akurat nie musisz jej mówić, w końcu jej przyjaciółki też zarabiają w SS Diamencie. Śmiesznie bywa zwłaszcza wtedy, gdy dwóm osobom wypada akurat naraz ten sam czas perswazji i to w temacie tego samego gadżetu. Nie obywa się bez wzruszających scen, w trakcie których często dochodzi do nawiązania wielkich przyjaźni i związków mających przetrwać długie lata. Co w tym dziwnego, wiadomo przecież jak to bywa. Niekiedy niezrozumienie w kwestiach bardzo nam bliskich, intymnych, jest czymś, co alienuje i przytłacza. Wtedy, jaką ulgą, jakże radosnym zdarzeniem jest spotkać - śmiało, powiedzmy to: bratnią duszę, która tak jak my używa – aha, u-ży-wa - bezcukrowych dropsów P58* (wstawić markę), nie poddając się presji niemiłego otoczenia, które wegetuje na zwykłych dropsach. Lecz nie można się martwić. Teraz, kiedy wiemy, że nie jesteśmy sami, uśmiechamy się z pobłażaniem albowiem tamci (tzn. ci od zwykłych dropsów) „nie wiedzą, co czynią". Jakże radośnie jest, trzymając się za dłonie, odwrócić z promiennym wzrokiem ku jasnej przyszłości, podczas gdy w tle, za naszymi plecami, człowiek jedzący zwykłe dropsy, komiczny mizantrop, w kapeluszu i z krzywym nosem, wygrażając nam, wpada czołem na uliczną latarnię. Brzdęk! HA HA. HEHEJ!
Generalnie wszyscy reklamują wszystko wszystkim, trzeba tylko ich odpowiednio umotywować. W tej sprawie osiągnięto już sporo. Ogólnosłużbówka przez większość czasu gromadzi talony na fanty, a potem - i to jest niewątpliwy sukces - jakże chętnie bieży do kolorowych prostopadłościanów gdzie trwa dystrybucja obiektów reklamowalnych. Ponieważ jest to ich główna rozrywka, nic więc dziwnego, że intymne rozmowy, pełne zwierzeń i dzielonych wspólnie radości, koncentrują się przede wszystkim wokół tego, co kto kupił (to się nazywa „kupić" - wymienić talony na gadżety z podniecającymi nadrukami), czego nie kupił, co warto kupić, no a przede wszystkim, rzecz jasna, co kupić trzeba. W tym, co kupione, najważniejszy jest napis, który, jak mówiłem, może być podniecający, albo mdły jakiś, budzący politowanie, choć na pocieszenie trzeba zaznaczyć, że prawie każdy napis znajdzie swojego amatora, tzn. takiego kogoś, dla kogo jest on prawdziwym cudem i obietnicą rozkoszy. Posiadanie odpowiednich napisów, choćby dyskretnie poukrywanych pod kołnierzem, głęboko w szafie, jest gwarancją dobrych rokowań, pod każdym względem, życia na odpowiednim biegu, na gazie i odlocie. Życie dobrze rokujące to takie, które statystyczna większość obiektów potencjalnie żywych wiąże lub jest skłonna wiązać z pozytywnymi skojarzeniami. Z kolei wspomniane skojarzenia są tym, o co w tym wszystkim chodzi, bez nich wszystko by się rymnęło. Takie wsporniki w gotyckim sklepieniu, idea centralna o wielu imionach. Odlot Na Maxa, Tęczowy Anus, Serafiny i Trony, Zhipostazowany Reał. Tak więc jednostkowe życie to nic innego jak odpowiednio skomponowany, zrównoważony pakiet napisów budzący określoną dozę entuzjazmu – słowem, człowiek = fundusz powierniczy, inni kupują to albo nie. Np. wielka dama. Oto marka sama dla siebie, która dla zauroczonego oka przyćmiewa swoje składowe walory – pełne zaufanie rynku; choć przecież, w ostatecznej instancji, nie obędzie się bez jakiegoś pokrycia, ot paru napisów, nakreślonych niedbale i mimochodem… Nad tego typu drobiazgami czuwa w kącie przenikliwy wzrok zimnokrwistego analityka, spojrzenie oczywiście dyskretne, bez zaglądania w bieliznę, a jednak bezbłędne, chłodne oko jubilera - leniwy jak boa Lord Fantomas Walton y Cul-de-Plaisir: złote wykałaczki, fiołkowe mydło, zegarmistrzowska lupa. Zresztą ten pan to ostateczność, zazwyczaj świetnie radzimy sobie sami. Więc np. lady von Czarotyński-Balzac w trakcie garden party z udziałem gwiazd, dostrzega panią Esmeraldę Bife de Lomo w pięknej sukni. Suknia jest z pięknej materii, ma piękny deseń, fason i sznyt, wykończenie, dodatki, pendanty i ozdoby, a do tego cudownie leży. Lady von Czarotyński-Balzac z błyskotliwością wielkiej damy potrafi to wszystko oszacować, nie musi pytać o napisy, tę jakże mało istotną rzecz, rzecz zupełnie nieistotną, rzecz absolutnie nieważną, zwłaszcza, jeśli zważymy, że lady na szczęście przypadkiem wie, że to model z najnowszej kolekcji RX66* (wstawić odpowiednią nazwę czołowego projektanta). Tak, napisów absolutnie nie trzeba czytać, to takie prostackie, tak, najlepiej je czuć przez skórę, wiedzieć, że na pewno są. Lady von Cz.-Balzac, prawdziwa dama nad damami, ma nawet tę rzadką przypadłość, że napis na stroju odbiera na swojej gładkiej jak aksamit skórze, po prostu czuje go całą sobą, ekscytujący i palący HU7A4 lub 8JEB. Prawdziwa stygmatyczka. Proszę bez głupich śmiechów. A powiedzcie mi jeszcze o najgłośniejszych perfumach! (Boże, uchowaj flakoniki, bo gdyby tak… CH1L5, zapach gwiazd, czerpany z kadzi?!). Tak więc, odpowiednie napisy, niczym magiczne hasła, są w stanie wywoływać wzwody na zawołanie, skurcze damskich brzuszków, słowem podniecać. Inne - sami wiecie: śmiech na sali, wiocha. (To też ważna idea, bez której ledwo można się obyć, cokolwiek mówiono by o logicznych słabościach negacji). Każdy więc współpracuje z SS chętnie i radośnie, ejże, nawet samotni są mile widziani. Również sobie samemu można - i to naprawdę ze znakomitym skutkiem - reklamować wspaniale obiecujące napisy.
Dobrze więc, wiemy już co sprzedaje SS Diamond, napis skądinąd z tych dyskretniejszych, branżowych, tylko dla w wtajemniczonych. W każdym razie od nich warto kupować, a w ofercie mają każdego, czas antenowy i czas off-line. A zatem mój pałac. Trawniki, zostaną przystrzyżone równiutko, chciałoby się rzec na purytańskiego jeża. Źdźbła trawy uzyskają głęboki zielony odcień - firmowa tajemnica i powód do złośliwych dociekań, cóż, niektórzy podejrzewaliby nawet kolibry w raju. Po środku podjazd z zatoczką, wysypany drobniutkim żwirem, wokół kwadratowe donice mieszczące jakiś oranżeryjny gatunek roślin o rozłożystych liściach. (Pnącza te zastąpiły parę strzaskanych kolumienek z brudnawego marmuru; na jednej z nich miałem głowę Karakalli, brutalną i nieodgadnioną, nad którą lubiłem medytować, szczególnie w deszczu). Sam budynek bialutki, szyby antywłamaniowe, pancerne rolety, w oknach od wewnątrz pionowe żaluzje. W hallu, gdzie niegdyś szeleściły treny i fraki, cicha recepcja, alarmy, czujniki, kamera, kanapka i dystrybutor płynu. Wejście do biur poprzez eleganckie, matowe, szare drzwi otwierane na elektroniczną plakietkę, drzwi stanowiące prawdziwą granicę światów. Za nimi rozciąga się tajemne królestwo wiecznych klimatyzatorów, szumiących układów scalonych, filcowych wykładzin, jarzeniówek, bezprzewodowych myszy klikających i świecących w pastelowych kolorach, plastikowych przepierzeń, jednorazowych kubeczków, koszul w prążki, krawatów w ukośne pasy, damskich pantofli odsłaniających pięty, granatowych albo szarych spódnic trzy centymetry poniżej kolan. Gumy do żucia. To bardzo godni podziwu, młodzi ludzie tu pracują. Ambitni, niekonwencjonalni, pełni inicjatywy. Handlowcy z pomysłami. Dealerzy przestrzeni, jak już mówiłem. W zasadzie każdy jest też dyrektorem – dyrektorem projektu na taki lub inny kanał sprzedaży, na radio, na TV, na WWW, na mikrofale świadomości zbiorowej. Zgrany zespół, lubiący wyzwania, złączony poczuciem misji. Ich motto: „Mnożyć zyski poprzez pozyskiwanie nowych obszarów medializacji dla jak największej ilości klientów, przyczyniając się do zwiększenia kompetytywności i proliferacji nowych form biznesu". Szeregowym pracownikom wystarcza jedynie ta część tej głębokiej idei, która dotyczy zysków i ilości klientów. Cel ów starają się osiągnąć tradycyjną w ich stronach metodą, którą jedno z nich (czy była to Małgośka Krąpiec, czy Dawid Zabieła?) wyraziło krótko: „tyrka kurwa na maksa, totalny zapieprz na wysokich obrotach".
