Filip Sikorski
Mój pomysł jest następujący: po pierwsze myśleć o pojęciach narratologicznych jako o produktach szerszych systemów (już nie narratologicznych, lecz ideologicznych), a więc odnaleźć ich miejsce w historii idei, pokazać granice ich działania, ich nie-oczywistość. Po drugie: gdy już przekonamy się o tendencyjności pewnych używanych przez nas codziennie pojęć, powinniśmy zaproponować nowe pojęcia, dzięki którym na nowo odczytać będziemy mogli dzieła literackie: spróbować mówić o literaturze za pomocą całkowicie nowych pojęć. Na pierwszy ogień pójdzie postać literacka, które to pojęcie postaram się przerobić na sposób deleuzjański. Te luźne i niekiedy niezbyt koherentne rozważania będą więc wstępem czy też może wstępem do wstępu do narratologii deleuzjańskiej.
Jak zatem wyglądałaby schizoanaliza tekstu? Pierwsza operacja – ta, która odpowiada za powstawanie melodii w muzyce – tworzy strumień tekstu. Należałoby przede wszystkim poszukiwać w tekście wszelkich organizacji parataktycznych, a więc horyzontalnych i niehierarchicznych. Jest rzeczą naturalną, że ulubionym przedmiotem badań poetyki schizoanalitycznej będzie literatura modernistyczna z jej predylekcją do parataksy: Joyce'owska rezygnacja z interpunkcji, poliwalentna składnia Mallarmégo, długie, gubiące się we własnym wnętrzu zdania Prousta. Taka narratologia badałaby jedynie cienką powierzchnię tekstu, w pełni afirmując jego horyzontalność, aczkolwiek nie chodzi tu o strumień świadomości, lecz raczej o odkrycie tego, że już każdy tekst jest strumieniem...
Szentkuthy pozostaje gdzieś na uboczu historii węgierskiej literatury, będąc zarazem jednym z najciekawszych i najbardziej fascynujących i… najmniej węgierskich pisarzy XX wieku na Węgrzech. Ale będąc „niewęgierskim” przez to, że nie poruszył w swojej twórczości chyba żadnego z odwiecznych, a i dość jałowych problemów „węgierskości”, Szentkuthy jest zarazem „ultra-węgierski”, gdyż to w jego tekstach język węgierski osiąga stopień niebywałego piękna, stając się zarazem najlepszym i samowystarczalnym powodem do rozpoczęcia nauki języka węgierskiego.
Zarysowała się więc nam charakterystyczna dwoistość postaci Mallarmégo. Z jednej strony bowiem mamy ‒ powtórzę ‒ przedstawiciela głównych nurtów końca XIX wieku. Oto więc ‒ proszę mi wybaczyć to określenie ‒ „szkolny” Mallarmé: książę poetów, przyjaciel Verlaine’a, uczeń Baudelaire’a i mistrz Valéryego, oto Mallarmé, którego „Herodiadę” czytał dekadent diuk des Esseintes z „Na wspak” Huysmansa, Mallarmé ‒ (mówiąc językiem epoki) kapłan kultu Piękna i Poezji… Z drugiej jednak strony jawi nam się Mallarmé jako teoretyk literatury i języka, do którego odwołuje się muzyka XX wieku ‒ jest to Mallarmé niewątpliwie mniej znany, ale ‒ jak chciałbym podkreślić ‒ o wiele ciekawszy i istotniejszy. Zresztą poezja Mallarmégo uwodziła nie tylko Bouleza. W latach ’60 XX wieku, we Francji mallarmeańska myśl była nieodłączna od powstawających wówczas teorii strukturalizmu, a co więcej, wydaje się, że jednym z katalizatorów przełomu, który możemy ogólnie nazwać „poststrukturalistycznym”.
W roku 1894 miała miejsce niepozorna wymiana listów, która zazwyczaj umyka wnikliwym oczom badaczy poezji Mallarmégo. Jednak wydarzenie to (o jego nieznaczności świadczyć może fakt, że informacja o jego przebiegu sytuowana jest przeważnie w przypisach) wydobyte z bezmiaru tekstualnych konstelacji, które każdy mallarmista próbuje ująć w czytelnym kształcie, i poddane stosownemu naświetleniu, okazuje się interesującym przyczynkiem do dziejów poetyki miłosnej.
Zawsze się zastanawiałem, jak to możliwe, że pociąga mnie zarówno ulotność i nieuchwytność poezji, jak i czysto strukturalne aspekty języka, elementy gramatyki takie jak np. koniugacja i deklinacja. Kiedy przed laty rozpocząłem naukę języka węgierskiego, z jednaką pasją zgłębiałem wiersze węgierskich poetów oraz zawiłe wzory odmian.
