Jacek Szaban
Ja się w życiu o nic nie prosiłem. Nikomu nie właziłem. Potrafiłem się szanować. A wiele było przypadków, zawirowań. Okazji, żeby zejść na manowce, na psy. Można się było zeszmacić, a czasy, jakie były, wiadomo. Ale miały też swoje zalety, swoje plusy. Wszystko wychodziło na wierzch, kto jest kto, bardzo szybciutko. Oliwa na wierzch, szydło z worka. A dziś patrzysz na młodych i nie wiadomo. Nic nie wiadomo. Co to, kto to i po co, to to. Nie żebym był surowy. Młodość umiem docenić, wcale się z dziadami nie zamierzam identyfikować. Na emerytów nie głosowałem, choć program mieli subiektywnie atrakcyjny. Młodzi jak to młodzi. Sam przecież nie zapomniałem. Ale my wiedzieliśmy po co. Ja nie mówię, że teraz łatwiej, jak wszytko podane, na tacy, że już problemów nie ma. Tylko nie wiadomo o co chodzi ani komu. Wtedy chodziło o zasady. I nie trzeba było zgadywać, takie czy siakie. Człowiek sam czuł dobrze, nosem co należy, Bogu i diabłu ogarek, ale chodziło o to żeby się nie dać. Stłamsić. Przekabacić. Ja nie byłem żaden bojownik. Żaden bohater.
Dodano 22.12.2009
A jednak - bywało jej duszno. Zdarzały się chwile, gdy wszystko wydawało się jej jednowymiarowe, przerażająco dosłowne, jakieś tępe i drętwe. Rzeczywistość odbijała się od rzeczy, krążyła pomiędzy nimi beznadziejnie, od jednej do drugiej, w kółko, w powtarzającej się kolejności, wszystko następowało po sobie, bez żadnego sensu i radości. Klara miała wtedy nieznane wcześniej wrażenie, jakby codziennie, z zadziwiającą łatwością wkładała sobie co rano i wyjmowała rozmaite nowe organy, coraz mniejsze i coraz mniej potrzebne, zupełnie jakby była jakimś ogłupiałym ciałem pozbawionym tożsamości. Czuła, że niepostrzeżenie wszystko się w niej zmieniało – nowe organy to były nowe odczucia, jakieś płaskie wrażenia, nawet słowa i myśli, których wcześniej u siebie nie znajdowała. – „To może kupmy ten niebieski” potrafiła powiedzieć w sposób, który ją samą przerażał, kiedy czasami uświadamiała sobie niespodziewanie, jak to czasem bywa, brzmienie własnego głosu. W końcu wszystko się w niej uśredniało, ścierało na idealnie płaską powierzchnię, w której rzeczywistość odbijała się prawie nieodkształcona, jakiś taki wycinek, jeden metr na jeden, jestem metrem kwadratowym, myślała, czując całkowitą bezsilność i nie wiedząc, jak mogłaby temu zaradzić. A powinna być właściwie zadowolona. Miała wspaniałego męża. Była coraz bardziej zaradna (czego brak zawsze sobie wyrzucała). Kiedy wchodziła do banku od razu wiedziała do którego stanowiska się skierować, u fryzjera potrafiła w sposób jasny i wyraźny opisać swoje oczekiwania, tak że coraz rzadziej zdarzało się, że końcowy efekt zaskakiwał ją i bawił, po prostu odnotowywała sprawne załatwienie sprawy, zrobienie w przewidzianym czasie tego, co sobie na dane popołudnie zaplanowała, patrząc zaś od strony fryzjera było to tylko dokładne wykonanie zamówionej przez nią usługi. Czuła się pewnie. Tak. Wchodząc do banku miała pewność, że zostanie niezwłocznie obsłużona. U fryzjera miała pewność, że zostanie przez niego zrozumiana bardzo dokładnie i nie strzeli mu do głowy zrobić jej czegoś, co mogłoby się kłócić… no właśnie, tak naprawdę, z czym? Z pracą lekarki w prywatnej klinice? Przecież i tak nie ogoliłaby się na łyso i nie pociachała żyletkami. A jednak było coś, co ją wstrzymywało, coś co odzywało się zawsze szybciej od niej samej, co zamykało jej usta i dyskretnie ograniczało… Jadąc samochodem, odsłuchując wiadomości w poczcie głosowej albo wybierając szafki kuchenne można było zdać się w pełni na to coś. Czuła się bezpiecznie. Była bezpiecznie ubrana, bezpiecznie uczesana, miała bezpieczny makijaż. Zachowywała się bezpiecznie. Nikogo nie drapała po twarzy. Pacjentom nie opowiadała wyssanych z palca andronów, dla hecy i zabawy. Nie robiła nic. Kiedyś przez dwie godziny siedziała na taborecie i wciąż zmieniała pantofle.
