Powrót wielkiej narracji (uwagi o Sloterdijku)

Dodano 12.12.2011

Wielkie narracje powracają, i to w wielkim stylu. Dwie ostatnio u nas wydane książki Petera Sloterdijka, Kryształowy pałac oraz Gniew i czas, stanowią tego samowystarczalne świadectwo, pokazując jednocześnie, że przekora, jaka przyświeca temu powrotowi, nie jest tylko retoryczna czy charakterologiczna, lecz metodologiczna – stanowi w istocie jeden z czynników konstruktywnych dla całej teorii; element strategii, który doskonale się broni jako narzędzie refleksji. Kto wie zresztą, czy przekora i przewrotność nie należą do najpierwszych i najszlachetniejszych cnót filozofa? I tak, wbrew panującym przekonaniom, na przekór komunałowi, któremu inni czołobitnie się kłaniają, najciekawszy żyjący niemiecki myśliciel Peter Sloterdijk w kolejnych esejach wypróbowuje instrumentarium filozoficznego „opisu całości”, panoramy czasu i przestrzeni, w której ramach mieści się tak geneza, jak i ontologia aktualności. Aby bowiem wskrzesić spośród trupów to narzędzie filozoficznej refleksji, jakim jest „wielka narracja”, i zastosować w sposób tyleż oryginalny, co inspirujący, wystarczy zdać sobie sprawę z jego konwencjonalności i arbitralności, które jednak nie są przeszkodami dla myślenia, ale właśnie warunkami jego gry. W wielkich narracjach, sugeruje Sloterdijk, w projektach „filozofii dziejów”, to nie ich całościowość stanowi o ostatecznej porażce, lecz raczej naiwny finalizm, zawsze kompromitująca, bo z zasady postchrześcijańska lub po prostu chrześcijańska eschatologia, której cienie organizują już u samego źródła wielki projekt liberalno-postępowy, tak samo jak i marksistowski.

Tymczasem takie naiwne podejście można z wielkimi nadziejami na powodzenie lub co najmniej interesujący efekt zastąpić podejściem instrumentalnym: bez wiary w przewidywanie przyszłości czy definiowanie kresu, narzędzia wielkiej narracji można użyć z dystansem, w dwóch komplementarnych celach, w których urzeczywistnieniu doskonale się ono sprawdza: po to, by własnoręcznie uporządkować ogrom danych na temat rzeczywistości oraz by dostrzec w nich to, czego nie zauważają inni, polegający na uporządkowaniach predefiniowanych i sformatowanych przez panujące schematy myślowe. Zabieg ten mógłby łatwo stać się porażką i drogą donikąd, gdyby nie to, że Sloterdijk przy okazji wciela w życie znaną tezę Deleuze’a/Guat­ta­riego: właściwą dziedziną filozofii jest wynajdowanie problemów poprzez tworzenie kon­ceptów. Bliska jest mu też nauka Nietzschego o filozofii jako sztuce tworzenia nowych punktów widzenia. I tak filozof zajmuje swój własny, idiosyn­kra­tyczny punkt widzenia i zaczyna mówić z niego swoim własnym, odrębnym, pro­wa­dzo­nym w specyficznym nastroju, stylu, ale właśnie dlatego bardziej interesującym niż jakikol­wiek inny, dyskursem. Peter Sloterdijk, jakby w hołdzie niemieckiej tradycji ekstrawagancji języ­ko­wej, którą zna każdy, kto czytał np. Heideggera, posługuje się  konstrukcjami, zwrotami i neolo­gizmami wysoko przetworzonymi, eliptycznymi, czasem osobliwymi i kontrower­syjnymi, zwykle kunsztownymi albo zabawnymi.

 

