Związek literatury i polityki opiera się na pewnej konieczności, jednak nie w tym sensie, iżby literatura zawsze musiała być polityczna. Jest raczej tak, że jeśli pojawia się w niej jakiś ładunek polityczny, to w grę wchodzi konieczność pewnego rodzaju. Owa konieczność nie oznacza za każdym razem tego samego rodzaju relacji, może przybierać różne postaci.
Konieczność pierwszego stopnia
Niedawno po stronie krytyki pojawił się zdecydowany głos: w Polsce musi powstać literatura politycznie zaangażowana. Jaki rodzaj konieczności został implicite założony w tej wypowiedzi? Co znaczy tutaj owo „musi”?
Literatura musi być polityczna, ponieważ w Polsce nie zostało dokończone dzieło nowoczesnej emancypacji. Polska jest przestrzenią dziwnego przenikania się elementów najbardziej archaicznych z częściowo urzeczywistnioną nowoczesnością oraz z elementami naszej lokalnej, dzikiej ponowoczesności, dodatkowo komplikującymi i tak już złożoną sytuację. W tym zamęcie powinniśmy uzyskać jakąś orientację, by sprostać wyzwaniom, jakie przed nami stoją. Literatura, właśnie jako splot najróżniejszych narracji interpretujących społeczną rzeczywistość, ma być jednym z naszych przewodników . Inny ważny postulat również związany jest z koniecznością emancypacji i również zamienia literaturę w pewnego rodzaju narzędzie – tym razem ma to być oręż radykalnej krytyki politycznej albo społecznej. Otóż krytyka – jeśli faktycznie jest radykalna – powinna kwestionować całość „systemu”. Nie może ona poprzestać na efektach, zatrzymać się, na przykład, na poziomie jednostkowej psychologii. Powinna nie tylko (i nie tyle) piętnować i wyśmiewać, ile docierać do podstawowych mechanizmów zniewolenia: „Niech to będzie dekonstrukcja tych mechanizmów, a nie tylko kpienie z konsekwencji ich działania” – powiada Sławomir Sierakowski. Innymi słowy – literatura musi stać się orężem strukturalnej krytyki kapitalizmu.
Te dwa hasła – „rozpoznanie sytuacji” i „krytyka systemowa” – mogą występować razem lub oddzielnie, opierają się jednak na pewnym wspólnym założeniu, zespole założeń, którym trzeba się przyjrzeć bliżej. Z całą pewnością taka literatura może powstać (w przypadku drugiego postulatu prawdopodobnie za cenę pewnych ustępstw). Co więcej – ona musi powstać, ponieważ pisze się ją na zamówienie społeczeństwa. I na tym właśnie polega kłopot. Zgodnie z ukrytym założeniem tej wizji literatury (i jej politycznej konieczności) skądinąd wiadomo, jakie są fundamentalne problemy związane z nowoczesnością, demokracją, kapitalizmem itd. Wiadomo, gdzie przebiegają linie podziału i jakie są stawki w politycznej walce. W odróżnieniu od Sierakowskiego, który ujmuje konieczność w formę pewnego zobowiązania i krytykuje młodą prozę za niedostateczne zaangażowanie w polską rzeczywistość społeczno-polityczną, Kinga Dunin czyta, wyczytuje tę rzeczywistość z istniejącej polskiej literatury, wychodząc z założenia, że literatura tak czy inaczej, z konieczności, odnosi się do naszych zasadniczych dylematów. Chodzi o napięcie między ociężałą tradycją i nowoczesnym przyspieszeniem, problemy z tożsamością, z historią, z pamięcią, nierozliczone winy i (narodowe) kompleksy, ruchomą granicę między prywatnym i publicznym, cynizm i poszukiwanie wartości. Ten katalog problemów trzeba by pewnie uzupełnić, by stał się kompletny, ale nie o to przecież chodzi. Rzecz w tym, że wszystkie „istotne kwestie” w rodzaju wyżej wymienionych należą właśnie do pewnego katalogu, znanego każdemu, kto śledzi aktualne dyskusje w obrębie nauk społecznych czy nawet „ambitną” publicystykę. Znamy paradoksy nowoczesnego uspołecznienia, dylematy tożsamości, będącej jednocześnie swobodnym konstruktem i produktem zewnętrznych mechanizmów, a także największe bolączki współczesnego świata: od strukturalnego bezrobocia po idiotyzm kultury masowej, budzący na przemian (albo jednocześnie) zgrozę i fascynację. Te paradoksy, dylematy i bolączki mogą być nawet rzeczywiste, tak jak rzeczywiste jest nasze (polskie) zapóźnienie, jeśli chodzi o lekcję emancypacji. A jednak sami krytycy zdają się czasem marzyć o czymś więcej. Jak pisze Kinga Dunin, medialny dyskurs na temat nowej polskiej prozy charakteryzuje swoista tautologiczność: „W końcu zawsze z literatury dowiadujemy się tego, o czym wcześniej pisały gazety i mówiono w telewizji” . Jest oczywiste, że wielka literatura nie powstaje według istniejącego wcześniej przepisu – weź któryś z aktualnych „palących problemów”, użyj swojego „dobrego słuchu”, „dobrego stylu” itd. Dobrej literatury nie da się spreparować w ten sposób. Nie da się jej również przewidzieć w jej konkretnym kształcie. Można natomiast zastanawiać się, w jakim sensie wielka literatura może być również polityczna, zawierać jakiś politycznie radykalny ładunek. Jakiego rodzaju konieczność, poza koniecznością realizowania społecznych zamówień, może jeszcze wiązać literaturę z polityką?
