"Santo subito!" - dwugłos na temat turbo-religijności

„Santo subito!” to jeden z najgorętszych ostatnio komunałów. Przyćmił on nawet – także omawiane przez nas – „Trzeba w coś wierzyć” czy „Bóg jest miłością” (który to ostatni komunał omówimy już niedługo), w krótkim czasie wznosząc się na Piedestał Komunału – wydarzenie godne podziwu, zważywszy, jak wielka jest konkurencja i jak wieczyste potęgi trzeba po drodze na sam szczyt pokonać. Dlaczego „Santo subito!” jest komunałem, powiem jedynie pokrótce, bo w tym wypadku demaskacja (ewidentnego przecież) komunału jako komunału jest mniej pouczająca niż próba wnikliwego prześledzenia głębszej mechaniki społecznej, jaka się za tym hasłem, a zwłaszcza jego błyskawiczną karierą kryje.

„Santo subito!” to, po pierwsze, oksymoron, jak „żywy trup” czy „spalmy lód”. Każda socjologia sakralizacji nieodmiennie pokazuje, że świętość nie jest natychmiastowa, że uświęcenie jest przeciwieństwem „akcji bezpośredniej”, wymaga wiele czasu, zachodzi powoli i z tej właśnie powolności czerpie siłę. „Święty natychmiast” tak się ma do świętości jak kawa instant do kawy parzonej i gotowanej. Slogan ten zasadza się na wewnętrznej sprzeczności terminów, a jednocześnie już na pierwszy rzut oka zdradza swoją proweniencję: pop-kulturę, masową wyobraźnię; tabloidalno-plebejską emocjonalność, nieszlachetną niecierpliwość. Co do oksymoronów, to są one środkami wyobraźni poetyckiej i służą generalnie podrażnianiu nerwów, są „irytatorami”, „zapalnikami”. Hasło niosące się na własnej sprzeczności – nawet jeśli ta sprzeczność nie każdemu, a pewnie nielicznym z jej wyznawców jest widoma – właśnie dzięki tej sile „irytacji” nabiera właściwości wręcz porażających. „Santo subito!” – czy nie czujemy się sparaliżowani na sam dźwięk tych słów? O „irytacji” mówię tu w takim sensie, w jakim typowym „irytatorem” czy „rozpalaczem” jest np. mocny alkohol, zawsze prowadzący po stadium amoku do oszołomienia i paraliżu. Ciekawe jest to, że o ile sam Jan Paweł II posługiwał się raczej dyskursem uspokojenia, pacyfizmu, ukołysania, rozładowania napięć – prawie nigdy, w swej misji kapłana pokoju, nie posługując się słowami zapalnymi i podrażniającymi nerwy – o tyle liczni jego wyznawcy, być może za sprawą wrodzonej bezrefleksyjnej nadwrażliwości, uprawiają jego kult w zgoła odmiennym duchu histerii, napięcia i ckliwego usztywnienia, wciąż zarazem potęgując samo-oszołomienie i samo-odurzenie właśnie za pomocą rozmaitych pełnych zapału i płytkiej żarliwości dyskursów, w których karykaturalne atawizmy wczesnego średniowiecza zakładają maski ponowoczesności i zglobalizowanej spektakularności.

(Dlatego np. można zaobserwować coś, co jeszcze przed paroma laty, „pod koniec XX wieku” – jak to się kiedyś mówiło – wydawałoby się nie do pomyślenia: w TV z całą powagą mówi się teraz np. o „cudach” albo o tym, że ateizm jest obiektywnym złem – jak widać historia potrafi być paradoksalna, skoro to, co było nie do pomyślenia pod koniec XX wieku, jest jak najbardziej oczywiste na początku wieku XXI!).

Staje się zatem jasne, że – po pierwsze – „Santo Subito!” to coś w rodzaju silnie podniecającego afrodyzjaku dla żałobników. Dynamika tego hasła, jego ekscytująca moc, wzmagają upojenie smutkiem i żalem po utracie. Z drugiej strony nie uchodzi naszemu spojrzeniu, że jest to hasło zgodne bardziej z duchem społeczeństwa wielkich szybkości, cywilizacji przyspieszenia, którą, nawiasem mówiąc, sam Papież nazywał „cywilizacją śmierci” – czy słusznie, to temat na inną rozmowę. „Santo subito!” bardziej niż wyrazem powszechnego uznania dla świętości zmarłego Papieża, jest wyrazem ducha cywilizacji, w której „subito” – szybkość i natychmiastowość – stanowi kontekst wszystkich zjawisk. Nic więc bardziej trywialnego, bardziej przyziemnego i „nieświętego” (profanicznego) – niż „Santo subito!”. Oczywistość zawarta w tym haśle jest tą samą oczywistością, z jaką zachodnia cywilizacja nie prowadzi już innych wojen niż błyskawiczne (dlatego jednym z „synonimów” hasła „Santo subito!” może być „Blitzkrieg”), innych interwencji niż bezpośrednie i doraźne. Jest to też ta sama oczywistość, z jaką spożywa się fastfood. „Fastfood”, „blitzkrieg” i „Santo subito!” – te trzy sformułowania należą do tego samego porządku i – każde na swój sposób – wypowiadają ducha czasów w całym jego kretynizmie.