(...) Steven Bosnitch, szef oddziału SS Diamond Kraj. Jak głosi plotka, powtarzana szeptem podczas wspólnych pracowych wyjść na szklaneczkę łiskacza (dziewczyny zamawiają wtedy wódkę z sokiem albo słodkie Martini), Bosnitch już przed wielu (podobno 9) laty, jeszcze w Milwaukee, Wisconsin, wykazał się głębokim - i nikt nie wątpił, że instynktownym, co obrazowało tylko skalę jego talentu – zrozumieniem dla istoty idei „pozyskiwania nowych obszarów medializacji". Jeszcze jako zwykły junior manager zadał sobie Bosnitch pytanie; „kiedy tak naprawdę ludzie tracą najwięcej czasu, który mogliby przeznaczyć na odbiór reklamy? Czyli, mówiąc bardziej ściśle, gdzie leży najwięcej niewykorzystanej i taniej czasoprzestrzeni, nadającej się na skuteczną medializację?" W pierwszej kolejności rozważył oczywiście obszar snu. Napotkał tu niestety szereg trudności, które nie będąc prawdopodobnie, w co gorąco wierzył, nie do przezwyciężenia, chwilowo powodowały, że obszar ten, mimo wielkich perspektyw i kolosalnego potencjału, nie nadawał się na razie do bezpośredniej i natychmiastowej eksploracji. Oczywiście kolonizacja przestrzeni snu pozostać miała nadal osią zainteresowań i obszarem dalekosiężnych wizji Bosnitcha, wizji, z którymi wiązał wielkie nadzieje i których urzeczywistnienie mogłoby za jednym zamachem wynieść go - był tego absolutnie świadom - na pozycje nr 1 w SS, a prawdopodobnie w całym światowym rankingu pionierów Powszechnego Zrynkowienia.
W tym momencie możemy ocenić w przybliżeniu stosunek Jüngera do niektórych kierunków polityki NSDAP. Bez wątpienia Jünger pozytywnie oceniał odejście od odczuwanej w dobie Wielkiego Kryzysu jako źródło społecznego chaosu gospodarki liberalnej w kierunku etatyzmu, co udało się zrealizować bez uciekania się do recept marksizmu. Zwiększenie zatrudnienia i czasowa poprawa sytuacji gospodarczej były faktem, który dla autora Robotnika mógł stanowić przejmującą dreszczem zapowiedź upragnionej totalnej mobilizacji. Aktywizacja społeczna i widoczny entuzjazm mas, a szczególnie ludzi młodych również stanowiły objaw łudząco podobny do tego, co Jünger zakładał w swoich polityczno-społecznych proroctwach. Jeśli dodamy, że w przeciwieństwie do mas, którym zależało przede wszystkim na reformie stosunków wewnętrznych, Jünger za nieuniknioną – i chciałoby się dodać: wytęsknioną – uważał wojnę, łatwo zrozumiemy, dlaczego odbudowa armii, rozwój przemysłu zbrojeniowego, konsolidacja i mobilizacja społeczeństwa, przyrost zasobów poprzez przyłączenie Austrii i Sudetów, a także wizjonerski stosunek nowych władz do przyszłości Niemiec były miłe jego sercu. Tym, czego Jünger natomiast nie popierał, jako sprzecznego z jego programem, była rasistowska, biologistyczna ideologia nazistów, powierzchowność – i przez to fałszywość – ich rewolucji przy jednoczesnej oddolnej korupcji życia publicznego i wszechobecnym oportunizmie, a także wulgarne ramy estetyczne, w jakie szajka Hitlera wtłoczyła niemieckie ambicje. Mówiąc najkrócej, Jünger z przykrością, choć i nie bez wahania, obserwował jak wiele z jego szczytnych wyobrażeń nabiera kształtu nie w majestatycznych figurach wojowników, lecz w plugawych sylwetkach dozorców i katów. Nikt nie lubi być zmuszonym przeglądać się w krzywym zwierciadle.
Za płotem cmentarza trop prowadził nadal ku górze. Była to słabo widoczna bruzda w podłożu, jaką pozostawili po sobie sprawcy ciągnąc po ziemi zrabowaną trumnę. Musiało ich być najwyżej trzech zauważył Inżynier. Nic dziwnego, pomyślał Koniarek. W takich przypadkach to najzupełniej zrozumiałe. Prowodyrów jest zawsze zaledwie kilku. Pozostali uczestnicy spektaklu stanowią masę, bez której udziału całe przedsięwzięcie nie miałoby sensu, ale przygotowaniem muszą się zająć osobiście przywódcy. To można wziąć niemal za pewnik. Ślady, które uda się zabezpieczyć na miejscu przestępstwa należeć będą do osób kierujących zajściem. Mógł na to postawić swoją służbową kaburę.
Flaubert był wnukiem weterynarza, synem i bratem chirurgów. Sam studiował, do czasu, prawo. Nietrudno sobie odpowiedzieć, z jakiej warstwy społecznej się wywodził, jakiego rodzaju ludzie od urodzenia go otaczali. W na pół autobiograficznej, młodzieńczej książeczce zatytułowanej Memoires d’un fou Flaubert dał otwarcie wyraz swoim wczesnym doświadczeniom – obecnemu już na etapie szkoły poczuciu niezrozumienia i nieprzystawania do kogokolwiek z kolegów, dzieci, które były przecież produktami swoich rodziców, i to nie byle jakich rodziców, ale mieszczan z krwi i kości. Od najmłodszych lat Flaubert wykracza poza otaczająca go rzeczywistość w sferę marzeń. Czy jest to objaw żywego umysłu i nieustającej inspiracji, czy raczej ucieczka przed przyziemnym koszmarkiem, którego niepodobna zaakceptować jako świata jedynego z możliwych?
|