Już w Krytyce cynicznego rozumu całkiem wyraźnie Sloterdijk zarysował swoją strategię prześmiewczego cynicznego postracjonalizmu, (auto)portretując XX-wiecznego Diogenesa z beczki, pytającego bezwstydnie o własne warunki możliwości i najbardziej nawet kompromitujące uwikłania, ale zarazem ustanawiającego dla swej zaktualizowanej, „najnowocześniejszej” wersji właściwą sferę autonomicznej refleksji, snutej z punktu widzenia kogoś anonimowego i bezinteresownego, bezimiennego „yesbody”, którego jedynym atutem jest umiejętność spojrzenia z cyniczno-humorystycznym dystansem na świat i opisania go z dodatkiem bystrego, sarkastycznego, ale zarazem syntetycznego i przenikliwie odkrywczego komentarza. Sfera ta „wznosi” się czy może raczej dryfuje w ratunkowej łodzi filozofii jako specyficznej odmiany dowcipu czy wręcz wisielczej wesołości (por. słynne anegdoty o ciętym dowcipie Diogenesa) po oceanie życia, które oscyluje coraz bardziej dynamicznie pomiędzy kapitałem komunałów a realiami narastającej ponad wszelką ludzką miarę złożoności mechanizmów i interconnectedness. Łodzią steruje jednak pomysł, koncept – to on organizuje ujęcie i dostarcza perspektywy spojrzeniu, które chce sięgnąć po horyzont. Nie chodzi przy tym o to, by owo ujęcie rościło pretensje do ostatecznej i totalnej lub co gorsza finalnej „absolutnej idei”. Zaletą wielkich narracji jest wszak samo globalne ujmowanie dla ujmowania i dla określenia sensu, nie dla „zrozumienia przeznaczenia ludzkości”, „przewidywania zdarzeń” czy „znajdowania rozwiązań”, względnie rokowania o szansach na happy end czy krokach, jakie należy podjąć. Kto stawia sobie takie cele, naraża się na śmieszość nadmiernej powagi – nie ma bowiem nic bardziej pretensjonalnego, niż udawać, że zna się lepszą odpowiedź na pytanie „co robić?” niż ktokolwiek inny.

 

Ta sama strategia powtarza się w Gniewie i czasie oraz Kryształowym pałacu. Każda z tych książek czerpie z możliwości „filozofii dziejów” jako próby ukazania ważnych i formatywnych dla naszej teraźniejszości procesów makrohistorycznych z punktu widzenia jakiegoś wiodącego pojęcia-problemu. W pierwszym z wymienionych dzieł chodzi o historię ekonomiczną gniewu – jednej z fundamentalnych sił napędowych zmiany dziejowej, w drugiej zaś o proces globalizacji w jego właściwym, genetycznym sensie, w jakim pojęcie „globalizacji” staje się pewnym kluczem do ujęcia całości dziejów nowożytnego człowieka. Jednak u końca to, co narracja za każdym razem przed nami odkrywa, ukazuje nie tyle swój punkt docelowy, spełnienie, kres, ale otwiera wielki bezkres pod niepokojącym znakiem zapytania. (Np. „Dokąd zmierzać będzie coraz bardziej amorficzna i nieskanalizowana energia gniewu pokrzywdzonych przez cywilizację kapitalistyczną”?)

 

Myślenie Sloterdijka zawsze wychodzi od wynalezienia/wykrycia czegoś, co choć nieoczywiste, to przecież wszechobecne, co zatem trafnie otwiera wiele powiązanych wymiarów, aspektów: gniew, kula ziemska, cynizm, oto jego wytrychy. A choć pojęcie słowa-wytrychu zwykło oznaczać coś kiepskiego, to w przypadku Niemca mamy do czynienia z prawdziwie uniwersalnymi wytrychami urodzonego włamywacza, które zawsze pasują do najbardziej ciekawych, ważnych skarbców; po ich otwarciu wiele ważkich i podstawowych spraw widzimy na nowy sposób. Warto to podkreślić jako rzadkość u współczesnych filozofów, którzy ostatnio głównie „kojarzą pojęcia”, zadowalają się paradoksem jako pointą, wolą interpretować niż opisywać i artykułować, wywracać na nice raczej niż konstruować panoramy, a najbardziej wywrotowe jest dla nich pytanie „a co jeśli?”; zaś gdy przechodzą do syntetycznych rozstrzygnięć, często popadają w nierzetelność, względnie grzęzną w źle uogólnionych i przez to nieprzekonujących figurach pars pro toto. Siła Sloterdijka nie bierze się z umiejętności dygresyjno-asocjacyjnych, ale z mocnego, opartego na bujnej i wyrazistej inwencji „konstruktywizmu”, dzięki któremu po przeczytaniu jego książki doskonale pamiętamy, o czym była i co z niej wynika lub przynajmniej, na co konkretnie zwróciła nam ona uwagę, jakie procesy nazwała i przekonująco ukazała. „Konstruktywizm” ten jest przy tym bardzo osobny, odrębny – Sloterdijk rekonstruuje nasz świat w sposób głęboko samowolny, „artystyczny”, za każdym razem imponuje śmiałością pomysłu, ryzykownością wyzwania, na jakie się porywa. Gniew i czas opisuje historyczne procesy artykulacji masowego gniewu posługując się uroczo arbitralnie językiem liberalnej ekonomii. Narracja ta ukazuje dziejowe procesy jako formy inwestowania, kumulacji, kapitalizacji tej fundamentalnej, jak przekonuje autor,  ludzkiej, „thymotycznej” emocji – wściekłości, złości.