Widać więc, że „Santo subito!” jest nie tylko sprzeczne wewnętrznie, ale i sprzeczne z tonem i treścią przesłania JPII, który to był przecież – jak na prawdziwego kapłana przystało – osobą skromną, pełną pokory i powolności (choć poniekąd i on może pośrednio ponosić odpowiedzialność, skoro to za jego pontyfikatu sama instytucja „beatyfikacji” została poddana inflacyjnej polityce zmasowanej produkcji nowych świętych – JPII wyświęcił więcej osób niż wszyscy wcześniejsi papieże razem wzięci!). Co więcej, „Santo subito!” jest też sprzeczne z biografią JPII, życiem, w którym właśnie wszystkie kolejne stadia kapłańskiej drogi do Boga wynikały z cierpliwości, spokojnego trwania, powolnego ruchu naprzód, bez skoków, w oczekiwaniu na łaskę. „Santo subito!” okazuje się więc hasłem najeżonym niedorzecznościami, hasłem, które sprzeniewierza się wszystkiemu, co ma rzekomo afirmować. Czy może być pierwszym dowodem na to, że misja JPII nie powiodła się?

W wydaniu „Faktów TVN” (głównej telewizji prywatnej w Polsce) z 8 kwietnia 2006 r. ukazał się materiał dziennikarski z Brzezia, niewielkiego miasteczka, w którym wybuchł konflikt pomiędzy parafianami a proboszczem. Otóż w rocznicę śmierci papieża Jana Pawła II tamtejsze dzieci chciały umiłować pamięć Wielkiego Zmarłego umieszczając jego portret na ołtarzu i zapalając przed nim świece. Działania te powstrzymał – podobno „w sposób brutalny” – proboszcz parafii w Brzeziu twierdząc, że portretu Papieża-Polaka, jak dotąd jeszcze nie beatyfikowanego, na ołtarzu umieszczać nie wolno, albowiem prawo kanoniczne rezerwuje ten przywilej jedynie dla świętych. W rezultacie tego sprzeciwu, parafianie ogłosili „strajk”: żądają odwołania proboszcza i odmawiają uczestnictwa w prowadzonych przezeń mszach. Kuria biskupia – jak zwykle w takich przypadkach – zachowuje milczenie. Choć wydaje się, że jedynym „grzechem” proboszcza z Brzezia jest to, że trzyma się sztywno przepisów prawa kanonicznego, materiał dziennikarski przygotowany jest – w sposób zupełnie otwarty – w tonie świętego oburzenia na postępek duchownego. Pojawia się nawet dodatkowy wymiar historii proboszcza; powtarzaną przez parafian plotkę o tym, że „ksiądz ma we wsi syna”, dziennikarz podaje jako jeszcze jedną informację. I tak okazuje się, że w Brzeziu ludzie walczą ze „złym księdzem” – nawet ujęcia, w jakich pokazywany jest proboszcz z Brzezia, sugerują jego demoniczny charakter. Można sobie wyobrażać, że świętemu oburzeniu powinna tu towarzyszyć wiara w to, że Papież – z wysokości Nieba – zna tę sprawę. (Wszak dziennikarka tej samej stacji telewizyjnej w materiale z 3 kwietnia 2006 r. na temat obchodów rocznicy śmierci podawała jako fakt, że „stał się cud i nasz kochany Papież znowu był z nami na Placu Św. Piotra” – można na podstawie takiej prezentacji „faktów” przez ową dziennikarkę wnioskować, iż w redakcji „Faktów TVN” za oficjalnie obowiązującą wykładnię rzeczywistości uważa się teologię katolicką.) A jednak owo święte oburzenie jest na tyle ślepe i tępe w swej świętości, że nawet nie zadaje sobie pytania o to, co Papież – z wysokości Nieba – mógłby mieć w tej sprawie do powiedzenia i czy istotnie uznałby postępowanie proboszcza z Brzezia za niesłuszne...