Stan wyższej konieczności
Każdy zgodzi się chyba z postulatem, że „publicystyka” zazwyczaj nie służy literaturze. Trzeba jednak pójść dalej i stwierdzić, że nie służy ona także samej polityce. Przed publicystyką nie chroni wcale literatury jej subtelny styl, czysta wartość estetyczna, będąca czymś w rodzaju literackiej wartości dodatkowej. Odrzucenie publicystyki nie może oznaczać jedynie bardziej subtelnego przepracowania przez literaturę „ważnych kwestii politycznych”. Między powieścią, której bohaterowie wygłaszają sztuczne polityczne monologi, a „dobrze napisaną” powieścią, która operuje bardziej wyrafinowanymi środkami, nie zachodzi różnica natury. Publicystyka albo „publicystyczność” – tak w literaturze, jak i w dyskursie politycznym – nie sprowadza się do jakiejś szczególnie prymitywnej formy przekazu, lecz dotyczy istoty problemu. Ściśle rzecz biorąc – jest jego likwidacją, samą niezdolnością do problematyzacji, do wykroczenia poza problemy fałszywe albo pół- i ćwierćproblemy. Śledzenie wszelkiego rodzaju publicznych debat jest zajęciem tak bardzo frustrującym i jałowym przede wszystkim dlatego, że stawki, pozycje, linie podziału, argumenty i opinie dają się niemal bez wyjątku przewidzieć z góry. A już na pewno wystarczy raz usłyszeć dyskusję na jakikolwiek temat, by w każdej następnej czekać jedynie na wieczny powrót tego samego. Możemy wybierać z katalogu ważnych problemów współczesności – jeśli nie jesteśmy na czasie, wystarczy zaopatrzyć się w niezbędnik zatroskanego inteligenta. Gdy dokonamy tego pierwszego wyboru, kolej na „za” i „przeciw” – zestaw poręcznych argumentów gratis .
Być może myślenie publicystyczne jest niezbędne w liberalno-demokratycznej debacie publicznej. Nie wszystkie problemy, które się tam pojawiają, są pozbawione znaczenia, nawet jeśli pozostają pół-problemami (Amerykę interesuje wyłącznie ropa naftowa / Ameryka na swój, może nieco prymitywny sposób mimo wszystko zaprowadza w Iraku demokrację). W sferze politycznych mniemań może lepszy jest pół-problem niż całkowity jego brak. Niewykluczone, że prawdziwa myśl polityczna potrzebuje wręcz takiej przestrzeni zinstytucjonalizowanej bezmyślności jako „podglebia”, na którym dopiero wyrasta. W literaturze jednak, tak jak w każdej formie twórczości, bezmyślność musi być grzechem śmiertelnym. Dlatego właśnie literatura, jeśli ma być zarazem polityczna i twórcza, powinna zdobyć się na „aktywne zapomnienie” tego wszystkiego, co krytycy, socjologowie i sama opinia publiczna uznają za aktualną stawkę w politycznej grze. Linie frontu muszą zostać wytyczone na nowo.
