Bydło

Dodano 27.03.2010

Gdy chodziliśmy razem na pastwisko, ojciec powtarzał: bydło zawsze wraca. Gdy stracisz je z oczu, nie martw się, wróci, odejdzie i wróci, nigdy nie odchodzi naprawdę; nieraz, gdy budziłem się z krótkiego snu i leżąc oparty o wierzbę, otwierałem oczy, otwierałem wprost na słońce, bydła nie było, bydło znikało; chodziłem wtedy tam i z powrotem, powoli, leniwie, aż pojawiało się, wracało, pasąc się tak, jak zawsze, w jeden, konieczny sposób.

 

Kiedyś, ojciec już nie żył i zostałem całkiem sam, poszedłem z bydłem na wypas. Położyłem się na ziemi, z dala od zwierząt, w cieniu wysokiego drzewa. Myślałem chwilę o świetle, które zderzało się z moją twarzą, nagą, bezbronną; szybko jednak usnąłem. Śniły mi się rozmaite rzeczy, w ich iskrzącej i pełnej obecności. Obudziłem się, gdy było już chłodno. Spostrzegłem, że polana jest pusta, że bydło odeszło. Pamiętając o słowach ojca, postanowiłem przejść się po okolicy. Szedłem wpierw zboczem rozległego wzniesienia, potem drogą nad rzekę; w rzece zamoczyłem stopy. Stały się blade i zimne. Nie spiesząc się wróciłem na polanę. Zastałem ją tak samo pustą i cichą. Miałem w ustach metal i wilgoć, rozmyte, ziarniste światło wokoło. Usiadłem zaciskając dłonie, nieprzyjemnie śliskie. Było już bardzo późno. Każdy ruch w ciemności, fałd na jej zwartej i jednolitej masie, zdawał się być powracającym bydłem, zwierzęciem, które ku mnie kroczy. Czekałem długo. O świcie wróciłem do domu.

 

Przychodziłem tam jeszcze przez wiele kolejnych dni. Snułem się od rana do nocy dręczony nadzieją i niepokojem. Powrót bydła stał się rodzajem obsesji, doświadczenie jego nieobecności – formą istnienia. Mieszkańcy wsi początkowo okazywali wiele współczucia, oferowali pomoc i słowa otuchy, stan mój pozostawał jednak niezmieniony. Widok wibrującego ciała pośrodku pustej polany, ciała w nieustającym ruchu, rodził w nich niepewność. Zaczęli mnie unikać, stałem się przedmiotem szeptów. Uważano, że nawiedził mnie demon, gorączka, która przekroczywszy swe własne granice, zyskała materialność, ciężar, tworząc w połączeniu z mym ciałem, nowy rodzaj substancji. Przeklęty, tak na mnie wołano. Z czasem coraz rzadziej wracałem na polanę; szedłem tam zgarbiony, z oczami jak dwa zmęczone psy, co idąc wciąż obok siebie, nigdy nie mogą się spotkać, wzrokiem w kamieniach i piachu. W końcu przestałem przychodzić.

Kwestia zniknięcia bydła nie dawała mi jednak spokoju. Postanowiłem poszukać dla słów ojca oparcia w wiedzy; pojechałem do miasta i kupiłem książki. Przeczytałem je po wielokroć i w skupieniu, sporządziłem notatki, lecz nie znalazłem nic, co mogłoby być istotne. W jednej tylko pojawiła się wzmianka o tym, że niektóre zwierzęta hodowlane posiadają zdolność wyczuwania pola magnetycznego, co pozwala im utrzymać kierunek stada; to wszystko. Dużo myślałem, siedząc blisko ognia, niekiedy trzymałem twarz tuż obok płomieni; prawie nie wychodziłem z domu. Zacząłem pisać. Konstruowałem teorię zachowań i zwyczajów bydła. Sprzedałem gospodarstwo i przeniosłem się do miasta, do małego pokoju na wysokim piętrze. Z okna miałem wspaniały widok.

 