 

Z kolei Kryształowy pałac wychodzi od pytania o to, jak ludzie wyobrażają sobie świat i jak to wyobrażenie kształtuje ich cywilizację. Kluczowym pojęciem jest tutaj „glob” czy „kula ziemska”, a przełomowym wydarzeniem historycznym przejście od wyobrażenia zamkniętego w kuli (sfer niebieskich) świata do obrazu ziemi jako kuli zanurzonej w nieskończoności: o ile w tym pierwszym człowiek umiejscowiony był bezpiecznie wewnątrz kuli, o tyle w tym drugim stoi na jej krawędzi, jest na zewnątrz, na granicy między jej powierzchnią a nicością. Opowieść Sloterdijka na temat narodzin nowoczesności jako globalizacji, powstawania świata, w którym żyjemy, stłoczeni, skompresowani na odprzestrzennionej, pozbawionej odległości kulce ziemskiej, rozprasza się pomysłowo na fragmentaryczne ujęcia wielu tematów, z których niektóre mają tutaj swoją pierwszą bodajże filozoficzną prezentację w ogóle: rola mórz i oceanów, wyprawy odkrywcze, ruchy pieniądza, ubezpieczenia, jezuici, piraci, nazewnicto kolonialne i kartografia, spotkanie Rilkego z Adamem Smithem... Każdy z tych fragmentów rzuca światło na jakiś aspekt globalizacji i globalnego świata w jego najbardziej aktualnym stanie.

 

W centrum opisu „współczesnej kondycji człowieka” umieszcza Sloterdijk nośną metaforę kryształowego pałacu – globalnej instalacji cieplarnianej, wewnątrz której zamieszkuje uprzywilejowana rzesza posiadaczy siły nabywczej, którą zdefiniować można by z grubsza jako klasę średnią i wyższą we wszystkich krajach świata poddanego westernizacji, zwłaszcza, oczywiście, w krajach klasycznie nazywanych „Zachodem”. W niektórych z nich, określanych jeszcze do niedawna mianem „państw dobrobytu”, zaproszenie do cieplarni obejmuje także warstwy uboższe, jest to jednak ewenement: generalnie, pozbawieni siły nabywczej to większościowe zewnętrze kryształowego pałacu, którego eksploatacja jest warunkiem możliwości istnienia cieplarnianego interioru.

 

Diagnoza Sloterdijka czerpie zarówno z dyskursu politycznego (w mniejszym stopniu), jak i z tradycji krytyki kultury (w większym), mieszając w twórczy sposób swoiście rozumiany, nietradycjonalistyczny i, jeśli tak można powiedzieć, nieprawicowy konserwatyzm osądów z perspektywą społeczną diagnozowanych wyzwań – choć ta ostatnia na pewno nie stanowi przejawu obcej Niemcowi „wrażliwości społecznej”, bowiem stroniąc od popularnego ostatnio w filozofii politycznej empatyzmu, czerpie raczej z utylitarno-prag­ma­tycznego rozpoznania antagonizmów klasowych, jakie w rzeczywistości wykluczenia z cieplarni organizują i ukierunkowują relacje wewnątrzspołeczne i międzyludzkie. Pragmatyzm i nieczułostkowe zrozumienie sytuacji na zewnątrz cieplarni jako uzasadnionej racji gniewu i protestu, prowadzą u Sloterdijka do refleksji nie tyle może lewicowej, co lewomyślnej. Filozof zdaje sprawę z zagrożeń, a właściwie z nietrwałości i tymczasowości kryształowego pałacu, wskazując problemy, które z nich wynikają, a których rozstrzygnięcie zdefiniuje przyszłe życie po dobrobycie.