Jak widać, specyfiką kultu Papieża jest i to, że jego wyznawcy nawet w największej swojej dla niego czci nie potrafią być mądrzy, przeciwnie: im głębszy ich szacunek, tym bardziej przepełniony głupstwem i bezrefleksyjnością. Rzeczywiście widać, że stadko zostało opuszczone przez pasterza.

„Santo subito!”, o czym nie należy zapominać, nie jest hasłem kościelnym; nawet jeśli popiera je po cichu wielu reprezentantów kleru, to jednak oficjalny Kościół odnosi się do niego z pewną rezerwą. Wynika to oczywiście z szacunku, jaki ta dwutysiącletnia instytucja musi mieć dla samej siebie, z naturalnej jej „nierychliwości”, z tego, że kto jak kto, ale Kościół musi rozumieć, czym dla świętości jest funkcja czasu. A jednak i tak wszystko toczy się w ekspresowym tempie, nawet Kościół ulega infantylnemu czarowi owego „natychmiast!” Bardzo się podkreśla, że hasło to jest „spontaniczne” i „oddolne” (tak jakby, nawiasem mówiąc, w czasach dominacji mediów jakiekolwiek hasło mogło być prawdziwie oddolne i spontaniczne) – owo „natychmiast” mówią „przeciętni wierni”, „zwykli ludzie”.

„Zwykli ludzie” – pojęcie, które wymaga osobnego artykułu na łamach OSK – to argument pojawiający się zawsze tam, gdzie instytucje medialne maskują działania we własnym interesie, gdzie przebiegają procesy „przywłaszczenia” fragmentów rzeczywistości przez to, co medialne. Media rzadko oczywiście przywłaszczają coś w drodze rabunku (monopolizacji), częściej przez upodobnienie i naśladownictwo. Wkraczają do chóru i wnoszą do niego swoje głosy, aby już po chwili powiedzieć: „jesteśmy tym chórem”. Pojęcie „zwykłych ludzi” jest tu maską, ale zarazem i wyraża prawdę, bo przecież istotnie ludzie mediów to – jak najbardziej – ludzie arcyprzeciętni. Otóż „Santo subito!” zdaje się ostatecznie oznaczać, że podczas gdy Kościół „otwiera się na media” i staje Kościołem medialnym, zarazem same media chcą przekształcić się w Kościół i stać głównym przekaźnikiem wiary, zasadniczym ośrodkiem religijności. Przy czym warto od razu zaznaczyć, że „Santo subito!” jest tu jednym z wielu podobnych objawów, bynajmniej nie stanowiąc kwintesencji zjawiska, które wyraża. Media stają się kościołami nowej religijności nie tylko w krajach katolickich. Co więcej, zjawisko to – obecne w sposób szczególnie jaskrawy w USA – nie oznacza przecież, wbrew temu, co się czasem powtarza, wypaczenia wiary czy „komercjalizacji” religii – w sensie zagrożenia dla tej ostatniej. Religia z istoty nie jest z komercjalizacją sprzeczna, przeciwnie, obie mogą się doskonale uzupełniać i wzmacniać (dlatego liczni amerykańscy tele-ewangelizatorzy nawet nie ukrywają tego, że ich misja jest również biznesem; nie tylko tego nie ukrywają, ale i są z tego dumni).

Również polskie media coraz lepiej rozumieją, że na ewangelizacji zarobić można więcej niż na sekularyzacji, że bardziej się opłaca być z Kościołem (a i z czasem dyskretnie wymazywać owo „z”) niż być wobec Kościoła neutralnym. Śmierć Papieża-Polaka – czy tego chcemy, czy nie – stanowiła tylko jeden z elementów tła dla tego ogólnego i wykraczającego zdecydowanie poza ramy katolicyzmu procesu; stała się jeszcze jedną przesłanką jego intensyfikacji. Nie chcę sugerować, że ktokolwiek osobiście w polskich mediach jest aż tak cyniczny, by zdawać sobie sprawę z tego, co rzeczywiście się dzieje i by robić to świadomie. Choć może nie doceniam czyjejś inteligencji... Niezależnie jednak od czyjejkolwiek woli, dzieje się tak właśnie: media przekształcają się w kościół, sam zaś Kościół (czy: kościoły) staje się coraz bardziej tylko atrapą samego siebie, jeszcze jednym symulakrem – bowiem media są bardziej kościelne niż sam Kościół, bardziej papieskie niż Papież. Raz jeszcze warto powtórzyć, że zjawisko zastępowania tradycyjnych instytucji religijnych przez „tele-kościoły” jest o wiele szersze i bardziej długofalowe niż bezpośredni kontekst, do jakiego odnosi się hasło „Santo subito!” W istocie hasło to mówi i znaczy o wiele więcej niż się śniło tym, którzy je podchwytują – lecz nie jest ono niczym źródłowym, a jedynie bardzo dobitnym symbolem tendencji o wiele od niego starszej, wielowymiarowej, globalnej (choć samo to hasło nie ma jeszcze globalnego wymiaru).