Obserwowałem przestrzeń; była gwałtowna. Odczuwałem silne wstrząsy. Miała naturę fali; fali w ciągłym natarciu, której materia podlegała jakby permanentnemu zgniataniu, rozbijając się w serie pomniejszych fal, które łączyły się, przenikały, zachodziły na siebie, niby mięśnie dotknięte szaleństwem własnego ruchu, prędkości, co poza ciałem wytwarza ich odrębną tożsamość, szarpaną i rwącą, tożsamość jak słońce, którego trwanie jest nieustanną eksplozją, tożsamość jak wydzielinę, co w dźwiękach niskiego, jednostajnego bulgotu wypływa na styku przestrzeni i wierzchołka pędu; mięśnie, co w przebłysku własnego istnienia wyrywają się z ciała generując z systemów swych skurczy, napięć, uścisków pulsujące formy, obce i inne. Siedząc przy biurku nad różnymi zdaniami, byłem częścią jednej z nich, punktem przecięcia, strumieniem rzuconym w kłębowisko mocy, geometrię ciśnień, fałdów i drgań, gdzie masy betonu, metalu i mięsa są tylko kolażem wektorów. Działa się rzecz niepokojąca i nieuchwytna zarazem. Zmieniał się układ sił. Obserwowałem przegrupowania, manewry w obszarze mojej identyczności, nowe miejsca natarcia, rozkazy; zawładnął mną podwójny ruch, już to zanikałem rozpraszając się w szczelinach podłogi, i zaraz rosłem, pęczniałem od wewnątrz rozpychając ściany; stałem się podobny gwiazdom – otaczała mnie prawdopodobnie jasna poświata – w których permanentna reakcja jądrowa spotyka się na zewnątrz z potężną grawitacją. Przestałem być sobą i byłem sobą przesadnie – nie ma w tym nic sprzecznego, to wyłącznie kwestia szybkości, rozpisałem się, nie mogłem się już zatrzymać.

 

Pracowałem intensywnie, formułowałem tezy, wyciągałem wnioski; teoria, która powstawała, była czymś w rodzaju psychologii i fizyki bydła zarazem. Oddałem się jej bez reszty, rezygnując z naturalnych, zarówno tych podstawowych, jak i bardziej złożonych, potrzeb i pragnień istot ludzkich – nie myślałem już wcale o jedzeniu i miłości – lecz rozwiązanie zasadniczego problemu wymykało się coraz bardziej. Nie z braku dowodów ani informacji, tych miałem zdecydowanie w nadmiarze; między mną a językiem zawiązała się szczególna relacja, zażyłość, nie mająca w sobie jednak nic z bliskości. Coś zdarzyło się, coś zaszło; między jednym zdaniem a drugim, między mną a kolejnymi słowami; niewielkie przesunięcie. Moje piszące ciało weszło w orbitę ciemnego punktu wiszącego nad wiejską polaną, krąży wokół niego, skulone, zgięte, jak embrion, złączone z nim grubą pępowiną, wypełnioną krwią i atramentem, kołuje. Zrodziła się we mnie czysta namiętność, zrodziły się nowe wyrazy, pulchne, lecz wydrążone w środku, obok nich – milczenie bez końca. Pisałem nieprzerwanie, pisanie stało się cięższe, dłonie nieludzkie, coraz mniej palczaste; kochałem je, choć były okropne. Z pustelnika zmieniłem się w zmarłego, równolegle tekst zmieniał swój stan skupienia, stawał się bryłą, jednolitą, bezwładną. Poczułem w nim posmak ziemi, odrywanej, wilgotnej, masywność ciał, zwalistość cielska; wyrywały się z niego krótkie pomruki, sączyła ociężałość, tłuste kroczenie, wokół którego zlatywały się słowa; jakieś uderzenia, kołysanie. Przeistoczył się w nowy gatunek materiału, nieskończenie napięty i sprężysty zarazem, doskonale gładki, rodzaj wspaniałej ściany, która, gdy przylgnie się do niej zupełnie, kłębi się jak wulkaniczne gazy, stada zwierząt, miasta. Coś ocierało się w nim, istniały siła i opór, kształty jaskrawe, ostre i jednocześnie puste, jakby nieistotne, pominięte; jakieś tu – oto, twarde i nieruchome, nieczułe; coś nadchodziło.

 

Bydło powraca w ruchu pisania. Powraca jako gęstość obrazu, nasycenie. W jego materii nie ma nic obojętnego ani niekoniecznego. Powraca w ciągłym oddaleniu, jako stąpanie w miejscu, w bliskości, która jest wycofaniem. Pisanie jest aktem przyzywania, ale zacina się, zawiesza, odtwarzając na okrągło jeden i ten sam dźwięk; to punkt, którego nie może przekroczyć, to także miejsce fundamentalnej rozkoszy. Pisałem dużo, i choć całkowicie porzuciłem kwestię zniknięcia bydła, doświadczenie jego nieobecności i widmowych powrotów zakreślało granice, w której zjawiały się słowa i zdania. Pisałem coraz więcej, a samotność i ruch wyznaczały mój sposób istnienia; otwierały szczelinę, w której brak i pustka wiejskiej polany przeobrażały się w stan afirmacji, zimnej, szalonej. Pisanie jest formą prędkości, pośród wielu innych.

 

Któregoś razu postanowiłem odwiedzić stare okolice. Szedłem wpierw drogą koło domu, jest tam teraz coś całkiem innego, później w kierunku polany. Położyłem się na ziemi, w cieniu wysokiego drzewa, śniły mi się rozmaite słowa.