Co innego Steven Bosnitch, szef oddziału SS Diamond Kraj. Jego gabinet wychodzi na moje ogrody, obecnie nieco odchudzone jeśli chodzi o roślinność, za to wzbogacone o piękną altankę wzniesioną na betonowej platformie, oświetloną rzęsiście przez wkopane w ziemie i odpowiednio rozmieszczone wzdłuż żwirowych alejek halogeny, a zwieńczoną stanowiskiem do firmowego BBQ. Jak głosi plotka, powtarzana szeptem podczas wspólnych pracowych wyjść na szklaneczkę łiskacza (dziewczyny zamawiają wtedy wódkę z sokiem albo słodkie Martini), Bosnitch już przed wielu (podobno 9) laty, jeszcze w Milwaukee, Wisconsin, wykazał się głębokim - i nikt nie wątpił, że instynktownym, co obrazowało tylko skalę jego talentu – zrozumieniem dla istoty idei „pozyskiwania nowych obszarów medializacji". Jeszcze jako zwykły junior manager zadał sobie Bosnitch pytanie; „kiedy tak naprawdę ludzie tracą najwięcej czasu, który mogliby przeznaczyć na odbiór reklamy? Czyli, mówiąc bardziej ściśle, gdzie leży najwięcej niewykorzystanej i taniej czasoprzestrzeni, nadającej się na skuteczną medializację?" W pierwszej kolejności rozważył oczywiście obszar snu. Napotkał tu niestety szereg trudności, które nie będąc prawdopodobnie, w co gorąco wierzył, nie do przezwyciężenia, chwilowo powodowały, że obszar ten, mimo wielkich perspektyw i kolosalnego potencjału, nie nadawał się na razie do bezpośredniej i natychmiastowej eksploracji. Oczywiście kolonizacja przestrzeni snu pozostać miała nadal osią zainteresowań i obszarem dalekosiężnych wizji Bosnitcha, wizji, z którymi wiązał wielkie nadzieje i których urzeczywistnienie mogłoby za jednym zamachem wynieść go - był tego absolutnie świadom - na pozycje nr 1 w SS, a prawdopodobnie w całym światowym rankingu pionierów Powszechnego Zrynkowienia. Nie rezygnując z tej śmiałej, naprawdę proroczej idei, musiał się na razie skoncentrować na innych priorytetach, mających zapewnić mu bezpośredni sukces, niezbędny nie tylko ze względu na jego sytuację osobistą, ale również ze względu na pewną niezależność, jaką mógł mu zapewnić, a która wydawała się warunkiem dalszych prac nad medializacją snu. Bosnitch zwrócił więc uwagę, że główną słabością dotychczasowych kierunków poszukiwań nowych terytoriów dla przekazów reklamowych było leżące u ich źródeł z gruntu niesłuszne założenie, że przestrzeni tej poszukiwać należy w obszarze tzw. czasu wolnego odbiorców. Tymczasem – i to było pierwsze kapitalne spostrzeżenie Bosnitcha – czas wolny u właściwego odbiorcy przekazu reklamowego, tzn. przede wszystkim u takiego, który posiada odpowiednie środki finansowe, stanowił w istocie bardzo wąski wycinek łącznej przestrzeni dobowej, o powierzchni bez porównania mniejszej od tzw. czasu zajętego. Po drugie, czas wolny w sensie naprawdę ścisłym, składał się, nie licząc oczywiście przestrzeni snu, stanowiącej osobne zagadnienie, z fragmentów o wysokim stopniu decentralizacji czasoprzestrzennej odbiorcy. Działało tu mianowicie coś w rodzaju zasady nieoznaczoności – im większy był w danym momencie potencjał chłonności i konsumpcyjnych instynktów i bezpośrednich impulsów nabywczych odbiorcy, tym trudniej było zdefiniować jego potencjalne współrzędne i w rezultacie precyzyjnie skierować doń odpowiedni przekaz reklamujący. Przynajmniej dopóki nowe technologie chipowe, pozwalające na bezpośrednią transmisję przekazu w obręb kory mózgowej odbiorcy pozostawały jedynie w sferze wstępnych studiów i luźnych projektów, dopóty skuteczność przekazu skierowanego na wymieniony obszar czasoprzestrzenny jednostki odbiorczej pozostawała rażąco poniżej oczekiwań zleceniodawców. Odbiorca, w normalnych warunkach dający się doskonale i precyzyjnie zlokalizować w obszarze objętym siecią emitorów przekazu, w tzw. wolnych chwilach uporczywie wykazywał anarchiczną tendencję do proliferacji upodobań i dyspersji czasoprzestrzennej modułów odbiorczych, tzn. organów zmysłowych pozostających w interakcji z odpowiednimi częściami płatów mózgowych oraz centralnego układu nerwowego. Innymi słowy, w czasie wolnym ludzie w XXI wieku wciąż brykali i wyczyniali najróżniejsze dziwactwa: chodzili na dalekie spacery, pływali łódką po jeziorze, tropili cietrzewia ze słuchawkami na uszach i z dwururką w dłoni w chaszczach jakiegoś Kentucky, pokładali się w parkach paląc marihuanę, z zamkniętymi oczami słuchali przekazów niekomercyjnych na odtwarzaczach, pozbawionych funkcji przekaźników, przesiadywali na opuszczonych plażach, wśród szumu fal (morskich) o zachodzie słońca, całowali się, pili alkohol, uprawiali ogródki itd. itd. itd. Nie, to beznadziejne, stwierdził Bosnitch po tym, jak przez chwilę zastanawiał się nad możliwością usystematyzowania technik przekazu skierowanych do tak nieprzewidywalnego odbiorcy. Tutaj reklamodawca mógł liczyć wyłącznie na coraz powszechniejszą na szczęście dobrowolną kooperację podświadomości odbiorcy, czyli na samoczynną autoindukcję przekazem reklamującym modułu odbiorczego, w wyniku której np. widok zachodzącego słońca nasuwał myśl o wieczorowych perfumach, widok jamajskiego tragarza myśl o egzotycznym drinku w pobliskim barze itp. Niestety w dziedzinie tej, o ile istniały już, czego dowodziły odpowiednie badania statystyczne, stabilne powiązania i nierozerwalne schematy utrwalone z coraz większą ścisłością w pamięci modułów odbiorczych odbiorców, o tyle zupełnie nieprzewidywalnym było, które z nich aktywizują się w danym momencie u danego odbiorcy, zwłaszcza jeżeli nie wiadomo było jakiego rodzaju bodźce może on w danej chwili napotkać. Sytuacja taka nie mogła rzecz jasna satysfakcjonować nabywców przestrzeni reklamowej, którzy nie mogli zdawać się na łut przypadku i opierać swojego ryzyka na tak nieuchwytnych przesłankach. W każdym razie było to pole do popisu dla twórców reklam, mających na celu nie co innego jak wykreowanie odpowiednich powiązań semantycznych oraz odpowiednio silnie repetytywnych impulsów w obrębie modułów odbiorczych, tak aby np. w zetknięciu z widokiem koła młyńskiego (wycieczka do Nowej Anglii) skojarzenia z górskim rowerem były bardziej prawdopodobne od skojarzeń z sokowirówką. Zupełnie karkołomnym zadaniem było tu poza tym zakodowanie dodatkowo konkretnej marki danego typu asortymentu. Bosnitch wątpił czy poza absolutnie wyjątkowymi przypadkami było to tak naprawdę możliwe. W stosunku do reklamy jako takiej i konkretnych, zbyt konkretnych, celów, jakie jej przyświecały był zresztą, jako dealer, w ogóle bardzo sceptyczny. „Humanistyka”, pomyślał, wydymając dolna wargę.
Tak więc Steven Bosnitch zwrócił w rezultacie baczniejszą uwagę na tzw. czas zajęty. Obecnie wystarczyło zrobić już tylko maleńki kroczek, by stało się jasne, że czas ten w istocie swojej jest na przytłaczającym obszarze tak samo wolny jak czas wolny, z tym zastrzeżeniem, że w znacznie mniejszym stopniu od tamtego absorbuje on tzw. świadomość odbiorcy. Mówiąc w skrócie, z punktu widzenia przekazu reklamującego czas wolny, pomijając już wspomniane wcześniej trudności, był tak naprawdę bardziej zajęty od czasu zajętego, który w praktyce w ogromnej mierze sprowadzał się do schematycznego, jałowego i co najważniejsze nieefektywnego obciążenia receptorów modułu odbiorczego odbiorcy. W tej sytuacji, skierowane do takiego modułu, odpowiednio skondensowane bodźce działały bardzo efektywnie, stanowiąc główną pożywkę intelektualną odbiorcy i angażując tym samym jego istotne procesy psychiczne. Dodatkowo, należało nadmienić, że czas zajęty był najlepiej zdefiniowanym pod względem czasoprzestrzennym, jak również pod względem dostępu do emitorów, obszarem odbiorcy. Poza tym było go bardzo dużo.
Bosnitch przystąpił do konkretnych projektów z wykorzystaniem tych rewolucyjnych założeń. Z rozczarowaniem stwierdził, że pewne uparte urzędnicze gremia, mimo podjętych przez SS prób lobbingu nie dopuszczą raczej w najbliższej przyszłości do instalacji niewielkich ekranów ciekłokrystalicznych za oparciami krzesełek w salach lekcyjnych tak, aby przynajmniej siedzący w następnych rzędach uczniowie szkół średnich mogli dowiedzieć się czegoś o oferowanej im w rozmaitych branżach szerokiej palecie produktów i usług. Niestety oporu konserwatywnie myślących osób w departamencie szkolnictwa nie przekonały staranne i niepodważalne wyliczenia, dowodzące niezbicie, że znakomita większość uczniów w trakcie zajęć lekcyjnych beznadziejnie się nudzi i marnuje swój czas, który mogłaby przecież z pożytkiem wykorzystać na poznanie jakże realnego świata wciąż fluktuującego (w konspekcie użyto tego słowa) globalnego rynku oraz kierunków jego rozwoju. Nie pomogły również zapewnienia, że projekt ten dałoby się zrealizować przy użyciu najnowszej generacji sprzętu, cichego i nieszkodliwego dla oczu młodzieży, ani nawet wysunięta w ostatniej fazie pertraktacji desperacka obietnica, że ekrany te służyłyby wyłącznie do prezentacji brandów z obszarów, których znajomość jest niezwykle istotna dla kształtowania obywatelskiej świadomości młodego człowieka, a więc towarzystw ubezpieczeń, banków, środków higieny i medykamentów, zdrowej żywności, pomocy naukowych i ścieżek dalszej edukacji, a także do propagowania pozytywnych społecznie idei, wyrażanych przez rozmaite pozarządowe fundacje i stowarzyszenia. Fiasko tego projektu Bosnitch odczuł tym boleśniej, że w dość zaawansowanym stadium znajdował się już projekt zbioru kryteriów dla podobnych fundacji opracowywany przez SS Diamond, między innymi we współpracy z producentami wiodących marek gier wideo oraz batonów.
