Swego czasu – to musiał być jeden z ostatnich sezonów ogórkowych – nasza prasa szczególnie zainteresowała się palącym problemem „chamstwa” i ogólnego braku kultury w narodzie. Niejeden intelektualista ubolewał i dawał wyraz swemu niesmakowi, niejeden nakazywał sięgać do przyczyn, miast skupiać się na efektach – wszyscy byli zgodni co do tego, że kultury wciąż mamy za mało i że rolą „autorytetów”, zwłaszcza „wychowawców młodzieży”, powinno być jej uczenie. Przeświadczenie naszych elit o własnej „kulturalności”, w odróżnieniu od panoszącego się wszędzie „buractwa”, to zresztą temat na odrębną analizę polityczno-psychologiczną. Jaki jest prawdziwy sens owego tak pieczołowicie podtrzymywanego odróżnienia? Czy nie jest ono przypadkiem całkowicie pozorne?
Abstrahując jednak od „elit” i ich przeświadczeń na własny temat, przyjrzyjmy się innej, szerszej kwestii – czy istotnie potrzeba „więcej kultury”? I czy jej krzewienie powinno być zadaniem „wychowawców”? Gdyby „kultura”, o której mowa, sprowadzała się do erudycji, znajomości pewnych kanonów czy orientacji we współczesnych prądach sztuki i filozofii, nie byłoby się nad czym zastanawiać. Wszelako „osoba kulturalna” to nie to samo co „erudyta”; wyczuwa się to od razu. O „kulturalności” nie decyduje również – to byłoby zbyt proste – poziom „kultury osobistej”, zwykła kindersztuba (dlatego problem „chamstwa” albo „buractwa” stanowi jedynie początek albo prowizoryczne sformułowanie celów walki o więcej kultury). Zasadnicze znaczenie ma tu pewien ethos, rodzaj całościowej postawy albo dyspozycji, sprawiający, że osoby kulturalne – nie bez dreszczu satysfakcji – nieomylnie rozpoznają się nawzajem i że owa tajemnicza własność przysługuje im poniekąd na równi, niezależnie od doskonałości manier, stopnia wiedzy i obycia. Pod wieloma względami aktualny pozostaje, rzecz jasna, stary dobry portret „kulturalnej ciotki”, bywalczyni salonów, łączącej pruderię i akuratność z pełną umysłową demencją; warto jednak dodać do niego kilka kresek. Osoba kulturalna jest skupiona i zainteresowana, gdy ktoś do niej mówi. To niekoniecznie poza – ona rzeczywiście bardzo wiele zjawisk gotowa jest uznać za „interesujące”. Stara się też jak najwięcej „rozumieć”, ważyć racje, w przeświadczeniu, że „prawda zawsze leży gdzieś po środku”. Jej stosunek do „zabieganych współczesnych czasów” zabarwia pewna niechęć – sprzyjają powierzchowności relacji, materializmowi i prostactwu, podczas gdy liczy się głębia, duchowość i subtelność. Człowiek kulturalny nade wszystko nie lubi „gburów”, podejrzani wydają mu się także małomówni – czyż istnieje coś ponad kulturalną rozmowę, dyskusję? Wszystkie nieszczęścia tego świata biorą się stąd, że ludzie nie potrafią rozmawiać ze sobą po ludzku, porozumieć się spokojnie, bez tego zacietrzewienia i uporu... Życie to sztuka zawierania kompromisów.
Zaiste, kopalnią komunałów jest człowiek kulturalny. Dlatego też pozostaje z natury doskonałym sprzymierzeńcem wszelkiej władzy. Oczywiście, pogardza on „dążeniem do władzy”, tak samo jak szaloną „pogonią za pieniędzmi”, jednak jego niezdolność do wykraczania poza krąg obiegowych, znamionujących „kulturę” mniemań czyni zeń funkcjonalny element panującego porządku rzeczy. W dodatku element strategiczny, bo odpowiedzialny za „reprodukcję” owego porządku, zarówno w sensie biologicznym, jak i społecznym. Osoby kulturalne czują wyraźne powołanie do tego, by dobierać się w pary i mnożyć w celu wytworzenia przeciwwagi dla wszechobecnego (a także – o zgrozo – niezwykle płodnego) prostactwa. Trzeba przekazać dalej kulturalne geny... Również z punktu widzenia reprodukcji społecznej kultura i jej przekazywanie to rzecz zasadniczej wagi. Co stanowi jednak medium i przedmiot tego przekazu, jeśli nie sama dyspozycja do „kulturalności”?
