Wiktor Rusin

Między utopią a aktualnością – szkic w 90 rocznicę założenia Bauhausu

Konsekwentny model modernistycznej rewolucji w sztuce, który można odnaleźć w postulatach Bauhausu, rządzi się następującymi aksjomatami:

Esencjonalność podejścia, przy jednoczesnej próbie autonomicznego zdefiniowania tego, co esencjonalne, tj. niezależnie (co nie znaczy, że w konfrontacji) wobec spuścizny historycznej.

Ścisły związek z zastaną aktualną sytuacją społeczną, w jej panoramicznym ujęciu, które jednak nie oznacza ograniczenia pola działania do „teraźniejszości” czy nawet „najbliższej przyszłości” ale raczej zmierza do tego, aby to co źródłowe czy ponadczasowe znalazło wyraz ekwiwalentny dla danych czasów z ich technicznym, ekonomicznym czy społecznym stanem spraw (patrz punkt poprzedni.)

Integralność działania na wszystkich polach danej dziedziny sztuki, niezależnie od tradycyjnej hierarchii twórczości i podziału na to, co niskie i wysokie - co nie oznacza jednak całkowitego unieważnienia takiej hierarchiczności. 

Poszukiwanie możliwości doznań twórczych i spełnienia indywidualnego w tym, co masowe, próba obiektywizacji tych Poszukiwań, wskazanie ich możliwie precyzyjnej formuły.

Można tutaj powiedzieć prosto z mostu: Wobec i rozmachu tych założeń, większość dzisiejszych postulatów sztuki zaangażowanej (przy czym mniej mam tu na myśli architekturę, a bardziej np. bardzo ostatnimi czasy rozpolitykowane sztuki wizualne) brzmi raczej słabowicie. 

W tym miejscu jednak, również prosto z mostu, należy zadać pytania: czy przypadkiem problemem nie była, co najmniej w pewnej mierze, słabość tkwiąca w opisanej „potędze”?

Godard: wizerunek, krytyka, montaż

Godard, sceptyk i zapalony cineaste – w jednej i tej samej osobie – zdaje sobie sprawę z tego, że obraz kłamie, ale jednocześnie ma świadomość, że jesteśmy – czy z urodzenia, czy z przyzwyczajenia, to mniej istotne wobec miażdżących konsekwencji zaistniałego stanu – narkomanami obrazu. Sprawa jest złożona: Problem fałszywości, nieautentyczności obrazu (który jest jednocześnie problemem odpowiedniego ujawnienia tego, co istotne, autentyczne), można widzieć – żeby rzecz uprościć – na dwóch różnych, chociaż w żadnym wypadku przeciwstawnych (nawet jeśli z obrazu kultury często wynika ta przeciwstawność, co jest chyba błędem) płaszczyznach. Po pierwsze, problem wyrazu, problem zakorzeniony na poziomie jednostki, problem „techniczny”, psychofizyczny, a zarazem psychologiczny i etyczny. Fałszujemy, bo nie potrafimy opanować i powtórzyć melodii, albo jej się wstydzimy, boimy się, że nam będzie nie do twarzy z nią. Głos się trzęsie, ciało jest niepewne bądź zbyt pewne siebie, barwa głosu czy gest nieuchronnie fałszują intencję, wypaczają źródłowy kierunek myśli, pragnienia, pożądania. Poza tym boimy się, jesteśmy wobec siebie i innych skrępowani.

Baudelaire/Flaubert - miasto, literatura, myśl

Flaubert i Baudelaire, jak również może paru innych, odrzucali społeczeństwo z wszystkimi jego atrybutami i przypadłościami: historią, postępem, masą, koleją żelazną, wzrostem gospodarczym, przyrostem demograficznym, alfabetyzacją, produkcją przemysłową etc. Chcieli wyjść tym zjawiskom naprzeciw zachowując własną indywidualność, pojęli jednak, a w każdym razie założyli, że uciec od tego się nie da. Tu właśnie rozpoczyna się epoka nowoczesna w sztuce: przekroczyć teraźniejszość, przekroczyć aktualność, przebić się przez społeczeństwo, historię, postęp, nowoczesność liczbę, masę, kolej żelazną, wzrost gospodarczy, przyrost demograficzny, alfabetyzację, produkcja przemysłową, ale działając, przynajmniej wyjściowo wewnątrz ich żywiołów. Nie ma zrazu danego żadnego „ponad nimi”, nie ma „poza nimi”, a raczej trzeba dopiero tę pozaczasową perspektywę odnajdywać, trzeba wyrzeczenia, trzeba złożonej strategii. Nie odrzuca się tu aspiracji metafizycznych, ale metafizyka musi być siłą rzeczy "immanentna" wobec społeczeństwa, to znaczy to, co potencjalnie wysokie bądź głębokie, tkwić musi organicznie w "płaskiej" rzeczywistości społecznej.

Płeć Zero. Kilka uwag o formie pożądania

Poszukiwanie określonego stylu, określonych taktyk walki i  ostatecznej równowagi (balansu, nie kompromisu, chodzi tu bardziej o stricte „artystyczną” równowagę, niż kompromis „złotego środka”) pomiędzy codziennymi ograniczeniami (od biologii, poprzez kulturę oraz poza-erotyczne nawyki i potrzeby) a fantazmatycznym zrazu popędem ku zdepersonalizowanej, pozbawionej określeń ekstazie jest być może najważniejszym pytaniem o możliwość osiągnięcia w erotyzmie maksymalnej możliwej wolności.

Czy możliwa jest dzisiaj „sztuka nowoczesna” i jaka ewentualnie może ona być?