Po tym nieracjonalnym i tak naprawdę niezawinionym przez niego niepowodzeniu Bosnitch po powrocie z pracy popatrzył w lustro. Wieczorem spotkał się ze starym kumplem. Kumpel nazywał się Randy Kutscherek. Rozegrali dwie partyjki darts. Powspominali, wymienili nazwiska dziewczyn z high-schoolu. Kiwnęli głowami. Zamówili jeszcze kolejkę. Randy zaproponował przyjacielowi posadę wspólnika w swoim biznesie - „Kutsch" trudnił się odzyskiem tektury ze zużytych kartonów i powoli zdobywał sobie na lokalnym rynku prestiżowych klientów, takich jak np. znana w mieście sieć garaży „Larry's vehicles". Wyglądało na to, że za kilka lat jego firma może być jednym z liderów tej branży we wschodnim Milwaukee. „Co ty na to, stary?" Randy miał na sobie koszulę w kratę. Jego oczy były niebieskie.
Tego wieczora Steven Bosnitch wypił łącznie trzy whisky z sodą i jedną wodę mineralną.
Następnego dnia, rano, bezzwłocznie udał się do gabinetu szefów. Przedstawił przełożonym nowy projekt, który tym razem opierał się m.in. na prostym przeczuciu, że to, czego nie pojęły urzędasy, w lot podchwycą pionierzy biznesu. Projekt ten zakładał porozumienie z wiodącym producentem systemów operacyjnych do PC, a polegał na udostępnieniu przez tego ostatniego tańszej wersji swojego sztandarowego produktu, przeznaczonej w szczególności do rozmaitego rodzaju publicznych stacji roboczych, np. w kafejkach internetowych. Wersja ta, niezależnie od tego, jakim programem posługiwał się aktualnie użytkownik, czy był to edytor tekstu, program specjalistyczny, czy odtwarzacz plików wideo wyświetlający na przykład jakiegoś pornosa – co jakiś czas samoczynnie aktywizowała połączenie z Internetem, z którego pobierała odpowiednie, multimedialne spoty reklamowe, dające się zamknąć dopiero za dwunastym kliknięciem krzyżyka, zresztą chyżo umykającego przed kursorem po całym ekranie. System ten wkroczył szybko do mniejszych instytucji stanowych i biur. Projekt okazał się gigantycznym sukcesem. W SS Diamond potrafiono docenić innowacyjne predylekcje młodego pracownika. Bosnitch błyskawicznie awansował, dostał wolną rękę na skompletowanie własnego zespołu, wraz z którym wprowadził w następnych latach kilka pomysłowych nowości, które szybko stały się branżowym standardem. Mimo to uważny krytyk nie omieszkałby zauważyć, że innowacje te, nie będąc może wprost odcinaniem kuponów od pierwszego oszałamiającego sukcesu, stanowiły w zasadzie kolejne, logiczne konsekwencje tamtej dziewiczej koncepcji, rozwijane obecnie krok po kroku i przenoszone na kolejne białe plamy przestrzeni reklamowalnej. Pozycja Bosnitcha była nadal niepodważalna, dla młodych był prawdziwym guru, jego premie należały do najwyższych w firmie, jednak wśród kierownictwa SS zaczynało kiełkować odczucie, że zapowiadający się w swoim czasie na geniusza młody pracownik, o którym wielu sądziło po cichu, że może on zostać w przyszłości najbogatszym człowiekiem świata (World's Richest Man), osiągnął już jednak szczyt swoich możliwości i raczej nie wzniesie się wyżej, aby kolejny raz przekroczyć samego siebie, w drodze ku Wiekuistym Gwiazdom. Takie myśli nawiedzały czasem mężczyzn spoglądających przez zaciemnianą szybę gabinetu na 70 piętrze Sears Tower w dal ku ciemnoszarym wodom jeziora Michigan. W SS wiedziano mimo to, że same nawet praktyczno-organizacyjne zdolności Steve'a Bosnitcha warte są każdego płaconego mu dolara, na pewno więc nie można było mówić w jego wypadku o rozczarowaniu, a potwierdzeniem tego i, jak liczono, nowym impulsem dla tego nieprzeciętnego umysłu było powierzenie mu kierownictwa rozwijającej się nowej, dużej placówki w Warsaw, Kraj, obejmującej swoim zasięgiem większą część wschodniej Europy…
I ta placóweczka mieści się właśnie w moim pałacu. Krąpiec stuka w klawiaturkę, Zabieła ma spotkanie z klientem w salce konferencyjnej (moja dawna jadalnia), klimatyzacja szumi jak zawsze cichym bzz.
Bosnitch, tak jak każdy oczywiście, miewał okresy, kiedy pochłonięty zadaniami, a bywało, że i rozrywkami, które stawiała przed nim pozornie niekończąca się codzienność, odsuwał swoje największe dzieło na boczny tor, popadał w krótsze lub dłuższe okresy zastoju i pasywności, mylili się jednak ci, którzy sądzili, że spoczął na laurach, że z biegiem lat zatracił swój wielki zmysł poszukiwacza i wynalazcy nowych dróg ludzkości. Być może to tylko kierunek jego poszukiwań, ich śmiałość i niezwykłe oddalenie od sfer, w których poruszała się wyobraźnia zwykłych śmiertelników powodował, że jego misja była niewidoczna także dla ich oczu i uszu. Cóż zresztą powiedzieć mógł ktoś, kto pojął, że jedyny w swoim rodzaju zamysł, jaki mu przyświecał, od samego początku, na pozór przynajmniej, tak szalony, że trzeba było o nim milczeć dopóki nie będzie można przedstawić jego praktycznych implikacji, z biegiem lat zaprowadził go na obce, osamotnione obszary, z których być może nigdy nie będzie mógł powrócić, w każdym razie nie w glorii zdobywcy nowej przestrzeni, gotowej na sprzedaż dla piranii marketingu – nie dlatego skądinąd, aby jej ujarzmienie było na pewno niemożliwe, ale dlatego że czekająca na dole, choćby nawet i na 70 piętrze, chwała nie będzie miała już wówczas żadnego znaczenia?
Czym jest sen, zapytał Steve Bosnitch. Sen jest okresem regeneracji organizmu odbiorcy, w jakimś, nieuniknionym wymiarze najprawdopodobniej niezbędnym dla jego zdolności mechanicznych i witalnych, natomiast z punktu widzenia nadawcy przekazu reklamowego jest on obszarem całkowicie jałowym i bezwartościowym, jeżeli nie liczyć oczywiście, stosunkowo wąskiego, zarówno pod względem semantycznym jak i ekonomicznym, segmentu reklamy zorientowanej na usługi i produkty związane z wyobrażeniami na temat snu i jego warunków (a więc łóżka, pościel, wyposażenie sypialni, farmaceutyki, itp.). Taka definicja dawała wiele do myślenia. Sen można było wprawdzie częściowo eliminować, usuwać kawałek po kawałku, w szczególności przez stosowanie rozmaitych symulantów, o czym Bosnitch sam wiedział bardzo dobrze, tyle że, po pierwsze, dostępność najbardziej skutecznych z nich dla przeciętnego konsumenta była na skutek absurdalnej, by nie powiedzieć samobójczej, polityki ekonomicznej „naszego rządu” (our government), bardzo ograniczona - a co gorzej nie gwarantowała, po drugie, regularności zażywania, co kompletnie podkopywało uskuteczniany dzięki nim proces stopniowej eliminacji snu, jako że w każdej chwili, na skutek przerwy w dostępie, groził odbiorcy szereg zaburzeń somatycznych, ze wzmożonym nawrotem senności, tzn. śpiączką na czele. Fuck. Po drugie, problem znacznie trudniejszy, bo związany z sama istotą konsekwentnego brania symulantów, polegał na tym, że odbiorca, któremu udało się osiągnąć stan nieomal zupełnego oczyszczenia, czyli pozbawienia snu, u końca tej drogi okazywał się zawsze kompletnie nie zdolny do systematycznego i efektywnego odbioru przekazu reklamowego, nie mówiąc o innych czynnościach niezbędnych do zgromadzenia i wydalenia środków finansowych na rzecz reklamodawców. Efekt był tu więc mniej więcej taki, jak u alchemika, który miast uzyskać, jak zakładał, złotą bryłę, odnajduje siebie na podłodze pośród potłuczonej aparatury, w pracowni całej zabryzganej czarnym gównem… Tak więc, w przeciwieństwie do poprzedniej, trudność ta nie dawała się już niestety usunąć za pomocą prostej zmiany prawa, zawsze w końcu możliwej w najbardziej nawet zatwardziałych w swoim konserwatyzmie, ale jednak umiejących liczyć społecznościach. Koniec końców Bosnitch musiał zresztą przyznać, że tak całkowicie wyrugować snu się jednak nie da, a przecież nie chodziło o żonglerkę proporcjami, lecz o rewolucyjny, jakościowy skok - w nieznane.
Należało więc ustalić, w jaki sposób ingerować w sen, tak aby nie odbiło się to negatywnie na wielkości powierzchni reklamowanej danego odbiorcy? Jak zmutować sen, by nie umniejszyć witalnych możliwości odbiorczych odbiorcy w pozostałych polach jego aktywności? Czym jest więc sen, w takim razie?