Niełatwo jest pisać o Brunonie Schulzu. Gdy przeczytawszy Sklepy cynamonowe zabieramy się za lekturę ich komentarza, mamy wrażenie obcowania z pewną niemocą. Ta osadzająca się w zużytych epitetach niemoc, te hasła ze słownika tradycyjnej poetyki to właśnie świadectwo owej trudności pisania o porywającym i skomplikowanym języku Schulza. Jeśli jednak zbytnio uniesiemy się lekturą Sklepów cynamonowych, jeśli rzeczywiście zostaniemy przez nie porwani, za-chwyceni, to wówczas zachwyt ten sprowokuje łańcuch metafor, dokona transpozycji barwności tekstu na barwność dyskursu literaturoznawczego. Stoimy zatem przed podwójną trudnością opisu-translacji schulzowskiego idiomu, trudnością polegającą na dwu niebezpieczeństwach (które w najgorszym przypadku działają oba naraz): nadmiernym oddaleniu od obiektu badań (a więc uogólnieniu, zbyt daleko posuniętej kategoryzacji) i nadmiernym doń zbliżeniu (które jest bezkrytyczną metaforyzacją opisu). Nie twierdzimy, że niebezpieczeństwa te nie będą czyhały i na nas, kiedy podejmować będziemy próbę analizy języka Sklepów cynamonowych. Stojąc jednak przed alternatywą wyżej wspomnianego ryzyka albo milczenia, wybieramy to pierwsze. Spróbujemy zatem spojrzeć na pisarstwo Schulza przez pryzmat dzieł szwajcarskiego językoznawcy Ferdynanda de Saussure’a. Nasz opis będzie pewnego rodzaju kompozycją, której sens wyłoni się z zestawienia jej elementów, a nie tylko z ich eksplikacji.
Wiek imiesłowów „Jedną z ważniejszych tajemnic sukcesu profesjonalnego pisarza jest jego umiejętność operowania bezosobowymi formami czasownika – imiesłowami [participles], rzeczownikami odsłownymi [gerunds], bezokolicznikami [infinitives]. Owa różnorodność słów opisujących czynności pozwala pisarzowi oddać w swoim tekście ruch wraz z jego żywotnością, podczas gdy kiepskiemu pisarzowi nie przyszłoby to nawet do głowy.”[i]
Żeby odpowiedzieć na pytanie czym jest i czym może być Orgia Myśli, powinniśmy chyba zacząć od początku, czyli właśnie od tych dwóch całkiem nieprzypadkowych słów: Orgia Myśli. W nich samych, nie tylko w ich znaczeniu, lecz i w ich strukturze, w tym, co to znaczenie tworzy i warunkuje, kryje się odpowiedź na moje pytanie. Nie jest to bowiem sama orgia, gdyż wówczas mielibyśmy do czynienia z czasopismem czysto hermetycznym i niezrozumiałym, jeśli w ogóle mogłaby być mowa o jakiejkolwiek formie czasopisma. Ale nie jest to też czysta myśl, nie jest to komentarz, który w jasny sposób coś o czymś by mówił, ciąg myśli nie biorący pod uwagę tego, co je stwarza, i co wkrada się w przerwy między nimi. Nie jest to jednak także zwykła suma: orgia + myśli. Istota tego związku wyrazowego jest czymś innym. Poprzez zestawienie słów otrzymujemy więcej niż ich sumę. Iloczyn? Jego metaforyczne możliwości chyba tu nie wystarczają. Zatem chodzi mi o jeszcze więcej, jest to jednak, trzeba podkreślić, innego rodzaju „więcej”.
Czy pornografia może mieć coś do powiedzenia? Coś, co nie umniejszyłoby samej pornograficzności pornografii? Próżno się od niej domagać artystycznego lub intelektualnego zacięcia, porywającej narracji, czy też jeszcze bardziej przekonującej realności. Jeśli cokolwiek może zapobiec znużeniu, to jest to przede wszystkim kreatywność.
Z przyjemnością przeczytałem esej Pauliny Kwiatkowskiej o Falach Virginii Woolf. Ale jakże niebywale sadomasochistyczna była ta przyjemność! Esej Kwiatkowskiej poruszył wiele ekscytujących kwestii dotyczących tekstu Virginii Woolf i owo „poruszenie” przypominało szarpnięcie o struny harfy oraz serię dziwnych alikwotów powstałych w jego następstwie. Drżąca i falująca struktura, rytm jako dominanta konstrukcyjna, bezsłowny proces ciała i umysłu… Wszystkie te istotne kwestie poetyki wybrzmiały w eseju Kwiatkowskiej jak dziwny akord, zaskakujący swoją harmonią, nagłym połączeniem tonów, wibracjami powstałymi z ich nałożenia, i w tak samo nagły sposób rozpływający się w ciszy. Czym jest „poetyka ruchu”? Jak zbudowany jest tekst Fal? O tym Kwiatkowska milczy i to właśnie jest źródłem owego masochizmu niezaspokojenia, a zarazem pobudką do rozkrojenia tekstu Fal, by go z kolei z sadystyczną pasją analizować. Dlatego proponuję tu rozpatrzenie kilku zagadnień związanych z poetyką, które miałyby na cele ujawnić niektóre skryte ścieżki języka. Jako obiekt analizy wybrałem, czemu nie, początek Fal, ich pierwsze napisane kursywą interludium, właściwie preludium, po którym zaczyna się rzeczywista „akcja” i pojawią się „bohaterowie”, jeśli obstawać przy tradycyjnej terminologii. Na czym polega poetyka ruchu? W jaki sposób znaczy tekst Virginii Woolf?
|