Zbyt długo już hołdujemy przekonaniu, że literatura daje wyraz problemom, konfliktom, napięciom drążącym społeczeństwo. Formuła ta jest zwodnicza, o ile oznacza, że mamy do czynienia z jakimś rodzajem mediacji. Pisarz nie wyraża (w „literackiej formie”) tego, co inni i tak już widzą. Konieczność ekspresji sprzęgnięta jest raczej z widzeniem, postrzeganiem czegoś całkiem innego. Zobaczyć coś, czego nie widzą inni – właśnie brak takiej wizji, niezdolność do percepcji, w sensie tworzenia własnej perspektywy, stanowi największą bolączkę publicystycznej literatury. Pod nieobecność percepcji decydującego znaczenia nabiera nowoczesność środków, technik, bycie na czasie w najbardziej trywialnym sensie . A zatem, wracając do polityki – konieczność, jakiej podlega literatura, nie wynika ze zobowiązań w stosunku do społeczeństwa, nawet z imperatywu emancypacji i krytyki. Jest to konieczność wewnętrzna, wynikająca z faktu czy zdarzenia percepcji. Kwestia środków i technik nie musi być wcale kwestią wtórną, powinna jednak, właśnie jako kwestia wyrazu, dotyczyć owego zdarzenia. Pytanie nie brzmi nawet: w jaki sposób pisarz wyrazić ma to, co zobaczył? Ściśle rzecz biorąc, wyraz i percepcja są tym samym. Nie da się oddzielić ekspresji od widzenia, ponieważ w dziele są one równoczesne, samo dzieło jest ich równoczesnością. O tyle też dzieło buduje pewne pole eksperymentalne – do jakich percepcji jesteśmy zdolni? Percepcja jest eksperymentem, ponieważ nie da się postrzegać, nie uruchamiając jakiegoś procesu stawania się, nie będąc porwanym przez jakiś proces tego rodzaju.
Literatura pełna jest percepcji i procesów stawania się, nie zawsze jednak łatwo zlokalizować zawarty w niej ładunek polityczny. Co więcej, element „wizji” bywa doskonale ukryty właśnie pod powierzchnią najbardziej oczywistych odniesień. Nic bardziej oczywistego, na przykład, niż uznanie Coetzee’go za „wizjonera” politycznego. Czekając na barbarzyńców to powieść o Imperium, potężnej, scentralizowanej machinie biurokratyczno-militarnej, która szuka pretekstu, by ostatecznie zmiażdżyć koczowników czających się na jego obrzeżach. Wszystkie powody są jedynie pretekstami, dowody rzekomych wrogich zamiarów i realnych zagrożeń to jedynie poszlaki albo fikcje mające uzasadniać akcję pacyfikacyjną i tortury. Książka została napisana w 1980 roku, a sprawia wrażenie komentarza do aktualnych wydarzeń. Wszelako jej znaczenie leży gdzie indziej. To nie przewidywanie przyszłych zdarzeń stanowi o politycznej sile literatury. Chodzi o percepcję – nieważne, czy postrzega się przeszłość, przyszłość, czy teraźniejszość, ważne, by w ogóle percypować. Co takiego widzi Coetzee, co widzi sędzia, bohater powieści? W odróżnieniu od urzędników wykonujących bądź wydających rozkazy w służbie Imperium, sędzia jako jedyny widzi barbarzyńców. Nie tylko wykracza poza ideologiczną projekcję, obraz wroga wykreowany w przez władzę. Chciałoby się powiedzieć, że dostrzega w barbarzyńcach „ludzi”; i rzeczywiście – takie „humanitarne” podejście wydaje się leżeć u źródeł jego dywersji . Zarazem jednak percepcja sędziego stale kieruje się w stronę tego, co nieludzkie. Najpierw we śnie, w którym widzi „twarz zupełnie białą, pozbawioną rysów; jest to jakby twarz embriona czy też maleńkiego wieloryba” . Potem przede wszystkim w relacji z okaleczoną przez żołnierzy dziewczyną, z którą się związał: „nie była już pełnym człowiekiem, siostrą wszystkich ludzi” . Właśnie płaszczyzna tego, co nie-ludzkie, będzie płaszczyzną komunikacji sędziego z barbarzyńcami, a ściśle rzecz biorąc płaszczyzną jego stawania-się-barbarzyńcą. Percepcja nie prowadzi wcale do porozumienia, co więcej – wszelkie porozumienie jest tutaj z góry wykluczone. Sędzia nie „udaje” też barbarzyńcy (klasyczna, paternalistyczna, kolonialna formuła komunikacji) ani się z nim nie „utożsamia”. Zachowuje dystans – jest właśnie sędzią, który staje się barbarzyńcą, kimś równie obcym po jednej i po drugiej stronie frontu. Sprzeciwiwszy się rozkazom oficerów Trzeciego Wydziału, sędzia wchodzi do celi „przekonany o słuszności swojej sprawy”, jednak „po dwóch miesiącach życia wśród karaluchów, wpatrywania się jedynie w cztery ściany i