Na początek uznał że:
Sen to rozwarstwienie i przenikanie. Sen to eter. Tajemnica, w której komunikują się najodleglejsze rzeczy. Sen to westchnienie kuli, to układ okresowy zdziwienia, to kowalencyjna orbita smaku i fioletu. Sen to: krajobraz plusku, sprężona tęsknota, ucieczka trzech tabel, granica blond, łotr zdrewnienia. Sen to łappczywie odwadniana geometria. Przez dwa „p” - to miało być bardzo ważne… Takie spostrzeżenia nachodziły go w chwilach, gdy wyjątkowo znudzony, np. słuchaniem chałtury Trujillo odstawianej przed tą hordą baranów, beeee, dzyń dzyń, czuł, że powieki robią mu się niepokojąco ciężkie, a w głowie gęstnieje jakaś dziwna esencja, składająca się z muzyki i światła przebłyskującego z najdalszych wydawałoby się zakamarków w jego pamięci. Dlaczego nagle bezsensowna codzienność stawała się odczynnikiem dla nieuchwytnych odczuć, dla migawkowych śladów na negatywie zmysłów, kiedyś nagle, jak się okazywało, szeroko otwartych, np. przed 25 laty, we wrześniu, podczas szkolnej wycieczki do Lake Forrest? Dlaczego to, co przebłyskiwało, nie było niczym konkretnym, żadna twarz, ani zdarzenie, tylko wiatr, pole po horyzont, ruch czyjejś ręki na szybie, ciągnik ze zbożem zostający w tyle? I jeszcze - skąd w głowie ten delikatny prąd, jakby człowiek zapadał się sam w siebie?
Bosnitch zaczął dużo sypiać.
Wkrótce stwierdził, że sen to po pierwsze niewierność sobie. Po drugie następstwa i asocjacje. Gra przypadkowych skojarzeń. Utożsamienie, wzajemne przenikanie rzeczy pod wpływem dowolnej analogii. Równoczesność prawd i autonomia sensu poszczególnych figur. Zakrzywienie znanych przestrzeni.
Przyśniło mu się, że: a) do wyzwolonego obozu koncentracyjnego w Ludowej Korei, (w założeniu był to obóz, jednak w istocie wyglądał jak cmentarz, w stylu fin de siecle'u - potrzaskane płyty z marmuru, ogrodzone łańcuchami prywatne kapliczki, figurki aniołów pokryte mchem – a więc był to obóz i zarazem był to cmentarz) wkraczają marines. Koreanki o wyglądzie znudzonych kurew, (mimo że odziane w drelichy), leżąc na brzuchu wewnątrz grobowców zastępujących baraki i wymachując uniesionymi w górę nogami, przerzucają leniwie najnowsze numery wiodących damskich periodyków. Amerykanie robią pamiątkowe zdjęcia i rozdają kupony rabatowe do pewnego supermarketu na przedmieściach San Diego; b) podeszła do niego Stacy Wachowsky (Łakałsky), w białej bluzeczce, ze swoją ślicznawą buźką, i długimi rzęsami, zupełnie taka jak w szkole elementarnej, laleczka z blond loczkami, klasowa Miss, która próbowała coś do niego mówić. Nagle okazało się, że Stacy miała głos, (choć go nie słyszał) i była czymś przejęta, a w tym czasie dziwnie drżały jej brzeżki nozdrzy, zaś policzki były bardzo różowe. Ktoś w środku, w Steve’ie, poczuł niespodziewanie jakiś przypływ, coś szerokiego, ciepłego i jakby z aksamitu. W oczach Stacy szeptała melancholia. Steve zatonął w złotych włosach, tulił miękkie i trochę pyzate policzki, jakby przenikał całym sobą tę zjawę, całował małe różowe usteczka, lecz nie fizycznie, jak czuje się kształt i smak czyichś ust, tylko tak, jakby chciał wypić jakieś nagle cudowne, rozproszone zawsze, a teraz zebrane raptem w jednym miejscu i czasie wspomnienie… wspomnienie czegoś, co samo przecież obchodziło go niegdyś mniej niż plastikowy latawiec zrobiony w garażu, który próbował złożyć w dalszej części tego snu. W głowie brzmiało mu „Forever young” zespołu Alphaville. Po przebudzeniu Bosnitcha ogarnęła nostalgia i zamyślenie. W końcu jednak doszedł tylko do tego, że nie mógł sobie przypomnieć, czy ta cała Stacy faktycznie nazywała się Łakałsky czy może Łokalsky (Wokulsky)?; c) w Des Moines w stanie Iowa wybuchła zaraza. Chorobę wywoływały jadowite pszczoły, które poprzez miejsca urządleń wwiercają się w ciało ofiary. Następuje okres inkubacji, trwający dwie doby, w trakcie którego rozmnożone owady krążą we krwi chorego. Kiedy osiągają dojrzałość niespodziewanie i efektownie rozrywają nagle tętnice szyjną ofiary wylatując na zewnątrz. Krew umierającego ma wówczas kolor zielonych pomidorów i jest wyjątkowo żrąca, co stwarza dodatkowe zagrożenie dla postronnych. Stolicę Iowy ogarnia popłoch. Wszyscy tłoczą się przy promie oczekując na szansę ucieczki z miasta, jednak Gwardia Narodowa ostrzeliwuje brzeg z barek motorowych. Pewien człowiek o oczach proroka reklamuje cudowne lekarstwo chroniące przed zarażeniem, pod warunkiem, że nie jest się jeszcze nosicielem zarazy. Ludzie, nie mając nic do stracenia kupują na potęgę specyfik po 10 dolców, przypominający placek z mąki ziemniaczanej. Zdesperowani uciekinierzy krzywią się z obrzydzenia, mimo to jednak połykają w całości ohydną odtrutkę. „W ten sposób stary wyga John Whittey pozbył się całego zeszłorocznego zapasu zepsutych ziemniaków” - jakiś niski baryton poinformował poważnie i z naukową ścisłością w chwili, gdy Bosnitch miał się właśnie wybudzić. Otworzył oczy dławiąc się ze śmiechu; d) Steve płynął staromodnym parowcem w dół Mississippi, która następnie zamieniła się w jakąś cieśninę w archipelagu wysp koralowych. Siedział właśnie na górnym pokładzie, kiedy z kieszeni wypadło mu coś bardzo ważnego i wstydliwego zarazem, coś co wywołało ironiczne uśmiechy u pasażerów będących świadkami zdarzenia. Steve musiał więc wskoczyć za zgubioną rzeczą do wody, przy czym okazało się (teraz poczuł to wyraźnie) że jest nagi, co z góry pokładu było doskonale widać ze względu na przejrzystość rajsko lazurowej wody. Statek płynął powoli, na zwolnionych obrotach tak, aby pasażerowie mogli dowoli napatrzeć się widoku malowniczych wysepek. Steven pływał coraz radośniej w wodach zatoki, igrając coraz śmielej, niemalże jak delfin, a jego umiejętności pływackie wydawały się nie mieć granic. Wpływał nieśpiesznie w odnogi zatoki, które okazywały się gardzielami wąwozów, gdzie woda była jedynie iluzją – Steve, wciąż nagi, stawał na nogi i patrzył na drogę wijącą się przez wąwóz w promieniach popołudniowego słońca. Słyszał leniwie bzyczące owady wśród babiego lata. Później zanurzał się znów w czekającą u jego stóp wodę i igrał w wodach zatoki. Wrócił na statek. Widział jak od wody ściekającej wężykami z jego ciała ciemnieją deski pokładu. Statek przypominał teraz bajkowy galeon. Na spotkanie Steve’a wyszedł człowiek w średnim wieku, dość jeszcze młody, o wyglądzie cierpliwego i wytwornego pirata w bogatym i barwnym stroju. Miał błękitne oczy i był to Randy. Patrzył na niego wyrozumiale. Później stało się coś dziwnego, albowiem jego gospodarz nie był już Randym, lecz młodziutkim Księciem Piratów, z którym udali się do mesy, gdzie Steve pomógł mu zzuć kurtkę od galowego munduru. Chłopiec zarzucił mu na szyję ramiona, ich usta spotkały się, ich członki zetknęły się ze sobą… Ten sen zakończył się ejakulacją.
Sny te dały mu wiele do myślenia. Jednocześnie jednak starał się nie tracić z oczu praktycznego celu, jaki sobie postawił i któremu miała służyć analiza snu, choć od razu zwrócił uwagę, że jego zainteresowanie problemem jak gdyby odrobinę osłabło. Niemniej zapisał:
1. Sen jest przestrzenią, w której ujawniają się emocje.
2. Każda emocja jest wyrazem jakiejś potrzeby śpiącego.
2.1 Śpiący jest integralnym podmiotem, tożsamym z jakąś jednostką, funkcjonującą na jawie i całkowicie odrębną w stosunku do innych jednostek.
2.2 Każda potrzeba może być zaspokojona.
[„Kurwa, co za chujnia”, pomyślał Bosnitch.]
2.2.1 Każdej potrzebie odpowiada określony produkt bądź usługa, gwarantująca jej zaspokojenie.
2.2.2 Zaspokojenie potrzeby ujawnionej w emocji śpiącego ma charakter imperatywny dla jednostki tożsamej ze śpiącym.
2.2.3 Sprecyzowanie dokładnego charakteru ujawniającej się potrzeby należy do jednostki, której zadaniem jest ją zaspokoić.
2.2.4 Możliwość nieskrępowanego sprecyzowania potrzeby śpiącego jest zarazem niezbywalnym prawem i wolnością tożsamej z nim jednostki.
2.2.5 W ustalaniu i zaspokajaniu potrzeb śpiącego tożsamą z nim jednostkę wspierają podmioty rynkowe, zainteresowane oferowaniem określonych towarów i usług.