 

Można się co prawda zastanawiać, czy Kryształowy pałac, rzecz napisana w 2004 roku, nie mogłaby zostać zrewidowana z perspektywy kryzysu, który tymczasem nastał – w każdym razie to wydarzenie stanowi dla niej ciekawą i rodzącą nowe pytania rekontekstualizację. Łatwo zauważyć, że Sloterdijk pisze z samego środka epokowej fazy triumfalnego kapitalizmu hossy, w czasach, gdy wielu wierzyło, że perspektywy nieustającego wzrostu są przynajmniej w średnim terminie niezagrożone, a demontaż systemu bezpiecznego dobrobytu nie został jeszcze wyraźnie wdrożony; słówko austerities należało wówczas do thesaurusa mniej popularnej angielszczyzny, zaś „Grecja” i „Hiszpania” były emblematycznymi przykładami tego, jak dynamika globalnego rynku wzbogaca społeczeństwa wręcz z pokolenia na pokolenie. Były to – choć to zaledwie siedem lat temu, to przecież ta właśnie dynamika sprawia, że to już odległa przeszłość – czasy wciąż ekspandującego systemu cieplarni, życie wydawało się wówczas być w intymnej zmowie z kapitałem, którego szczodrość i płodność mogli opiewać na neoliberalnych forach i w rodzinnych dyskusjach nad rosołem zarówno świeżo upieczeni średniacy z Europy postkomunistycznej, Chile albo Chin (gdzie zresztą do tej pory trzymają się mocno), jak i mesjasze sukcesu i prosperity zwerbowani z samego centrum. Po dopiero co pokonanym poważnym kryzysie „internetowej bańki” economy powróciła na „ścieżkę wzrostu” z impetem, który mógł robić wrażenie nawet na znacznie bardziej ideowych od Leszka Millera lewicowcach. Choć słychać już było pomruki nadciągającej prawdziwej burzy, wielu wolało brać je za fanfary wieszczące kolejne zwycięstwa. Ci, którzy ostrzegali, nie byli w niczym oryginalni, bowiem zawsze znajdą się tacy, co ostrzegają przed niebezpieczeństwami, które w końcu nie nadciągają; ufni w tę mądrość, że najgorszymi przepowiedniami wybrukowane jest piekło futurologów, wierzyliśmy, być może zwłaszcza my, postkomunistyczni peryferiusze, ale nie tylko my, że nadchodzi lepsza przyszłość i że przyszłość ta jest niezagrożona. Echa – odległe i abstrakcyjne – tego optymizmu znaleźć można również w koncepcji „kryształowego pałacu”: czy przypadkiem ta metafora nie oddaje zbyt wielkiej czci zakładanej sile nośnej tej konstrukcji? Czy ów kryształowy pałac nie jest aby tylko wątłą cieplarenką z cienkiej plastikowej folii? Jego kruchość i tymczasowość zdaje się jeszcze większa, niż zakłada z perspektywy tak wygodnego i przyjemnego miejsca jak Karlsruhe (gdzie mieszka) Sloterdijk, zaś jego granice, krawędzie oddzielające wnętrze od zewnętrza zdają się o wiele bardziej płynne i niekrystaliczne: tym, co je destabilizuje i problematyzuje jest „prekariat”, odpowiednio, jako zjawisko, i jako pojęcie socjologii post-dobrobytu: prekariusz rekrutujący się z byłych bądź wannabe średniaków (np. absolwent bez stałej pracy) to ktoś zawieszony na tej krawędzi, ktoś, kto oscyluje między przytulną cieplarnią a zimną nieskończonością zewnętrza, kto błąkając się pomiędzy klasą średnią a niższą bywa i na zewnątrz i wewnątrz. Nadto, metafora kryształowego pałacu nie dość chyba zdaje sprawę z dynamiki zwijania (zamiast rozwijania) i dewolucji oraz deregulacji systemu, który bardziej niż kryształ przypomina burzliwą strukturę, jaka tworzy się w warunkach intensyfikacji wahań, zmieniając kształty wraz z nimi, dostosowując się poprzez cykle ekspansji i regresu.

