Ofiary losu, czyli polskie, arcypolskie

Dodano 13.04.2010

Choć słowo „bezradność” w chwilach takich, jak obecna, jest zwykle automatycznie wypo­wia­da­nym zaklęciem, tyleż prawdziwym, co potrzebnym, by wyrzec jakiekolwiek „słowo” i pokonać naturalną niemotę śmierci, to w przypadku katastrofy w Smoleńsku niesie ono sens nadzwyczajny, wykraczający poza pustosłowie i naprawdę, jak mi się wydaje, dramatyczny. Nie dlatego, że – jak to się normalnie mówi – stajemy bezradni wobec absurdu i bezsensu tragedii. Przeciwnie, dodatkowy, najgłębszy i nienormalny („nadnaturalny”, jeśli ktoś woli) wymiar tej bezradności wynika z tego, że właśnie bezsens i absurd, jaki zwykle towarzyszy nagłym śmier­ciom i stratom, w tym akurat wypadku zdaje się zanegowany – i to przez samo życie. Ab­sur­dem byłoby, gdyby samolot prezydenta rozbił się w Mongolii (w której, jak pamiętamy, uległ kiedyś awarii). Byłoby bezsensem, gdyby w Smoleńsku rozbił się samolot z dzien­ni­ka­rza­mi. W fakcie – czystym jak łza – że zginął tam prezydent Lech Kaczyński, lecący na ob­chody narodowej tragedii, tej tragedii, automatycznie narzuca się nam siła symbolu i to ona – mnie przynajmniej, ale też pewnie wielu z nas – czyni nas tak bezradnymi, bezsilnymi. Ręce opadają.

Jakie to, po pierwsze, polskie! Arcypolskie. Zwykle odkrywamy, że życie nie lubi podporządkowywać się ludzkim przekonaniom i pobożnym życzeniom. Że to ono pisze historię, że wymyka się his­to­rio­zofii i nie lubi dostarczać argumentów na istnienie opatrzności. Jednak w tym wypadku to his­toria napisała życie, podporządkowała własnej narracji, zmuszając je do takiego obrotu wydarzeń, do tak niesamowitych i wymownych koincydencji, jakby to opatrzność je dyk­towała – i przy okazji traktowała nas, Polaków, szczególnie. Napastliwa opatrznoś­cio­wość Drugiego Katynia ma w sobie przemożną władzę triumfującej symboliki (narodowej, romantycznej, martyrologicznej), wobec której nieko­nie­cznie musimy padać na kolana, ale mo­że­my łatwo przewidywać, czym ona stanie się dla Polski i dla polskiej samo­świadomości. Wszel­ki sceptycyzm jest w konflikcie z nią skazany na niepowodzenie; trudno łudzić się, że jakakolwiek krytyka zdoła osłabić wymowę tego no­we­go symbolu – tym bardziej, że kolejne dni i decyzje zdają się wskazywać, że ze wszystkich sił będzie on umacniany i afirmowany (jaką rolę odgrywa w tym poczucie winy wobec zmar­łego? – to inne pytanie). To Lech Wałęsa rzucił hasło „Drugi Katyń” – i stało się ono ciałem. A właśnie dowiaduję się, że prezydent zostanie pochowany na Wawelu – choć to jednak wydaje się ruchem politycznym i wymuszonym – zważywszy na to, że chodzi o polityka przez wiele lat wyśmiewanego jako postać karykaturalna (mniejsza teraz o to, na ile zasłużenie – jak każda karykatura i ta nie mogła na pewno obejść się bez przesady karykaturzystów), widzimy tu potęgę „symbolicznego” wobec „realnego”. To, co dla sceptyka jest skutkiem nierozsądnej brawury, błędu ludzkiego, to dla podmiotu potrzeby metafizycznej jest w oczywisty sposób ofiarą na ołtarzu narodowego męczeństwa; wielkim fatalnym powtórzeniem tego sa­me­go; zwieńczeniem; a wręcz radosną nowiną i znakiem eschatologicznym (który to ton daje się odczuć np. w komentarzu „apoka­lip­ty­ka” Wojciecha Wencla) – to zło nie pójdzie na marne; męczeństwo przyniesie plon. Nie ma żadnego znaczenia, czy piloci zdecydowali się lądować pod presją własnych ambicji, czy może samego prezydenta. A nawet jeśli to pre­zy­dent uparł się, by lądować, to cóż z tego? Czy to nie świadczy o jego odwadze i po­święceniu? Czy to nie było właśnie „ludzkie”? Bo­wiem wbrew temu, co w swym wnikliwym i inspirującym komentarzu pisze Jakub Majmurek, ale też w pełnej zgodzie z innymi jego spostrzeżeniami, sądzę, że mamy tu raczej do czynienia z od­po­wiedzią „symbolicznego”, a nie „realnego”. Owszem - „widma powiedziały: sprawdzam!” – wpro­wadzając nagle do epoki „postspirytualnej”, postmetafizycznej i zdecydowanie nieheroicznej element romantyczny i cudownie wzniosły. A zarazem triumfalnie symboliczny. Zasada rzeczywistości przegrała tu z kretesem; wbrew wszelkiemu właściwemu jej cynizmowi: ten, który miał odejść w niesławie, śmieszności i aurze klęski, odchodzi nagle w glorii i chwale.