Bosnitch zatrzymał się w tym momencie, żeby dokonać pewnej ewaluacji praktycznej postawionych tez. Nie ulegało wątpliwości, ze odpowiednia kampania edukacyjna była w stanie spowodować radykalny przyrost zainteresowania sferą snu pod kątem analizy komunikujących się w nim potrzeb i poszukiwania środków zaradczych. Znając odbiorców można było nawet liczyć, że dla wielu z nich stanie się to głównym zainteresowaniem i nad wyraz absorbującym zajęciem. Pewnym było natomiast, że inicjatywa spotka się z gwałtownym oporem wciąż silnego lobby psychoanalitycznego, tradycyjnie usiłującego zmonopolizować prawo do interpretacji marzeń sennych. Tym roszczeniom należało dać stanowczy odpór. Każdy odbiorca powinien móc sam interpretować rodzaj komunikującej się we śnie potrzeby. Oczywiście warto było rozpowszechnić ściągawki ułatwiające rozkodowanie takich sygnałów. Ważnym było w każdym razie, by metody interpretacji były proste i – w przeciwieństwie do szarlatanerii freudystów - oferowały łatwe rozwiązanie nieuświadomionych dotąd problemów. Śniło ci się, że nie mogłeś czegoś dostrzec? Potrzebny ci nowy telewizor. Bałeś się czegoś? Strzelba, system alarmów na posesji, szkoła Taekwondo. Proste. Problem tkwił w tym, że sen odsyłał w ten sposób do ogólnie ujętej grupy towarów i usług, nie pozwalał natomiast (przynajmniej w typowej sytuacji) zidentyfikować konkretnej marki, mającej zaspokoić manifestująca się potrzebę. Na pewno był to i tak postęp, albowiem przestrzeń objęta rywalizacją reklamodawców przesunęłaby się na konsultantów i materiały w rodzaju poradników itd. pomagające zinterpretować marzenia senne. Sen skutecznie odsyłałby odbiorcę w kierunku dostępnych przekazów reklamowych, jednak sam, jako taki, wciąż pozostawał niedostępny dla bezpośredniej aktywności reklamy. Tego problemu na drodze dotychczasowych rozważań Bosnitch nie potrafił rozwiązać.
Za jego prawdziwe rozwiązanie nie uważał również banalnej, choć praktycznej koncepcji, polegającej na zastosowaniu specjalnych, daleko idących upustów przy kupnie ekskluzywnych zestawów wyposażenia sypialni, w zamian za zgodę użytkownika na zainstalowanie w nich (na określony czas, dokładnie tak, jak przy spłacie kredytu) niedających się wyłączyć emitorów reklamy, emitujących w ciągu nocy odpowiednie sygnały. Możliwa była zatem, po pierwsze, opcja głośna – budząca, czyli „sen z przerwą na reklamę”, po której właściciel łóżka z powrotem zapadałby w głębokie uśpienie (wbrew pozorom do innowacji tej śpiący mogliby błyskawicznie przywyknąć, a odpowiednia, odświeżająca przerwa z czasem mogła wręcz stać się dla nich nieodzownym składnikiem dobrze przespanej nocy). Rozwiązanie to odznaczało się dużym stopniem sprawdzalności w zastosowaniu, niemniej należało zauważyć, że w istocie swojej rozmijało się zupełnie z celem prowadzonych poszukiwań, a w konsekwencji maskowało tylko palącą nierozwiązywalność podstawowego problemu. Sen poddawany był tu bowiem fizycznej sekcji, namacalnej ingerencji bodźców przychodzących z obszaru jawy, sam pozostawał jednak wciąż nieprzenikniony.
W grę wchodziła ponadto także druga, znacznie ciekawsza, choć wymagająca szczegółowego przetestowania opcja szmerowa, gdzie reklamy sączyłyby się powoli i konsekwentnie do ucha śpiącego w sposób „podprogowy”, tzn. nie przerywając jego stanu uśpienia, przy czym do sprawdzenia pozostawało na ile przekaz reklamowy mógł skutecznie włączać się w świadomość śpiącego, stając się fragmentem samego marzenia sennego - co w oczywisty sposób oznaczałoby jakościowy skok i przełom, gdyż dzięki temu można by wreszcie uzyskać bezpośredni związek pomiędzy bodźcem a reakcją. Konkretna zawartość przekazu skierowanego do śpiącego mogłaby zostać zakodowana w jego marzeniu sennym. Dzięki temu wyeliminowaniu uległby zbędny i niepewny proces interpretacji, zawsze sprzyjający nadużyciom, a w niejednym przypadku mogący sam w sobie stać się dla odbiorców fetyszem autoanalizy i nadmiernie pochłaniać ich uwagę. Trudność, jaka wyłaniała się w tym przypadku związana była z faktem, że na obecnym stadium zaawansowania techniki działanie podprogowe ograniczać musiało się jedynie do bodźców słuchowych. Były one nie tylko znacznie mniej efektywne od doznań wzrokowych, ale stwarzały poważne ryzyko, że treść reklamowa skierowana do modułu odbiorczego w formie dźwiękowej, a więc jako nazwa produktu lub usługi, w samym marzeniu sennym nie zasocjuje się z obiektem lub czynnością odpowiadającą jej w intencji reklamodawcy, lecz zwiąże się, na zupełnie nieprzewidywalnej zasadzie, z jakimkolwiek innym elementem sennych wyobrażeń. – Wyobraźmy sobie na przykład, że producent inwestuje określone środki po to, by grupa docelowa śniących odbiorców poinformowana została, w sposób werbalny, o zaletach nowego modelu telewizora, podczas gdy we śnie odbiorcy nazwa ta przybiera kształt, powiedzmy, egzotycznej ryby głębinowej.
Korzyści takiej sytuacji mimo wszystko wciąż wydawały się znaczące. Marka bowiem, tak czy owak, utrwala się w pamięci, a jak wiemy, rodzaj konotacji ma w reklamie znaczenie drugorzędne. Zresztą, nie ma najmniejszych powodów, by zakładać, że, w ogólnym rozrachunku, ilość skojarzeń pozytywnych nie byłaby co najmniej równa skojarzeniom mogącym ewentualnie postawić produkt w niekorzystnym świetle. (Cokolwiek to kurwa zresztą znaczy, zauważył Bosnitch, który serdecznie nienawidził całej tej moralnej gadaniny, gdyż pojmował doskonale, że dla reklamy każde światło jest korzystne i to wprost proporcjonalnie do jego intensywności.) Poza tym, należy jednak domniemywać, że do bardzo częstych, jeśli nie przeważających, będą należały reakcje prawidłowe – to znaczy pod wpływem sygnałów reklamowych, śniącemu śnić się będzie zgodnie z planem odpowiedni desygnat. Pożądany efekt tym łatwiej będzie uzyskać, gdy reklamodawcy posłużą się nowym narzędziem w sposób umiejętny i skłonni będą potraktować szmery nocne jako dżingle przypominające, właściwie skoordynowane z innymi elementami szerszej kampanii obejmującej także elementy wizualne. Te ostatnie, pochwycone już uprzednio przez receptory odbiorców zaktywizują się we śnie (sleep) pod wpływem dodatkowego impulsu w obrębie modułu odbiorczego, generując oczekiwany przez sponsorów sen (dream). „TO DREAM IS TO DESIRE” – Bosnitch mimochodem przygotował również odpowiedni mega-slogan dla całego interesu.
Z zawodowego punktu widzenia Steven Bosnitch mógł być z powyższego projektu zdecydowanie zadowolony. Nie było jasnym - i nie od niego zależało - kiedy koncept ten zostanie wprowadzony w życie. Ważne było to, że projekt, tak jak został pomyślany, musiał działać. To były góry pieniędzy, dla wielu ważnych ludzi. Jednak Steve’a wciąż niepokoiły owe sytuacje nietypowe. Nawet jeśli z ekonomicznego punktu widzenia można było sprowadzić je do przypadków marginalnych, nie zmieniało to przecież ich istoty oraz faktu, że tajemna siła najwyraźniej za nic miała w nich zabiegi największych kapitałów.
Jesteśmy w dużej sali konferencyjnej (dawna balowa: szmer sukien, lila-różowe falbany, wielkie ciastko wiedeńskie). Przez środek ustawiony w podkowę stół dla 20 osób. Głowy zwrócone w jednym kierunku. W głębi dyskretna poświata dużego ekranu odbijającego obraz z projektora. Na ekranie strzałki - proste i koliste, koła, kwadraty, znaki, tezy w punktach, jakiś wzór, w którym zamiast zmiennych występują pojęcia w języku angielskim, kody i szyfry. A wszystkim tym zawiaduje energiczny i zdrowy, gładko wygolony Amerykanin w śnieżno-białej koszuli i złotym krawacie. Mike Trujillo (czytaj Tru'dżiloł), prelegent, przysłany prosto z Chicago. Przekazuje młodszym rangą kolegom kilka podstawowych idei na temat „medializacji przestrzeni i filozofii rozwoju" (tak nazywa się wykład, którego część stanowi multimedialna prezentacja). Jest to spore wydarzenie, o którym szeptało się już w lokalnym SS od kilku tygodni.
-Te, ludziki, a słyszeliście, że podobno jakiś totalny guru ze Stanów przyjeżdża z wykładem?
-Katechizm firmy dla mas…
-Spoko Wyczas, będą ci reperować morale. Jakby ci się silniki przepalały, to koleś od razu ci wyjaśni, po co borujesz po nadgodzinach… he, he.
-Ej no, kurka, czarna magia, kurde. Hipnoza.
-Wyluzujcie, będą jajka, spędzik w projekcyjnej, pół dnia darmoszki…
-Słuchajcie, a wiadomo ile on ma lat?
-Uuuuuuuuuuuuuuuuu!
-Eeeeeeeeee!
-Ho ho ho! a co Karolcia?! Bzyknęłabyś się z koleżką w Krajzlerku?
-Ty, Syczewski, zapytać się nie wolno?
-Nie bój żaby. Pewnie przyślą dziadka po pięćdziesiątce, z wolem pod gardłem, resztką kłaków zaczesaną w poprzek łysiny, a do tego z dupą w Chicago z nogami jak Dżulia Roberts.
-Możesz się nie podniecać kotku…
-Ty, a może on woli chłopaczków?
-Ej, no. Zejdźcie z tego tematu, co?
Itd.
Są też rzeczy, o których się głośno nie mówi. Barański na przykład jest zdania, że to trzeba potraktować poważnie, że to pomoże wejść na szerszy poziom zrozumienia dla celów i misji firmy, dzięki czemu będzie się lepszym dealerem; coś co może odsłonić nowe horyzonty.