W tym miejscu pojawia się problem „wychowawcy”. Zaryzykujmy tezę – każdy, kto ma dziś do czynienia z pedogogiką, w ścisłym znaczeniu tego słowa, powinien być nieufny wobec „kulturalnych” i pielęgnować u swych „wychowanków” raczej nieliczne miejsca całkowitego „braku kultury”, o ile wiążą się one w jakiś sposób z myśleniem. Swoją drogą – zbyt łatwo uwierzyliśmy idealistycznym apologetom wielkiego wychowawcy – Sokratesa. Nie przypadkiem wielu jego współczesnych widziało w nim prostaka i człowieka niebezpiecznego, sprawiającego, że oddani mu pod opiekę młodzieńcy „dziczeją”. Nie przypadkiem postawiono mu zarzut psucia młodzieży. Kulturalni Ateńczycy musieli uważać Sokratesa za prawdziwego anty-wychowawcę. I słusznie. Jeśli „pedagogika” ma jeszcze jakiś sens, to raczej negatywny – oduczać kultury: nie wszystko jest interesujące, prawda nie leży po środku, dyskusje to zazwyczaj orgie głupoty. Pewnego rodzaju nieokrzesanie, a także niekulturalne milczenie, wycofanie, odmowa uczestnictwa, stanowi minimalny warunek myśli. Idzie nie tyle o wykształcanie tzw. „krytycznego spojrzenia”, ile o zdolność myślenia jako takiego. Nakaz „krytycyzmu” (dystansu) najczęściej zdaje się wynikać z lęku przed zbyt silnym „pochłonięciem” przez jakąś ideę. Tymczasem myśl bywa pochłonięta i skłonna do zachwytu. Jeśli atakuje jakiś dogmat, to nie dlatego, że pozostaje sceptyczna i wycofana, tylko ze względu na funkcję dogmatów (i – w szczególności – komunałów), polegającą na uśmiercaniu życia, wtrącaniu go w stagnację. Myśli nieokrzesanej nie należy też mylić z owym folgowaniem sobie, któremu chętnie oddają się faszyzujący przeciwnicy „politycznej poprawności”. Udając niepokornych, wykorzystują oni wszelkie okazje, by „bez ogródek” wypowiedzieć właśnie zdanie milczącej większości; na całe szczęście zazwyczaj milczącej...
Niekulturalność może mieć różne oblicza. Najbardziej żałosne jest to, które pokazuje sama osoba kulturalna, gdy „straci kontrolę nad sobą”, albo gdy trochę ją... oskrobać. Nic nie napawa takim wstydem za ludzki gatunek jak wulgarność takich „osób” – tych samych, które gorszy sztuka operująca prowokującym słowem albo obrazem. To zresztą ostatni ważny rys kulturalnych – stosunkowo szybko tracą kontrolę i uświadamiają nam, że kultura bynajmniej nie kłóci się z bezmyślnością. Nie potrafią być piękni w swych szaleństwach i rozprężeniach.
Myśl niekulturalna sytuuje się na antypodach komunału, w szczególności tego, który z kultury czyni swojego fetysza. Osoba kulturalna, ale także (na wyższym poziomie abstrakcji) kultura przeciwstawiona naturze lub wydzielona z niej jako autonomiczny obszar „sensu”, wreszcie przemysł kulturalny, czyli ostateczna, instytucjonalnie zadekretowana kastracja ducha – to jej strategiczni przeciwnicy. W swoistym, filozoficznym sensie czerpie ona z natury, zawierającej w sobie zarówno „przyrodę”, jak i wszelką sztuczność artefaktu. To lekcja Spinozy, odtrutka na wszelkiej maści „kulturalizm” – nie istnieje nic poza naturą, nic też w istocie nie może być z nią sprzeczne. Przyjmując taki punkt wyjścia, przybliżamy się do owej nieokrzesanej bezwzględności, sytuującej wszystko na jednym planie, na planie absolutnej immanencji. Dopiero tu można oddychać swobodnie. Tu rozpoczyna się proces myślenia orgiastycznego i rozpętanego, które musi cechować swego rodzaju brutalność. Filozofuje się młotem, skalpelem albo innym ostrym narzędziem. Istniało, rzecz jasna, wielu takich, którzy wytrwali w bezwzględności, a zarazem stali się, byli od samego początku „twórcami kultury”. Nie ma tu żadnej sprzeczności. W tym, co nazywamy kulturą, tkwi pewien żywotny element, odpowiedzialny za jej ruch, nieoczekiwane procesy stawania się, które stale ją przenikają. To jakby anty-kultura w samej kulturze, nie pozwalająca jej nigdy do końca zidiocieć. Twórcy, jako tacy, potrafią ów element wykorzystać i zaprząc do pracy. Fakt, że ich dzieła pomnażają ostatecznie kulturalne „dziedzictwo”, niczego tu nie zmienia. Poza owym mechanizmem zawłaszczenia (albo może po prostu – kulturowej sedymentacji) akty nieposłuszeństwa wobec kultury uparcie trwają i manifestują swój niezmiennie radykalny charakter. To, co naprawdę nowe, zawsze takim pozostaje. Podobnie jak to, co z gruntu niekulturalne, a bez czego każda kultura rychło zamienia się w żałosny spektakl, w sam raz dla kulturalnych ciotek.
Jedno jest pewne: to nie osoby kulturalne, „wychowywane” przez elity stanowią – z konieczności niewczesną – awangardę kultury.
MH