Daleki jestem od opiewania tego wydarzenia, zauważam tylko, że niełatwo o argumenty na rzecz tego, by nie nadawać mu jakiegoś znaczenia. A zarazem myślę, że wszelkie głębsze zna­cze­nie, jakie można mu nadać, na dłuższą metę może uwięzić nas i zakonserwować w tym, co w polskości najbardziej niezdrowe i żałosne. Pewien sposób myślenia o Polsce, bynajmniej nienajsłuszniejszy i nienajdostojniejszy, moim zdaniem, zyskał kolejny argument, symbol, kolejną ofiarę i kolejną narodową żałobę. Co do tej ostatniej, to nie sposób nie zauważyć, że po tej pierwszej i, zdawało się, niepowtarzalnej, z 2005 roku, dało się odczuć wyraźne pragnienie powtó­rze­nia, tęsknotę i wypatrywanie: stąd przecież wynikała przesadna celebra i co najmniej kontro­wer­syjny ton obchodów, jakie towarzyszyły tragicznym wypadkom w Katowicach i Kamieniu Pomorskim: czuło się jednak wówczas w powietrzu tęsknotę za żałobą, żal, że to się już nie powtórzy. Kiedyś będziemy się pewnie spierać o to, która z tych dwóch żałób była „ważniejsza”. Wszak to dopiero ta ostatnia – i wciąż jeszcze obecna, gdy piszę te słowa – przyniosła nam spełnienie marzenia pierwszej, które najbardziej trafnie wyraziło się w haśle „santo subito!” Chcieliśmy Świętego natychmiast, od razu – i stało się, oto jest – nie religijny, ale narodowy. Bowiem wydarzenie to ma charakter bezprecedensowy – można się spierać o wielkość jego „tragizmu”, ale najstarsi chyba ludzie nie pamiętają, by głowa państwa zginęła na ołtarzu ojczyzny, pogrążywszy się we mgle, w obcej i historycznie wrogiej ziemi. Bracia Rosjanie nie potrafili się oprzeć wymowności tego zdarzenia. Nieważne, czy Putin tulił nas do siebie cynicznie czy szczerze – ważne, że nie znalazł w sobie mocy, żeby tego nie zrobić, by to zlek­ceważyć. Uległ temu. Uległ temu, jak się właśnie w tej chwili dowiaduję, także prezydent USA, do tej pory raczej wobec nas nieuległy. My także temu ulegniemy, tylko że niekoniecznie na chwilę. Temu, że jesteśmy narodem o szcze­gól­nie tragicznej historii, wyjątkowo cierpiącym pośród innych narodów – i dla innych narodów. Tak, tragicznie zmarły prezydent Kaczyński połączył się swym quasi-samobójczym gestem z duchami romantyków, z truchłami mesjanizmu. Choć nie chcę tego mitologizować, to przecież nie potrafię do końca zaprzeczyć mitopojetyczności tego gestu. Jakby Kaczyński chciał być nowym wieszczem.