Część dziewczyn zrobiła na tę okazję manicure, Zabieła zamiast fiołkowych soczewek założył rogowe okulary.
Trujillo wpadł tylko na kilka godzin, prosto z lotniska na wykład i szybki obiad z Bosnitchem, wieczorem ma jeszcze analogiczne spotkanko w Bratireszcie, już bez obiadu, pół nocy w hotelu z widokiem na brązowy Dunaj, a jutro w południe z powrotem w Illinois, gdzie wolność miota się po szerokich ulicach. Mike. Pełna kontrola, skupienie na przedmiocie. W rogu sali Bosnitch. Przekrzywiony na bok na krześle. Włosy trochę poczochrane, wyraz twarzy otępiały (ale to tylko pozory), dżinsy, włochaty rozpinany sweter w stylu tego, w którym widać Kurta Cobaina w ostatnim unplugged. Cos dziwnego się z nim ostatnio dzieje. Wykład jak wykład. Skupione spojrzenia dziewcząt w białych koszulach i okularach w cienkich drucianych oprawkach, szmer przewracanych kartek, w których to robią niby notatki. Zgrzytanie wiecznego pióra Barańskiego, bzyczenie projektora, no i monotonny na dłuższą metę głos Tru’dżiloł po kolei odsłaniającego, w ogólnym zarysie, kompleksowe założenia strategii firmy. (-To ciekawe, kurwa, pomyśl, Wyczas, pracujemy tu od paru latek, a nie wiedzieliśmy dotąd, jakie są tego cele. – Budowałeś chiński mur stary. Ale teraz już będzie z górki.)
-So, what do you dream lately?
-You mean when I sleep?
-Yes.
Mike Trujillo spojrzał na Bosnitcha z wyrazem zaskoczenia. Przez chwilę zastanawiał się z gorącym kawałkiem T-bone steaka na widelcu w połowie drogi między talerzem a brzegiem ust.
-Oh. It’s funny – odezwał się wreszcie podnosząc wzrok na Steve’a. – Właściwie to dziwne. Jakoś nie zwróciłem na to uwagi. Wiesz, co mi się śni? – Trujillo milczał jeszcze przez chwilę ważąc coś w myślach. – Właściwie tylko jedno. Wstaję, robię sobie jajecznicę, wypijam kawę. Jadę samochodem do biura. Zmieniają się światła. Mijam kolejne przecznice, te co naprawdę. Skręcam, zmieniam biegi, kurwa. Takie bzdety. Albo, że jestem w biurze, sprawdzam kalendarz, o której co mam, potem przerzucam jakieś papiery i to śni mi się przez całą noc. Są nawet jakieś szczegóły.
Bosnitch spojrzał przelotnie w górę na migoczący neon „Chicago Grill”, umocowany opodal wiszącej na ścianie gitary oraz dużego zdjęcia jakiegoś baseballisty wraz z biało niebieskim proporcem.
-Męczy cię to?
-Te sny, czy to, że mi się to śni?
-Te sny.
-Niespecjalnie. Taka rutyna w zasadzie. Ani zimne, ani gorące. Pojebane, co? – Trujillo znów na chwile zamilkł – Ty, a wiesz, co jest najśmieszniejsze? Że dopiero teraz zdałem sobie sprawę, co mi się śni jeszcze częściej niż tamto. Śni mi się, że leżę na łóżku, w moim łóżku, w sypialni, w moi domu. Leżę i mam otwarte oczy. Albo nawet, że mam zamknięte i śni mi się, że śpię w moim łóżku, tu i teraz, i w rezultacie mam przed oczami to „tu i teraz”, czyli że mam to wszystko przed oczami, wszystko jedno czy zamkniętymi czy otwartymi, tego jednego to chyba we śnie akurat nie sprawdzisz. Wiesz, co wtedy widzę? Stary! Widzę dokładnie ten kawałek podłogi, który bym widział, gdybym miał oczy otwarte, po tej stronie łóżka, ku której mam skręconą głowę, czaisz, fragment łóżka i szafki nocnej, z różową diodą od radio-budzika i wycinek ściany, na którą kładzie się wzór ze światła, tego samego, które naprawdę pada spomiędzy płytek żaluzji. I to mi się śni prawie codziennie. Bez żadnych udziwnień, nie wiem, żeby jakaś mysz przebiegła albo coś. Cała akcja polega na tym, że wodzę, powiedzmy, wzrokiem po klepkach od podłogi. Jedna, druga, obok kolejna, cały kąt, między łóżkiem, ścianą a oknem. – Trujillo podrapał się w głowę – no tak, zdarza się co najwyżej coś takiego, że śni mi się nie ta strona sypialni, co naprawdę, tzn. ta którą mam akurat za plecami, ale nie wiem, czy to coś zmienia w tym wypadku. A. I jeszcze jedno. Niekiedy mam takie dziwne odczucie, w sumie nie bardzo wiem, na czym to polega - że kiedy tak we śnie leżę i widzę na przykład cienie na żaluzji, i nic się więcej nie dzieje, mija tylko czas, za oknem daleko w dole przejeżdżają samochody i poblask ich świateł prawdopodobnie pada na moje okno, raz za razem: szeroka smuga jasności ociera się najpierw o rolety, potem pełznie w dół wzdłuż framugi okna a w końcu znika; gdy tak leżę i wydaje mi się, że nie śpię, właśnie w takich chwilach ogarnia mnie, nie wiedzieć czemu absurdalne pragnienie, żeby wszystko zostawić i… „wyjechać do Szwecji”. - Mike spojrzał na Bosnitcha. – Zwróć uwagę, że ledwie wiem gdzie to cholerstwo leży – dodał.
Obaj sprzedawcy przestrzeni zarechotali serdecznie. Nadszedł kelner i zmówili deser.
-Hę – wrócił do rozmowy Bosnitch. - Jeśli miałbym zgadywać, zaryzykowałbym przypuszczenie, że mimo to wysypiasz się nienajgorzej?
-No difficulties whatsoever. Po prostu śni mi się, że śpię bardzo smacznie i tak też się w praktyce dzieje… - Trujillo upił łyk cafe latte. Naraz pokiwał w zamyśleniu głową. – Hm, no nie wiem… Podobno mojej żonie śnią się w tym czasie najróżniejsze, kolorowe rzeczy…
Stoję więc sobie w dole, nad stawem, pierwszym z rzędu w tym arkadyjskim parku, który u stóp naszej białej siedziby szczodrym ruchem ręki rozrzucili moi przodkowie. Stoję i spoglądam w górę, ku środkowemu oknu, gdzie mieści się office Bosnitcha - piękny pokój, z olbrzymim balkonowym oknem, wychodzącym na taras z ogrodem i dalej, na wspaniałą panoramę, osiemnastowieczną niemal, gdyby nie to, że szpeci ją w oddali komin (ciepłownia Pylice?) i wystające z pomiędzy zieleni fragmenty trakcji przesyłowej pod bardzo dużym napięciem. Helas, lecz nie narzekajmy. Daleko po lewej szarzeje ponadto, jeśli nie morze, to w każdym razie jezioro bloków ogólnosłużbówki, oczekującej w swoich komórkach na n-tym pięterku, przy kanapce i kubku herbaty, na nowe wymiary reklamy, która przekona ich, że z takim a takim zakupem łączyć powinni żywotne nadzieje…
Zapada zmierzch, więc z góry, z okien pałacu, muszę wyglądać jak ciemna pionowa kreska, zwłaszcza że deszcz kropi lekko i leniwie. Godzina jest późna, mamy więc lato. Nie szkodzi, ja zawsze w jesionce. Światło w oknie gaśnie. Po chwili słyszymy odgłos opon na delikatnym żwirze… nie, deszcz nie kropi, zmieniam zdanie, odgłos opon jest suchy, wyraźny, guma pięknie rezonuje, nic bardziej nieprzyjemnego niż dźwięk kół samochodu na mokrym żwirze, odgłos jest wtedy lepki, syczący, zupełnie bez echa, od razu wiadomo, że coś się do czegoś klei, a w powietrzu nie da się śpiewać, cokolwiek by ludziom wmawiały głupawe szlagiery. Woda dostaje się do buzi. Noł łej. „Deszcz to nie jest pogoda dla bogaczy". Słychać więc śpiew kamyczków pod kołami Jaguara Bosnitcha, sunącego przez park w kierunku okazałej bramy, która na widok samochodu rozsuwa się z zaskakującą lekkością, mówiąc piiing. Zatrzaskuje się mówiąc klak. I od tej pory jest to królestwo elektronicznych czujników, systemów alarmowych na podczerwień, dwudziestu kamer i fotokomórek. Mózgiem tego systemu jest jednak pracownik ochrony, wysoki i chudy mężczyzna, żylasty, o włosach krótkich i sztywnych jak ścięta nać od pietruszki, oczach jak dwie kropki i ustach ściśniętych w kreskę. Ubrany jest w czarny mundur ze srebrną naszywką na ramieniu w kształcie tarczy z piorunem i jakimś niewiadomego gatunku listowiem, w ręku dzierży olbrzymią, podłużną, chromowaną latarkę. Do jego zadań należy zerkanie na monitory zamontowane w pulpicie w jego budce strażniczej, do której wchodzi się z sieni budynku, podczas gdy okna wychodzą na dziedziniec. Poza tym, w rogu budki, znajduje się niewielki telewizorek mrugający na szaro i niebiesko: właśnie widać jak Seymour, siwiejący murzyn w brązowej marynarce, stary wyga policji z Frisco, opiekuńczy i poczciwy sługa porządku, wyrozumiały, jakby nawet rozmnażał się wyłącznie poprzez zapylanie powietrza w sypialni małżonki, dzielny Seymour z twarzą ściągniętą współczuciem, kładzie rękę na ramieniu swojego dawnego partnera z patrolu, Joe, umartwiającego się na odludziu, po tym jak postrzelił w akcji niewinną osobę (wciągające, prawda?). „Posłuchaj Joe, wiesz dobrze, że to nie była twoja wina. Wiem, co czujesz, ale jest teraz paru skurwieli, którym trzeba skopać dupę. Ameryka cię potrzebuje, Joe". Joe podnosi wzrok; teraz trochę reklam, a po przerwie ruszamy już do konkretnej akcji. Osobnik w czarnym mundurze ma do dyspozycji czajnik oraz szafkę na „nocne śniadanie" (udka). W sumie więc budka