Orgia Myśli to nie tylko magazyn literacki. Aby stworzyć naprawdę awangardową literaturę, trzeba stanąć w awangardzie cywilizacji. Orgia Myśli zamierza więc przede wszystkim być projektem kreacji nowej kultury. Tak jak niegdyś filomaci, chcemy wskazać Polakom – ale nie tylko im – jak osiągnąć w tym względzie postęp.
Dlatego najbliższy rok będzie w Orgii Myśli rokiem edukacji. Nie zawsze pewnie będziemy odkrywać Amerykę, nieraz zdarzy się nam przypomnieć jakąś oczywistą prawdę, z zagadkowych względów pomijaną bądź odrzucaną. Owych względów – zwłaszcza ich! – nie będziemy lekceważyć.
A czego zamierzamy uczyć?
Powiedzmy wprost. Jakie jest nasze najpoważniejsze zadanie w kulturze na progu wieku XXI? „Emancypacja”? Z pewnością, ale czy wiemy, od czego przede wszystkim trzeba się uwolnić? Co nas najbardziej uciska? Czy nie impotencja depresyjno-paranoidalna, w jaką wprawia nas postromantyczny „kompleks polski”?
Tak, ale jak ją przezwyciężyć? Dokąd iść? Jest tylko jeden kierunek geopolitycznie możliwy i uzasadniony, skądinąd, przez tradycję. Wyznacza go unifikacja polityczna Europy i zmierzch, mniej lub bardziej powolny, kultur narodowych. Krótko mówiąc: jedyne, co możemy, a faktycznie musimy z sobą zrobić, to dogłębna europeizacja.
To znane prawdy. Niektórzy na nich poprzestają. W istocie – ile to już razy przysłuchiwaliśmy się dyskusjom, w których perspektywa „otwartości na Europę i świat” ścierała się heroicznie z naszą odwieczną „zaściankowością”, kultura ironii z kulturą dogmatu itd.? Czas najwyższy skończyć z rytuałem gnębienia Sienkiewicza Gombrowiczem i zapytać dalej: czym jest, czym może być Europa?...
Na razie Europa nie wydaje się zbyt atrakcyjna, jest synonimem pustosłowia i biurokracji. A im bardziej się unifikuje, tym bardziej okazuje się mała i nudna, a co gorsza, małostkowa, na małostkowościach oparta. Nie ma w niej nic wzniosłego. Nie została w istocie do końca wymyślona, ma dużo pustych plam i braków. Domaga się nowych dramatów, fantasmagorii i fascynacji. Nowych, niesłychanych opowieści. Świeżych symboli i ultranowoczesnego piękna. Europa, po prostu, ma za mało sensu. Zadaniem naszym, i to nie jako Polaków, ale jako Europejczyków, jest jej go nadać. Dlatego jeśli mówimy, że „europeizacja” wyznacza dziś najbardziej oczywisty kierunek emancypacyjny, chodzi nam tak samo o „wyjście z zaścianka”, jak i o ucieczkę od tego, co aktualnie tworzy kształt Europy. Zmierzch kultur narodowych nie prowadzi nas ku apoteozie miałkiej „wielokulturowości”, zbyt często sprowadzającej się do kultury skansenu. Podobnie jest z próbami opartymi na idei Europy Środkowej – są one mało zachęcające i raczej staroświeckie. Nie w tym rzecz, by prowincjonalizm zastępować ponadnarodowym regionalizmem. Zresztą, ruch w tym kierunku od początku nosi na sobie przygnębiające piętno mniejszego zła. A mamy już dość idei smutnych...
Uprawiajmy więc Euro-entuzjazm z ducha inny niż brukselsko-biurokratyczny lub regionalny. Uczyńmy Europę ciekawą. Jaka mogłaby być ta ciekawa Europa? Jeśli zrobimy z Warszawy kulturalną stolicę kraju, który nazwać będzie można, dlaczego nie: Gaia Europa (jęz. ang.: „Gay Europe”) – to na pewno będzie ciekawie. (Mówimy „Warszawa”, ale Warszawa jest wszędzie, o wiele bardziej wszędzie niż żyjące już tylko swą przestarzałą legendą Paryże i inne stolice ludzi w średnim wieku.)
Oto nasze i tylko nasze powołanie, jedyne sensowne, bo jedyne wielkie – wbrew wszystkiemu, co się ostatnio w nadwiślańskim leprozorium wydarzyło, a i jeszcze wydarzy.
Oczywiście, nie chodzi w żadnym razie o „swojską” Europę, o „nasz dom” czy „europejski naród”. Już raczej – o własną melodię do „Ody do radości”, która podobno jest naszym hymnem. Nowe fascynacje, których nam trzeba, nie mogą mieć nic z dotychczasowego narcyzmu – Europa nie będzie ich przedmiotem, lecz żywiołem, w którym się one zrodzą, żywiołem ich przeobrażeń. „Europeizacja” oznacza eksperyment i poszukiwanie, jednak ostatnią rzeczą, jakiej powinniśmy poszukiwać, jest sama... Europa. Nie dajmy sobie wmówić, że nadszedł czas próby, że musimy dokonać wyboru, bo oto znaleźliśmy się nad przepaścią, której na imię „utrata tożsamości”. W stwierdzeniu tym widzimy rażące uproszczenie. Nie wydaje nam się, aby w ogóle kiedykolwiek mógł nadejść taki moment. A nawet gdyby nadszedł, trudno sobie wyobrazić jakiś rozsądny argument mogący powstrzymać nas od skoku...
Nie szukajmy więc nowego „domu”, już raczej pozytywnych form bezdomności.
Nie wierzmy też nikomu, kto powiada, że w Europie panuje „zepsucie obyczajów” i „kryzys moralności”. Jest to niestety zbyt daleko idący i sprzeczny z wieloma faktami przesąd... Który jednak warto byłoby spróbować urzeczywistnić. – Niech więc naszym euro-fantazmatem będzie świat intensywny swymi kryzysami, Europa orgiastyczna i libertyńska, Europa skomplikowana, polimorficzna i tajemnicza... Której nadać będziemy mogli, zależnie od naszych intelektualnych skłonności, wiele rozmaitych masek i oblicz, i obyczajów, i moralności. Dość poszukiwania „wspólnych korzeni”; w ogóle: mniej euro-teologii, a więcej euro-perwersji, euro-sodomy, o jakiej nie śniło się jeszcze żadnemu niedzielnemu filozofowi. A więc, Europejczycy – bo do Polaków już odtąd nie mówimy – Europejczycy, jeszcze jeden wysiłek!