Czy jednak – w ostatecznym rozrachunku – proces, o którym tu mowa (czyli przeistaczanie się mediów w nowy kościół), oznacza zmierzch, czy raczej renesans chrześcijaństwa? Czy może jest to proces dla panowania chrześcijaństwa neutralny? Otóż obawiam się, że jedynie ktoś bardzo naiwny i nie rozumiejący istoty religii może wierzyć, że proces utraty znaczenia przez tradycyjny Kościół oraz równoległa doń eklezjalizacja mediów mogą być dla chrześcijaństwa szkodliwe – w jego najgłębszej istocie. Co więcej, stawiam tezę, że eklezjalizację mediów można interpretować – trochę żartobliwie i z zachowaniem wszelakich proporcji – jako współczesną wersję Reformacji. W pewnym sensie Kościół tradycyjny stał się nie tylko bardzo już nienowoczesnym nośnikiem „dobrej nowiny”, ale i okazał się za mało chrześcijański – dlatego nasi dziennikarze-kapłani to nowocześni „Lutrowie”, którzy – jak to pokazuje przykład Brzezia – komunikują się ze swymi wiernymi za plecami biskupów (podobnie jak za plecami biskupów pojawiło się i zostało podchwycone hasło „Santo subito!”), w niewypowiedziany sposób ustalając granicę między „nami-kościołem” a „nimi-hierarchami”.

Media prześcigają się w pokazywaniu, że potrafią być bardziej chrześcijańskie – bardziej „wierne” – niż Kościół, ponieważ lepiej, skuteczniej i bardziej przekonująco potrafią zrobić to, co kiedyś było niekwestionowanym monopolem Kościoła, tzn. – show cierpienia (tradycyjnie zwany „pasją”). Media są skuteczniejszym kościołem niż Kościół, ponieważ potrafią o wiele wnikliwiej zapanować nad masowym strachem przed cierpieniem i o wiele „piękniej” przekształcić go w masową delektację i błogość. Ale najważniejsze jest to, że przy okazji śmierci Papieża media pokazały swoją potęgę w zaspokajaniu pożądania żalu i żałoby.

Otóż nie trzeba chyba dłużej dowodzić, że „duch żałoby” należy do istoty chrześcijaństwa. „Żałoba” nie jest oczywiście zjawiskiem chrześcijańskim sama przez się, a chrześcijaństwo do żałobności też się nie redukuje... Duchowość chrześcijańska ufundowana jest na waloryzacji wszelkich postaci żalu (współczucie, poczucie winy, „żal za grzechy” – oto co czyni dobrego chrześcijanina). Żałoba jako „żal po zmarłych” (a warto pamiętać, że istnieją też inne formy „pamięci o przodkach”, nie zawsze żałobne) wpisuje się do ogólnego chrześcijańskiego systemu umartwienia. Już w samej, podobno radosnej, idei „zbawienia” zawarty jest przede wszystkim żal – w takim sensie, w jakim „mamy żal do” kogoś lub czegoś, że nie jest taki(e), jak byśmy chcieli – w tym wypadku idea „zbawienia” wyraża tak naprawdę nasz żal do świata jako takiego, który to rzekomo znajduje się w kondycji tak opłakanej, że musi być specjalnie „zbawiany”. Jest to też w jakiś sposób idea żałobna – o tyle, że w jej świetle ten świat już jest martwy, a jedyne życie czeka „na tamtym świecie”. Nieco generalizując, można powiedzieć, że istotą stosunku chrześcijaństwa do („tego”) świata jest elegijność i opłakiwanie. Kościół XX wieku w jakiś sposób zmarginalizował eksploatację żalu w ogólności i żałobnictwa w szczególności, stał się mniej elegijny. (Nie miejsce tu, by rozważać, dlaczego tak się stało – pewnie było to efektem widocznej w Kościele tendencji, by większy nacisk kłaść na „optymistyczny” wymiar wiary, który uznano, bodaj czy nie pochopnie, za bardziej w warunkach XX-wiecznej sekularyzacji i demitologizacji atrakcyjny dla szerokich rzesz). Tymczasem śmierć Papieża pokazała, że pożądanie żalu i żałoby jest wciąż pragnieniem mas: największy pogrzeb wszechczasów (Największy Pogrzeb Wszechczasów) zgromadził 4 miliony żałobników... Wbrew wszelkim mitom o sekularyzacji, racjonalizacji, „konsumpcji” czy „upadku duchowości” okazało się, że masy wciąż pragną oddawać się żałobie i żalowi... I to być może bardziej dziś niż kiedykolwiek. Czy to dowód na ich szlachetność i bezinteresowność? Czy to dowód na to, że „w tym kapitalistycznym świecie ludzie wciąż pokazują, że najistotniejsze są niematerialne i transcendentne wartości” (jak brzmi jeden z chętnie powtarzanych na tę okazję komunałów)?

