Zmysły

(miniatura radiowa)
 
 
Osoby:
ONA
ON
 
Uwagi dla reżysera

Niniejsze słuchowisko nie jest skandalem. Nigdy skandal nie był celem żadnego autora. Intencja zawsze jest tyleż artystyczna, co naukowa. Nie można zaprzeczyć, że autor jednak wie. Przede wszystkim wie, co robi. Choć nierzadko robi to jeszcze na ślepo.

Nastrój w żadnym razie nie powinien być intymny. Nie ma mowy o podglądactwie. Należy unikać psychologicznych niuansów. Na szczęście w radiu nie ma do kogo puszczać oka. Nie jest to zapis rozmowy, nawet jeśli rozmowa taka miała lub będzie miała miejsce. Aktorzy mają odczytywać wyłącznie własne kwestie.

Głos kobiety winien być hieratyczny i wzniosły. Koturnowa niemal dostojność ma cechować ten głos, a będzie już bardzo dobrze, gdy uda się osiągnąć efekt sztuczności. Równie nienaturalnie mówi głos męski. Irytacja, niecierpliwość, łaknienie – taka powinna być sztuczność mężczyzny.

Zresztą wszystko zostało napisane. Adaptacje i przeróbki są oczywiście możliwe, ale w tym wypadku tylko wierność wobec wskazówek autora przynosi owoce. Po pierwsze, pozwala w ogóle im dojrzeć. Po drugie, osobiście nie widzę, kto mógłby dokonać naprawdę płodnej adaptacji. Tekst jest dostatecznie wymagający i bez tego.

Głos – żywioł przemocy i dystansu zarazem – stoi w jawnej sprzeczności do wszystkiego, o czym tu mowa. Dlatego ważne jest, by tę sprzeczność wydobyć. Tylko wówczas nie będzie raził symbolizm wypowiedzi. W każdym innym wypadku popada się w śmieszność. Symbole nie są przypadkowe. Zawsze można coś powiedzieć na wiele sposobów, ale ostatecznie wybrany mówi najwięcej.

Tytuł nigdy nie jest przypadkowy.

Jeśli idzie o wymowę, to jest ona jak najbardziej tradycyjna. Lepiej jednak poświęcić dziesięć minut na oczywiste prawdy, które każdy potwierdzi, niż wzorem wszystkich słuchać bzdur, na które i tak nikt się nie godzi.

(Słychać walące się budynki, huk. W dali okrzyki po angielsku.)

 

 

Ona: Dotknie mnie.

On: Powaliło cię?! Chcę najpierw popatrzeć.

Ona: Moje ciało jest gładkie, szorstkie, miękkie, twarde, chłodne, ciepłe...

On: Boże!

(Pauza)

On: Odwróć się! Pokaż!

Ona: Drzemie we mnie lekkość bez urazy. Mówią: „przyziemność”. A ja ustanawiam powietrza.

On: Ociera się o nią każdy żebrak i urzędnik. A ona na to, że ich życie jest czystym rojeniem, że to jej nie dotyka. „Szukają schronienia. Nigdy nie staną się winni” – tak mówi. A ja?

Ona: Wystarczy przyjrzeć się sklepieniom – okrutna prawda dostępna jedynie ptakom...

On: Piękna.

Ona: ...nie aniołom. Nawet w najmłodszym minerale znać jeszcze surowość natury. Ich spojrzenia kamienieją, choć gładki jest spryt niecierpliwości. Ślizgają się w oddaleniu. Tam bezwiednie moczą nogi w oceanie braku pożądań. Jego fale zna każda z mych kolumn. Oto niezłomne prawo sąsiedztwa.

On: To jej pragnienie bliskości – co to jest? Zatwardziałość pamięci? Wiem, że jest w niej masywna samowystarczalność, której nie potrafię dostrzec.

Ona: Maniera każdego podmuchu uwalnia we mnie łatwość wszystkiego. Służyć mocarstwom, z jakich przychodzą, udeptać dla nich na ziemi posłanie, dać zakwitnąć bluszczem na moich murach. Moja skłonność do trzech wymiarów czyni mnie siostrą ognia.

On: Trud dystansu wynika z wrażliwości. Na przykład taka boskość... Czyż nie polega na absolutnym spokoju, który ma swe źródło w najwyższym przeczuleniu? A mój wysiłek przy tym! Po co od razu płomień?

Ona: Jestem po to, by wszedł we mnie.

(pauza)

On(spokojnie): Wiszę na ścianach jej rozkoszy. Unoszę niemożliwość sklepień. Bliskość? Smugi mego wnętrza nabrały wprawdzie wzniosłości, ale już dawniej ocierałem się o patos. Teraz czuję nawet niebezpieczeństwo rutyny. Wrażliwość wymagała jednak pewnego rygoru. Przyznaję, jest to przyjemne.

Zwłaszcza nieznana mi wcześniej gęstość i natarczywość żywiołów upaja mnie aż do zamknięcia powiek. Ale wstydzę się tego chaosu. Ona zezwala mi na wszystko, więc we mnie z czasem nic nie zostaje.

(pauza)

Ona: Materie mojego ciała żyją powoli. Długowieczność to prawdziwa zagłada nieśmiertelności. Czas kapryśnie odprawia swe harce wśród żłobień filarów. Żyje się tak samo, tylko gładko. Materie mojej duszy wyrażają się jasno. Doraźny żywot może być synonimem służby.

On: Zastanawiam się. W pewnym sensie ją porzucam. Powiedzmy, że odwracam głowę. Że właśnie – myślę. Szukam tej rozciągłości, tamtego chaosu – w sobie.

Ona: Wnętrze to tylko – trochę szybciej, dekoracja, styl. Nadal trzeba zamieszkiwać ziemię,...

On: Ale mogę mówić.

Ona: ...oddychać. Tajemnicą trywialności jest prawda. A przecież nie są tym samym.

On: Ona mnie zaskakuje. Nie chce rozmawiać. Twierdzi, że rozmowa przypomina jej dzieciństwo i nudne kazania w kościele. Albo ta czułość – co to jest?

Ona: Czasem w bełkocie...

On: Oddalamy się, to pewne. A ja, na nieszczęście, nie mogę się skupić. To ten brak rozmowy.

Ona: ...słychać intymność materii.

(czternaste preludium Chopina w wykonaniu Ivo Pogorelicha)
Koniec