 

W związku z tym pewne denuncjacje, jakich Sloterdijk wśród pogłosów krytyki kultury masowej dokonuje na poddanym wiwisekcji ciele najnowocześniejszej formy podmiotu i upodmiotowienia, jaka jest nam oferowana przez system, stanowić mogą dawno niewidziany na rynku intelektualnym produkt luksusowy, co dla jednych może być zarzutem, gdy dla innych zachętą. Pięciogwiazdkowa propozycja wycieczkowa, jaką w Kryształowym pałacu składa w ofercie niemiecki myśliciel, to najnowsze wcielenie znanej dobrze pejzażystyki nostalgicznej, w tym wypadku właściwie pewnej neo-nostalgii, której światło wydobywa u Sloterdijka różnicę między podmiotowością audiowizualną opartą na kumulowaniu tanich i łatwo dostępnych opcji a podmiotowością czytelniczą, starszą i bardziej szlachetną, bo konstytuującą się drogą ekskluzywnych wtajemniczeń i heroicznych doświadczeń (od wypraw morskich po udział w działaniach wojennych). W tle tego krajobrazu czai się paramoralistyczne wskazanie palcem na egoizm i marnotrawstwo jako podstawową przesłankę wszelkiego rozwoju, osobistego i społecznego. W podobnym nieco duchu odróżnia Sloterdijk w Gniewie i czasie społeczeństwo erotyczne, pożądliwe od społeczeństwa tymotycznego, egzaltowanego: takie, w którym dominuje erotyczny, wrażeniowo-doznaniowy stosunek do świata konsumowanego (prowadzący ostatecznie do konformizmu narzuconego przez pacyfikujące warunki masowego komfortu), od takiego, w którym panuje porządek pasji (a więc przemocy i przemiany). Inercyjność, komfort i narcyzm społeczeństwa erotycznego czynią z nas, uformowanych przez jego formację podmiotów, pluszowych barbarzyńców, oddanych doznawaniu i delektowaniu się rozpieszczonych estetów, rozpadających się niczym lustra na fragmentaryczne i rozproszone odbicia, w których ginie różnica między fantazmatem a realiami. Ale po upadku tej różnicy ostatnie słowo ma zawsze tandeta i kicz. Choć do opisu tej formacji podmiotowości u Sloterdijka wdzierają się pomruki niezadowolenia, na które pod nosem lubi pozwalać sobie raczej mieszczański akademik-snob niż Diogenesowy cynik, to możemy wziąć je za złą monetę, a przecież zauważyć też otwierające się tutaj pytanie, jak w tych warunkach raczej ulepszyć i rozszerzyć cieplarnię, a może w pierwszym rzędzie – jak w warunkach pluszowego barbarzyństwa erotomanów stać się tym, kim chcemy być? (Niewykluczone przy tym, że kryterium przekory skusiłoby nas do przyjęcia ideału superpluszowości i radykalnego erotycznego rozpętania...)

 

Główne jednak pytanie, jakie można postawić po lekturze Kryształowego pałacu, to, czy mamy coś lepszego, jakąś ciekawszą alternatywę niż cieplarnia – czy nasze znudzenie nią i apokaliptyczna krytyka jej instytucji nie jest samo przez się oznaką typowej burżuazyjnej nerwicy?

 

Oczywiście, realne zagrożenia mogą być znacznie poważniejsze, niż to ocieplenie klimatu, w jakim hoduje się współcześnie podmiotowość – i to o nich przede wszystkim mówi Gniew i czas, który warto czytać jako uzupełnienie i kontynuację Kryształowego pałacu. Napisany dwa lata później, w 2006 r., wychodzi on poza interior cieplarni, by rozejrzeć się po obszarach frustracji i złości. Tak bowiem, jak ci wewnątrz oscylują między nudą a stresem, tak ci na zewnątrz tkwią w beznadziei i gniewie. Formacje historyczne – chrześcijaństwo, komunizm, europejskie państwo dobrobytu stanowią jedynie tymczasowe rozwiązania problemu „jak skanalizować wściekłość tych, którzy są ofiarami systemu?” A ponieważ każdy system stanowi formę uprzywilejowania mniejszości kosztem większościowego zewnętrza (a to dlatego, jak wskazuje filozof z właściwym sobie realizmem, że liczba atrakcyjnych pozycji społecznych i statusów gwarantujących życie na poziomie jest zawsze ograniczona), wyzwala ogromne energie pasji, których naturalność wymusza jakiś rodzaj systemowej troski, przechwycenia, reorientacji – inaczej mogłyby zdestabilizować go i rozchwiać, zagrażając bezpieczeństwu pieszczochów ze strefy wewnętrznej. Po upadku chrześcijaństwa i świata komunizmu oraz rejteradzie lewicowych projektów na przełomie wieków, dzisiejsi gniewni i wściekli pozostają amorficzną bezkształtną masą bez ukierunkowania, która coraz bardziej wrze. W dobie, gdy gniew zdaje się narastać, a lewica – jak twierdzi Sloterdijk – nie ma na to żadnej sensownej odpowiedzi – czego możemy się spodziewać? Jednym z ciekawszych pytań jest to, kto ostatecznie nada kształt tej masie i zmobilizuje energię gniewu? Komu ona posłuży? Do wyboru, zdaje się sugerować, mamy albo przemyślany i przedefiniowany demokratyczny kapitalizm (zważywszy, że to economy jest treścią naszego życia, polityka jego formą, należy mówić o demokratycznym kapitalizmie raczej niż, bałamutnie, „demokracji wolnorynkowej”), albo jakiś trudny do określenia w szczegółach system neototalitarno-populistycznej mobilizacji technokratycznej (ich embrionalną postać stanowią być może dzisiejsze Chiny).