tajemniczą plamę sadzy, wąchania odoru własnego ciała” jest „znacznie mniej pewny swego” . Po ostatnim heroicznym zrywie, kiedy sędzia staje w obronie barbarzyńców, lecz nie jest w stanie wygłosić przemowy o człowieku jako „wielkim cudzie stworzenia”, zaczynają się prawdziwe tortury. Pozostaje jedynie ekonomia bólu. „Wydaje się, że moim przeznaczeniem jest tylko umrzeć w jeden sposób – w kącie, jak pies” . Jego udręka kończy się inaczej, pozostaje jednak pytanie o sens tego radykalnego doświadczenia. Dla samego sędziego nie jest on wcale jasny. Tym bardziej dla nas. Być może Coetzee dostrzegł pewien problem, którego nie da się wyartykułować w żadnym z obowiązujących dyskursów: stawanie-się-mniejszością zamiast praw przyznawanych jej przez większość (i dyskusji nad możliwym zasięgiem tych praw), stawanie-się-innym zamiast tolerancji dla inności. Stawanie się, które wciąga w logikę tego, co nie-ludzkie.
Może się więc zdarzyć, że problem „publicystyczny” za sprawą nowej percepcji zostanie przesunięty, że nieoczekiwanie zmienią się jego „współrzędne”. W ten sposób powoli wyłania się nowa polityczna perspektywa. Czy może ona harmonijnie współistnieć z perspektywami, od których się odbija, które deformuje i porzuca w geście „aktywnego zapomnienia”? Polityczna siła rażenia literatury leży w jej absolutnej bezwzględności; ta sama bezwzględność literatury, jej niechęć do zawierania paktów ze społeczeństwem staje się jednak również źródłem potencjalnego konfliktu. Nowa perspektywa jawi się jako nieuzasadnione roszczenie, a krytyka, jakiej na swój sposób dokonuje literatura – jako zamach na człowieczeństwo. Nie przypadkiem jedną z najważniejszych figur literackich jest figura Mizantropa. W tej figurze pisarz wypowiada wojnę ludzkości. Czy ma do tego prawo? Jakie są polityczne konsekwencje takiego aktu? Mizantrop z góry odmawia udziału we wszelkich przedsięwzięciach, również tych najwznioślejszych i najbardziej słusznych. Nawet nie chce o nich słyszeć. Taka odmowa komunikacji to coś więcej niż niechęć do podzielania pewnych rozpowszechnionych poglądów czy opinii. Być może pierwszy polityczny gest pisarza polega na wyraźnym uświadomieniu sobie, że społeczeństwo nie istnieje. Nie w tym sensie, że jest ono heterogeniczne, naznaczone konfliktem i różnicą (co, rzecz jasna, w pełni odpowiada prawdzie); również nie dlatego, że „społeczeństwo poza fundamentalnym, fizyczno materialnym wymiarem istnienia jest bytem fikcyjnym”, teoretycznym efektem „wielorakich [...] interpretacji” – społeczeństwo musi przestać istnieć dla pisarza jako sfera komunikacji w ogóle, jako sfera dostępu i uczestnictwa. Nie uczestniczyć w społecznej ekstazie komunikacji, która dziś staje się najczystszą symulacją życia społecznego – oto podstawowy warunek. W ten sposób jednak wracamy do polityki. Czy taka „ucieczka do przodu” nie prowadzi przypadkiem prosto w objęcia reakcji? Czy nie tak, na mocy odwiecznej, przewrotnej dialektyki skrajny radykalizm osuwa się na pozycje przed-emencypacyjne? Czy w swojej chęci wykroczenia poza zdefiniowane już podziały, zdystansowania się wobec opinii szerokich kół, pisarz „obiektywnie” nie służy interesom systemu? W każdym razie nie robi nic, by położyć kres niesprawiedliwości, której formy są aż nadto oczywiste dla każdego. Niektórzy, jak Michel Houellebecq, upajają się swoją reakcyjnością i niepoprawnością polityczną. Jest to zaiste żałosny spektakl i najbanalniejsza reakcja polegająca na odwróceniu znaków, przy jednoczesnym pozostaniu w grze. Pisarz w stanie wyższej konieczności staje się czasem figurą podejrzaną z punktu widzenia społecznej emancypacji, ale nigdy w tak banalnym sensie. Nawet ci, którzy chcieliby potępić go w imię słusznych postulatów, przeczuwają, że ostatecznie mogą nie mieć racji. W dniu, w którym wszystkie słuszne i dające się już dziś wskazać cele emancypacyjne zostaną wreszcie osiągnięte, okaże się, że potrzebny jest jeszcze jeden wysiłek. Polityka pozbawiona elementu mizantropii przemienia się w zarządzanie instynktem stadnym, w politykę stadnego szczęścia. By przywołać na koniec jeszcze jedną figurę, bez której literatura nie może się obejść – sobowtórem Mizantropa jest Oryginał.