wartownicza jest ciepłym schronem, przytulnym i dobrze zaplanowanym. Ekrany na pulpicie przekazują obraz z kamer wewnątrz i na zewnątrz budynku. Obraz mryga ze stałą częstotliwością x herzów, sztuczne światło pozostaje niezmienne. Kamery tkwią w bezruchu, co jest gwarancją, że błąd ludzki nie skieruje ich w jałowym kierunku. Na zewnątrz, tam gdzie na żwirku widać podłużny zaciek światła rzucanego przez reflektor od strony budynku, czasem pojawia się na ekranie nagi fakt, szybki ruch tchórzofretki, chybotliwe stąpanie jeża, jakiś owad albo kometa. Ale wewnątrz? Puste korytarze, fragmenty ścian i podług, matowe wnętrza niezmącone niczyją obecnością, najmniejszym drganiem luźnej kartki papieru. Sztywna, równomiernie oświetlona wieczność materii w chłodnym cichym bezruchu. Czyli, zasadniczo rzecz biorąc, stan pożądany. Wszystkie moduły pod kontrolą, tor lotu bez zakłóceń. Wszystkie wskazówki na prawidłowych wartościach, magnetyczny płaszcz przeciw meteorytom działa bez zarzutu. Misja wypełnia się sama. Dusze milionowych transakcji śpią zamrożone w pamięci pecetów. Mistyczny układ rzeczy, wieczny ze swej definicji, przejściowy ze swojej istoty. My zaczniemy od chwili, kiedy kropla rosy zsunęła się z liścia i uderzyła o cichy staw, o tysiąc mil stąd. Rzeczywistość zdublowała się. Wszystko stało się naraz sobą i czymś innym. Jedynka zamieniła się miejscami z zerem, tak z nie. Błąd procesora. Awaria? „Do you read me Hal? Hal - ?” Schron jest dobrze zaprojektowany, lecz skąd wiadomo czy obraz na ekranach w pulpicie pokazuje naprawdę, na żywo, puste i zdrowe komory, niezainfekowane strachem? A jeśli to obraz się zawiesił, jeżeli system popełnił samobójstwo i widzimy już tylko nieruchomy, zatrzymany obraz z jego martwych, wyłupiastych oczu, widok korytarzy i stanowisk operacyjnych SS Diamond sprzed pięciu minut, więc równie dobrze sprzed pięciu milionów lat? Dłoń osobnika w czarnym mundurze przełącza na pulpicie sygnały z kolejnych kamer. Wszędzie to samo. Empire. Zastygła cisza, pustka bez wymiaru mrygająca ze stałą częstotliwością. Nieokreślona ilość powtórzeń, które powinny tworzyć przestrzeń i czas. Na ekranie telewizorka w kącie stróżówki Joe, z rękoma na kierownicy motoru, przez całą wieczność wisi w powietrzu, w zenicie paraboli pomiędzy krawędziami wieżowców, pośród wirującej mgławicy z migocących odłamków szkła. Vertigo. Kropki przed oczami. Epileptyczne mryganie ekranów. Sygnały z obrazem trzech wymiarów w równych odstępach przemierzają międzygalaktyczną pustkę, podobne szeregowi milczących Nomadów, gdzie pierwszy jest zarazem ostatnim. Osobnik z westchnieniem odwraca wzrok, odsuwa krzesło, wstaje, bierze do ręki materialne narzędzie, naciska przełącznik i u końca jego ramienia wytryskuje snop cielesnego światła. Uchyla drzwi od stróżówki, przechodzi do hallu, nalewa sobie wody. Podczas gdy pochylony trzyma plastikowy kubeczek przy kranie, wewnątrz baniaka, tuż przy jego oku, unosi się ciężko ogromny bąbel powietrza, nasuwając mimowolne skojarzenia z żarłocznym żyjątkiem nieopatrznie zbudzonym z międzygwiezdnego uśpienia. Blurp, rozlega się pod niewidocznym sklepieniem. Pustka wessała kęs pożywienia. Przy odpowiedniej różnicy ciśnień mogła to być twoja ręka lub głowa. A teraz w uszach ten syk. Biały hałas, szczelnie przylegający do każdego dźwięku. Obcy zbliża się ze wszystkich stron, jeśli wierzyć wskazaniom czujników, niewidzialny dla ludzkiego oka. Czujniki. Snop światła z wielkiej latarki pada na ściany w wewnętrznej Zonie X, czyli w pokojach za matowymi drzwiami.
Świerszcz trzeszczy w trzcinie. Coś chlupocze w szuwarach. W górze majaczy biała bryła pałacu. W jego wysokich oknach przesuwa się smuga światła - błądzi, ślizgając się po ścianach i suficie. Czasem od wewnątrz wyceluje prosto w okno i wtedy tutaj, na zewnątrz, w dole, widać krótki, ostry błysk, zanim plama jasności nie popłynie dalej, pełzające żółte światło ze strażniczej latarki.
Strażnik.
„Czyje doprawiono mi oczy? Te nieskończone korytarze, które przemierzam, stąpając wśród miękkich dywanów, stiuków, kryształowych luster i wysokich okien, z widokiem na regularnie krzyżujące się ścieżki ogrodu…” Widać sprzęty, wyłaniające się z mroku szarej biurowej nocy, oparcia foteli, kubki na kawę, maskotki, zabawne gadżety, przyniesione przez jakieś „ja” – mężczyznę albo kobietę, stojące na biurkach, wszystko jak kształty skał i roślin bez pigmentu zaskoczonych okiem kamery-batyskafu w podwodnej grocie. Do tego w uszach jednostajne syczenie. Tętno i szum. Wdech i wydech. Grota. Grota albo kopalnia. Mrok jest tak nieprzejednany, że widzi się światło z własnych oczu na zaciskających się wokół ścianach… Chodniki i korytarze… Głębiej… To życie miażdży nas jak młyńskie kamienie; to tylko świat, który pali skórę, wykręca i poszarza nam włosy, zanieczyszcza organy, wyżera dziąsła, policzki, psuje nasze oczy i powoli pozbawia rozumu –
Bosnitch zaczął coraz więcej sypiać. Zrezygnował ze spotkań ze znajomymi (i tak go głównie nużyli). Praca przychodziła mu lekko łatwo i przyjemnie, mimo że spędzał w niej nie więcej niż pięć, sześć godzin dziennie, w dodatku często przysypiając na sofie.
W tym okresie powrócił do swojego logiczno-filozoficznego konspektu. Zanotował między innymi:
3. Sen jest przestrzenią złożoną z obrazów.
3.1 Podstawowym stosunkiem śpiącego do obrazu sennego jest pożądanie.
3.2 Obrazy, których nie da się bezpośrednio pożądać, skrywają innego rodzaju emocje, które należy z obrazów odczytać, w celu zidentyfikowania istotnych potrzeb śpiącego.
3.2.1 Każdy obraz skrywa i zarazem ujawnia emocje.
3.2.2 Obraz, który nie ujawnia dających się precyzyjnie zidentyfikować emocji i potrzeb śpiącego jest koszmarem.
3.2.3 W interesie śpiącego leży jak najszybsze zapomnienie koszmaru.
3.2.4 Obecność koszmaru świadczy o braku równowagi emocjonalnej śpiącego, wskazując tym samym na konieczność pogłębionej analizy ujawniających się we śnie emocji.
4. Emocje w miarę ich odczytania powinny zostać wypowiedziane.
4.1 Emocja niewypowiedziana nie jest odczytana.
5. Emocja wypowiedziana musi być zrozumiała.
5.1 Wypowiedź jest zrozumiała, jeżeli składa się z pojęć posiadających konkretne desygnaty w rzeczywistości.
5.2 Konkretne jest to, co jako produkt lub usługa może być przedmiotem obrotu i jako takie może być wyrażone w jednostce pieniężnej.
5.3 Wszystko, co jest konkretne, może być przedmiotem reklamy.
5.4 To, co nie może być przedmiotem reklamy, nie jest konkretne, a więc nie jest zrozumiałe.
5.5 Rzeczywiste jest to, co będąc konkretne, jest przedmiotem reklamy.
5.6 Emocja wypowiada się poprzez i pozostaje w stosunku do rzeczy będących przedmiotem reklamy.
5.7 Wypowiedzenie i zrozumienie emocji polega na ustaleniu konkretnych produktów lub usług, dostępnych w ofercie dzięki reklamie.
6. To, co nie jest przedmiotem reklamy, nie może być wypowiedziane.
7. O tym, o czym nie można mówić, należy milczeć.
Bosnitch ziewnął. To by się mniej więcej trzymało kupy. Nagłośni się te bzdety przy okazji kampanii nakierowanej na sen. Nie wątpił, że w branży staną się równie głośne, jak tezy Lutra w Wittemberdze. W każdym razie jego praca była skończona. Bez wątpienia wszystko tu było, w pigułce, gotowy koncept, który armia pomniejszych speców wdroży z zadziwiającą sprawnością. Czy stanie się to dziś, czy za lata, to rzecz wtórna. Na handlowym, praktycznym poziomie osiągnął coś, na co nie wpadł nikt wcześniej. Powiązać bodźce stymulujące sprzedaż bezpośrednio z przestrzenią mitu, jakim jest rzekoma Prawda języka snu. To prawda, że powiązanie to opierało się na ciągu osobliwych założeń, które niejeden akademik określiłby bez mrugnięcia okiem jako „syntetyczne a priori". Cóż to zmieniało? Właśnie takich prawd objawionych ludzie łakną niczym tlenu. Bosnitch wiedział, że nie zabraknie takich, którzy będą się zarzekać, że ludzie nie są aż tak głupi, by mieli zacząć masowo wróżyć sobie ze snu swoje plany zakupów. „A to się okaże" pomyślał, mrużąc oczy z lekko znużonym uśmiechem. Ludzie. A co to w ogóle byli ludzie? Amerykanie kupią to bez wątpienia, wraz z całym bagażem przesądów i gadżetów. A pozostali? Pozostali zrobią po pewnym czasie to, co Amerykanie. Nie wszyscy? Pewno, że nie wszyscy, nikt nikogo do niczego nie zmusza, chodziło przecież o to, by osiągnąć wzrost w sektorze reklamy, zapomnieliście?