 

Ogólnie rzecz biorąc, Sloterdijk w swoim byciu nikim, niezaangażowaniu, którego auto-postulat sformułowany w Krytyce cynicznego rozumu realizuje konsekwentnie w kolejnych pojektach (zmuszony zresztą przez okoliczności, które dążą na rozmaite sposoby do jego upublicznienia i oficjalnej celebracji, do najbardziej wykrętnych, ironicznych strategii publicznego nieuczestnictwa czy jawnej alienacji), kieruje się maksymami każącymi myśleć „tylko za siebie” i tylko we własnym imieniu. Implementuje być może w ten sposób postawę postpolitycznego podmiotu mieszczańskiego z middle class, który we własnym dobrze pojętym interesie tyleż klasowym, co osobistym, stawia pytania o systemowe warunki możliwości własnego dobrobytu, komfortowego, przytulnego życia, o jego koszty i konsekwencje oraz okoliczności jego możliwego kresu. Namawia przy tym wszystkich, z którymi przyszło dzielić mu los, by postarali się o koniec raczej szczęśliwy, acz nie wiąże z tym nawoływaniem przesadnych oczekiwań, ani nie uzależnia od ich wyniku własnego humoru. Strategia ta o tyle warta jest uwagi, że nie biorąc żadnych wysoko oprocentowanych kredytów od obłudy czy moralizatorstwa, zasadza się na cynicznej szczerości, sarkastycznie bezkompromisowej prawdomówności, samostanowieniu, które jednak wyklucza wykluczanie i nawet z punktu widzenia pewnej – być może postburżuazyjnej – kulturowej wyższości nie odwraca się plecami od innych. Nie służyć żadnej sprawie, prócz swojej – tu Sloterdijk zdaje się być późnym kontynuatorem Stirnera („Jedyny” – jak być dziś Jedynym, oto jest pytanie.) Ale służąc tylko swojej sprawie racjonalnie otwierać się na to, co wspólne, i dostrzegać głęboką zbieżność interesów wielu różnych racjonalnych egoizmów – to przywodzi na myśl Spinozę. Albowiem w Sloterdijku jest coś z nihilisty, i coś ze spinozjańskiego potentysty: z jednej strony żadnych złudzeń co do wartości, z drugiej pewna wiara w ostateczną pozytywność bycia, pierwotną gayness istnienia. Przesłanie to kieruje się w pierwszym rzędzie do aktywistów własnej sprawy i racjonalistów współindywidualności, którzy sceptycznie podchodzą do wszelkich wspólnot wierności i zaangażowania w to, co ponadjednostkowe, wszelkich mocnych kolektywów i rzesz, nie odrzucając przecież troski o pojęte z perspektywy własnej wspólne dobro, jak również pewnej bezstronności osądów. Myślenie Sloterdijka stanowi wyraz takiej postawy, co jest szczególnie cenne i pocieszające w dobie, gdy „bycie tylko sobą” i myślenie we własnym imieniu, na własną rękę, z coraz większym trudem przebijają się do opinii ogółu, żądającego solidnych instytucjonalno-kolektywnych uwierzytelnień i z apriorycznym podejrzeniem o „pretensje” gotowego podchodzić nawet do najbardziej skromnych takich prób. W tym kontekście Sloterdijk mógłby nawet zostać uznany za prawdziwego wychowawcę naszych czasów, który w dziele i życiu dostarcza przykładów, że filozofia wciąż może oznaczać nie tylko akademickie zajęcie moli bibliotecznych, względnie intelektualnych komiwojażerów, ale i coś ponad to: życie inteligentne.