Ten komunał nie tyle jest nieprawdziwy, ile oparty na fałszywych przesłankach. Na zupełnie nieuzasadnionym i bezrefleksyjnym przekonaniu, że, po pierwsze, żal jest czymś „duchowo wyższym”, i że, po drugie, „wartości niematerialne” stoją w konflikcie z „wartościami materialnymi”. Wbrew wszelkim oświeceniowym przesądom widać, że chrześcijański duch zmasowanego żalu – ta pop-melancholia dla każdego – jest w naszych czasach bardziej żywotny niż mogłoby się wydawać. W jaskrawy sposób ukazuje to, że pomiędzy światem ekonomii kapitalistycznej a światem religijności nie ma żadnego istotnego konfliktu, prędzej już zawiązuje się pomiędzy nimi intensywna gra odesłań i rekompensat. Nie miejsce tu, by dogłębnie analizować naturę ich wzajemnych relacji. Zadowólmy się doraźną i dość trywialną hipotezą. Otóż w nowoczesnym społeczeństwie zachodnim zaawansowany kapitalizm to system nie tyle „ucisku i wyzysku” (ten jest eksportowany do tzw. krajów „Trzeciego Świata” – wciąż trzeba tu wliczać Chiny, których siła zbudowana jest na niewyobrażalnej z naszego punktu widzenia eksploatacji siły roboczej), ile raczej ciągłego „rozczarowania” i „zawiedzionych nadziei”. Nikt już w tym systemie nie umiera z głodu i chłodu (to robią za nas obywatele mniej szczęśliwych krajów – ale ci mają poważniejsze sprawy na głowie niż „Santo subito!”), za to prawie każdy, w mniejszym lub większym stopniu, doznaje nieustannie frustracji na tle „wartości materialnych” – nie dlatego, że kapitalizm stawia je najwyżej, ale dlatego, że to, co materialne, podlega w nim procesowi degradacji, „tandetyzacji” i dewaloryzacji, staje się coraz bardziej puste i pozbawione treści.

Nic tak bardzo jak rzekomo „materialistyczny” świat kapitalizmu nie okazuje bezgranicznej pogardy właśnie dla materii, dla „przedmiotu”, także dla ciała – a przede wszystkim dla „materialnych aspiracji”, które sam roznieca... Zanim postawisz dom, o którym marzyłeś, świat pójdzie już tak daleko naprzód, że twój wymarzony dom okaże się czymś bardziej niż pospolitym. Zanim zdobędziesz swoje ciężko okupione wykształcenie, okaże się, że „postęp zaszedł tak daleko”, iż stało się ono czymś trywialnym. Konsumpcja? Nawet ona jest kłamstwem, w istocie – jak trafnie zauważyło już wielu krytyków kapitalizmu – nie ma żadnej konsumpcji w społeczeństwie zwanym konsumpcyjnym. Nie ma czasu na konsumpcję, nie ma na nią sił, nie ma – przede wszystkim – treści do skonsumowania. Wszystko też jest zbyt tanie (przy panującej skądinąd drożyźnie i inflacji) i zbyt przewidywalne (przy panującym kulcie „nowości”). A wreszcie: spodziewasz się, że twoje pożądanie zostanie skonsumowane w kontakcie z przedmiotem, ale obietnica orgazmu na każdym kroku (jaką składa pornograficzny potok reklamy) nie zostaje spełniona – ten orgazmiczny świat okazuje się chłodny i nieczuły...

To nie „hedonizm” jest przekleństwem tej ery, ale fakt, że staje się on coraz bardziej niemożliwy. To nie bieda staje się absurdem ludzkiej egzystencji, ale fakt, że bogactwo i dobrobyt coraz bardziej marnieją. Zadowolenie z życia to coś, co w świecie zaawansowanego kapitalizmu jest nie tyle trudne do osiągnięcia (jak w świecie „materialnej nędzy”), ile raczej – czynnie, nawet jeśli nie dosłownie, represjonowane, prześladowane. Zanim kapitalizm poda swoim robotnikom i wyrobnikom konieczną dla prawidłowego ich funkcjonowania dawkę tabletek psychotropowych (a zwróćmy uwagę, jak bardzo w przypadku leków przeciwbólowych i przeciwdepresyjnych podkreślana jest natychmiastowość – „subito!”), sam przecież najpierw przyprawia ich o depresję. Jedyne możliwe zadowolenie może polegać tylko na znieczuleniu niezadowolenia. Co więcej, przeciętny człowiek nie tyle narażony jest na rozczarowania, ile raczej jest przez nie na każdym kroku agresywnie atakowany. Na szczęście, zawsze można szukać rekompensaty w świecie „wartości niematerialnych”.