1. Takie podejście można, jak się zdaje, przypisać Kindze Dunin z książki Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2004.
2. Rewolucja semantyczna, „Lampa” 2005, nr 5(14), s. 16.
3. Kinga Dunin, Czytając Polskę, dz. cyt., s. 42. Czy jednak wystarczy zastąpić gazety i telewizję klasykami nauk społecznych? Fakt, że Kinga Dunin nie stosuje teorii socjologicznych w sposób czysto mechaniczny; stawia raczej na ich konfrontację z tekstami literackimi, na zderzenie interpretacji, wymianę sensu. Mimo to nie wykraczamy poza znany katalog problemów, wzbogacanych jedynie o kolejne niuanse (na przykład gdy „do pary: tradycja-liberalizm dopiszemy trzeci człon” w postaci Giddensowskiej „polityki życia”; por. tamże, s. 258).
4. Oglądamy program Uważaj z nami: „la la la dużo jest opinii, więcej jeszcze poglądów, jedne lepsze inne gorsze czy coś tam, tak łatwo w pajęczynę nieprawdy się zaplątać, je je je, ale ty się temu nie poddaj, razem z nami uważaj, razem z nami jaka jest prawda się dowiedz, razem z nami miej poglądy” (Dorota Masłowska, Paw królowej, Biblioteka Twoich Myśli, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2005, s. 91).
5. „Teatr współczesny nic innego wszak nie robi, jak wciąż szuka właściwych technik dla wyrażenia najbardziej palących tematów. To, że je odnajduje, zawdzięcza sojuszom zawieranym ze światem, ściślej – z jego powierzchnią. Dlatego – jak ów świat – jest natychmiast uchwytny, zrozumiały, «gładki». Brak «głębokości» nie oznacza braku jakiejś «idei», «myśli» czy zasadniczej «komplikacji». Odrzućmy starą koncepcję głębi! – Nawet dziś jeszcze mamy jej zbyt dużo. Nie mamy natomiast dalekowzroczności («proroctwa», «kształtowania»). W ogóle brakuje nam wzroku – nie trzeba patrzeć, bo i tak się widzi” (Mateusz Falkowski, Bez dyskusji. Uwagi o teatrze, sztuce w ogólności i polityce; tekst publikowany na internetowych łamach OM).
6. Jako ludzie barbarzyńcy nie są w żaden sposób wyidealizowani: są „kościstej budowy, o rachitycznych klatkach piersiowych. Ich kobiety zdają się być bez przerwy w ciąży; dzieci są drobne, słabo rozwinięte fizycznie, wśród dziewcząt można dopatrzyć się kilku wyróżniających się delikatną urodą i łzawym spojrzeniem, poza tym nie dostrzegam w nich nic oprócz tego, że są głupie, przebiegłe i niechlujne” (J. M. Coetzee, Czekając na barbarzyńców, Znak, Kraków 2003, s. 194).
7.Tamże, s. 59.
8. Tamże, s. 128.
9. Tamże, s. 149-150.
10. Tamże, s. 182.
11. Kinga Dunin, Czytając Polskę, dz. cyt., s. 17.