Zagubienie we mgle, ułańska fantazja, poświęcenie dla ojczyzny, honoru (jakże tu spóźnić się na spotkanie ze zmarłymi?) – czy jeszcze czegoś nam te motywacje nie przy­po­minają? Czy to przypadkiem nie tylko drugi Katyń, ale i jakby drugie Powstanie? Przynaj­mniej pod wzglę­dem genezy, przyczyn. Zagubienie we mgle, dezorientacja, brak rozpoznania, poświęcenie dla ojczyzny i honoru... Quasi-samobójczość i powtórzenie. Istot­nie, popęd śmierci znowu pokazał zwycięską moc swo­jej zasady. Tanatyczna polityka przemówiła uży­wa­jąc argumentu, któremu niczego nie można przeciwstawić, argumentu ostatecznego, który jest także doskonałym moralnym szan­ta­żem. Ton, z jakim niektórzy ze zwolenników prezydenta (i jego brata) powtarzają teraz „a nie mówiliśmy?!” najlepiej świadczy o tym, że czują się „moralnymi zwycięzcami” - i nie pozostawia wątpliwości, że ta katastrofa od początku i w samej swej istocie jest polityczna - i będzie grała polityczną rolę (chytry starszy brat już podjął grę, i to bardzo ostrą - trudno inaczej rozumieć "Wawel"!). To też jest beznadziejnie „w polskim duchu”, który przypo­mniał o sobie tak, jakby rzeczywiście ciążyło nad nami fatum, jakby naprawdę istniał „polski los”, którego ofiarami na zawsze pozostaniemy – bo nigdy nie zdołamy przeciwstawić mu bardziej uwodzicielskiej w sensie symbolicznym narracji.

Psychoanaliza, którą chyba trafnie w tym kontekście posługuje się wspomniany już Maj­mu­rek, bo wydaje się ona dostarczać narzędzi do rozbrojenia tego „kompleksu polskiego”, mówi nam, że isto­tą popędu śmierci jest przymus powtarzania. A zatem jeśli śmierć prezy­den­ta Kaczyńskiego nie jest dowodem na istnienie opatrzności i „polskiego losu”, to chyba jest argumentem na rzecz słuszności psychoanalizy – choć te dwie rzeczy nie muszą się skądinąd wykluczać. Czy neuroza nie oznacza właśnie uległości wobec symboli i wyobrażeń? Czy polska nieświadomość nie determinuje nas do braku realizmu, nieposza­no­wania rzeczywistości (i czy można się wyemancypować spod władania zasady rzeczywistości – albo raczej: czy bunt wobec tej zasady jest rzeczywiście emancypacyjny? – to wcale nie jest rozstrzygnięte, choć może „trzeba w to wierzyć”?). Polskość domaga się ofiar, Polacy oczekiwali świętego – a więc najważniejszy Polak, głowa państwa, zaspokoiła to pragnienie, które było też prawdą jego własnej nieświadomości, pozostawiając nas oniemiałymi i przepełnionymi zgrozą. Apokaliptycy i neomesjaniści nazywający Go już teraz prorokiem, mają rację twierdząc, że z punktu widzenia wiecz­no­ści trudno sobie wyobrazić piękniejszą śmierć. Bardziej wymarzoną. Ale to jest niezdrowe, neurotyczne marzenie – które nie pozwala nam marzyć o rzeczach jeszcze piękniejszych. Blokuje, przytłacza, zatruwa.

Podobno w niektórych kościołach znowu śpiewają „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie...” Podobno jacyś dżentelmeni sugerują, że drugi Katyń to także drugi Gibraltar (i to z myślą, że Gibraltar był zamachem, co jest nieudowodnione, choć prawdopodobne). Ale rzecz w tym, że całopalenie prezydenta Kaczyńskiego to pożywka nie tylko dla takiej ekstremy jak ta, ale w jakimś sensie, o wiele gorszym, o wiele niebezpieczniejszym, dla przeciętnej ducho­wo­ści, dla „polskiego komunału”, dla „odwiecznie polskiego”. Choć wydawało się, że żyjemy w czasach, kiedy ten „polski komunał” definitywnie staje się wreszcie anachronizmem i czymś mało wiarygod­nym, zbyt esencjonalnym, niezdrowym i umarłym, czymś, od czego w końcu zdołamy się naprawdę wyemancypować – ironia bożego igrzyska znów dała o sobie znać, znów „szczególnie tragiczna his­to­ria”, „polska ofiara”, „ułańska fantazja” stały się czymś żywym i nieodpartym. I dodają animuszu przekonaniu, że misją Polski w Europie jest promować wartości nie z tej ziemi. W imię poległego prezydenta, który swoją śmiercią zwyciężył cynizm, pokazał figę zasadzie rzeczywistości. A to jest najbardziej może tragiczne, a w każdym razie – smutne. Stanowi bowiem kolejny dowód na potęgę irracjonalnego.