I właśnie dlatego nowoczesnemu turbo-kapitalizmowi towarzyszy nowoczesna turbo-religijność. („Santo subito!” jest jednym z wielu rozmaitych jej zawołań.) Im więcej rozczarowania, tym większa przeciwważąca potrzeba „zaczarowania rozczarowania”. I tu stara chrześcijańska idea „żalu” pasuje doskonale. Chodzi o to, by powszechne, masowe doświadczenie goryczy, jaką wywołuje w ludziach współczesna rzeczywistość – nie złości, nie rozpaczy, nie zgrozy, nie zdumienia, lecz właśnie, ponad wszystko, goryczy – przepoczwarzyć, wysublimować i uwznioślić. To właśnie tłumaczy, dlaczego rozwijający się kapitalizm – zwłaszcza w jego najnowszej wersji „turbo”– w miarę swoich postępów nie tyle pogłębia sekularyzację, ile raczej, całkiem przeciwnie, prowadzi do wzrostu i intensyfikacji życia religijnego, z jego „żałobniczym” i elegijnym aspektem na czele (choć nie tylko).

Proces ten przebiega na wielu płaszczyznach. Jedną z nich jest to, że owo powszechne pragnienie wyżycia się w ramach płaczliwej religijności, owo zmasowane ciążenie ku „żalowi nad światem”, domaga się nowego, nowoczesnego, naprawdę uniwersalnego i masowego (tele-)kościoła – tradycyjne instytucje religijne są na to za mało wydolne i za mało wszechobecne. Otóż w ramach tego ogólnego trendu, lecz już na bardziej lokalnym polskim gruncie media dowiodły, że potrafią nałożyć na społeczeństwo ŻAŁOBĘ RADYKALNĄ I TOTALNĄ, że potrafią tą żałobą objąć niemal wszystkie dziedziny życia, dotrzeć z nią do każdego zakamarka i zakątka, przeniknąć nią każdy por społecznej tkanki.

Gorliwość, z jaką ŻAŁOBA TOTALNA była w dniach opłakiwania zmarłego Papieża organizowana, rozpowszechniana i utrzymywana przez telewizję, prasę, radio i internet, byłaby czymś, na co tradycyjny Kościół po prostu by się nie poważył, po części być może ze względu na kościelną pokorę, po części z obawy przed ośmieszeniem i zarzutem nadmiernej klerykalizacji i rytualizacji życia społecznego. Kościół może zorganizować żałobę powszechną, ale żałobę totalną są w stanie zorganizować jedynie środki masowego przekazu. Media dowiodły, że to, na co nie poważyłby się już sam Kościół, jest dla nich w zasięgu ręki, że nie muszą się obawiać żadnego ośmieszenia (skoro to one jedynie mogą ośmieszać), i że siła, z jaką mogą propagować i potęgować aż do totalności społeczną formę rytuału żałobnego, stawia je znacznie ponad Kościołem – tym samym dowiodły ludziom, że są ważniejszym niż Kościół fundamentem istnienia kultu i utrwalaczem rytuału. Sam Kościół nie zostaje oczywiście wprost zdezawuowany, ale de facto okazuje się w ramach tego układu czymś wtórnym i zinstrumentalizowanym. (Fenomen „Radia Maryja” jest w tym kontekście interesujący i instruktywny, lecz nie będziemy się nim tu zajmować.)

Jeszcze raz zauważmy: bynajmniej nie chodzi tu o wypaczenie prawdy religii, o degenerację chrześcijaństwa, przeciwnie: cóż bardziej chrześcijańskiego niż taka mega-dyfuzja męki i żałoby, niż takie powtórzenie tego, co dlań założycielskie - pasji. Bo nawet jeśli za tymi procesami kryją się także cyniczne motywacje i premedytacje, to w istocie nie ma między nimi a tym, co jest ich wyrazem, sprzeczności. Jedynie rozum stoi w sprzeczności z tym wszystkim, natomiast wszelkie czynniki w tę grę zaangażowane – zarówno czynnik zysku („komercjalizacja”), jak i czynnik religijny („odrodzenie duchowości chrześcijańskiej” – czyli rechrystianizacja) – doskonale ze sobą harmonizują. Wbrew starannie podtrzymywanym mitom, komercja nie jest wrogiem duchowości w ogóle, a jedynie intelektualizmu – z religijną duchowością komercja jest w stanie doskonale się komunikować i wzajemnie zapładniać.