Świetny kompozytor Alban Berg powiedział w jednym z wywiadów na początku lat 30-tych dwudziestego wieku o nowoczesnej operze, że istotą jej autentycznego no­wa­tor­stwa nie jest stosowanie estetyki jazzowej, filmowej (czyli tego, co w jego epoce było nowe i trendy), chociaż to też jest dopuszczalne i ciekawe, ale tworzenie muzyki całkowicie nowej, na początku zrozumiałej może przez niewielu, która jednak po la­tach stanie się klasyką.

Dukaj o najnowszej prozie

13.11.2005 – Dukaj o najnowszej prozie
 

Przygody redaktora Gaszyńskiego

REDAKTOR Ja sam wstydzę się pomyśleć, co mogło być w dalszej części. Ale jesteś szalona! Nigdy nie zrobimy tego! NATALIA Ale pomyśl jednak, że to by miało wzięcie! Tylko o jedno się boję – ktoś bardzo by nam za­zdrościł. Bo zobaczyłby to i dowiedział się, ile było tych naszych pocałunków, zanim krótka noc nam nastała: sto, potem tysiąc, potem jeszcze sto, potem znowu tysiąc... (ssie palec w skupieniu) NATALIA (wyjmuje palec z ust, po chwili zawahania) Wiesz co? Przyszła mi do głowy paranoiczna może myśl, że można by to poprzerywać re­kla­mami i sprzedać. A potem ja bym rzuciła swoją firmę, a ty swoją gazetę i wyjechalibyśmy. I wte­dy nikt już nie widział by nas ani w łóżku, ani przy innej okazji. Nikt by już nas nigdy i ni­gdzie nie zobaczył. Odpłynęlibyśmy. Nie musiałabym o ósmej trzydzieści w poniedziałek zdy­chać w metrze z oczami podkrążonymi jak u jakiegoś kangura. I wracać na pierwszej stacji po moją ulubioną szminkę. Bądź odważny, nie powinieneś się wstydzić. Ale wiesz co jednak? (pauza). Nie sprzedalibyśmy tego w wielu egzemplarzach. Bo ludzie patrząc na nas umarliby z zazdrości. Przysuwa się bliżej. Dotyka dłońmi jego głowy. Redaktor schyla się uśmiechnięty. Nata­lia zaczyna całować go po karku. NATALIA (pieszczotliwie) W ogóle nic byśmy nie musieli robić... Nie musielibyśmy... nawet żyć. Po prostu byśmy roz­płynęli się...

O pewnej możliwości pisania znów (albo po raz pierwszy) dla nikogo i dla wszystkich

W jednej z instrukcji dla rekrutów wydanej przez nazistowską propagandę w latach II wojny mo­że­my przeczytać następujące zalecenie: „Gdziekolwiek żołnierz natknie się na intelektualistę, powinien go bezlitośnie zwalczać”. We wcześniejszej partii tekstu ów tajemniczy intelektualista wraz z gra­da­cją inwektyw, która nieubłaganie postępuje w kolejnych akapitach, obniża cały czas swój poziom w hierarchii stworzonego bytu, przynajmniej tradycyjnie rozumianej

Opowieści Hoffmanna

Sierpień, ciepło, powoli zbliża się zmierzch. Właśnie widzę, jak idą... Kładka rozpięta łukiem nad szeroką ulicą, trzy pasy w każdą stronę, ciągły ruch. Słońce, właśnie zniża się, jakby było rozpostarte tuż nad kładką... Zajdzie w ciągu godziny, lecz wcześniej coraz bardziej krwawiące zejdzie promieniami jeszcze bliżej sceny, by rozpocząć coś, ukazać jakiś fragment... Coś rozświetlone, coś w cieniu, a coś pomiędzy, a jednocześnie ponad rozświetleniem i cieniem – w erotycznej mgle. Co trzeba nam oświetlić? Krótką migawkę przejścia pierwszych ku ostatnim i ostatnich ku pierwszym... Ten ruch dziwnych linoskoczków tam na kładce – figury, niemal czarne w prześwietleniu, idą równym krokiem... Oczekiwanie na początek i na dalszy ciąg... W tym momencie, jak zwykle... kilku jest na górze – idą, wyniesieni na szczyt. Światło każdego czyni zamazanym, odległość czyni ich w moich oczach podobnymi do siebie. Ten krótki, a jednak w nieskończoność przedłużany w jaźni patrzącego moment wyniesienia nad urwisko ulicy zlewa ich w jedną wielka falę, w jedną ciągłość, w której jednak każdy pozostaje osobny, różny i nieprzystawalny jeden do drugiego. A jednak mimo wrażenia zatrzymania ruchu, które właśnie odczuwam (nie tyle w sensie materialnej stop-klatki, ile zapomnienia wszelkich pytań „skąd” i „dokąd”, jakby żadna przestrzeń dla nich nie istniała poza tym jednym podestem, którym idą i moim osłupiałym spojrzeniem, którego nie są świadomi), przechodzą dalej – zamieniają się, kolejne postacie wchodzą na górę, kolejni doznają swojego, każdy osobnego – wyniesienia nad resztę... Fale zawsze przychodzą i odchodzą – zawsze ktoś będzie na szczycie i zawsze ktoś będzie wchodził i opadał – to, gdzie pójdzie, kiedy zejdzie ze szczytu, jest dla mnie jeszcze bardziej rozmyte, powikłane i fascynujące, niż to, skąd się w ogóle wziął... Zawsze góra i dół, zawsze jakiś ruch – zawsze jakaś myśl, zawsze jakiś płomień. Przyjście i odejście – jakże te wyrazy mechaniczne i banalne! – ile razy już zostały powiedziane, opakowane, przeznaczone na złom, tudzież sparodiowane – mniej albo bardziej świadomie, a jednak ile razy okazały się prawdą, jedynym, co da się w ogóle w życiu powiedzieć?!

Subskrybuj zawartość