Bosnitch odwrócił się w swoim fotelu w kierunku oszklonej ściany swojego apartamentu, za którą roztaczał się rozległy widok na falujące korony drzew parku, skrywającego radzieckie mauzoleum. Chmury snuły się białe i łagodne. Coś na ich brzegach było intrygujące, coś z czym kojarzyła mu się „liczba ksi”. Powieki zaczęły mu ciążyć. Otrząsnął się. A więc poniósł klęskę. Nie wiedział jak pokazywać w bezpośredni sposób konkretne reklamy w ludzkich snach. Tyle, że nie miało to już teraz żadnego znaczenia. Wieczorem zebrał przygotowane przez siebie materiały, włożył do wielkiej puszki po herbatnikach, na wieku napisał „Pandora” i wysłał na znany sobie adres w Chicago.
Steve absolutnie nie wierzył, aby sen w ogóle mógł skrywać jakąkolwiek prawdę. Musiał przyznać, że niewiele osób było to w stanie pojąć. Sen niczego nie skrywał, niczego nie wypowiadał poza samym sobą. Nie szeptał tajemnie o innej stronie rzeczywistości, o sprawach przeżywanych na jawie. Sen sam był prawdą. Był częścią życia, jednak nieskończenie bardziej wolną i subtelną od tego, co działo się na tym „pastwisku osłów”, które tak nużyło go dzień po dniu. Komu to strzeliło do głowy, że różnice fizjologiczne pomiędzy śpiącym, a kimś, komu przytrafia się nie spać, upoważniają do wysnuwania wniosków o metafizycznej i wzajemnej zależności jednego z tych stanów od treści majaczących w drugim? Sny były prawdziwe, śniły się, nie potrzeba było niczego więcej. Steve patrzył na skłębione korony drzew, na słońce opadające przed jego oczami. Kiedyś ludzie w podobny sposób pojmowali jawę: widok zwierząt przemykających na granicy lasu, miraż, zjawa na powierzchni wewnętrznego oka. Odblaski światła w wodzie, nagły ruch szczęk aligatora. Pieczenie ręka. Potem korzenie trawa, coraz mało mrówki. Umrzeć we śnie. Nie mówić nic.
Bosnitch pracował po dwie godziny dziennie. Tyle czasu obiektywnie wystarczało mu na zarządzanie swoim teamem, firma działała sprawnie… Przez resztę czasu spał. Odmykał jedno oko, kiedy trzeba było wydać jakieś zarządzenie, półgębkiem mówił do słuchawki telefonu, by zaraz potem zapaść z powrotem w sen. Śniło mu się, że leży na sofie w swoim gabinecie, w tym samym, w którym leżał naprawdę, leży i drzemie w letnie popołudnie, podczas gdy gdzieś za drzwiami dzwonki telefonów cicho dzwonią, dzwonią. Leżał, potem siedział, przy wysokim oknie z widokiem na staw, patrząc jak listki krzewów porusza cierpliwa i jednostajna mżawka. Śnił, że siedzi i widzi kogoś, kto patrzy na niego z dołu, nie widząc i nie rozpoznając, kogoś, kto szepcze coś w dziwnym, niezrozumiałym, jakby szeleszczącym języku. Siedział w wielkim rzeźbionym fotelu, na głowie miał piuskę, na palcach pierścienie, w ręku kryształ z sokiem z egzotycznego owocu. Od marmurowej podłogi układanej w romby wiał lekki chłód, w dali dzwoniły hipnotycznie maleńkie dzwoneczki. Wzywały. Ktoś wzywa. Kogoś. Woła. Patrzył przez szybę, po której spływały krople deszczu, rozmywając obraz, deszcz tłumił wołanie, nalewał się do ust, ktoś go wzywał, lecz widział tylko pionową kreskę w dole, czy był to człowiek czy ptak...? Bosnitch spojrzał w górę, na kasetonowy strop z mahoniowego drzewa, na ściany z tego samego materiału rzeźbione przemyślnie przez jakiegoś niezwykłego iluzjonistę, ściany, w których oko zdawało się widzieć ogromne szafy pełne ksiąg i zwojów, globusy, lutnie, cytry i dziwne instrumenty, nazywanych viola da gamba. Potem przez mgnienie oka stał na dole, w deszczu, patrząc w górę w kierunku klasycznej bryły pałacu. W następnej scenie świeciło słońce, wielkie okno było szeroko otwarte, dobiegał zza niego śpiew słowików. On sam, z piuską na głowie, w czerwonym płaszczu, stał profilem do okna, zastygły, spokojny i hieratyczny. Świat był jeden, szeroki, otwarty, zielony, poprzecinany rzekami, po których pływały gondole i pełen fantazyjnie spiętrzonych skał, on sam nie obserwował go ani nie poznawał, był jego częścią, obojętną i dumną, był tylko z jednej strony, z zewnątrz. Miał tylko jedno oko.
A teraz siedzę tyłem do okna, tyłem i trochę bokiem. Snop światła wpada do wewnątrz, wirują w nim jakieś drobiny, naprawdę nie wiadomo co to jest… Okno jest uchylone, powietrze nawet rześkie, przyjemne. Na niebie gęsto, jeden obok drugiego wędrują białe cumulusy, u góry wybrzuszone, od dołu, tzn. od mojej strony płaskie, jakby ucięte na jednej wysokości, całe ławice przepływają, z jednej strony nieba na drugą. Pomiędzy nimi tu i ówdzie trochę światła słonecznego. Całkiem ładne zjawisko, typowe dla późnego lata. Coś tam na zewnątrz… może i ptaszek. W ręku trzymam kilka białych piłeczek. Ważę je w dłoni, z wyczuciem, a potem, lekko wychylony z fotela, rzucam uważnym ruchem, mierząc w upatrzone z góry kwadraty, białe i czarne, płyty marmurowe z których ułożona jest posadzka. Tok. Tok. Mmm. Padają dokładnie tam gdzie zaplanowałem, padają i kawałeczek się toczą, toczą i zatrzymują, dokładnie tam gdzie zaplanowałem. Trochę doświadczenia. Piłeczek było osiem. A3, D3, D6, B4, E5, F1, A5, C2. Gotowe. Pełnia. Czystość. Ład. A3, D3, D6, B4, E5, F1, A5, C2. Spokój. Siła. Powściągliwość.
Posadzka jest znowu pusta, piłeczki zawędrowały z powrotem do mojej dłoni. Rzucam je na chybił trafił, na wyczucie, bez żadnego zamiaru, nawet zamknąłem oczy. Tok, tok, pyk, nok. I co? A3, D3, D6, B4, E5, F1, A5, C2. Chaos. Dzikie piękno. Obłęd. Osiem białych oczu. Spogląda z wysokości posadzki. Pięć na białych trzy na czarnych. Na mnie. Mrugają. Z różną prędkością. Którą porównuję i zaraz. Piękno. Siła. Porządek. Teraz jeszcze ptaszek. Mrug, mrug. Mrug. Ćwirli. Mrug i ćwirli, mrug. Ćwirli ćwirli mrug. Nie wiadomo co to jest.
A teraz jeszcze trudniej. Mówić, kiedy nie zostało już nic do powiedzenia. Sprawdzić, co zabrzmi, co rozlegnie się, jak echo pod ziemią, kiedy nic nie czeka, by zostać wypowiedziane, będziemy odtąd iść po wodzie, lecieć, gdy stanie się to konieczne.
Ziemię lud zamieszkał… Może takie coś. Wyrabiał ozdoby. Kopał groby - studzienkowe. W trąby dął. Pędził nalewki. Miał ustawy. Uprawiał uprawy. Potem przyjechał na koniach inny lud i go wyciął w przysłowiowy pień. Początki są zawsze trudne. Ale mamy zwycięzców. Mistrzowie w operowaniu dzidą. Zawdzięczali temu wiele efektownych podbojów. Kwitli, nauczyli się wyrabiać misy z cyny. Niestety, wąsaci Waruskowie… których było dwa razy więcej… zrobili z nich kaszankę. Potem powlekli się dalej. Podobno dotarli na pogranicze jakiejś cywilizacji. Dwie kohorty. Wycięły ich jak maszynka do krajania mięsa… ale warto było, zapisali się w annałach. A teraz mam dosyć. Nie mogę. Nie mogę, ale będę.
Na przykład dwuścieżkowe nadawanie reklam, (zwłaszcza na kanałach muzycznych). Bosnitch jako pierwszy sformułował tezę (w nauce marketingu zostało to określone jako tzw. „punkt krytyczny Bosnitcha”), że poczynając od pewnego progu przekaz reklamowy musi stawiać odbiorcy określone wymagania, a nie tylko dostosowywać się do jego możliwości. Badania empiryczne przeprowadzone przez SS wkrótce potwierdziły na przykład, że odbiorcy niezmiernie rzadko nie są w stanie, po krótkim treningu, odbierać dwóch ścieżek dźwięku jednocześnie, przy wyjściowo satysfakcjonującym, z punktu widzenia nadawców przekazu, poziomie efektywności odbioru. Nadawcy płacą zatem 60-75% ceny powierzchni nie zagęszczonej (nie skompresowanej), a odbiór w receptorach odbiorców jest efektywny na poziomie 80-95%. Tzw. zagęszczenie przestrzeni.