J. Rubinst.

 

Żałoba, kapitalizm a bracia polscy – czyli w sprawie „Santo subito!” głos polemiczny

Choć niewątpliwie godne lektury, rozważania Rubinsteina nt. komunału „Santo subito!” budzą szereg wątpliwości. Zdaje się on nie dostrzegać specyfiki kraju nad Wisłą, przez co formułuje tezy oparte na zaskakujących uogólnieniach. Mówiąc wprost: „Santo subito!” to hasło głównie polskie, w Polsce wykrzykiwane i upowszechniane (choć jego echo dociera, rzecz jasna, i do Stolicy Piotrowej). Ściśle: chodzi o „Santo subito” pojmowane w sposób histeryczny (istnieją też histerie zadumy i smutku), a nadto znajdujące w mediach poparcie i wzmocnienie (ergo: w Brazylii to hasło jest czymś innym, inaczej brzmi itd.). Tylko w Polsce (można powiedzieć: „w polsce”, uznając Naszą Ojczyznę za pewien obszar modelowy) wiąże się ono ściśle z Powszechnymi Obchodami Święta Żałoby „Na Żywo”. To ważne ograniczenie. Albowiem to nie żałoba i elegijność stoją „na czele” współczesnych procesów „(re)sakralizacji”. Choć i one noszą na sobie od razu rozpoznawalne piętno dzisiejszego „post-religijnego”, „post-deistycznego” (itd.) sacrum. Piętno to bez trudu odnajdziemy w sztuce, czasem w filozofii, generalnie: u Zatroskanych Robotników Żałoby. Nie jest to jednak nurt dominujący (już choćby z racji swojej względnej elitarności). Akces Polski nie zmienił chyba znacznie tych proporcji. Podsumowując: (1) religijność nie zmierza dziś w stronę „pracy”, „przepracowywania”, „rozpamiętywania” itd. Tego zresztą musi być świadom nasz korespondent mieszkając w Ameryce... Co więcej, również w Polsce nie żałoba przecież była najistotniejsza, lecz wspomniana histeria i jej medialna obróbka/(re)produkcja, trafnie zresztą opisane przez Rubinsteina. Powstaje jednak pytanie, czy zasięg medialnej akcji, jej charakter, a zwłaszcza dominujący nastrój były wyrazem współczesnych praktyk „tele-kapitalizmu”, czy raczej ich specyficznie zintensyfikowanej, bo spazmatycznej wersji nadwiślańskiej. Oczywiście przyczyn niebywałej skuteczności całej akcji, cudownego, ale nie mniej przez to rzeczywistego pojednania dziennikarzy z ludem – a lud, jak się wydaje, w równym stopniu „irytował” dziennikarzy, dziennikarzy polskich i swojskich, dziennikarzy prawdziwie ludowych (oto kraj, w którym tzw. rzeczywistość medialna nie istnieje! – o ile zawsze jeszcze koresponduje z procesami życiowymi mas, o ile masy wprost wyrażają swoje instynkty w mediach) – przyczyn tego zjawiska jest z pewnością kilka: od szybkiego i nagłego, a przy tym kompletnie powierzchownego przejścia, jakie dokonało się po upadku PRL-u, aż po – śmiem twierdzić – narodowy charakter naszych rodaków („charakter” nie musi oznaczać jakiegoś bytu „psychologicznego”, nawet w sensie „psychologii społecznej”; chodzi o obiektywne i historycznie uwarunkowane relacje: jednostka-zbiorowość, sposoby organizacji instytucji publicznych, także społeczne mity i urojenia itp.). (2) Doszło zatem nie tyle do wzajemnego zapłodnienia kapitalizmu i chrześcijaństwa, co raczej – by pozostać przy tej metaforyce – autoerotycznego święta (swoistej kopulacji polskiego ludu z samym sobą). Innymi słowy (i nieco wyostrzając): to, co najbardziej znamienne dla ostatnich zajść, nie wynika z „kapitalizmu”, lecz lokalnych warunków. Z (1) i (2) wiąże się zasadnicza wątpliwość dotycząca stosunku kapitalizmu do religii. Koncepcja rekompensaty i „zaczarowania rozczarowania” nie przekonuje, o ile za punkt wyjścia obiera rzekomo powszechne i masowe „doświadczenie goryczy”, jakiejś ogólnej depresji, na którą reakcją i lekiem miałaby być postępująca jej spirytualizacja, zwrot ku „wartościom niematerialnym” (skoro „materia” permanentnie zawodzi...). Znowu trzeba by powtórzyć: taka diagnoza jest, owszem, częściowo słuszna – w tej mierze, w jakiej wiąże oba zjawiska – ale tylko w przypadku Naszej Ojczyzny, kraju dziwacznych przyspieszeń i zahamowań, radykalnych rozwarstwień i histerycznych reakcji, w którym na dodatek zbiorowy jęk od lat jest bodaj jedynym wyrazem istnienia (co, biorąc pod uwagę los tego kraju, nie powinno specjalnie dziwić). O tyle jednak trudno nawet tu mówić o sublimacji materialnych niepowodzeń w duchowy smutek – idzie już prędzej o konstytutywne (nie od dziś) dla tego kraju współistnienie. To zresztą powoduje, że Nasi Rodacy równie łatwo skaczą sobie do gardeł, co jednoczą się przy byle okazji (ujmując rzecz „naukowo”: wrogowie na poziomie „bazy”, chętnie łączą się na poziomie „nadbudowy”). A że nie mieliśmy do czynienia z byle okazją, stąd rozmach wydarzenia... Media – jak się wydaje – grały tu rolę wyłącznie narzędzia bezpośredniej ekspresji. Tym bardziej nie ma mowy o uwzniośleniu żalu w przypadku krajów położonych bardziej na zachód od Naszej Ojczyzny. Rzecz jasna, z samą prognozą co do przyszłości religii w łonie kapitalizmu, ich wzajemnego zapładniania i komunikacji nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie polemizować, skoro prognoza ta już zaczyna się potwierdzać. Natomiast nie wydaje się, aby procesem tym rządziła zasada przepoczwarzenia i rekompensaty (generalnie budząca wątpliwości, gdy mowa o zjawiskach społecznych), a w związku z tym – aby gorycz była jego źródłem, gorycz, dzięki której istniałaby szansa na w miarę bezproblemowe przetrwanie chrześcijaństwa (elegijnej części jego „ducha”). Po pierwsze żaden określony „nastrój” (ani żal, ani euforia) nie definiuje i nie opisuje natury współczesnego kapitalizmu. A to dlatego – po drugie – że kapitalizm ów bez trudu produkuje i doskonale wykorzystuje wszelkie możliwe nastroje, doznania i namiętności (któż tak jak on potrafi to robić!...). Po trzecie wreszcie, robi to bez trudu i doskonale, ponieważ zawsze funkcjonuje w obszarze zbiorowości. Istnieje dla nich i na nie działa. Tworzy je jako środowisko, w którym żyje, rozwija się i nie umiera. Żadna z powyższych tez nie jest oryginalna ani nowa. Analizy „społeczeństwa masowego” należą wszak do klasyki. Chodzi teraz o to, by zauważyć ich związek z postępującą „(re)sakralizacją”. Otóż twierdzę, że religia XXI wieku nie będzie miała (bezpośrednio) wiele wspólnego z chrześcijaństwem, ani tym „elegijnym”, ani „instytucjonalnym”. Jeżeli w ogóle, to przewiduję raczej wszelkie wyobrażalne i niewyobrażalne hybrydy (na podobieństwo tych tworzonych w Ameryce), w które po części (o ile zachowa tradycyjną mądrość i trzeźwość) zaangażuje się także papiestwo, dzięki czemu zresztą ewangelizacja trwać będzie jeszcze setki lat. Jednak niezależnie od tego religijny bądź quasi-religijny status będzie mieć (ma) coraz więcej zjawisk, instytucji i przedsięwzięć stricte kapitalistycznych, tych globalnych i lokalnych, czysto finansowych i bardziej charytatywnych, opartych na smutku i radości, tworzących zbiorowe histerie i masowe ekstazy. Religijność, którą Rubinstein słusznie nazwał „turbo-religijnością”, nie będzie z konieczności „uduchowiona”, bo wcale nie będzie wtórną rekompensatą, lecz zawsze świeżą ofertą. Religie żałoby? Owszem. Ale obok nich religie bardziej materialne, czy wręcz fetyszystyczne. Kulty nienawiści na granicy zezwierzęcenia i spokojne, „roślinne” kulty przyjaźni. Niekoniecznie wynikające z frustracji, chociaż zawsze reaktywne, powstające w wyniku bodźców i podniet, z których poniekąd składa się współczesny kapitalizm. To temat na inne rozważania. Tak czy siak, nie wydaje się, aby wyrazem tych tendencji były marcowo-kwietniowe zajścia nad Wisłą. antpol